Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
72

Spojrzenie w oblicze Agamemnona

„Niech fantastycznie lutnia nastrojona, wtóruje pieśni posępnej i ciemnej, bom oto wstąpił w grób Agamemnona i siedzę cicho w kopule podziemnej…” – pisał Juliusz Słowacki w „Podróży z Ziemi Świętej do Neapolu”, a Niemiec Schliemann, zamożny fan starożytności, prowadzący wykopaliska w poszukiwaniu ruin Troi, wysłał do cesarza Wilhelma I telegram następującej treści: „Melduję Waszej Cesarskiej Mości, że spojrzałem w oblicze Agamemnona”

Tekst tragedii Seneki o Agamemnonie, autorka przekładu, Elżbieta Wesołowska poprzedza obszernym wstępem naukowym sytuującym ją w kontekście literackim (tylko w minimalnym stopniu historycznym) epoki cesarstwa rzymskiego. Wesołowska rozpoczyna tekst wprowadzenia opisem życia i dzieła Lucjusza Anneusza Seneki, które dopełniły się za czasów cezara Nerona, którego tenże był wychowawcą, analizuje jego filozofię,  temat zemsty w jego pismach, zagadnienie śmierci i sztuki umierania, przybliża recepcję jego filozofii w Polsce, omawia fenomen tragedii rzymskiej, a także tragedie Seneki i wzorce na jakich zostały oparte. Są to „Medea”, „Fedra”, „Edyp”, „Fenicjanki”, „Tiestes”, „Trojanki”, „Herkules szalejący”, analizując też sceniczność tych tekstów.  Drobiazgowo i obszernie  analizuje Wesołowska tragedię „Agamemnon”, jej postać tytułową i pozostałe główne, jak Kasandra, Klitemestra, Elektra, Egistus-Ajgistos, omawia tradycję tekstową tragedii Seneki, jej recepcję w Europie i Polsce, w tym paralele z Szekspirem.  A po tej porcji specjalistycznej wiedzy o ważnych aspektach kultury antycznej w domenie dramatu i tragedii (nie mam kompetencji, by się do niej odnosić stricte naukowo) – zanurzenie się w tekst „Agamemnona”,w przestrzeń jego artystycznego blasku, w jego monumentalny cień, w diapazon tak bardzo odległy od naszej współczesnej, także artystycznej rzeczywistości, kąpiel w jakościach estetycznych i duchowych na co dzień tak bardzo odległych od tego co zewsząd i na co dzień doświadczamy. 

Lucjusz Anneusz Seneka – „Agamemnon”, przekład, wstęp i opracowanie Elżbieta Wesołowska, Universitas, Kraków 2023, str. 219, ISBN 978-83-242-3985-6

W miazdze dziwności

„Opowiem wam inną przygodę, dziwniejszą…” – tym cytatem z „Kosmosu” Witolda Gombrowicza rozpoczyna Antoni Libera pierwsze i zarazem tytułowe opowiadanie ze zbioru „Najlepiej się nie urodzić i inne teksty prozą”. Nie jest to motto pretensjonalne ani efekciarskie, lecz bardzo adekwatne, ponieważ ideą łączącą te opowiadania jest istotnie „dziwność” zdarzeń przydarzających się postaciom je zaludniającym. Dziwność to kategoria na pozór oczywista, lecz w istocie dziwna i słabo rozpoznana. Sam mam w zasobie swoich doświadczeń szereg zdarzeń i odczuć „dziwnych”, nie będących ani myślami, ani emocjami, lecz właśnie odczuciami i wrażeniami, dziwnymi stanami psyche, których sens i treść jest zasadniczo nie tylko niezrozumiała, ale nawet na ogół niepochwytna, niewytłumaczalna, tajemnicza. Każde z opowiadań Libery poświęcone jest jakiemuś innemu rodzajowi „dziwności”, jako że przybiera ona różne formy i postacie. Sentencja „Najlepiej się nie urodzić”  pochodzi z „Edypa z Kolonos” Sofoklesa i wprost przywołana jest w pierwszym, tytułowym opowiadaniu, którego akcja rozgrywa się w okupowanej Warszawie. Treścią jest tu zadziwiająca gra przypadków, od przypadkowego spotkania dwojga osób na zadziwiającym kolokwium naukowego grona Żydów przy ulicy Żelaznej w getcie, którzy w obliczu zagrożenia zagładą oddawali się abstrakcyjnym dysputom filozoficznym, po ich powojenne spotkanie, które zakończyło się małżeństwem, z represjami ze strony UB. W „Opowieści idioty” przywieziony przez ojca bohatera z naukowego pobytu w Paryżu w 1956 roku egzemplarz „Kosmosu” Witolda Gombrowicza (podarowany mu przez osobnika podejrzewanego przez niego, że jest agentem SB), materia tej powieści, którą nazywa „narkotyczną”, wywołały w bohaterze opowiadania wielką konfuzję, stan niezrozumienia. „O czym właściwie jest „Kosmos”? – pyta narrator – Co to wszystko oznacza? Byłem jak oczadzony. Lektura tego tekstu działała odurzająco. Ów duszny, chorobliwy, wynaturzony świat przytłaczał i prześladował. Nie dawały spokoju zarówno przedstawione postaci i zdarzenia, jak również, czy przede wszystkim, pokrętne myśli i język głównego bohatera, krótko mówiąc on sam jako źródło przekazu”. Chaos dziwności i tajemniczości zawarty w powieści wywołany w narratorze, to stan kompletnego zamętu w umyśle, który nie może temu sprostać. Jakiś trop podsunęło mu skojarzenie z szekspirowską frazą z monologu Makbeta o życiu jako „opowieści idioty, pełnej furii i wrzasku, pozbawionej sensu”. „Cała opowieść więc, to przedstawiony w formie realistycznej fabuły eksperyment myślowy mający na celu zbadać – dociec i unaocznić kim jest człowiek wyzwolony z kultury, z nałożonych przez niego  (…) kostiumów”. (…) „W świetle tego oglądu jawi się on (…) jako ktoś obłąkany, niepoczytalny zmącony, niepanujący nadświatem ani nad samym sobą. Jest wypadkową wrażeń, iluzji i popędów. (…) Człowiek nic nie wie, ani nic nie rozumie. (…) a to jeszcze nie wszystko. Bo przecież człowiek w ślad za tym, na mocy nieprawomocnych przekonań – przekształca rzeczywistość, a w niej samego siebie, i pcha w ten sposób świat ku nie wiadomo czemu. Wydaje mu się że myśli i że myślenie ma sens (…) W istocie tak nie jest. Rozum nie jest „rozumny” (…) Ładny mi sens! Porządek! Doprawdy, harmonia sfer! To jeden wielki absurd. To opowieść idioty”. To też przyczynek do rozważań nad naturą „odczuć dziwnych”.

„Rok 1967” bardziej niż opowiadaniem jest rozważaniem publicystycznym osnutym wokół zadziwiającego fenomenu pojawienia się w polityce Gomułki i PZPR antysemityzmu, który był dotąd znakiem firmowym wyłącznie wszelakiej prawicy narodowej, a nie heroldów internacjonalizmu.

„Wesele, którego nie było” dotyczy słynnej nieudanej, choć zakrojonej na „nowe „Wesele” i „Wyzwolenie” razem wzięte, powieści Jerzego Andrzejewskiego „Miazga”, która podobnie jak „Kosmos” zaczarowała i oczadziła narratora, dając mu także „błogosławioną radość” ze „spełnienia dziecinnego marzenia o wejściu w fikcyjny świat powieściowy”. W „Miazdze” świat przedstawiony nie jest wprawdzie aż tak metafizycznie nieprzenikniony jak w „Kosmosie”, jest bardzo konkretny kontekstem politycznym i społecznym, publicystycznym, ale tu „dziwność” rodzi się z  magmowatości („Magmowaty świat można wyrazić tylko magmowatym – miazgowatym utworem” (J. Andrzejewski).

„Będziesz przeklęty na wieki” rozpoczyna się taką oto autorską konstatacją: „Nie ma się nigdy pewności, które wspomnienie sięga najdalej w przeszłość. Brakuje punktu odniesienia. Poza tym pamięć, a wcześniej sama percepcja tworzą mity. Czasem tylko wydaje się, że coś pamiętamy; w istocie projektujemy, co nam opowiedziano. Wspomnienia , zwłaszcza te najodleglejsze, są jak platońskie cienie w pieczarze: oddają bardzo przybliżony, a nawet zniekształcony obraz rzeczywistości”. To krótkie wspomnienie koszmarnego widziadła z wczesnego dzieciństwa, które w imaginacji dziecka zapowiedziało mu, że „będzie przeklęty na wieki” jeśli je rozproszy. Aktem desperackiej odwagi dziecko uczyniło to. „Zastanawiam się czasem, czy aby nie miał racji” – konstatuje po dziesięcioleciach narrator tego wspomnienia.

W „Niech się panu darzy”, czysty i zadziwiający przypadek łączy wychowanego w „ortodoksyjnie” ateistycznej rodzinie wywołuje jego rozmowę telefoniczną z nieznaną mu, ale znającą sprzed lat jego nazwisko kobietą mieszkającą w Izraelu i podejrzewającą, że go znała. Ów przypadek łączy ich na chwilę rozmowy i po jej zakończeniu rozłącza na zawsze. Bóg-Przypadek ateisty?

Banalna na pozór przyjacielska przejażdżka z kuzynek po Żoliborzu wywołuje liczne wspomnienia i reminiscencje, prowokując uczucie dziwności przemijania. „Toccata C-dur” prawdziwie czytelna może być tylko dla tych, w których uczucie dziwności wywołuje fenomen muzyki czy wiązanych dźwięków. „Ulica Polska 1” i „Kompot z wisień”, to na pół reporterskie reminiscencje z wakacyjnych pobytów w Trójmieście, pełne interesujących spostrzeżeń obyczajowo-rodzajowych. „Liryki lozańskie” to opis, groteskowy i kpiarski w tonacji, „dziwnej” przygody szwajcarskiej (Lozanna) składającej się ze zbiegu spiętrzonych przypadków, a przy okazji – pars pro toto – obraz losu „Polaka na Zachodzie” w latach PRL, którego postępowanie determinuje brak pieniędzy nawet na drobne wydatki i który potrafi ubrać to w żałosny kostium romantycznego uduchowienia. Ostatni tekst odnosi się do znajomości i zażyłości autora z Samuelem Beckettem, twórcą „Czekając na Godota”, w którego „błogosławieństwie” upatruje pomyślność swojej drogi literackiej, w tym powstanie jego powieści „Madame”. „Utwory mocno przesycone zwątpieniem i melancholią, a jednocześnie pełne ironii i gorzkiego humoru. Połowa z nich to tradycyjne fikcje, stwarzające jednak silną iluzję wiarygodności. Inne mają charakter osobistego wyznania, a jeszcze inne – literackiego eseju. Pisane zawsze bardzo jasnym i precyzyjnym językiem, dotykają fundamentalnych kwestii ludzkiego losu: Przeznaczenia, Przypadku, Czasu i Przemijania” – czytamy w nocie wydawniczej. A dodatkowy urok tych opowiadań bierze się z gry autora z czytelnikiem – gry polegającej na myleniu tropów.

Antoni Libera – „Najlepiej się nie urodzić i inne teksty prozą” Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 326, ISBN 978-83-8196-696-2

Cormac McCarthy czyli życie jako rozlew krwi

Można uznać, że Cormac McCarthy (1933-2023) był młodszy od Williama Faulknera (1897-1962) tylko o jedno pokolenie (36 lat), choć właściwie można też uznać, że był młodszy o pokolenia aż dwa (dwa razy 18 lat). Jeśli nawet przyjąć pierwsze z tych założeń, to różnice ich dzielące wydają się być (z optycznego punktu widzenia) nie mniejsze niż gdyby przyjąć założenie drugie. Dla zmarłego w kończącym się obecnie roku Cormaca McCarthy, Faulkner (literacki noblista z 1949 roku) był jednym z najważniejszych pisarzy, można rzec – mistrzem, punktem odniesienia, a w warstwie tematycznej, językowej i wyobrażeniowej można odnaleźć ślady inspiracji twórcy „Absalomie, Absalomie”. W moim jednak odczuciu, obaj ci pisarze, skalą literackiego talentu być może porównywalni (choć w moim przekonaniu o ile Faulkner był geniuszem literatury w skali całych jej dziejów, o tyle wybitnie utalentowanemu McCarthy’emu aż takiego atrybutu bym nie przypisał), byli „synami” zupełnie innych epok literackich. Faulkner, podobnie jak wielcy pisarze  jemu współcześni, wyrósł – by tak rzec – „sam z siebie”, a jego pisarstwo z samej esencji jego geniuszu. Jest więc pisarstwo Faulknera bezwzględnie autonomiczne, powstawało w głębi samoistnej jaźni, w naznaczonej dezynwolturą kontrze do gustów publiczności, ono samo tworzyło wewnętrzny świat, który narzucało światu zewnętrznemu i „wodzowsko”, arbitralnie wyznaczało nowe szlaki literatury. Pisarstwo Cormaca McCarthy i sam pisarz wyrastają już z początków epoki, w której literatura zaczęła powstawać w interakcji ze światem, z gustami i potrzebami czytelników, z duchem, nastrojem czasu i estetyką czasu, a później nawet na czytelnicze zamówienie. Pierwsze powieści McCarthy’ego powstawały w początkach epoki, w której pisarze zaczęli pisać „na zamówienie” publiczności, aby zaspokoić jej potrzeby, zainteresowania i gusta. Taka ocena nie podważa mistrzowskiej klasy jego pisarstwa, wysoko unosi się ono nad rzeszami tandeciarskich, konfekcyjnych epigonów i tanich naśladowców. To on był jednym z prekursorów nurtu, do dziś żywego, współczesnej ciemnej, nasyconej grozą egzystencji i okrucieństwem  literatury amerykańskiej, zwłaszcza nawiązującej do tradycji „literatury Południa”, z jej światem świrów, pariasów, zboczeńców, obsesjonatów, nędzarzy, ale jednak nawet on z każdą swoją kolejną powieścią, zwłaszcza od momentu, gdy zaczął wychodzić z długiego pisarskiego cienia i outsiderstwa, wpisywał się w popularną poetykę makabry, grozy, mroku, dziwaczności, fascynacji gwałtowną śmiercią, krwią, brzydotą, która ogarnęła świat popularnej literatury, głównie amerykańskiej, a której kulturowym odczynem w sferze kina, sztuki filmowej stała się w 1994 roku, słynna, dziś kultowa „Pulp fiction” Quentina Tarantino, dając początek trwającemu do dziś jednemu z epokowych nurtów w dziejach kina, nurtu do którego głównych dokonań należy ekranizacja powieści Cormaca „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2007), a która powstała dwa lata po ukazaniu się literackiego pierwowzoru (2005). Faulkner przed tą epoką odszedł, a znacznie wcześniej odeszli dwaj inni ważni dla McCarthy’ego, bo poruszający „sprawy życia i śmierci”, pisarze: Fiodor Dostojewski i Herman Melville. Dopiero jednak McCarthy oświadczył expressis verbis, czyniąc z tych słów credo swojej twórczości: „Nie ma czegoś takiego jak życie bez rozlewu krwi”. Podążając za ciałem i duchem literatury Południa, m.in. także za Erskinem Caldwellem czy Flannery O’Connor pisał także McCarthy o procesach modernizacyjnych, które przeorywały spetryfikowaną, anachroniczną, zakamieniałą, prymitywnie naturalną, patriarchalną, zdrewniałą strukturę społeczno-psychologiczną Południa. Czerpiąc jednak z tradycji literackiej, m.in. z gotycyzmu czy westernu (którego mistykę i mitologię rozbił podobnie jak m.in. Thomas Berger w „Wielkim Małym Człowieku”) Mc Carthy „przesuwa jej granice”, przekracza jej schematy w stronę niespotykanej w niej dotąd krwawej, apokaliptycznej, wymyślnej przemocy. Chore, okrutne fantazje i fantasmagorie przybierają u niego sztafaż realizmu lub odwrotnie. Przemoc opisana przez antropologa Richarda Slotkina jako „przemoc założycielska”, uprawiana w USA przez białego człowieka jako znak władzy nad „gorszymi” rasami, rozgrywa się „na tle wrogiego człowiekowi krajobrazu, znaczonego spaloną słońcem ziemią, wyschniętymi drzewami, gołymi skałami, ruinami ludzkich osiedli, miastami pogrążonymi w degrengoladzie” – napisał we wstępie redaktor zbioru „Cormac McCarthy” Marek Paryż. „Krytycy podkreślają – pisze Paryż – pokrewieństwo utworów Cormaca z dziełami fundamentalnymi w historii literatury amerykańskiej, począwszy od „Moby Dicka” (1851), ale nie rzadziej piszą o odwołaniach filozoficznych od Platona przez Nietzschego do Camusa, o usytuowaniu twórczości Cormaca względem najważniejszych modeli powieści: realizmu, modernizmu i postmodernizmu, o ujęciach materii historycznej, o problematycznych przedstawieniach płci i rasy (…)”, zauważają znamienne dla Cormaca rozmaite archetypizacje wątków, na homologii stylu, symboliki i tematyki. Reasumując: pod piórem wielkiego Williama Faulkner, pisarza genialnego i integralnie oryginalnego, szara, siermiężna rzeczywistość ludzka, personalna i materialna przeobrażała się w fascynującą wizję egzystencji, uniwersalną mimo osadzenia w topograficznym konkrecie amerykańskiego Południa. Faulkner z mimetyzmu uczynił wielką metaforę, niewielu pisarzy w dziejach literatury potrafiło uczynić to z podobnym mistrzostwem. Cormac McCarthy, pisarz niewątpliwie wielkiego talentu, nie miał w ręku tej różdżki Prospera, przeobrażającej szarość ludzkiej egzystencji w sugestywny, acz tchnący prawdą spektakl artystyczny. Jego patent polegał na ogromnej wyobraźni i kreatywności, za pomocą których stwarzał światy wyrastające z realiów, ale jednak będące nade wszystko zmyśleniem. Zarówno prawda jak zmyślenie należą do podstawowych, nieodłącznych żywiołów literatury, acz jeśli o mnie chodzi, pierwszeństwo daję prawdzie.

Każdy ze składających się na zbiór dziesięciu szkiców dziesięciorga autorów podejmuje inny aspekt twórczości Cormaca w oparciu o inną jego powieść. Marek Paryż w szkicu wstępnym („Nie ma czegoś takiego jak życie bez upływu krwi”) przywołuje m.in. niektóre filiacje i wzory literackie Cormaca (n.p. William Faulkner, Herman Melville, romantyczny czarny gotycyzm amerykański, western), jego przynależność do tradycji literatury amerykańskiego Południa, jego demistyfikatorski i rewizjonistyczny  stosunek do mistyki westernu, apokaliptyczne obrazowanie, fantasmagoryczna poetyka, hołdowanie amerykańskiej idei „odrodzenia przez przemoc”, odniesienia do realizmu, modernizmu, postmodernizmu. Alicja Piechucka („Dawno temu w Tennessee”) zajmuje się naturalizmem prozy Cormaca, rozbijaniem przez niego mitu USA jako „kraju sukcesu”, zderzeniem kultury z naturą, tradycji z industrialnym modernizmem. Maciej Masłowski „ślepą przemocą świata”, „upiornymi pustyniami” i „ogrodami umarłych”, filiacjami z filozofią wiecznego powrotu Nietzschego, filozofią Heideggera,  z klasyczną tragedią grecką. Julia Fiedorczuk analizuje zagadnienie przypisywanej Cormacowi fascynacji złem i jego estetyzacją. Marek Paryż – poetyką absurdu u Cormaca, który stawia go w szeregu takich reprezentantów poetyki absurdu w literaturze amerykańskiej jak Joseph Heller, Kurt Vonnegut, Thomas Pynchon czy John Barth.

Zofia Kolbuszewska analizuje „neobarokową apoteozę materialności” na przykładzie „Krwawego południka” i stawia go w szeregu „barokowej postmoderny”.

Pierwsze uwagi sceptyczne wobec ogólnej pochwały, apologii klasy literackiej McCarthy’ego pojawiają się w zapisie dyskusji trzech krytyków: Adama Lipszyca, Piotra Pazińskiego, Mikołaja Wiśniewskiego. Te akcenty sceptyczne wyraził w szczególności Mikołaj Wiśniewski. W nadmiernej literackości, alegoryczności stylu Cormaca widzi on jedną z konstytutywnych słabości jego prozy. Zauważa w niej „lekkostrawność” i konfekcyjny konserwatyzm, tani „mefistofeliczny apokaliptyzm”, że daleko jej do „narracyjnej ekwilibrystyki Faulknera”. Zwraca też uwagę na sztuczność, tanią efekciarskość niektórych pomysłów fabularnych Cormaca, które u Faulknera „apostoła prawdy”, są nie do pomyślenia, takich jak choćby postać „krwawego oprycha roztrząsającego kwestie naukowe i filozoficzne”. „McCarthy sprawdza  być może granice wytrzymałości czytelnika na drastyczne opisy, ale z pewnością nie przekracza granic dość konwencjonalnego języka literackiego (…) nie poszukuje nowych form wyrazu” – orzeka Wiśniewski. Zwraca też uwagę na poważnie traktowany przez Cormaca ciężki historyzm, kontrastujący z „lekkością i „karnawałem” postmodernistycznej powieści”, w której, jak n.p. w „Bakunowym faktorze” Johna Bartha (1960) dochodzi do „rozmycia granicy między historią i fikcją (…) o zabawę z historycznym materiałem” (podobny stosunek do historii jest w późniejszym od blisko czterdzieści lat „Masonie i Dixonie” Thomasa Pynchona (1998).  Paziński z kolei mówi o „słabej obecność poczucia humoru i ironii” w prozie Cormaca, a w „Krwawym południku”, z jego motywem „podróży do źródeł zła”, widzi wariację na temat conradowskiego „Jądra ciemności”, a Lipszyc demistyfikatora „legendy Dzikiego Zachodu” i podobnie jak Kolbuszewska, „barokowe stylistyczne rozbuchanie”, „alegoryzm”. Agnieszka Kotwasińska zajęła się „ukrytą geometrią losu albo niestabilnością powieści” na podstawie „Trylogii Pogranicza”, Anna Warso najgłośniejszą, a  przy tym jedną z najnowszych powieści Cormaca, „To nie jest kraj dla starych ludzi” (2005), a Kacper Bartczak analizuje, na podstawie „Drogi”, Cormacowską wersję realizmu.

„Cormac McCarthy”, redakcja zbioru Marek Paryż, seria „Mistrzowie Literatury Amerykańskiej”, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2021, str. 233, ISBN 978-83-235-1-532-6

Nie o „takim” Babilonie mowa

Pismo powstało 3200 lat przed  naszą erą wynaleźli Sumerowie, mieszkańcy Mezopotamii, najczęściej, zwyczajowo nazywanej Babilonia lub Babilonem. Było to tak dawno, że dla Chrystusa i  jego współczesnych była to przeszłość o tysiąc lat bardziej zamierzchła niż dla nas czasy Chrystusa. Niewiarygodne, a jednak! Wynalezione pismo było pismem klinowym, utrwalanym na niezliczonych tabliczkach glinianych. Autor tego bardzo wąskiego tematycznie studium, Dominique Charpin to wybitny asyrolg  z paryskiej Collége de France zbadał wykorzystanie pisma w różnych dziedzinach życia, handlu, dyplomacji, prawa, wojska, itd. I opisując to dał jednocześnie malowniczy obraz starożytnej Mezopotamii. A do poszczególnych zagadnień, które poruszył należą: ówczesne nauczanie i jego metody, dokumenty z archiwów, gest, słowo i pismo w życiu prawnym, korespondencja, dzieła literackie i klinowe „biblioteki”, jak również wymiar religijny, „przesłanie do bogów” oraz do potomności.

Jak więc widać, możemy zobaczyć Babilon inny niż ten z popularnego skojarzenia kulturowego, w którym nazwa ta kojarzy się ze złem, „rozpustą”, grozą, lecz ze fenomenami kultury.

Dominique Charpin – „Sztuka czytania i pisania w Babilonie”, przełożyły Olga Drewnowska, Magdalena Kapełuś, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 253, ISBN 978-83-8196-625-2

Imperatyw kategoryczny …. zmyślenia

„Dziecku, które dorasta, mówi się: „nie zmyślaj. Nie opowiadaj nie stworzonych historii”. Piotr Wojciechowski (rocznik 1938) od czasów „Kamiennych pszczół” nie chce usłyszeć tego napomnienia. A historie przez niego stworzone przypominają, że zmyślenie, fikcja, to krew literatury”  – napisała Anna Piwkowska.

Nie tylko od „Kamiennych pszczół”, ale także od „Czaszki w czaszce” trwa Wojciechowski w tym literackim imperatywie zmyślenia, fikcji, fantazji, a więc już blisko pół wieku i ta konsekwencja jest godna podziwu. Ów imperatyw jest tak silny, że pod jego piórem nawet najbardziej realna materia ulega metamorfozie przy użyciu fantazji, deformacji, może nawet udziwnienia. Kiedy się sięga po tę prozę, doznaje się zazwyczaj takiego wrażenia: w pierwszym momencie wydaje się, że mamy do czynienia z realizmem, nawet tzw. „małym realizmem”, ale za chwilę z tej iluzji wybijają nas kolejne frazy, które przypominają, że mamy do czynienia z materią baśniową, fantazyjną. Tych, którzy gustują w czystym realizmie może to razić, bo po co, w jakim celu deformować w stylistyce fantazyjne to, co  wyrasta ze zwykłej gleby współczesnej Warszawy zwykłych ludzi, ale bez wątpienia realizuje to w sposób kunsztowny, z językową wirtuozerią. Leszek Bugajski zwraca uwagę na historyczny aspekt tej prozy, na „atlantydowy” charakter narracji Wojciechowskiego, aspekt zaprzeszłych wspomnień. Karol Samsel akcentuje magiczną warszawskość tych małych form prozy i dostrzega asocjacje z „małymi formami prozą” Marka Nowakowskiego, „gdzie Warszawa jest czymś w rodzaju magicznego kłębowiska indywiduów na pograniczu cudowności ludzkiego księstwa … i menażerii ludzkiej fauny”. „U Wojciechowskiego jest bardzo podobnie a poza tym błyskotliwie uruchomione zostają kody klasyczne – bo jest tu aż czternaście opowiadań „kalejdoskopowo” zaplatających się na siebie – a zatem jest trochę tak, jakby Wojciechowski układał warszawski „Dekameron”.

Piotr Wojciechowski jest pisarzem połączonym bardzo silnymi korzeniami z kulturą literacką, w jego prozie są liczne zapożyczenia, odwołania i aluzje do różnych literackich konwencji i stylów, żonglowanie konwencjami literackimi w stylu pastiszowym. Lubię pełną kreacyjnej fantazji prozę Wojciechowskiego, choć często mam poczucie, że się w niej gubię, nie bez powodu skądinąd. Otóż mam nieodparte wrażenie, że jest ona bardzo subiektywistyczna, nasycona wątkami z prywatnych doświadczeń, znajomości, obserwacji, co tworzy kod w znaczącym stopniu słabo lub w ogóle nieczytelny dla postronnego czytelnika, który z tego powodu może tylko naskórkowo wniknąć w świat wyobraźni Wojciechowskiego. Ale nawet ta hermetyczność dodaje jej literackiego uroku.

Piotr Wojciechowski – „Kochanek królowej roju. Drugi zbiór opowiadań warszawskich”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023, str. 978-8196-603-0

Zaczęło się od Platona

Studium Williama Marxa opowiada o genezie zjawiska nienawiści do literatury i zgorszenia nią. Nie jest jednak kolejnym zbiorem popularnych opowieści o najsłynniejszych dziełach zakazanych, jak n.p. „O dziesięciu książkach, które zepsuły świat Benjamina Wikera czy „Prohibita. Setka ksiąg zakazanych i pięćdziesiąt powodów ku temu” Anny Maksimiuk i Stanisława Pazury. Jest wędrówką po anatomii zjawiska nienawiści do literatury. „Antyliteraturą nazywamy wszelki dyskurs, który przeciwstawia  się literaturze i definiuje ją, przeciwstawiając się jej. Literaturą nazywamy wszelki dyskurs, któremu przeciwstawia się antyliteratura. Nie ma literatury bez antyliteratury. Przejdźmy się po tym kole”  – zapowiada Marx we wstępie i kontynuuje: „Nie ma w tym żadnej sensownej historii prócz takiej na modłę Makbeta: opowieści idioty, pełnej wrzasku i wściekłości, lecz nic nieznaczącej. Zamiast sporządzać niepotrzebną listę chronologiczną owych dyskursów wałkujących w kółko te same argumenty, w niniejszej książce omówiono cztery główne procesy wytaczane literaturze: w imię autorytetu (żeby obdarzyć nim inne instancje), w imię prawdy (literatura jest nic nie warta wobec nauki), w imię moralności (literatura burzy wszystkie normy), w imię społeczeństwa (zabrania się pisarzom być jego rzecznikami lub odgrywać w nim istotną rolę)”.

Rzecz cała zaczyna się od Platona, księcia filozofów, który ze swoją nienawiścią do poetów i poezji, posuwający się do postulatu ich wygnania, jest „ojcem założycielem” antyliteratury, podobnie zresztą jak Sokrates czy Zoil, uosobienie napastliwego krytyka. Marx drąży zagadnienie od jego początków, od odległej starożytności i Homera po wiek XIX i „Panią Bovary”, która jest najwnikliwszym literackim studium konfliktu między literaturą a antyliteraturą. Wyławia wrogie literaturze deklaracje podróżując po oceanie literatury.  Z biblijnych psalmów wyławia zdanie: „Ponieważ nie poznałem  uczoności, wkroczę w moc Pana”. Bo uczoność i literatura zawsze były uważane przez wielu za wyraz pychy, uzurpacji i wynoszenia się ponad Stwórcę. Izydor z Sevilli pisał, że „gramatycy nie są lepsi od heretyków”.W ewangeliach pojawia się w stosunku do faryzeuszy, wrogów Jezusa Chrystusa, deprecjonujące określenie „uczeni w piśmie”. „antyliterackie wyznanie wiary zmierza często (…) do zaproponowania innej literatury, prostszej, surowszej, treściwszej: chodzenie po gwoździach i ościeniach, choćby nawet wbitych w niebo, to propozycja innego pisarstwa, opartego bardziej na tym, co gorzkie i kłujące, niż na tym, co słodkie i łagodne. Istotne jest tutaj to, że ta opozycja przybiera postać całkowitego odrzucenia  sztuki pisania, jak gdyby konflikt pomiędzy Chrystusem a literaturą nie miał się rozwiązać przez nawrócenie się tej ostatniej, lecz przez jej zanegowanie i zniszczenie, jedynie akceptowalne rozstrzygnięcie walki, w której  zmagają się dwa autorytety z gruntu nie do pogodzenia”. W średniowieczu słowo „poeta” było synonimem kapłaństwa pogańskiego, a „Metamorfozy” Owidiusza i „Eneida” Wergiliusza miały rangę Starego i Nowego Testamentu religii rzymskiej. W nienawiści do literatury był zresztą konsensus między chrześcijaństwem i islamem. „Papież sam nie spalił Biblioteki Aleksandryjskiej, a zamiast tego zostawił ten zaszczyt kalifowi. Wróg literatury Jean Jacques Rousseau pisał: „Mówią, że kalif Omar, pytany, co zrobić z Biblioteką Aleksandryjską odpowiedział: „Jeżeli książki z tej biblioteki zawierają rzeczy Koranowi przeciwne, to są złe i trzeba je spalić; jeśli w nich nie ma nic takiego, czego by i Koran nie uczył, spalcie je również, nic po nich. Tymczasem niech by to nie był Omar, ale Grzegorz Wielki, i nie Koran, lecz Ewangelia: bibliotekę by się także spaliło i w życiu znakomitego papieża byłby to może czyn najpiękniejszy”. Nawet Francja, którą wskazuje Marx jako kraj, w którym literatura była częścią jego natury i jego DNA, nie wolna była od antyliteratury. Autor anegdotycznie przywołuje zabawny poniekąd casus interwencji prezydenta Francji Nicolas Sarkozy, który poddał publicznie w wątpliwość sens egzaminacyjnego odpytywania kandydatów na urzędników ze znajomości „Księżnej de Clèves” pióra pani de Lafayette. A przecież, jak w 1930 roku pisał niemiecki filozof Ernst Curtius: „Literatura odgrywa pierwszorzędną rolę w świadomości samej siebie  i swojej cywilizacji, jakiej nabiera Francja. Żaden inny naród nie przyznaje jej porównywalnego miejsca. Jedynie we Francji cały naród uznaje literaturę za reprezentatywną ekspresję swych losów. (…) Nie sposób (…) zrozumieć życia politycznego i społecznego Francji, jeśli ignoruje się literaturę (…) jeśli nie czyta się francuskich klasyków i to w tym samym duchu, w jakim czytają ich Francuzi. We Francji wszystkie ideologie narodowe wyłoniły się z literatury i pozostały nią przesiąknięte. Ten kto chce odgrywać jakąś rolę polityczną, musi się wykazywać znajomością literatury. Usiłowanie wywierania wpływu na  publiczne jest bezskuteczne dopóty, dopóki nie umie się władać słowem mówionym i pisanym”. To napięcie zaczęło słabnąc dopiero, gdy narodziły się wielkie dzieła literatury chrześcijańskiej, „chanson de geste”, opowieść o świętym Graalu Chretiena de Troyes, a nade wszystko najwspanialszy poemat chrześcijaństwa. „Boska Komedia” Dantego Aligheri. Atak na literaturę w czasach nowożytnych dokonał się przede wszystkim w imię obrony wartości małżeńskich i rodzinnych (ilustruje ten fenomen „Pani Bovary” Flauberta. Najbardziej kategorycznymi formami wrogości do literatury, „odmowy czytania” był indeks ksiąg zakazanych Inkwizycji oraz palenie książek przez hitlerowców na Unter den Linden w Berlinie w roku 1933. „Mimo to dzieła literackie nadal przemawiają z autorytetem, przekazują prawdę, proponują wzorce etyczne, wyrażają wolę i poglądy jednostek oraz ludów”.

William Marx – „Nienawiść do literatury”, z francuskiego przełożyli Krystyna Belaid i Tomasz Stróżyński, Wydawnictwo Uniwersytetu Łódzkiego/Słowo-Obraz-Terytoria, Gdańsk, 2023, 251, ISBN 978-83-7453-529-8

Japońskie erotyzmy

Tokio. Spotkanie trzech kobiet, 30-ka, 40-ka i nastolatka. Rozmawiają o menstruacji, jajeczkowaniu, płodzeniu, nasieniu, ciąży, rodzeniu, macierzyństwie ciele. Powieść przepełniona jest naturalizmem, są majtki damskie, jajeczka na podpasce, jest o codzienności, kobiecego życia, dużo naturalistycznego erotyzmu („specjalne rajtki z otworem dla kobiety nic nie widać a penetracja  jest możliwa”, „trzeba zdjąć majtki”, „może pani włożyć spódnicę”, a „jak czuję te skurcze w pochwie, to mam taki wytrysk, że ciąża gwarantowana” (…) „Wymacałam wejście do pochwy i łechtaczkę. Wsuwałam palce do waginy, dotykałam łechtaczki (…) Poza ciepłem i wilgocią, która mogła być potem, bo było gorąco…”.

Powieść Mieko Kawakami można wpisać na coraz obfitszą listę nowej prozy kobiecej, której oddziaływanie rozciąga się już na wszystkie kontynenty, a zjawisko to jest, jak się wydaje, pokłosiem nowego klimatu wokół    kobiet i kwestii kobiecej, ewokowanego m.in. przez przemiany obyczajowe i kulturowe, zrywanie rozmaitych obyczajowych sfer tabu, emancypację, feminizm, ruch „me too” oraz wszystko to, co się wokół tych zjawisk wydarzyło i wydarza. Proza dotycząca egzystencji kobiet i ich seksualności jest coraz obfitsza i stała się zauważalnym nurtem współczesnej literatury, a chiński pisarz Mo Yan, autor powieści „Obfite piersi, pełne biodra” (1969) otrzymał nawet w 2012 roku Literacką Nagrodę Nobla). „Piersi i jajeczka” Mieko Kawakami na pewno należą do najciekawszych zjawisk tego kręgu prozy.

Mieko Kawakami – „Piersi i jajeczka”, z japońskiego przełożyła Anna Horikoshi, MOVA, Grupa Wydawnictwo Kobiece, Białystok 2023, str. 438, ISBN 978-838321-529-7

„Kopciuszek” warszawski Józefa Ignacego Kraszewskiego

W tym numerze jest o „Pierścieniu Wielkiej Damy” Cypriana Kamila Norwida jako dramacie interfiguralnym (Karol Samsel), o rodowodzie pseudonimu „Janusz Korczak” (Bożena Wojnowska), „Pod ciężarem Oświecenia. Stanisława Brzozowskiego XVIII-wieczne biografie i diagnozy w powieści „Sam wśród ludzi”, o idei artystycznej noweli „Ad leones” Cypriana Kamila Norwida, o artykule (1904) szwedzkiego autora o oblężeniu Jasnej Góry przez Szwedów w 1655 roku, o emancypacyjnym projekcie lubelskiej pisarki żydowskiej Malwiny Meyersonowej oraz jak zwykle pakiet recenzji i wspomnień pośmiertnych. Wisienką na torcie tego numeru jest studium Barbary Bobrowskiej „Kopciuszek” Józefa Ignacego Kraszewskiego  najbardziej warszawska powieść przed „Lalką”, będąca jej literacką monografią, przepełnioną warszawską topografią i nazewnictwem, oczywiście także pełna warszawskich zdarzeń, podanych w poetyce baśni, romansu i powieści tajemnic, niczym „Tajemnice Paryża” Eugeniusza Sue, „Nędznicy” Victora Hugo czy paryskim wszechświatem w Komedii Ludzkiej Honoriusza Balzaca.

„Pamiętnik Literacki”, Instytut Badań Literackich PAN, rocznik CX 2019, zeszyt 2, PL ISSN 0031-0514

Dawka Oświecenia

O „Mieście polskiego Wieku Świateł” Aleksandry Norkowskiej, rekonesans Tomasza Chachulskiego po poezji religijnej masonów polskich epoki oświecenia, Marcina Cieńskiego o krajobrazach w poezji  biskupa Ignacego Krasickiego, Romana Dąbrowskiego o tym, jak czytać „Monachomachię” i „Antymonachomachię” Ignacego Krasickiego, Macieja Parkitnego „spór rymotwórski” Krasickiego z Naruszewiczem, Bożena Mazurkowa o metaforyce żywiołów w liryce Franciszka Dionizego Kniaźnina, Janusz Ryba o Janie Potockim i oświeceniowym grandmondzie, Patrycja Bąkowska o „Grenadierze-filozofie” Cypriana Godebskiego jako „apoteozie, idealizacji twarzy autentycznej”, pozostającej w kontrze do „maski dworskiej”, jako obrazie antynomii prawdy i pozoru. Marcin Kula o finansiście Voltaire jako casusie użytecznym w wykładzie socjologii historycznej na marginesie książki Leona Koźmińskiego. Elżbieta Dąbrowicz uwagi o recepcji twórczości Juliana Ursyna Niemcewicza, autora „Powrotu posła”, w PRL, jako autora politycznego o postępowym profilu. Jan Kott widział Niemcewicza, autora „Powrotu posła” jako „klasyka sztuki politycznej”: „To typowa sztuka agitacyjna, w której dominuje polityczny konflikt. I jak jak odważnie jest pokazany! Autor nie cofa przed wprowadzeniem na scenę dysputy politycznej i poselskiego przemówienia do elektorów. „Powrót posła”, tak pasjonujący w lekturze, był dotąd zawsze martwy i płaski na scenie. Ale nie umiał go wystawić i odegrać ani reżyser, ani aktor wychowany na naturalistycznym teatrze mieszczańskim i formalistycznych eksperymentach. Współczesne sztuki radzieckie dowiodły nam, jak żywe i namiętne mogą być dyskusje polityczne na scenie, jakie bogactwo nowych środków wyrazu daje przedstawienie narady wytwórczej czy partyjnego zebrania. Musimy z tym nowym doświadczeniem artystycznym i ideowym podejść do sztuki Niemcewicza. Zagrać ją jako sztukę polityczną, przywrócić jej całą namiętność walki, wydobyć jej bojowe akcenty. A wtedy „Powrót posła” przestanie być nudny i przemówi do nowego widza”. Autorka dokonuje też przeglądu naukowych publikacji poświęconych w okresie PRL twórczości Niemcewicza, w tym w szczególności „Powrotowi posła”. Jednak recepcja Niemcewicza w PRL, mimo zasadniczej postępowości jego pisarstwa, nie była była prosta i jednoznaczna. ….

Marcin Kula zajął się Voltairem (Wolterem) jako finansistą, przedsiębiorcą, przedmiotem analitycznego zainteresowania socjologii historycznej, czyniąc to w odniesieniu do książki Leona Koźmińskiego „Voltaire finansista” (2019)

„Pamiętnik Literacki”, Instytut Badań Literackich PAN, rocznik CXI 2020, zeszyt 1, str. 280, PL ISSN 0031-0514

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko