Agnieszka Czachor – Nieznane bohaterki

0
59

Kto kobiecie zabroni, jeśli sobie coś postanowi? Nie ma nikt takiej mocy. Jeśli coś postanowi to w dążeniu do celu nie ulęknie się nawet strzałów ani dzikich zwierząt. Nie cofnie się przed zimnem ani żandarmami, nawet wizja więzienia jej nie zniechęci. Dzięki swojemu sprytowi zmyli pościg, zatrze ślady, jeszcze ostrzeże innych przed niebezpieczeństwem. Z takich kobiet rekrutowały się grupy pań działających na zapleczu Powstania Styczniowego. Były dla zaborców trudnymi orzechami do zgryzienia. Nie histeryzowały, nie mdlały niczym mimozy. Tylko ciemno, nie ciemno, w nocy o północy przemykały jak cienie między budynkami i nie upominały się o chwałę. Odważne i harde, ostrożne, ale wierne i godne zaufania. Lojalne, słowne, zaradne, wspaniałe. Dumne ze swojego pochodzenia, trzymające głowy wysoko. Nie skarlałe i zawstydzone. Nie wściekłe i wulgarne. Nie rozwrzeszczane i puste. Nie roszczeniowe. Kobiety znające swoją wartość. Mogły liczyć tylko na własny intelekt, spryt i przebiegłość.

Potrafiły do manifestacji i co prawda walki pasywnej, ale spędzającej zaborcom sens z powiek, wykorzystać nawet modlitwę i pieśni religijne. Co prawda faktycznie wówczas tak kobiety były postrzegane. Łączono je z modlitwą i ewentualnie z dobroczynnością, nikt ich nie podejrzewał o inne zajęcia, a one potrafiły to doskonale wykorzystać.

Atmosfera tuż przed wybuchem powstania była napięta. Panie tłumnie uczestniczyły w nabożeństwach i procesjach, które bardzo szybko zostały zakazane, co nie oznacza, że przestały się odbywać. Wiele pieśni zostało zakazanych, zwłaszcza tych maryjnych, bo zawierały słowa: Królowa Polski. „Boże coś Polskę…” doprowadzało zaborców do furii. Niestety Prusy i Rosja rozprawiały się z demonstrantkami okrutnie. Wiele z nich zginęło na ulicy, albo zmarło z odniesionych ran, wiele także trafiło do więzień. Austriacy jeszcze wtedy nie wykazywali się takim okrucieństwem. Panie stawiano głównie przed sądem. Jak choćby jedną z mieszczek, której wyrwano z rąk książeczkę z pieśniami, na co miała hardo powiedzieć, że „zna je na pamięć”.

Maria Bruchnalska w starej już książce, publikuje mnóstwo nazwisk dziewcząt czernasto, piętnasto czy szesnastoletnich, które straciły życie albo zdrowie z powodu udziału w nabożeństwach. Wiele z nich pochodziło z ludu i było analfabetkami. Pod zeznaniami podpisywały się krzyżykiem i zgodnie twierdziły, że śpiewały tylko pieśni pobożne. Wśród zatrzymanych były także szlachcianki i arystokratki. Z biegiem czasu do kobiet dołączyli panowie, ale były kościoły, w których duchowieństwo zakazywało śpiewać owych pieśni. Wówczas całą grupą ludzie taki kościół bojkotowali i ruszali do innego.

Mimo szpiegów, agentów, donosów i aresztowań ówczesne społeczeństwo nie rezygnowało ze śpiewów. Wszak nie walczyli, nie strzelali tylko się modlili. Nie rozrzucali ulotek, nie agitowali, nie spiskowali, tylko mówili pacierze. Być może to ta pasywna postawa tak bardzo drażniła zaborców, pasywna, ale konsekwentna.

Kolejny sprzeciw wobec niewoli odznaczał się czarną garderobą. Nawet suknie ślubne bywały czarne, nawet wyprawy ślubne. Za to na rocznice narodowe, na święta związane z Polską, panie ubierały się kolorowo, by na następny dzień znowu przywdziać strój żałobny. Jednak to była tylko wprawka przed pracą, której podjęły się po wybuchu powstania.

Wszystkie, poza małymi wyjątkami, rzuciły się w wir pomocy realnej: domowej, szpitalnej czy kurierskiej. Tworzyły tajne komitety, które swoją siatką objęły wszystkie tereny pod zaborami. Pierwszym takim komitetem, na którego wzór powstały następne, były „Piątki” w Warszawie. Panie nie tworzyły dokumentów, nie robiły list, nie przechowywały nazwisk. Wszystko zapamiętywały. Dlatego też odtworzenie ich członkiń było prawie niemożliwe. Chyba że, któraś z nich wydała koleżanki. „Piątki” tworzyły siatkę piątek. Na każdy okręg przypadało pięć piątek, które tworzyły, jeszcze swoje wewnętrzne piątki. Zarządzała nimi Rada, w której skład wchodziło kilka kobiet i stary weteran wojenny. Każda piątka była za coś odpowiedzialna. Jedne niosły pomoc rannym, inne dostarczały pieniądze rodzinom powstańców, którzy zginęli. Jeszcze inne odwiedzały więźniów i internowanych. Jeszcze inne zbierały datki. Komitety miały pozwolenie na działalność od Rządu Narodowego i były z nim w kontakcie. Dlatego nie należy ich traktować jako emocjonalnego zrywu, który byłby niezarządzany i działający na oślep czy chaotycznie.

Kobiety szyły ogromne ilości bielizny dla powstańców i więźniów. Nawiązywały kontakty z urzędnikami, przekupywały ich, dzięki czemu mogły ostrzegać innych przed aresztowaniami. Roznosiły tajne dokumenty Rządu Narodowego do poszczególnych osób. Organizowały broń i dowoziły ją do powstańców. Przemycały do obozów fałszywe dokumenty i wyznaczały więźniów, którzy mają uciekać, rzecz jasna organizowały te ucieczki. Dlatego więźniowie mieli przykazane, aby trenować,  aby nie wyszli z formy, aby byli gotowi każdego dnia. Tak silny wpływ komitetów na internowanych najpierw zdumiał Austriaków, a później zezłościł, bo żeby tak pod ich nosem, w ich „grajdołku”, gdzie to oni mieli być tymi najważniejszymi, rządzić ludźmi, których los zależał przecież od humoru Austriaków, to już był szczyt bezczelności. Należy pamiętać, że kobiety miały swobodne wejście na teren obozu jako pielęgniarki. Nie bywały także obszukiwane, bo nie wypadało. Przynajmniej na początku. A w szerokich sukniach to i broń potrafiły przenieść. Ale to tylko kobiety potrafią się na coś podobnego ważyć. Co ciekawe, dzięki dyscyplinie i ćwiczeniom, jakim się więźniowe poddawali, byli gotowymi oddziałami powstańczymi. Rząd Narodowy wskazywał kogo należy wydostać, panie dostarczały pieniądze, odzież, legitymacje. Potrafiły zagadać do kogo trzeba, błysnąć okiem, pouśmiechać się, ofiarować w prezencie komu trzeba dobry trunek. Dzięki czemu około siedmiuset ludzi udało się uratować.

 Żaden komitet nie „wpadł” poza krakowskim. Niestety „dobrotliwość” Austriaków i ich niefrasobliwość albo jakieś otępienie lub lekceważenie kobiet, przytępiła ostrożność pań. Warszawianki nie tworzyły dokumentów, a pisma po przeczytaniu od razu niszczyły. Krakowianki niestety gromadziły wszystko. Nie niszczyły nawet tak kompromitujących papierów jak kwit za zakup araku, jako łapówki dla urzędnika cłowego. Żandarmi patrzyli z przymrużeniem oka na kobiety, panie lekceważyły Austriaków i mleko się w końcu rozlało.

Wśród aresztowanych była między innymi Zofia hrabina Wodzicka, która sąd austriacki doprowadziła do prawdziwej rozpaczy. Prowadziła bowiem szeroką korespondencję z niemalże całym światem. Sąd zaś musiał każdy z tych listów przeczytać, bo w każdym między wierszami krył się ślad innych spiskowców mieszkających w Paryżu, Brukseli, Zurichu, Wiedniu, Pradze, Nicei, Sztokholmie, Berlinie, Frankfurcie czy Moguncji. Nie dość tego, prócz listów, Zofia regularnie wysyłała całe skrzynie z przyborami chirurgicznymi czy lekami, nadając je jako paki ze „szmatami”. Skrzynie te ważone były na dworcu w Krakowie przez kogoś „zacnego” czyli przekupionego, który nadawał im napis „przybory podróżne”. A jeśli waga przekraczała dozwoloną, to dodawał: „stosownie do stanu”. Ale na tym nie koniec. Regularnie wysyłała wozy z bronią. Niestety 08.04.1863 roku schwytano jeden z takich wozów.  

Kiedy się o tym czyta, to ma się wrażenie, że fabuła dotyczy powieści łotrzykowskiej, a nawet chwilami chce się śmiać z tego w  jaki sposób kobietom udawało się Austriaków wyprowadzać w pole. Kibicujemy im, cieszymy się z ich sukcesów, podziwiamy spryt i odwagę. Jednak należy zejść na ziemię, bo były to czasy tragiczne. W Galicji rewizje w domach trwały niemalże ciągle. Pół nagie kobiety wyciągano nocami z łóżek, a pod materacami szukano spiskowców. Pod rządami Prus i Rosji było sto razy gorzej. Koncentruję się na Galicji, bo akurat komitet krakowski został zadenuncjowany i zlikwidowany niemalże całkowicie.

Mimo tych tragicznych zdarzeń cieszy człowieka przerażenie sądów wojennych austriackich, które z prawdziwą trwogą odkrywały kolejne siatki i ich rozległą działalność. Śledczym nie mieściło się w głowach, że taka działalność jest możliwa, do tego na taką skalę, ale najbardziej nie mogli zrozumieć, jakim cudem zajmowały się tym kobiety. Których głównym obowiązkiem powinno być, aby pięknie wyglądać i pachnieć. Włosy stawały im dęba, gdy się dowiadywali, co się działo i to pod ich nosem.

Zaś na punkcie Wodzińskiej władze austriackie miały prawdziwą paranoję. Uważały, że ona potrafi uciec z każdej twierdzy.

Komitety dla Rządu Narodowego były bardzo ważnymi organizacjami. Tworzyły świetnie działające zaplecze dla powstania, bo należy jeszcze przypomnieć, że były panie, które (Lwów) wyrabiały na szeroką skalę naboje. Wiele z kobiet walczyło w szeregach powstańczych, mimo że Rząd patrzył na to niechętnie. Chociaż zanotowano w pamiętnikach, że ich obecność nieraz powstańcom pomagała, podnosiła ich na duchu.

O ile nikogo nie dziwi istnienie tak wielu komitetów na terenach polskich pod zaborami, o tyle może zdumiewać powstawanie ich za granicami pośród innych narodowości.  W Paryżu działały „Szóstki” należały do nich dwie córki Mickiewicza. Każda stała na czele swojego oddzialiku. Swój komitet próbowały też założyć Francuski, jednak władze na to im nie zezwoliły. Komitety, które słały pomoc Polkom istniały również w Szwajcarii. Włoszki nie były obojętne, Hiszpanki współczuły na znak solidarności nosiły czarne ozdoby na szyjach, nazywając je „polskimi łzami”. Angielki słały pomoc aż do roku 1865. W Petersburgu Polki i Rosjanki zajmowały się zesłańcami i dla nich organizowały pomoc. Równocześnie z komitetami powstającymi w Moskwie, powstawały komitety wrogie sprawie polskiej i polskości. W Ameryce także funkcjonowały komitety pomocowe, ale były też regiony, które sympatyzowały z Rosją i ich mieszkańcy byli ustawieni do Polaków wrogo.

Zdarzało się, że kobiety w szeregach powstańczych zostawały odznaczone, a nawet dostawały oficerskie szlify, ale było również bardzo dużo dramatów, zwłaszcza pod rosyjskim zaborem. Jak choćby historia dwudziestoośmioletniej Piotrowiczowej, matki trójki dzieci, która nie chcąc opuścić męża ruszyła razem z nim do powstania. Nieszczęśliwa bitwa rozegrała się pod Dobrą. Mąż został ranny, a kobieta wraz z dwoma koleżankami zginęła. Mimo, że do końca powstańcy ich bronili to poległy. Rana mężczyzny nie miała zagrażać jego życiu, ale lekarz zakazał mu powiedzieć o śmierci żony. Niestety jak zwykle w takich przypadkach ktoś się wygadał a mężczyzna z rozpaczy zmarł.

Podczas tamtej bitwy jak wynika z zapisków kościelnych padło czterdzieści pięć osób. Koleżanki Piotrowiczowej miały dziewiętnaście i dwadzieścia lat. Ich śmierć odbiła się głośnym echem, a informacja o niej dotarła do Rządu Narodowego, który pod jej wpływem wydał zakaz przyjmowania kobiet do oddziałów powstańczych. Miało to miejsce 16.04.1864 roku. Mimo, że w roku 1863 istniała już instrukcja o numerze 24, w której zastrzegano, aby kobiety nie walczyły z bronią w ręku, proszono aby je od tego odwodzić, jednak nic to nie dało. Panie szły do powstania dość licznie osierocając dzieci i ginąc w bardzo młodym wieku, bo wiele z nich nie było nawet przeszkolonych w umiejętnościach żołnierskich.

Bywały też historie zakończone szczęśliwie, jak choćby opowieść o grupie kobiet, które zakradły się do uśpionego obozu Moskali i ich rozbroiły, zabierając im broń i naboje. Później dostarczyły ją powstańcom.

Nie wszyscy patrzyli przychylnym okiem na kobiety idące z powstańcami. Wielu, później nawet w swoich pamiętnikach robiło kąśliwe uwagi pod ich adresem, uważając, że w ten sposób szukały mężów. No, śmiem wątpić. Mam wrażenie, że męża to jednak byłoby im łatwiej znaleźć na balu albo potańcówce niż grzęznąc w błocie i po nocy, szukając powstańców, do których niosły rozkazy.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko