Agnieszka Czachor – Pierwszy granat rozsadza serce

0
87

Erich Maria Remarque nie był lubiany przez krytyków. Raczej go pomijali w swoich wypowiedziach, mimo że po publikacji „Na zachodzie bez zmian” stał się autorem popularnym. W 1933 roku w III Rzeszy palono książki i na tym skandalicznym stosie znalazła się i ta powieść.

Bohaterzy Remarque’a to banici, ludzie wyrzuceni poza nawias społeczny. To osoby z ranami fizycznymi i psychicznymi. Literatura powojenna szczegółowo opisuje krajobraz pełen zgliszczy, zrównanych z ziemią budynków miast i wsi. Wypalonych lasów, rozoranych pól, na których po latach nie chciała rosnąć nawet trawa. Są miejsca, na których nie rośnie do dzisiaj. Jednak to jest efekt obydwu wojen.

Pierwsza wojna światowa bywała przedstawiana w literaturze w sposób humorystyczny, zwłaszcza służba żołnierska w oddziałach austriackich, które były międzynarodowe. Jednak chcę zderzyć ze sobą dwa teksty. Jednego autorem jest Niemiec, drugiego Polak. Jeden jest powieścią, choć niektórzy twierdzą, że ma charakter reporterski, a drugi jest dziennikiem. Obydwa teksty dotyczą pierwszej wojny i mają sporo wspólnych cech. Poza jedną. Polak nie chciał służyć pod Austriakami, a Niemiec sam się zaciągnął. Jeden przerwał studia prawnicze, drugi studiów nawet nie zdążył rozpocząć.

Dziennik to „Milknące echa” autorstwa Stanisława Kawczaka, który już jako oficer polski został zamordowany w Katyniu.

O ile Remarque został skierowany do Flandrii, to Kawczak wymaszerował z Krakowa i kierował się w stronę Warszawy.

Obydwaj opisują wstrząsające okrucieństwo tej wojny, głód nie tylko żołnierzy, ale wszystkich dookoła. Oddziały austriackie przemaszerowywały przez wsie galicyjskie. Żołnierze mieli zakaz grabienia wieśniaków, ale i tak to robili choć niektórzy próbowali płacić za jedzenie. Pamiętam opisywaną przez Kawczaka sytuację, podczas której żołnierz próbował zapłacić matce z gromadką dzieci za ser biały. Ta lamentowała i broniła sera za wszelką cenę. On jej tłumaczył, że za te monety kupi jedzenie. Ta jednak nie dawała się zwieść. Krzyczała, że co jej z tych monet? Gdzie kupi jedzenie? Monetami nakarmi dzieci?

Nie było nic zabawnego w tej wojnie, mimo znanych wszystkim „Dezerterów” czy Szwejka. Była to wojna szalenie bezwzględna, a żołnierza traktowano jak mięso armatnie. Do tego jeszcze Austriacy byli do niej całkowicie nieprzygotowani. Niemcy szczycili się używaniem gazu, ale wszyscy tak naprawdę w efekcie zostali pokonani.

O ile Kawczak po wyleczeniu się z ran został od razu wcielony do kolejnego oddziału i przerzucony na front włoski, o tyle Remarque na front już nie wrócił, a przed drugą wojną wyjechał do Ameryki.

„Na zachodzie bez zmian” jest opisem niszczenia serca w młodych ludziach. Od tego zaczyna każda wojna. Oni nie marzą już, bo marzenia to puste myśli. Nie pamiętają przeszłości, są tylko w wojnie. Nie żałują przyjaciół. Po prostu tamci mieli pecha, a oni mieli fart. Na razie. Ważne są ciepłe buty i pełny żołądek. Są jeszcze nastolatkami, a już nie mają w sobie przebojowości, którą młodzi zdobywają świat. Świat ich nie obchodzi. Nie bez powodu w tej powieści pada zdanie: „Pierwszy granat, który padł trafił w nasze serca”. Nie zginęli, ale duchowo umarli.

Kawczaka prowadziła nadzieja na odzyskanie przez Polskę niepodległości. Pragnął się dostać do Polaków. Wierzył, że się mu to uda. Remarque i jego znajomi zgaśli wewnętrznie. Niektórzy przeżyją, ale nie będą umieli się odnaleźć w społeczeństwie, bo podobnie jak Salinger zostaną przez społeczeństwo odrzuceni. Każdy lubi sukcesy, każdy lubi je świętować. Niektórzy nawet lubią żołnierzy nazywać bohaterami, ale nikt nie chce słuchać przez co ci żołnierze przeszli. Przede wszystkim tego, co im opowiadają nie są w stanie znieść. Mają swoją wyidealizowaną wizję wojny albo męki Chrystusa i dostają torsji, kiedy ktoś im przedstawi realizm. Tak było z „Helikopterem w ogniu”, tak było z „Pasją”. Za dużo krwi, rozpaczy i tegoż realizmu.

Bohaterzy Remarqu’a resztkami świadomości trzymają się własnego istnienia, dlatego bardziej przypominają widma niż żywych ludzi. Ocalenie i możliwość nowego życia okazują się bardziej bolesne niż wielokrotnie podejmowane próby przetrwania i wielokrotne próby ucieczek czy wielokrotne aresztowania. Dlatego tak wielu z nich po zakończeniu wojny popełniło samobójstwo. Przetrwali wojnę, by kiedy się zakończyła strzelić sobie w głowę.

To w „Cieniach w raju” jest o nich opowieść. Mieli szczęście. Dostali się do Nowego Yorku, do krainy dobrobytu i prawdziwej wolności. Kiedy Europa płonęła oni przepłynęli Ocean i przez bramę raju czyli port Ellis Island znaleźli się w Ameryce. Przepłynęli przez tę samą bramę, przez którą wcześniej wkraczali na nieznany teren galicyjscy chłopi, ci którzy szukali chleba, a z domu wygonił ich głód. Wśród nich byli moi pradziadkowie. Tam się poznali, mimo że w Polsce mieszkali prawie koło siebie, bo dzieliły ich dwie wsie. Musieli przepłynąć Ocean i znaleźć się na obczyźnie, aby rozpoznać w sobie bratnie dusze. Im się udało. Znaleźli pracę i na ich nieszczęście wrócili do Polski, gdzie podczas drugiej wojny wycofujący się Niemcy ich zabili. Wraz z nimi zginęło wiele osób, do dzisiaj mają pamiątkową tablicę z wyszczególnionymi nazwiskami, która wisi w przedsionku naszego kościoła.

Bohaterzy „Cieni w raju” nie wszyscy znajdują ukojenie za granicą. Co prawda za wielką wodą zostawili swoje poprzednie życie, zostawili wojnę i odgłos szczekających karabinów, tylko strachu nie udało się zostawić. Usadowiony na ich barkach niczym jątrzący się garb popłynął z nimi, jak piętno przynależności do piekła. Kahn w tej powieści postawił odważną tezę na temat kultury „kultura stanowi cienką warstwę, którą nawet deszcz potrafi zmyć. O tym przekonał nas naród poetów i myślicieli. Uchodził za wysoce cywilizowany. Prześcignął Attylę i Czyngis-chana. Z niezrównanym, radosnym w tył zwrot ku barbarzyństwu.” To opowieść o banitach, o trędowatych, których wewnętrzny świat – jeżeli nawet ocalał – to na wolnej ziemi zaczął się rozpadać.

Ludzie, których spotkało nieszczęście zdają się być naznaczeni przez los. Niby wyglądają tak samo, jak ci ze słonecznej strony ulicy, ale czują, że już do nich nie należą. Nie potrafią się wmieszać w ich tłum, zaś ci ze strefy słońca intuicyjnie się od nich odsuwają, jakby nieszczęściem można było się zarazić. Bardzo trudno swoje wnętrze odbudować ze zgliszczy. Jest to o tyle tragiczna praca, że wykonuje się ją w samotności. Tylko własną siłą woli.

Remarque jest głosem tych ludzi. Ludzi zrozpaczonych, niechcianych, ludzi konających z bólu, ludzi niezauważanych, pomijanych i omijanych. Pisarz doskonale rozumie, co to znaczy nosić popiół w sobie, wie jak bardzo drażnią rozmowy o niczym, ludzi o różowych twarzach. Tacy są Amerykanie w „Cieniach w raju”, kiedy toczą dysputy o wojnie. Robią to bezpardonowo w obecności emigrantów. Siedzą rozparci w wielkich fotelach z drinkiem w jednej dłoni i cygarem w drugiej. Wymądrzają się, bo wszystko wiedzą. Nawet nie przyjdzie im do głowy, aby zapytać o wojnę tych, którzy ją przeżyli.

Przeżyli, jednak nie żyją.

Jak aktor, który na obczyźnie się powiesił. Uciekł z hitlerowskich Niemiec, uniknął zagazowania, a na ziemi, która miała mu dać radość, z własnej woli się zabił. Do tego jeszcze jego ciało zostało skremowane, bo tak było taniej. Nie potrafił żyć z tym popiołem wewnątrz siebie.

Zupełnie inaczej niż Ravic. „Jednego człowieka kochał i go stracił. Drugiego nienawidził i go zabił. Oboje go wyzwolili.” „Łuk triumfalny” jest powieścią o zemście, o barwach, które w tak upadłym świecie przestały mieć znaczenie. I choć kolory jak obrazy nie mają duszy, dlatego można nimi handlować, to potrafią człowieka uszczęśliwić, bo potrafią na niego oddziaływać. To dzięki nim Ravic nie oszalał, kiedy się ukrywał. Uciekał przez większość swojego życia. Od końca pierwszej wojny aż do początku drugiej. Kiedy w 1939 większość Paryżan uciekała, Ravic poczuł wyzwolenie. Ludzie uciekali w popłochu, jeszcze się łudzili, że jest gdzieś skrawek w Europie, na którym będą mogli się ukryć. Gdzie przeczekają zagładę. Ravic nie uciekał. Wiedział, że to koniec. Czuł intuicyjnie, że nie ma już bezpiecznego miejsca. Dobrze wiedział, że kiedy zostanie aresztowany trafi do obozu koncentracyjnego. Jednak nie bał się. Był spokojny i pogodzony z losem. Chociaż, gdyby nadarzyła się okazja, to kto wie czy by nie skorzystał. Zabił swojego kata i wielu innych. Odzyskał siebie. Przynajmniej jednego mniej. Przynajmniej ten jeden już ludzi dręczyć nie będzie.

W momencie, kiedy Ravic cynicznie patrzył na popłoch w Paryżu, doskonale czuć, że świat stanął nad przepaścią, że od katastrofy dzieli go niewiele czasu. Czuć to nadciągające potworne zagrożenie, podobne do potopu, który odmieni ziemię. Czytelnik dobrze wie, jak wstrząsające rzeczy się wydarzą i dlatego tak mocno to do niego przemawia.

Zemsta nie jest równa zemście. W przypadku Ravica nie chodziło o wyrównanie rachunków, jak bywa na amerykańskich filmach. Ravic zabijając tego Niemca uchronił wielu sobie podobnych uchodźców, cudzoziemców, więźniów – uchronił przed jego sadyzmem. Nie był w stanie ochronić ich przed okrucieństwem wojny, ale sprawił, że ten jeden, ten którego okrucieństwo dobrze poznał, już nikomu nie wyrządzi krzywdy. To mu dało poczucie wewnętrznej wolności. On, uchodźca przebywający nielegalnie w Paryżu, bez paszportu, bez żadnych dokumentów, pracujący na czarno. Poczuł się wolny w przeddzień wojny, w przeddzień śmierci, która miała zalać Europę. Jest to obraz ginącej Europy. Manifestujące się przeczucie, że wszystko, co Stary Kontynent stworzył zostanie zrównane z ziemią i Europa jeśli przetrwa już nigdy nie odzyska swojej świetności.

„Na zachodzie bez zmian” i „Łuk triumfalny” – uchodzą za najlepsze powieści pisarza. Później, według Wacława Sadowskiego, pisał coraz gorzej, sporo też chorował. Następne powieści nie są już napisane na tak wysokim poziomie literackim. Co ciekawe najpierw jego nazwisko było typowo niemieckie, ale później odsunął się niejako na pogranicze niemiecko-francuskie i zapis swojego nazwiska zamienił na zapis francuski, i dołożył imię Maria. Nie był człowiekiem krwiożerczym czy agresywnym. Poszedł na wojnę, bo uznał, że to jego obowiązek.

Jego ojciec był introligatorem. Remarque został wychowany w rodzinie katolickiej, w kulcie do książki. Jednak te wszystkie wartości, które wpoiła mu szkoła i dom rodzinny, wojna przekreśliła. Dowiedział się jak jest zwierzęca i okrutna, dlatego sporo pisał tekstów przeciwko wojnie. Pisał rzeczowo, konkretnie bez egzaltacji i infantylnych frazesów. Co sprawia, że ciągle dobrze się go czyta. Czas nie zdewaluował wartości, które wyznawał. Najpierw był głosem młodych ludzi niemalże porzuconych w okopach i mających sobie radzić samodzielnie.  Kiedy w Niemczech rządził już Hitler, Remarque był bardzo atakowany. Nim wybuchła druga wojna wyjechał do Ameryki, ale związane to było głównie z tym, że jego książki już wtedy interesowały Hollywood. A on pragnął dotrzeć do większej publiczności.

 Stworzył niejako ze swojego życia materiał do tych powieści. Ze swoich doświadczeń, jak i z doświadczeń osób ze swojego środowiska zbudował tkankę, która okazała się hitem. Okazała się strzałem w dziesiątkę, bo publiczność jak się okazało potrzebowała takich tekstów. Do dzisiaj potrzebuje. Wielu ucieka od tej prozy, bo nie lubi powieści wojennych, ale trzeba pamiętać, że w nich nie ma tylko wojny, poza w „Na zachodzie bez zmian”. Są przemyślenia, próby zaaklimatyzowania się na obczyźnie, zrozumienia otaczających go obcokrajowców, poznanie ich mentalności, smutne konstatacje, ale i możliwość patrzenia w przyszłość.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko