Franciszek Czekierda – ODTAJNIENIE AKT WŁASNYCH

0
111


PONIEDZIAŁEK   

Był rok 1966. W ósmej klasie szkoły podstawowej w Strzelinie szczególnie polubiłem historię i wychowanie obywatelskie, przedmioty prowadzone przez panią Wandę Głuszko. Wypadały one w poniedziałki. Podczas lekcyjnych dyskusji, w których aktywnie uczestniczyłem, często stawałem w obronie Zachodu, krytykując panujący w Polsce ustrój. Nauczycielka łatwo spostrzegła, że moje polityczne poglądy nie były zgodne z linią partii i rządu. W tym czasie w domu z pasją słuchałem rozgłośni Wolna Europa i miałem już ukształtowany ogólny pogląd na świat. Po kilku lekcjach pani Głuszko nadała mi przydomek Johnson, co sprawiło mi niejaką przyjemność. Przypomnę, że Lyndon Baines Johnson był wtedy prezydentem Stanów Zjednoczonych (według sondażu amerykańskich historyków C-SPAN zajmuje on jedenastą pozycję wśród najlepszych prezydentów USA). Po pewnym czasie nauczycielka  delikatnie dała mi do zrozumienia, żebym za bardzo nie krytykował istniejącego w Polsce status quo. Nie obraziłem się, zresztą czułem, że ona także nie była pasjonatką istniejącego w tej części Europy ustroju. Z powodu sposobu prowadzenia przez nią zajęć oraz regularnego otrzymywania piątek ze wspomnianych przedmiotów, poniedziałek stał się dla mnie najprzyjemniejszym dniem tygodnia wbrew temu, co sądzili o nim ludzie. W każdy poniedziałkowy poranek, gdy szedłem do szkoły, snułem rozmyślania na temat czekającej mnie dyskusji historycznej i politycznej z nauczycielką oraz z koleżankami i kolegami. Rozmyślania te przeistaczały się w marzenia, w trakcie których brylowałem na lekcjach, otrzymując na nich oceny celujące. Najczęściej marzenia te ziszczały się. Byłem wdzięczny pani Głuszko, że doceniła mnie i nie kazała milczeć, kiedy wygłaszałem „wywrotowe” poglądy.

SOBOTA
W pamiętniku pod datą 2 marca 1968 roku zapisałem następującą informację usłyszaną w radio Wolna Europa: „MO[Milicja Obywatelska] zatrzymała kardynała Wojtyłę i go zrewidowała”. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem to nazwisko. Z komunikatu dowiedziałem się, że jechał samochodem krajową drogą. Sądzę, że zatrzymanie do rewizji drugiej osoby w episkopacie (po kardynale Stefanie Wyszyńskim), spowodowane było zaostrzeniem przez władze restrykcji wobec przedstawicieli niezależnych elit i rodzącej się opozycji w okresie wzburzenia nastojów środowiska kulturalnego po zakazie wystawiania w Teatrze Narodowym Dziadów Adama Mickiewicza w reżyserii Kazimierza Dejmka. Zatrzymanie krakowskiego arcybiskupa jadącego samochodem i przeszukanie go (nie pamiętam, czy przeszukano tylko pojazd, czy także kardynała) odbyło się kilka dni przed wybuchem wydarzeń marcowych.
O trwających w kraju studenckich protestach i o partyjno-państwowej nagonce antysemickiej relacjonowałem w ogólniaku kolegom z klasy, powołując się na wiadomości z radia  Wolna Europa. Podczas przerw żywo dyskutowaliśmy o bieżących wydarzeniach. O mojej nadmiernej aktywności na tym polu ktoś poinformował władze powiatowe. Polecenie uspokojenia mnie wydano Mikołajowi P., przewodniczącemu Gromadzkiej Rady Narodowej (GRN w Strzelinie), który mieszkał w pobliżu naszego domu w Karszowie. Moja rodzina nie utrzymywała stosunków z rodziną Mikołaja P., więc ten poinformował o sprawie ciocię Albinę i wujka Walerka (który był z Mikołajem zaprzyjaźniony, obaj walczyli podczas wojny w II Armii WP). Roztrzęsiona ciotka przybiegła do mojej mamy, prosząc aby powstrzymała moją zapalczywość polityczną w liceum, bo może się to źle skończyć. Mama powiedziała mi o wszystkim, przykazując abym w szkole nie wypowiadał się w kwestiach politycznych. Przypomnę, że w PRL-u słuchanie w domu zakazanego radia i cytowanie go wśród znajomych było sprawą polityczną, ściślej działaniem przeciwko socjalistycznej ojczyźnie. Ostrzeżenie przewodniczącego GRN wpłynęło na mnie mrożąco. Czułem niesmak, że któryś z kolegów na mnie doniósł. Podejrzewałem o to elokwentnego blondyna z niższej klasy. Później uświadomiłem sobie, że nie musiał być donosicielem, mógł na przykład zwierzyć się w domu z tego, co się działo w szkole. Ojciec kolegi był w powiecie wysoko postawionym partyjniakiem i prawdopodobnie nadał bieg sprawie, stając w obronie ustroju „sprawiedliwości społecznej” przed niesfornym uczniem mówiącym niewygodną dla tegoż ustroju prawdę.
Przez długi czas byłem przygaszony. Jednak zdarzenie to nie spowodowało wygaszenia mojej aktywności w tej mierze. Przeciwnie. W głowie rysował mi się pewien plan w związku z zapowiadanym na jesieni tego roku piątym zjazdem Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej (PZPR). Kilka miesięcy przed nim we wszystkich miejscach publicznych kraju wywieszano plansze i transparenty o treści: „Witamy V Zjazd PZPR”. Propaganda była irytująca i nachalna, w radio i telewizji non stop mówiono o podejmowanych czynach produkcyjnych dla uczczenia zbliżającego się zjazdu. W moim rodzinnym Karszowie przy bramie wjazdowej do PGR-u, zainstalowano na metalowym stelażu wielką tablicę, na której chwalono się wydajnością zbóż z jednego hektara. Nad cyframi i wykresem widniał czerwony napis: „Witamy V Zjazd PZPR”. Postanowiłem coś z tym zrobić. Przeprowadziłem dokładne rozpoznanie konstrukcji, która z tyłu była wzmocniona metalowymi profilami. Któregoś dnia z przydomowej szopy wziąłem puszkę z czarną farbą olejną, szmatę oraz pędzel i przed północą udałem się w wiadomym  kierunku. Po metalowych profilach wdrapałem się na konstrukcję i, niezauważony przez nikogo, kilkoma szybkimi pociągnięciami pędzla zamazałem propagandowe hasło, pozostawiając informację o wydajności zbóż.
Nazajutrz w pegeerze pojawiła się milicja prowadząca w tej sprawie dochodzenie. Funkcjonariusze MO wypytywali o zamazanie hasła dyrektora i pracowników. Kiedy mama dowiedziała się o ich wizycie, natychmiast spaliła pędzel i szmatę ubrudzoną czarną farbą. Nie byłem na tyle przewidujący, żeby rzeczy te zakopać lub spalić. Chociaż mamie nic o tym nie mówiłem, wiedziała, że była to moja sprawka. Gdy tato spytał mnie o to, przyznałem się z trudno skrywaną satysfakcją. Ojciec nic nie powiedział, choć przypuszczam, że w duchu był ze mnie dumny. Później milicja pojawiła się we wsi jeszcze raz, ale nic nie ustaliła. Po jakimś czasie śledztwo zostało prawdopodobnie umorzone.   

CZWARTEK
W 1973 roku, będąc na drugim roku prawa, postanowiłem uczcić piątą rocznicę wydarzeń marcowych, wywieszając transparent na wieży gmachu głównego Uniwersytetu Wrocławskiego im. Bolesława Bieruta (imię to uczelnia nosiła do 1989 roku). Wcześniej przygotowałem białe płótno, na którym czerwoną farbą napisałem PAMIĘTAMY MARZEC 68. W planowaną akcję wtajemniczyłem zaufanego kolegę z roku, Tadzia Dobrzańskiego. Kilka dni przed akcją zrobiliśmy rekonesans. Weszliśmy od środka na strych, następnie na czworoboczną wieżę z balustradą, pokonując po drodze kilka drzwi, które były zamknięte na słabe zamki. Na strychu znaleźliśmy łaty dachowe, które mogły być przydatne do obciążenia transparentu. W przeddzień rocznicy, późnym wieczorem, ponownie weszliśmy na wieżę. Płótno z napisem przybiliśmy gwoździkami do przyciętych łat, od góry przymocowaliśmy w dwóch miejscach sznurek służący do przywiązania transparentu, który zawiązaliśmy do balustrady naprzeciw wydziału prawa, następnie opuściliśmy go z łatą obciążeniową. Było ciemno, więc nikt nas nie widział. Wycofaliśmy się cicho, zamykając za sobą drzwi i wycierając ślady linii papilarnych.
Nazajutrz rano we czwartek, 8 marca, pojawiłem się na wydziale. Przez jego duże okna obserwowałem wraz z innymi studentami, wiszący transparent na uniwersyteckiej wieży. Akurat pojawił się przy nas wykładowca, dr Aleksander Seniuta, nb. stalinowski więzień (o czym wtedy nie wiedziałem) i późniejszy działacz niepodległościowy. Pan Seniuta z uwagą przyglądał się napisowi na transparencie. Stojąc przy nim zauważyłem, jak na jego twarzy rysował się uśmiech zadowolenia. Poczułem satysfakcję. Wadze uczelni ani urząd bezpieczeństwa nie wykryły sprawców.

ŚRODA
Niemal identyczną akcję powtórzyłem w łódzkiej szkole filmowej, gdzie studiowałem  organizację produkcji filmowej i telewizyjnej. W 1978 roku z okazji dziesiątej rocznicy Marca 68 postanowiłem zawiesić na budynku szkoły transparent z identycznym hasłem. Działo się to podczas Konfrontacji filmowych (był to przegląd najciekawszych światowych filmów z poprzedniego roku). Przypadkowo w tym czasie wyświetlano film Lokator Romana Polańskiego. Kilka dni wcześniej przygotowałem transparent z łatami obciążeniowymi, które przyciąłem do długości płótna (wcześniej łaty znalazłem na terenie szkoły). W przeddzień rocznicy, przed północą, wspiąłem się od strony bocznego tarasu rektoratu na dach gmachu. Transparent przymocowałem do szczytu tympanonu i opuściłem bezszelestnie, aby portier siedzący w budce przy bramie wjazdowej nic nie usłyszał i nie zauważył.
Nazajutrz około godziny 10 rano pojawiłem się na dziedzińcu uczelni. Przed frontonem rektoratu zebrali się studenci obserwujący wiszące hasło. Kilku kolegów miało z sobą aparaty fotograficzne. Ja także wziąłem z sobą enerdowską exactę warex, by zdokumentować akcję. Kiedy robiliśmy zdjęcia i komentowaliśmy treść napisu, pewien jegomość podszedł do nas i polecił stawić się natychmiast u rektora Stanisława Kuszewskiego. (W tym momencie przypomniałem sobie powiedzenie „Zabójca powraca na miejsce zbrodni”; byłem zły na siebie, że ciekawość wzięła górę nad bezpieczeństwem). W jego gabinecie inny tajniak ze Służby Bezpieczeństwa zabrał wszystkim aparaty wykręcając z nich klisze. Aparaty oddał, po czym spisał dane personalne z adresami studentów. Obecny był tam także docent Michalski, formalnie prorektor ds. studenckich, w rzeczywistości odpowiedzialny za sprawy bezpieczeństwa politycznego w PWSF,TViT. Rektor Kuszewski podenerwowanym głosem powiedział, że jest to wroga politycznie akcja związana z premierą filmu Romana Polańskiego. Po kilkunastu, a może kilkudziesięciu minutach wypuszczono nas z gabinetu. (Kolega z roku, Leon, robiący tego dnia zdjęcia marcowego hasła, zwierzył mi się później, że jego nie wezwano do rektora, ponieważ zdążył ukryć aparat i dzięki temu zachował zdjęcia).
Nazajutrz Artur Barciś (z którym dzieliłem pokój w akademiku) powiedział mi, że ekipa śledcza przyjechała do filmówki z psem, który długo węszył ślady na strychu. Przestraszyłem się nie na żarty. Zdałem sobie sprawę, że esbecy potraktowali sprawę poważnie. Byli przekonani, że transparent został przeniesiony na dach przez strych. Artur zażartował:
– Zrobiłeś to, przyznaj się.
– Chyba zwariowałeś – odparłem lekko podenerwowany.
Dla ostrożności nic mu nie powiedziałem, choć byliśmy zaprzyjaźnieni. Na wieść o psach węszących ślady wywiozłem do rodzinnego domu ubranie, w którym przeprowadziłem akcję.
Jadąc pociągiem w rodzinne strony uświadomiłem sobie, że wywieszenie dwóch niemal identycznych transparentów na dwóch uczelniach w odstępie pięciu lat było, z punktu widzenia działalności konspiracyjnej, czynem skrajnie nieprofesjonalnym. Gdyby istniała wymiana informacji między placówkami służby bezpieczeństwa na temat antyustrojowych działań w kraju, wówczas specjaliści mogliby łatwo skojarzyć, że na Uniwersytecie Wrocławskim i w PWST,TViT w Łodzi przedsięwzięcia te były identyczne. Po przeprowadzeniu takiej dedukcji wyłowienie sprawcy czynu nie stanowiłoby problemu.
Po pewnym czasie zostałem wezwany na rozmowę do siedziby milicji. Funkcjonariusz w cywilu wypytywał o wrogą akcję i jej inicjatorów. Odpowiedziałem, że nic nie wiem, a przed budynkiem rektoratu znalazłem się dlatego, że po prostu przyszedłem na zajęcia (choć w budynku rektoratu nie mieliśmy wykładów ani ćwiczeń, czego oczywiście nie powiedziałem).
– Dlaczego akurat w tym dniu miałeś aparat? – zapytał groźnie.
– Większość studentów nosi aparaty. Przecież to szkoła filmowa…
– No, tak… – mruknął pod nosem.
Tajniakowi, który przesłuchiwał mnie rutynowo i trochę bez przekonania, nie przyszło do głowy podejrzenie, że pomysłodawcą i wykonawcą operacji mogłem być ja. Na koniec poprosił, abym zadzwonił do niego, gdybym coś usłyszał w tej sprawie. Nie podjąłem tego wątku. Po opuszczeniu budynku MO, funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa więcej mnie nie nękali. Szczęście mi sprzyjało, jako sprawca nie zostałem wykryty, ani złapany.    

WTOREK
Mniej więcej w tym samym czasie pojechałem z Łodzi do Lwowa na studencką wycieczkę, którą organizowało biuro turystyczne Almatur. Planowaliśmy odwiedzić studio telewizyjne. Nigdy tam nie dotarliśmy, bo mieliśmy ciekawsze atrakcje. Wojtek Z., mający kontakty z opozycją, nie jechał z nami, lecz wiedząc o wycieczce próbował kolegom przekazać kilka tomów Archipelagu Gułag Aleksandra Sołżenicyna, wydanych w Paryżu przez YMCA-PRESS, z prośbą o dostarczenie ich do Lwowa. Nie było chętnych. Zwrócił się do mnie, zgodziłem się. Rzecz jasna miałem świadomość niebezpieczeństwa przemytu przez granicę materiałów zakazanych w ZSRR. Były to książeczki kieszonkowego formatu wydrukowane po rosyjsku na papierze biblijnym (jeden tom, który zachowałem, miał grubość półtora centymetra, zawierał ponad 600 stron). Sześć tomów zawinąłem w duży ręcznik i schowałem z innymi rzeczami do torby podróżnej. Na przejściu granicznym w Medyce do autobusu wszedł sowiecki celnik. Nie muszę mówić, że miałem duszę na ramieniu; kątem oka zauważyłem, jak drżała i się modliła, żeby nie było rewizji. Celnik rozejrzał się badawczo. Przewodnik z Almaturu wyjaśnił mu, że jest to studencka wycieczka. Funkcjonariusz omiótł nas fachowym spojrzeniem, po czym machnął ręką i rzucił z nutką zniechęcenia: Ech, studienty…, po czym opuścił pojazd. Modlitwa została wysłuchana. Książki szczęśliwie dowiozłem do Lwowa. Nazajutrz wręczyłem je przedwojennemu profesorowi liceum, który codziennie stał przed katedrą Wniebowzięcia NMP, czekając na odwiedzających miasto Polaków. Profesor bezinteresownie oprowadzał ich po miejscach, których oficjalnie nie wolno było turystom pokazywać.

NIEDZIELA
Kilka ładnych lat później w świąteczne południe, gdy z bratem piliśmy herbatę, opowiedziałem mu o powyższych zdarzeniach.
– Szkoda, że cię nie złapali – podsumował Leszek.
– Nie rozumiem – zdziwiłem się.
– Gdybyś siedział jako polityczny, może teraz byłbyś kimś…

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko