Iwona Danuta Startek – Co czytać – oto jest pytanie

0
93
Maria Wollenberg-Kluza - Quo vadis

W raporcie Biblioteki Narodowej o stanie czytelnictwa w 2022 roku napisano, że nie pojawiła się na rynku powieść, która zyskałaby masowe zainteresowanie uzyskując status wydarzenia czytelniczego. Zaskakująco odnajduje ten fakt paralelę w odpowiedzi Barbary Skargi na ankietę na temat ważnych książek polskich autorów wydanych po `89 roku przeprowadzoną w 2004 r. przez redakcję Więzi. I chociaż pozostali uczestnicy ankiety wypowiedzieli się dosyć obszernie, Barbara Skarga napisała jedno zdanie: “W ostatniej dekadzie ani w  filozofii, ani w literaturze nie pojawiła się  żadna książka, którą uznałabym za wyjątkowo ważną, która by mną wstrząsnęła”. Inni autorzy skazywali jako ważne zarówno książki beletrystyczne, jak i poetyckie, eseistyczne czy naukowe, np. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego Dziennik pisany nocą, Czesława Miłosza Druga przestrzeń i tomik To, Chwila Szymborskiej, Brewiarz Europejczyka Zygmunta Kubiaka, Widnokrąg Myśliwskiego, Matka odchodzi Różewicza czy Ogród w Milanówku Rymkiewicza.

          Między ankietą a raportem zachodzi istotna różnica, bowiem ankieta z założenia ograniczała wybór do autorów polskich, natomiast badanie czytelnictwa obejmuje w ogóle czytanie, nawet wiadomości na portalach internetowych, nie mówiąc o e-bookach. Niemniej zdanie Barbary Skargi o braku ważnej i istotnej pozycji czytelniczej i to na przestrzeni ponad dziesięciolecia jest wstrząsający. Wsłuchując się w lamenty o upadku czytelnictwa w polskim społeczeństwie można więc zapytać, czy to czytelnictwo faktycznie zanika, jak zanika umiejętność czytania i rozumienia zdań wielokrotnie złożonych, czy raczej brakuje interesujących książek, brakuje autorów, którzy mają coś istotnego do powiedzenia. A może jeszcze coś innego ma wpływ na czytelnicze trendy: w zalewie kolorowej, kiczowatej szmiry, tysięcy podobnych tytułów z zawartością nie grzeszącą intelektem, pisanych przez ghostwriterów pod dyktando celebrytów, trudno jest nawet ambitnemu czytelnikowi znaleźć rzeczy ważne i istotne. W każdym razie dzisiaj trzeba umieć szukać i raczej trudno polegać na opiniach innych, ponieważ upodobania są bardzo różne, a opinie nawet o tej samej książce wręcz skrajne.

         Problemem współczesnego człowieka, konsumenta wszelkich dóbr, chcącego cokolwiek kupić, i nie dotyczy to tylko książek, jest nadmiar. Pisał o tym Barry Schwartz w Paradoksie wyboru. Dlaczego więcej oznacza mniej. Nadmiar możliwości zamiast dawać satysfakcję z dokonanego wyboru prowadzi do frustracji z powodu zadręczania się odrzuconymi możliwościami i dotyczy to absolutnie wszystkich produktów, od chińskiej zupki poczynając, przez ustawione na półach w markecie kawy, herbaty i czipsy, po decyzję o kierunku wyjazdu na urlop. Przyznaję, że czasami mnie dziwi, gdy ludzie tygodniami i miesiącami marnują czas szukając tego, co ich najbardziej by usatysfakcjonowało w takich kwestiach, jak kolor farby na ścianę w kuchni, gdy rzecz rozgrywa się dosłownie o odcień prawie niedostrzegalny dla przeciętnego ludzkiego oka (przykład autentyczny!). Inny autentyczny przykład: wybór koloru etui na smartfon, a w drugim przypadku na okulary. Zbyt wiele możliwości w ofercie sprawia, że konsument spędza godziny całe na porównywaniu kolorów, odcieni i rozważaniu, co będzie najlepiej wyglądało i z czym. Może z książkami jest podobnie? Po wejściu do księgarni – o ile ktoś jeszcze ma zwyczaj tam chodzić – widzimy tysiące tytułów, kolorowych okładek, nowości i bestsellerów. A jeśli zajrzymy na internetowe strony wydawnictw i księgarń, będzie jeszcze więcej. I gdy większość z tego okazuje się niezbyt wartościowym niemal grafomaństwem, trudno oprzeć się wrażeniu, że wartościowych książek jak na lekarstwo. Być może więc sprawa słabego czytelnictwa sprowadza się do prostego podstawowego problemu: ludzie chcieliby czytać, ale nie wiedzą co i nie potrafią tego znaleźć.

        Inna rzecz to zanik umiejętności czytania egzegetycznego, o jakim mówił Andrzej Mencwel w dyskusji Czy przestajemy czytać? opublikowanej na łamach Więzi (11, 2024): Egzegetyczne czytanie ściśle ustalonego tekstu, którego zasada jest niczego nie opuścić, zdaje się odchodzić w przeszłość. Zastępuje je to, co nazywa się skanowaniem – wybieramy z tekstu to, co przemawia do nas najbardziej, co nam zostaje w oczach. W sukurs temu podejściu, wybiórczemu wobec dzieła literackiego i w zasadzie całej historii kultury i literatury, idą całe serie książek o charakterze na poły encyklopedycznym. Leksykony, kompendia, zbiory ciekawostek – wiedza w pigułce łatwa do zapamiętania bez głębszej analizy. I co ważniejsze – bez fabuły. Bo fabuła jest nudna, a ludziom się spieszy, stąd określenie kultura/literatura instant – uproszczona, spłycona, ogołocona z refleksji i rozważań, dająca proste i łatwe recepty na wszelkie życiowe problemy. Efektem są chociażby dziesiątki stron ze słynnymi cytatami, które mają podsumowywać wszelkie możliwe kwestie. Szukanie w nich rozwiązań własnych przeżyć i problemów. Nad sensem życia zastanawiali się filozofowie od wieków, a nawet tysiącleci, ale dzisiejszy czytelnik znajdzie odpowiedź w jednym wyszukanym gdzieś cytacie, często niewiadomego autorstwa i uważa, że temat zamknięty i wyczerpany. Uproszczone nawyki myślenia, w zasadzie niemyślenia, nie sprzyjają umiejętności czytania skomplikowanej fabuły i języka dyskursywnego. Czytanie odbywa się niemal jak skoki konika szachowego, raz tu, raz tam, tylko jeszcze bardziej chaotycznie niż pozwalałyby reguły gry. Popularność kompilacji cytatów, zdań, ciekawostek, informacji bez zaplecza, bez tła kulturowego, bez osadzenia w historii jest łatwiejsza do przyswojenia niż monografia przedmiotu.

        Kiedy po zniesieniu stanu wojennego i w czasie powolnego wchodzenia w nową epokę i zmian ustrojowych otworzyły się polskie drzwi na świat, obok powszechnej dotąd kawy zbożowej coraz częściej zaczęła pojawiać się prawdziwa kawa w szerokim wyborze, popularność zaczęła zyskiwać właśnie kawa instant i – wtedy nowość – kawa bezkofeinowa. Mój kuzyn lekarz mówił mi wtedy: Po co pić kawę bezkofeinową? Przecież pije się właśnie z powodu kofeiny.  Bezkofeinowa to jakaś atrapa. Proces usuwania kofeiny pozostawia więcej szkodliwych substancji chemicznych niż sama kofeina. Analogicznie jest z literaturą. Upraszczanie treści, pozbawianie jej pozornie nudnych i niepotrzebnych fragmentów, skracanie do formuły przyswajalnej dla współczesnego czytelnika czyni więcej szkody niż szkolne zmuszanie do czytania lektur. Wyjaławia mózg, okalecza wyobraźnię, spłyca emocjonalność, trywializuje myślenie, kaleczy ducha. Nie wspominając o tym, że zubaża język.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko