Krystyna Habrat – JA  NAPRAWDĘ  BYŁEM  ZDOLNY

3
140

– opowiadanie –

    Po żniwach Władziu Skowron miał trochę czasu na książki. Skwapliwie więc wyręczał siostry przy pasieniu krów, bo wtedy nikt nie marszczył czoła, że siedzi sobie gdzieś na miedzy i czyta zamiast coś robić, co  bardziej by się  przydało. Przecież w gospodarce robota zawsze się znajdzie.

Na wszelki wypadek wynajdował sobie takie miejsce, gdzie rzadko kto przechodził. Najwyżej Bieroń. Ten miał prawo tędy chodzić, bo przysługiwała mu służebność tej drogi. Ale w tygodniu nie miał na to czasu. Dopiero w niedzielę po obiedzie, a zwykle był i u niego rosół z dorodnej kury, wstawał energicznie i wyjmował z szafy swój „najkościelniejszy” garnitur. Odłożył go po powrocie z  sumy, a teraz zakładał ponownie. Wreszcie brał pod ramię żonę, wystrojoną też jak  trzeba, i ruszali dostojnie przez wieś  aż do krzyżowych dróg. Tam puszczał żonine ramię i skręcał sam w lewo na boczną dróżkę.

Bywali tacy wścibscy, co celowo nachodzili go w niedzielę w domu o tej porze, aby nic nie uronić z tego widowiska. Potem opowiadali o tym wszystkim. Nie dbał o to. Nawet sadzał  wścibskiego przy stole, aby zjadł z nimi obiad, ale temu zazwyczaj mina rzedła. Wtedy Bieroń spokojnie  dopełniał swej niedzielnej ceremonii.

Szedł teraz ścieżką z wysoko zadartą głową i dziwnie wyższy niż w dzień powszedni. Po chwili znów skręcał i wreszcie wstępował na pozarastaną już trawą  drożynę pomiędzy domami, do której sąd przyznał mu prawo przechodzenia. Nabył je w czasach, gdy musiał tędy dojść z domu do swego pola. Lata temu. Dawno przeniósł się do nowego domu na ziemi żony, gdzie się pobudował, a tutejszy skrawek sprzedał. Nikt mu jednak prawa do przechodzenia już nie na swoje nie zakwestionował, więc nadal w niedzielę uroczyście wykorzystywał swój przywilej. Bo miał tutaj służebność drogi i już! To nic, że ludzie zza płotów się śmieli. Z czasem znudziło się im śledzić tę  ceremonię. „A niech mu tam na zdrowie wyjdzie, skoro ma w tym przyjemność” – mawiali,  ale nigdy nie omieszkali pokazać to cichcem jakiemuś nowoprzybyłemu.  

Polna droga rzadko uczęszczana zarosła murawą i stała się wąską ścieżyną, że chwilami chwiał się idąc, jak po wąskiej kładce. Ale szedł, unosząc głowę jak najwyżej.  Teraz  skręcał w prawo i jeszcze raz, aż z powrotem dochodził do skrzyżowania, gdzie czekała żona, skubiąc frędzle odświętnej chusty. Zarzucała ją sobie na plecy, jak inne kobiety, bo tu od rzeki szedł z wieczora chłód.  Nigdy o nic męża nie pytała. Doceniała jego wielkość, wymierzaną ilością głów wystających zza sąsiedzkich płotów. W  drwiących oczach wyczytywała  podziw.

Władziu Skowron patrzył na to z daleka. Był za młody, by dołączać się do kpinek. Bolał go ten widok, gdy zwaliste chłopisko, zwykle przygarbione przy robocie w obejściu lub na polu, teraz maszeruje jakby wywyższony ponad wszystko po swej dróżce, do której ma prawo, choć nie  jest mu to po drodze, a jego żona czeka na skrzyżowaniu ze spuszczoną głową. Ledwo podnosi oczy na witających ją z daleka, jakby wiedziała, że  zagadują radośnie tak na złość. A może nie na złość, a z dobrego serca? Wszystko jedno. Stoi tam i marznie.

Patrząc na to, Władziu Skowron tym usilniej marzył, aby stąd wyjechać. Dlatego uczył się jeszcze pilniej. Nie opuszczał ani dnia nauki, choć jesienią i zimą autobus dowożący go do miasta, przejeżdżał tędy jeszcze po ciemku, a on musiał jeszcze dojść do niego kawał drogi, czasem po błocie.  Razem z nim wsiadała do autobusu Hania Buczkówna, taka ładna z czarnymi warkoczami koleżanka z podstawówki. Też chciała zostać nauczycielką. To obojgu wydawało się szczytem marzeń. Zostać kimś najważniejszym. Może ksiądz i lekarz byli jeszcze ważniejsi, ale tacy odlegli, a pani w szkole podstawowej miała niebiesko-czerwony ołówek i wymierzała nim, kto kim jest, do czego zdolny, co osiągnie, stawiając pod zadaniem zakrętas podpisu i ocenę z dwóch zakrętasów: „db” lub jeszcze wyższą „bd”. Inne oceny ani Hani, ani Władkowi się nie zdarzały, a w przyuważonych  u kolegów, bywały jeszcze jakieś kanciaste litery, tylko koledzy zawstydzeni szybko zamykali zeszyt.

Tak, nauczyciel mógł ucznia uszczęśliwić, mógł zawstydzić. Czasem poskarżyć ojcu i syn dostawał lanie. Nauczyciel, nawet jeśli w ich podstawówce były same panie, był kimś naprawdę najważniejszym. Oboje więc, jako najlepsi wyruszyli na naukę do liceum pedagogicznego w pobliskim mieście.

Tu Hani nie bardzo się wiodło. Miała kłopoty ze skracaniem ułamków i rozwiązywaniem równań. Nie nauczono ich w wiejskiej podstawówce kolejności działań przy nawiasach i co robić najpierw mnożyć czy dzielić? Trochę ją Władek  w  tym podszkolił, ale sam sobie nie radził na chemii, bo nikt im nie wytłumaczył, czym są właściwości fizyczne, a czym chemiczne, tlenu czy wodoru. Nawet  chwalone tam wypracowania z polskiego Hani, w liceum już tak nie wypadały. Ci z miasta radzili sobie lepiej. Oni oboje mieli braki ze szkoły. A niebiesko-czerwony ołówek pani okazał się już nie tak magiczny. Hani nie udało się zostać nauczycielką, jak pragnęła. Nie zdała i zmieniła szkołę na pielęgniarską. Gdy zabrakło jej w IX klasie, Władek odczuł to bardzo dotkliwie. Za to  radował się, ile razy spotkał ją na wsi, bo mieszkając teraz w internacie już nie dojeżdżała. Łapał się na tym, że nogi same go niosą w sobotę w stronę domu Hani i niby przypadkiem ją spotyka. Był wtedy tak rozgorączkowany, że biedził się, o czym tu  rozmawiać, a stopnie w szkole na okres jakoś mu się pogorszyły. Jak tak dalej pójdzie – martwił się – to i on nie zostanie nauczycielem.

Przesiadywał więc dłużej w noc przy książkach. Szczególnie, gdy za dnia należało  zrobić więcej w polu albo obejściu. Coś do zrobienia było codziennie, ale nieraz więcej. Najwięcej w żniwa,   ale wtedy przypadały wakacje, a on nigdy nie wyjeżdżał na żadne kolonie.   Czasem nawet w roku szkolnym musiał opuścić dzień nauki, gdy wypadały wykopki albo świniobicie. Najgorzej było, gdy  raz śnieg przysypał pole buraków zanim je z ojcem  wykopali, a  w nocy  podmarzło. Podnosili więc skorupę lodową rękami i wyrąbywali te buraki ze zmarzniętej już ziemi. Całe rozległe pole. Byle tylko nie  myśleć, że plecy bolą, palce krwawią. Byle się nie poddać. A nazajutrz w szkole dostał dwóję z fizyki.

 Dopiął jednak swego i dostał się na studia. Wybrał oczywiście biologię, bo nie darmo od dziecka pragnął poznać każdego żuczka, ptaszka, czy ziółko. Okazało się zaraz, że pod tym względem ma wiedzę większą niż inni, ci wychowani w mieście, nigdy nie kopiący ziemi łopatą, a przyrodę poznający z ZOO i książek. 

Nikt mu tylko nie wytłumaczył, by nie kierował się w życiu tak górnolotnie, a niepraktycznie. Zrozumiał to dopiero, gdy obronił na 5 pracę magisterską. Wymarzony, odległy, cel osiągnął, a dalej było pusto. Nie wiedział, dokąd iść teraz.

    Mógł zaczepić się w instytucie hodowli, ale długo musiałby tylko liczyć jajka, znoszone przez specjalnie hodowane rasy kur. To mu się nie uśmiechało. Za nudne, a mało ambitne. Pragnął czegoś więcej. Przecież chciał być kiedyś nauczycielem. Zapomniał o tym w natłoku wrażeń dużego miasta. Tu zresztą poznał wielu innych ważnych ludzi. Najpierw bardzo ważne i groźne panie z dziekanatu, potem profesorów i asystentów. Pokazano mu raz na ulicy prawdziwego poetę, a jego nazwisko pamiętał z lekcji polskiego. Aktorzy przestali robić na nim wrażenia, odkąd  bywał w teatrze. Potem  i w filharmonii, jak inni z jego roku. I nagle to wszystko okazało się na nic, bo nie wiedział, co robić dalej? Zostać na uczelni nie mógł, bo szanse na mieszkanie  były nikłe.  

Ale los uśmiechnął się do   niego.  Został profesorem biologii w liceum na prowincji. Nie aż takim prawdziwym profesorem jak na uczelni, na co by musiał ciężko pracować jeszcze wiele lat, ale tak go tytułowali uczniowie. Nie pytał siebie, czy taki był jego szczyt marzeń. Wziął co się nadarzyło, zamieszkał w hotelu rotacyjnym dla młodych, a  mieszkanie miał dostać, jak się ożeni. Zaraz w pierwszym roku skopał kawał ziemi przy wejściu do szkoły i zasadził tam morwy.

Obiecywał sobie, że rzuci taką posadę jak tylko upatrzy sobie ciekawszą, ale przepracował rok i nic nie znalazł. Potem drugi rok i trzeci. Los widocznie o nim zapomniał – myślał czasami  rozżalony.  Szczególnie, gdy smarkateria w szkole dawała się we znaki. Ale nie! Los miał dla niego inną propozycję. Hania, teraz już ważna pielęgniarka, jeszcze nie wyszła za mąż. Spotkał ją, gdy pojechał do rodziców na Boże Narodzenie.

Gdy się pobrali, obiecane mieszkanie czekało. Zabrał swoje książki i ubrania z hotelu rotacyjnego dla nieżonatych,  kupili na raty tapczan, stół oraz szafę na sukienki Hani i jego  garnitur ślubny,  czekający na okazję jakiegoś wielkiego wyjścia. W  drugim, już nieco sfatygowanym, chodził każdego dnia po szkole i po mieście,  więc go trzymał w przedpokoju. Na półce w łazience obok jego żyletek do golenia stanęła zalotka Hani, takie coś, jak obcęgi, do podkręcania rzęs. Dziwne. Jego siostry ani mama czegoś takiego nie miały. Hania tłumaczyła mu, że siostry były za małe. A mama?

Ta spracowana kobiecina nigdy nie miała czasu, aby usiąść, odpocząć, bo zaraz biegła do dojenia krów, to znów zrywała się, bo kura zagdakała nie tam gdzie trzeba, pewnie gubi jajka. Siostry nie chciały powtarzać losu matki, powyjeżdżały do miasta, młodszy brat został księdzem. Rodzice byli z dzieci dumni. Tylko, co z gospodarką? Kto tu dalej będzie orał i siał? Miałby on, Władziu, powrócić na wieś? Zaprzepaścić lata  nauki? Przecież był naprawdę zdolny. „Patrzcie, mamy prawdziwego profesora!” – przechwalali się sąsiadom. A ci patrzyli na niego z niedowierzaniem. Znali go od małego, gdy latał za krowami. Zwykły chłopak, jak każdy tutaj, a teraz taki niby ważny. W dodatku pomaga ojcu wyrzucać widłami gnój z obory.

 Los jednak czuwał. Wszystko układało się  jako tako. Wprawdzie uczniowie  bywali niebezpieczni, gdy zadawali podchwytliwe pytanka,  albo próbowali być mądrzejsi od niego, lecz on powoli uzbrajał się w swoje sposoby. Poskramiał każdego dowcipnisia. Bali się go. I dobrze. Do tego los wynagrodził go piękną żoną. Hania dawno obcięła czarne warkocze,  rozkwitła urodą. Był z niej bardzo dumny. Po kilku latach mieli już dwoje dzieci. Koło czterdziestki zorientował się, że ciągle tkwi w tej samej szkole, w tym samym mieście na prowincji, ale już nie rozgląda się za niczym innym, bo świat poza szkołą wydaje się mu dziwny. Chyba by sobie tam nie poradził.

 Jak tylko wyszedł na ulicę, stawał się taki jak  wszyscy. Ktoś go czasem  potrącił. Przeprosił, albo nie. Nieraz byle urzędniczka za biurkiem krzyczała na niego. Nie potrafił jej odpysknąć. Pierwszy lepszy urzędniczyna  bez tytułu magistra mógł jego, magistra, profesora z liceum,  zbyć byle czym. On nie  był przebiegły. Wiele szans mu uciekało. Znów ktoś nadepnął mu na odcisk. Powracał do szkoły z ulgą.   Co by nie powiedzieć, tu był panem. Gdy tłumaczył coś przy tablicy, uczniowie w ławkach patrzyli na niego w górę. Giął nawet przed nim kark ów ważny urzędnik,  gdy jego dziecko przyszło do tej szkoły. Tatulo od razu spokorniał. Nawet się napraszał, żeby załatwić mu tamtą sprawę.

Tylko ze szkoły trzeba było wyjść każdego dnia i iść do domu, a po drodze może coś załatwić, a nie każdy zza biurka miał dziecko w wieku szkolnym. Taki znów mógł go zbyć.  A zbić po ciemku każdy, nawet uczeń któremu zaszkodził. Matematykowi, co   chciał nauczyć za dużo i za dużo wymagał, w dniu rozdania świadectw powybijali szyby w oknach. Widocznie przesadził z  wymuszaniem  korepetycji. Z biologii korków nie brano. Może tylko on nie potrafił się za tym zakręcić. Zawsze przecież byli tacy, co marzyli o medycynie. Podpowiadał im nieśmiało, czego się mają nauczyć, a jak się dostali na studia, zapominali o nim. Po co właściwie wybrał biologię? W matematyce też był przecież dobry.

Gdy z pieniędzmi było w domu krucho, rozgoryczony brał odwet na uczniach. Skwapliwie stawiał dwóję za dwóją. Gdy wywoływał na środek do odpowiedzi, patrzyli w niego z przerażeniem. A jemu było w to graj! Czuł się tu naprawdę władcą. Teraz zrozumiał, czemu uczniowie przezywają go: „Władzia”. To musiała być zbitka słów: „Władziu – władza”. Przejrzeli go więc?  Doceniali  tak, czy wyśmiewali?

Właściwie to nawet uczniów lubił. Nie znosił tylko tych, co chcieli być od niego mądrzejsi. Ale miał satysfakcję, gdy jego była uczennica opowiedziała mu, jak przydała się jej wiedza z biologii, jaką wpajał, na  egzaminach wstępnych na uczelnię. Wreszcie doceniono jego pasję do wyszukiwania nowinek naukowych ze świata. Nie na darmo wertował z upodobaniem czasopisma naukowe. Tym właśnie ta uczennica zabłysła na egzaminie z biologii, powtarzając ciekawostkę o amerykańskich  eksperymentach na wirusach. Pytający, młody asystent, przyznał, że o tym nie wiedział. Powiedział tak   przy całej komisji egzaminacyjnej. A potem, jakby to nie był egzamin wstępny na studia, a rozmowa towarzyska, opowiedział jej w rewanżu  o innym eksperymencie naukowym na wirusach.  Władziu wiedział, że ten asystent okazał  tak swoją mądrość i wcale nie nadszarpnął swego autorytetu, gdyby się nieudolnie plątał, udając, że to wie, albo oblał kandydatkę. On sam by tak nie potrafił. Przyznać, że czegoś nie wie?  Dla niego byłaby to kompromitacja! A skąd ta dziewczyna miała tyle odwagi, aby powiedzieć swoje, coś spoza podręcznika na tak ważnym egzaminie?

Tak, nieraz ubliżał sam sobie, że w szkole  straszny z niego gieroj, a poza szkołą kuli uszy po sobie i byle biurwa, byle sprzątaczka, może  na nim wyładować swój zły humor. Tylko morwy pod szkołą rosły coraz wyższe.

 Raz zabrał żonę i dzieci na kolonie, gdzie miał być zastępcą kierownika. Pojechali z grupą kolonistów. Na miejscu w wiejskiej szkole  oczekiwał kierownik szkoły – niepozorny chłopina, pomarszczony, zatroskany. Ale był teraz jego przełożonym i w dodatku  na swoich śmieciach, więc cały czas  usiłował pokazać, że on  ważniejszy.  Do tego jego  żona   z piekła rodem,  takie babsko z potarganymi, czarnymi, włosami, wpadało raz po raz uciszać chłopaków, że hałasują. Czasem któremuś  przyłożyła. Nie należała do personelu kolonii, ale oni mieszkali w tym budynku i wszystko było jakoby ich. Władziu  udawał, że tego nie widzi. Nie chciał mieć kłopotów. I przez to  ten kierownik,  choć niedojda się rozzuchwalał.

Ów kierownik nabrał takiego przekonania o swej mocy, że pewne z nakazu swej żony, zwołał kiedyś radę pedagogiczną, by przy wszystkich wychowawczyniach  udzielić  Władziowi nagany za  opuszczenie budynku szkoły podczas ciszy poobiedniej. Wyszedł tylko po papierosy. Na kwadrans. Kiosk był zaraz za płotem. Ale wyszedł samowolnie! I on Władziu Skowron, taki zdolny i mądry, nie potrafił nic zrobić, by nie przyjąć pokornie nagany i nie przeprosić. Przyjął dla świętego spokoju, aby nie odesłali go z rodziną do domu. Aby żona i dzieci nie dowiedzieli się, że przegrał. I żeby zapłacono mu za tę pracę na koloniach.

W odwecie za swą sromotną klęskę w obecności młodocianych wychowawczyń, najczęściej studentek, rozpowiadał, że kierownik chodzi w półbutach na gołe nogi. Bez skarpetek. A jak boi się swej groźnej żony?  Raz w takiej akurat chwili, gdy podczas ciszy  poobiedniej zaprzyjaźnione grono pedagogiczne popijało sobie w najlepsze kawkę w tajemnym zakątku  przy sali gimnastycznej, drzwi się otwarły i stanął w nich szef, oczywiście bez skarpetek, jak przed chwilą opowiadał Władziu. Teraz, gdy to wejście przerwało mu  nową pogaduszkę  w pół słowa,  stał z otwartymi jeszcze ustami naprzeciw drzwi, a szef  milcząco przesuwał wzrokiem po  wszystkich.  W tedy Władziu zerwał się i wykrzyknął przymilnie:

– Zapraszamy do nas, panie kierowniku. Będzie nam miło. Zapraszamy na kawę. Proszę krzesło! …– i podbiegł z tym krzesłem, na którym siedział, przez cały pokój, aż  szef na nim klapnął. – Jolu przynieś wody na kawę!

Przybyły trochę zbaraniał. Zaczął się wzbraniać przed wejściem, ale krzesło już przed nim stało u drzwi, więc usiadł i zapadło milczenie. Nagle, widząc, że teraz Władziu stoi, bo więcej krzeseł nie ma, wymruczał, że zobaczy, czy chłopcy nie rozrabiają i umknął chyłkiem, jakby go tu wcale nie było.

Tylko Władziu siedział teraz osowiały i już  nie   patrzył nikomu w oczy.

Więcej tam nie pojechał. Na żadne kolonie, choć przydałby się każdy pieniądz i zmiana powietrza dla rodziny. Nie potrafił tego zorganizować.

Ale on kochał szkołę i wszystkich uczniów. Jak przeszedł w końcu na emeryturę co i rusz maszerował do szkoły popatrzeć, co tam teraz? Co w jego królestwie. Zachodził do swej dawnej pracowni i sprawdzał, czy rybki w akwarium mają się dobrze, czy gdzie nie skacze żaba, jak kiedyś jemu? A na widok karalucha, jakiego przyniósł kiedyś dla demonstracji przedstawiciela  chrząszczy, dziewczyny tak piszczały, że zaprzestał tak  z przyrodą oswajać.

Ale zawsze usiłował wpoić im jak najwięcej wiedzy, nie tylko tej podręcznikowej, ale i z czasopism naukowych. Czytywał je przecież namiętnie. Ile razy ktoś się  dziwił jego pilności,  wygłaszał z namaszczeniem:

– Uczeni amerykańscy dawno udowodnili, że osoby wykształcone i zdolne, które do późnych lat dalej chłoną wiedzę, nigdy nie popadną w sklerozę!

I on to wypełniał akuratnie. Nie tylko ze strachu przed demencją. On to lubił.

 Nie wypełnił jednak wszystkich swych planów. A tyle ich miał. Taki był przecież zdolny. Docenił to kto? „Zaraz, a gdzie ten szkielet piętnastoletniej dziewczyny? Zawsze tu stał między oknem a tablicą.

– Władziu – mówiła żona błagalnym tonem, gdy znowu zawiązywał mozolnie krawat, co robił tylko wybierając się do szkoły – poczytałbyś sobie coś, odpoczął.

– Jakoś bolą mnie oczy od czytania. Lepiej popatrzę, co tam u moich.

Wiedziała, że „moi” to dawni nauczyciele, których zastępowali coraz młodsi. Bała się, że Władzio coraz mniej się interesuje czymkolwiek  i  ma dziury w  pamięci. Przestał pytać o szkielet 15-letniej dziewczyny, jaki stał od lat w jego pracowni biologicznej, a na życzenie rodziców, by nie stresował ten widok dzieci, schowano go na strych już dawno temu. Przestał pytać o morwy, jakie pod szkołą sadził, bo uschły i je wycięto jeszcze za jego czasów. Ożywiał się dopiero na widok własnych  wnuków, gdy dzieci przyjeżdżały z wielkiego miasta. Z czasem i na nich obojętniał, narzekał, że  hałasują.

Ale hałas w szkole na przerwach mu nie przeszkadzał i maszerował tam regularnie. O tym pamiętał. Któregoś dnia zapytał, czy ten Bieroń, co miał swą służebną drogę jeszcze tamtędy chodzi? Hania nie wiedziała, co powiedzieć. Chciał tam pojechać, zobaczyć. Ale nie mieli już do kogo. Młodzi porozjeżdżali się po świecie.

Krystyna Habrat 

13.10.23r.

Reklama

3 KOMENTARZE

  1. Opowiadanie bardzo realne. Znałam i ja takich ludzi: ambitnych, pracowitych, skromnych, nieco zakompleksionych. Tacy z prawdziwej potrzeby sami dążyli do rozwoju osobistego, nie oglądali się na mamę/tatę , nie liczyli na koneksje, że ktoś – coś. Sami sięgali upracowanymi rękami po kolejną książkę. Jak Władzio. Spokojny, pracowity człowiek z marzeniami. Realizując je nie korzystał z żadnej taryfy ulgowej, to było jego marzenie i on sam musi o siebie zadbać. No i dbał, nauczycielstwo było jego pasją. Sytuacja z “panem bez skarpetek” zaburzyła jego zasady, przeżywał to. Dlaczego ? A bo był człowiekiem skromnym, uczciwym a nade wszystko honorowym. Głupio wyszło. Coraz mniej panów Władziów…….

  2. Dziękuję Anno. Masz rację. To hołd dla takich cichych istnień jak mój bohater. Natomiast scena z panem “bez skarpetek” jest niemal symbolicznym podsumowaniem do czego w końcu dochodzi ktoś prawy i zdolny, ale za mało cwany i bez pleców czy kumpli od kielicha. Władziu jest kimś tylko świecie maluczkich – w szkole. Poprawiając, zgubiłam w pośpiechu akcent, jakim były sceny wyciszania zdolnych uczniów, gdy zagrażali jego statusowi: najmądrzejszego wśród nich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko