Krystyna Habrat – NIERADKA  NA  ROZSTAJACH

0
90

/opowiadanie/

Wczesnym rankiem na płocie otaczającym budowę wysoki, jak tyka, mężczyzna rozklejał małe karteczki ogłoszeń. Płot był niebieski, blaszany, a mężczyzna bardzo się spieszył, jakby chciał ukończyć robotę zanim zaczną tędy chodzić ludzie.
Wnet jednak pojawiła się jakaś kobieta i zajrzała mu przez ramię, a przeczytawszy anons o zamianie trzypokojowego mieszkania na dwa mniejsze, zamyśliła się.
– Rozwód? – zagadnęła.
– Ano rozwód – przytaknął zapytany, dokręcając tubkę z klejem.
– Smutna sprawa.
– Ano tak.
Nie było nic do dodania. Poszła dalej rozmyślając nad warunkami zamiany. Napisane było wyraźnie, że za to trzypokojowe mają być dwa mieszkania: jedno o dwóch pokojach z Co, gazem i jasną kuchnią oraz windą, a to drugie: pokój obojętnie jaki. Tak było napisane.
Była pewna, że to temu mężczyźnie  jest już wszystko jedno. Jakże mu współczuła. Taki biedak chudy, nie szczupły, jak przystało na przystojnego, ale długi, bo pozbawiony ciała. Niedożywiona chudzina.  Widocznie już mu ta jego nie gotuje. Albo byle co. Biedak, już sobie nie radzi… Taki nieradka…
A mężczyzna nazwany „nieradką” porozglądał się, czy znowu kto nie nadchodzi, pospiesznie ponalepiał jeszcze kilka karteczek na niebieskim płocie i znikł.
 Dłużej myślała o nim ta kobieta, która zdążyła przeczytać mu zza ramienia jego ogłoszenie, gdy szła na poranny dyżur do szpitala. Była pielęgniarką i to zahartowaną do widoku ludzkiego cierpienia, że niełatwo było ją wyprowadzić z równowagi. Jednak ciągle cierpienia, jakie ludzie sobie sami gotują robiły na niej wrażenie.   Jej los zabrał wcześnie tego, co był tak dobry, tak cierpliwy, ale nie mogła zrozumieć  tych, gdzie jedno drugiemu wbija nóż w serce, a  mogli być szczęśliwi.
Nieradka nie szedł daleko. Po drugiej stronie płotu było więcej takich, którym w życiu nie bardzo się udało, a ktoś wyciągnął do nich rękę i dopomógł zatrudnić się im na rozpoczętej budowie  bloku mieszkalnego. Otaczał ją już dziki lasek i dalej niebieski płot.
Nikt tu nikogo nie dopytywał, jaki ma właściwie zawód? Dlaczego tu trafił? Ani co zamierza? Po prostu pracowali przy budowie, dom rósł, a oni po pracy rozchodzili się nie wiadomo gdzie.
Raz i drugi zostawali w kanciapie majstra, by świętować czyjeś imieniny, to znów święta, gdy kilku z nich nie miało gdzie zasiąść do rodzinnego stołu, i tak się utarło, ze coraz częściej popijali, śpiewali, albo snuli do rana opowieści o swoim życiu.
Wszyscy oni mieli podobny los. Kiedyś stanęli na rozstajach dróg i nie wiedzieli co dalej. Jednego porzuciła żona, drugi wcale się jeszcze nie ożenił, trzeci nie miał nawet takiego zamiaru i ten najgłośniej chwalił sobie wolność. Gorzej było z praniem koszul i prasowaniem, bo jednak kobieta robi to najlepiej. I dopilnuje, kiedy koszula nadaje się do prania a nawet tylko do wyrzucenia.
Z czasem do ich ferajny dołączali nowi, którym chwilowo potrzeba było gotówki. Jedni przychodzili, inni znikali, czasem wracali, częściej już nie.
Jeden nawet był już prawie lekarzem, ale czegoś tam nie pozdawał czy jakoś tak i coś zagłuszał narkotykami, a potem ktoś przyniósł jego klepsydrę. Nie wytrzymał biedak życia. Klepsydra zawisła na niebieskim płocie wokół placu budowy. Pierwsza. Z czasem przybywały następne. A z dziw, że odchodzili tak młodo. Niejeden nie miał już po co żyć. A wszyscy takie nieradki. Ktoś po kielichu podsumował, że oni wszyscy są bez celu w życiu, bez idei, religii, i szczęścia. Zagubieni.
Trzymali się tej pracy na budowie, bo z czegoś musieli żyć, za coś jeść, opłacać mieszkanie, ale tej pracy nie lubili. Każdy kiedyś zamierzał więcej: zdobyć dobry zawód, osiągnąć wysokie stanowisko, mieć  ładne mieszkanko, może nawet domek z ogródkiem,  ładną żonę i kochane dzieciaki. A teraz popijają w niezbyt czystej kanciapie i wszystko im jedno.  Edziu, Jarek, Adam, Marek, Jasiu, Gucio… Każdy kiedyś się potknął i odtąd żyje byle jak, bo nikt go nie nauczył żyć.
Edziu był bardzo posłusznym dzieckiem. Robił wszystko, jak mama kazała. Nigdy się jej nie sprzeciwił. Tylko w szkole mu szło nie najlepiej. Najgorzej z matematyką. Ale skończył technikum bez powtarzania klasy i pracownikiem był porządnym.  Wszystko robił na czas, nikomu nie podstawiał nogi, wszyscy go lubili. Tylko dziewczyny patrzyły na niego nieufnie. Co którą zapoznał, to mama zaraz też chciała się jej przyjrzeć. I potrafiła bez pardonu wykazać takiej, że ma za krótką spódnicę, albo nie garnie się do nauki gotowania, co sprawdziła  niewinnym pytankiem o sos do sałaty. „Nie, nie, Edziu – tłumaczyła po wizycie – zapamiętaj sobie, taka nie będzie ci dogadzać. Może nawet chcieć, abyś to ty gary zmywał.” I Edziu z nosem na kwintę lecz bez słowa oporu, żegnał się z kolejnym marzeniem o żeniaczce.
Aż upatrzyła mu mamusia jedną, która powinna być dobrą partią. Grała nawet na pianinie i po ślubie to pianino wniesione do domu teściowej jęknęło, ustawiane na  podłodze w największym pokoju. Nie odezwało się jednak, gdy trzy lata później było wynoszone. Dzieci też zaniemówiły. Jak i Edziu. Po rozwodzie nie dopuszczano go do nich. Nieraz długo błąkał się smętny po ulicach, żeby je gdzie spotkać. Nie był na tyle zaradny, żeby to wywalczyć. Mama odradzała mu walkę w sądzie i straszny skandal.
Jarek był w domu królem. Skakali wokół niego dziadkowie, a głownie babcia, która zobaczyła we wnuku swój sens życia. Rodzice oddawali jej pole do popisu, bo młodzi byli, chcieli się jeszcze bawić, użyć życia. Jak gdzieś wychodzili babcia brała   maleństwo  do swego łóżka, żeby go  pilnować. A on  stawał się coraz większy i wkrótce zajmował całe posłanie. Nieraz, gdy młodzi wracali z balu, zastawali ją klęczącą przy łóżku z głową na kołdrze i tak drzemiącą, bo Jaruś przewrócił się na bok i zajął całe łóżko, a ona nie chciała go przesunąć i  – nie daj Boże – zbudzić.
I Jaruś rósł najładniejszy, najmądrzejszy ze wszystkich. Czasem tylko ojciec wtrącał, że najważniejsze, aby był dobry, ale nikt go nie słuchał. Wtedy wyjechał za granicę, a za nim żona, aby tam zakosztować większego dobrobytu. Babci było w to graj. Mogła teraz do woli wychowywać Jarusia po swojemu. Dziadek niewiele się wtrącał, a Jarusiowi było to wszystko obojętne. Jak chciał nowe klocki – dostawał takie, i wszystko inne. Nie potrafił wymyślić nic więcej.  W szkole nie bardzo chciało mu się przykładać do nauki, więc  miał  korepetycje. Miał też dżinsy, jakich nikt w klasie nie miał. Rodzice przysyłali  środki, dziadkowie kupowali, czego zapragnął. Za promocję do następnej klasy, za zdanie matury, za to, że zgodził się studiować… Z oporami, ale poszło…
Aż swoje powiedział los. Zabrał babcię, potem dziadka, a rodzice nakazali, by w kraju skończył studia. Jeszcze nie byli na tyle majętni, aby mu tam takie opłacać.
Ale on nie wiedział co zrobić, żeby zjeść obiad? Co się robi z brudną koszulą? Więc ożenił się z pierwszą dziewczyną, która to wiedziała. Tylko wciąż gadała o pieniądzach. Skąd je wziąć, gdy  tych od rodziców nie starczało? Nie miał pojęcia. Nikt go tego nie nauczył.
Marek potrafił się w życiu urządzić. Gdy inni po likwidacji ich zakładu pracy wystawali w kolejkach do znalezienia pracy i ganiali na zupę Kuronia, on musiał wraz z żoną utrzymać trójkę dzieci. Rozłożył więc  koło zamkniętego już na cztery spusty swego zakładu pracy łóżeczko polowe, a na nim przywożone rowerem od gospodarza z pobliskiej wsi pomidory i jabłka, bo to ludzie kupowali. Bezrobotni też musieli coś jeść. Opłacało się. Kupił więc mały sklepik składany tak zwane „szczęki”. Szło mu nadal całkiem nieźle. Kupił stare auto od takiego, co mu już na chleb brakowało i nocą jeździł do dalszej wioski po ziemniaki i kapustę oraz pietruszkę. Opłacało się. Kupił prawdziwy sklepik!  Na zmianę z żoną pomagała mu w sklepie młoda dziewczyna.
Adam też pochodził z rozbitej rodziny. Ale dbali o niego, matka z bliska, bo razem mieszkali we dwoje, a ojciec z innego miasta przysyła pieniądze, książki i dobre rady. Tylko ojciec nie był na tyle zaradny, żeby nauczyć go kopać piłkę, jeździć na nartach, zawracać głowy dziewczynom, a choćby radzić sobie ze złośliwymi nauczycielami. A właśnie taka jedna uwzięła się, żeby mu pokazać, że choć on  więcej czyta mądrych książek niż ona i więcej wie, to wcale taki mądry nie jest. Aż postawiła na swoim i zostawiła go na drugi rok w tej samej klasie. Wtedy on się załamał.  Liceum jakoś ukończył, bo już nie miał tak złośliwej „nauczycielicy”, ale jakby uszło z niego życie. Nic więcej już mu się nie chciało. Rodzice poumierali. Nie miał nikogo więcej. Nawet nie miał sił szukać.
Zaczynał studia, nie kończył. Nie ożenił się. Pieniędzy nie miał. Groziła mu utrata mieszkania. Więc odkładał kolejną najciekawszą w świecie książki filozoficzną i szedł gdziekolwiek zarobić na czynsz i jedzenie. Na coś więcej nie miał sił.

I tacy zbierali się razem po pracy na budowie w kanciapie majstra. Biedne nieradki. Przemykali przez życie bezszelestnie, niemal niewidzialni. Bez zapału i ufności do ludzi. Nie żenili się, Nikogo nie kochali albo nie mieli szczęścia w miłości
Dołączyli do nich dwaj z ostatniej ławki w pierwszej klasie. To było dawno temu. Jeden był wtedy  długi, chudy, smutny, w szarym ubraniu, a drugi niski, okrągławy i nawet wesoły, ale od razu smutniał na widok pani w klasie. Obaj zapytani przez nauczycielkę nigdy nie powiedzieli ani słowa.  Nie nauczyli się wtedy czytać ani pisać. Nauczycielka przestała ich pytać. Byli w szkole codziennie, a  jakby ich nie było. Zupełnie sobie w szkole nie radzili i nie zdali do drugiej klasy. Inni poszli dalej, a o nich słuch zaginął.
 Ale po latach trafili i oni na tę budowę, jako nieźli fachowcy w murarce – murarz i tynkarz. Zwabiło ich ogłoszenie na niebieskim płocie o zapotrzebowaniu na takich fachowców, a  jeszcze bardziej to drugie:  
ZAPRASZAMY DO  AZYLU  DLA  NIERADKÓW
 Tu czekali już wszyscy ci, co stanęli na rozstajach dróg i nie wiedzieli co  dalej. Ktoś tu im to powie?

Krystyna Habrat

1.9.2023r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko