Krystyna Habrat – WIECHLINA W KSIĄŻCE ZAGUBIONA

0
53

Może jest jeszcze gdzieś książką, którą czytałam  wtedy, siedząc gdzieś na pniaku pod sosną, gdy tato zagłębiał się w las, szukając grzybów. Podnosiłam  wzrok znad zadrukowanej stronicy i rozglądałam się, gdzie jest? Jak zniknął mi z oczu na moment, zrywałam źdźbło trawy z miotełką na górze, wkładałam do książki, by założyć czytaną stronę, i wstawałam go szukać. Zaraz pojawiał gdzieś zza sosny lub podnosił z pochylenia, gdy sięgał pewnie po grzyba. W lesie sosnowym nie ma zarośli,  tylko gdzieniegdzie przy ziemi paprocie i jagody, więc jasna przestrzeń otwarta daleko na przestrzał. Ale  na wszelki wypadek wolałam  mieć z tatą kontakt wzrokowy. To zresztą był zwyczaj naszego spaceru: tato pilnował mnie, ja – tatę.

Grzybów tam było niewiele,  od podgrzybki, kurki, rzadziej prawdziwek, muchomor  a najczęściej jakiś grzyb psi, jak się u nas mówiło. Ale wędrując przez las, można było rozmyślać i marzyć. I z każdym krokiem świat wydawał się piękniejszy.

Co wtedy czytałam, siedząc na pniaku?

Książki, które polecały pisma literackie. O których było głośno, gdy się u nas ukazały. Czasem przeplotłam to czymś lżejszego kalibru, gdy któraś koleżanka  zachwalała i na ogół ta lżejsza lektura też przynosiła mi przyjemność, chociaż innego rodzaju. Po prostu te książki były bliższe życia, a postacie podobne do nas z podobnymi problemami i radościami.

  Czytywałam  tak w lesie Hemingwaya i Conrada.

 Jeszcze w liceum  nabrałam przekonania, że  najlepiej  czytać tylko literaturę piękną o najwyższych wartościach artystyczno-ideowych. Tak  zalecali dorośli i nie zawiodłam się. Dopiero teraz odpuszczam sobie czasem jakieś nieprzyjemne tomisko w stylu obecnej epoki, nie dając się nabrać na promocyjne hasło z okładki, że to bestseller, który sprzedał się w milionie egzemplarzy w ciągu jednego dnia, czy tygodnia. „To niech sobie oni czytają”, a mnie nie sprawia przyjemności grzebanie się w rynsztoku życia z pełzającymi tam postaciami bez mózgu, czyli inteligencji, bez poczucia  estetycznego i etycznego. No, bez żadnej idei. Taka egzystencja na szczeblu zaspakajania najniższych instynktów:  żreć, chlać, i więcej nie powiem, bo takich słów nie używam, choć niektórzy wypisują je jako swoje życiowe credo. Biedni oni. Pewnie nigdy nie nazachwycali się pięknem przyrody, pięknem wierszy, muzyki… Kto? Ci od takich haseł jak i bohaterzy dwóch książek, jakie zamierzam oddać do biblioteki nie do końca przeczytane. Już nie mam ambicji czytać wszystkiego, co powszechna opinia zachwala.  Przestałam wierzyć w takie pochwały.

A przecież krytykom literackim kiedyś wierzyłam. Nawet, gdy w rubryce jednego czasopisma dwóch omawiało tę samą książkę (powieść, opowiadania, wiersze) i jeden był „za”, a drugi „przeciw”. Dla mnie ta zamierzona z góry rozbieżność rozszerzała pogląd na daną książkę. Teraz rzadziej mam okazję czytać recenzje prawdziwych krytyków. A kiedy czytam bezkrytyczne zachwalanie, nie dowierzam. Może mam większe wymagania wobec literatury, albo bardziej kapryśne? Może już nie patrzę z takim nabożeństwem na krytyków, czy twórców, odkąd sama zaczęłam publikować  prozę, a nawet przemycać swą publicystykę  w gronie krytyków literackich, bo chyba nikt nie jest pozbawiony wątpliwości wobec samego siebie?

A w lesie, gdy siedzieliśmy na kocu z rodzicami lub  ja z koleżanką, jedną czy drugą, obok książek czytywałam zachłannie czasopisma literackie. Pamiętam miejsce, gdzie czytałam recenzję o  „Tessię Durbelwille” Hardy’ego.  Była to zapomniana, piaszczysta droga pośród lasu sosnowego starszego z dużymi sonami i młodniaka, tworzącego jeszcze ponurą  gęstwinę. Tu drzewa rosły gęsto i splatały się nawzajem suchymi gałęziami, że między nimi się nie przeszło. Po to sadzono je tak gęsto, aby śmigały w niebo strzeliste.  Przecinkę robiono stopniowo. Nawet nie wiem, czy te szare patyki gałęzi ludzie obcinali, czy kruszyły się i spadały same, jak szyszki i igliwie?

Wtedy książka Hardy’ego tak mnie zainteresowała, że w zimie już ją zdobyłam. Byłam akurat na III roku studiów i jakiś egzamin zdążyłam zdać, jak wszyscy, przed sesją, więc u rodziców odpoczywałam całe 3 tygodnie. A tą książką tak się przejęłam, że kilka dni leżałam w łóżku –  wprawdzie przeziębiona, ale  na pewno emocje przy lekturze osłabiły moją odporność. I nie tragiczny finał tej historii tak bardzo mną wstrząsnął, chociaż też, ale  fragment, gdy osamotniona Tessa pisała list za listem do męża, który nawet jej nie wysłuchawszy do końca, porzucił ją zaraz po ślubie. Niewdzięczny! Te listy, jeden za drugim i następne, błagające, aby powrócił,  tak mnie poruszyły.  I jego milczenie. Potem złość, że jednak wrócił. I, że za późno. Że fatalizm, jak to u Hardy’ego, się dopełnił.

Takie książki czytywałam z wielkim przejęciem. Już wtedy szłam do biblioteki z listą: „Powieści XX wieku” lub „Arcydzieła światowe”. Chodziłyśmy po  książki do Biblioteki pod Baranami ( na parterze, nad słynną piwnicą z Piotrem Skrzyneckim i Ewą Demarczyk) razem z Avą J. koleżanką z pokoju i roku, a nawet starościną naszego roku. Ona później została poważną  panią profesor w Szczecinie, a ja  porzuciłam asystenturę, uczelnię i Kraków, by podążać z mężem do Zamościa, Rzeszowa  i dalej.

Co jeszcze wtedy czytałam, nie wspomnę, bo jeszcze nie notowałam, ale  na pewno nowości oraz dawne arcydzieła. Od „Krystyny córki Lavransa” Sigrid Undset po „Obietnice poranka” Gary’ego i wszystkie sagi xx-wieczne, słynną „wielką czwórkę amerykańską” i francuskich egzystencjalistów i nowości.  

To wysilanie się na czytanie tego, co autorytety polecają dużo mi dało, bo ukierunkowało, co czytać. Więcej przyjemności daje czytanie dobrej literatury niż wszystkiego jak leci. Ot, przygotowując niedawno stertę lektur na  upalne lato, wyciągnęłam  Conrada i Czechowa. Od razu uczta duchowa zapewniona. “Skrzypce Rotszilda” za każdym razem  skrzą się nowym spostrzeżeniem. Lżejsza literatura, zwana drugorzędną, też zasługuje na czytanie, a arcydzieła nie wszystkie są do strawienia przez osobowość każdego czytelnika. I dobrze. Wszystkiego się nie przeczyta. Trzeba wybierać.

Kiedyś w wyborze lektury pomocne były czasopisma literackie oraz Literatura na świecie, Nowe Książki. Każde zresztą liczące się czasopismo miało bogatą stronę poświęconą nowościom wydawniczym i rozmowom o literaturze oraz sztuce, a także publikowało krótkie utwory prozatorskie oraz fragmenty tych większych.  Zanim to wszystko upadło, zanikło, gdy się skomercjalizowało w 1990 roku, miałam szczęście publikować tak swoje opowiadania, a nawet esej w Radio o psychologii twórczości.

 Czasopisma kobiecemiały o wiele bogatszą tematykę i pomysły niż obecnie. Na p przykład Zwierciadło, jako tygodnik, potem miesięcznik, pouczające porady sercowe “Serce w rozterce”. Długo prowadziła tę rubrykę Zofia Bystrzycka, autorka głośnej kiedyś powieści „Samotność”.  Później przejęła ją znana psycholog, Zuzanna Celmer.  Zwierciadło  zamieszczało  dobre opowiadania, moje też,  a nawet powieści w odcinkach (Zweiga) i wiersze “Album poezji miłosnej” oraz dział o malarstwie czy urządzaniu wnętrz. Miesięcznik Ty i Ja wciągał w styl artystyczny nawet w kulinariach (Lemnis-Vitry) czy wypożyczaniu książek (Mól), a najbardziej w rubryce o urządzaniu wnętrz.  Z kolei kochana Filipinka  uczyła dziewczyny wchodzenia w dorosłe życie poprzez naukę i rozwijanie zainteresowań oraz utrwalanie  właściwych zasad życiowych.

Teraz takich czasopism już nie ma. Szkoda. Podobno kultura wyższa się nie opłaca. Ludzie coraz mniej czytają.

 Alarmy, że ludzie czytają za mało książek mają skutek odwrotny. Demobilizują, bo niejeden myśli, że  skoro aż tylu nie czyta, to widocznie do szczęścia to niepotrzebne. Więc gra sobie na telefonie. Ale miejmy nadzieję, że ludzie znowu zapragną szukać w książkach ukojenia swego bólu i nauk: jak żyć. Oraz źródła rozwoju intelektualnego. Przecież mądrość jest ważniejsza niż bogactwo.

 W internecie  córka mojej kuzynki przypomina, aby żyć chwilą, bo życie ucieka. Niby się o tym wie, ale ostatnio  coraz częściej ja sama siebie nawołuję, by nie marnować nawet chwilki na niedobre myśli, przykre nastroje i rozmowy. Lepiej coś poczytać

Najlepiej wczesnym rankiem poczytać sobie przy kawie. To najprzyjemniejsze rozpoczęcie dnia: kawa + lektura i pogawędka z kimś bliskim.

Ucieczka w książki bywa nieraz zbawieniem.  Bywa, że czyta się, byle nie myśleć o czymś złym. Było to też zbawienne podczas zamknięcia w domu gdy szalał Covid 19.

Kiedyś nad jeziorem koło Siewierza płatna plaża była tak gęsto zapełniona, że koc zachodził na koc obok. Tymczasem  pobliski namiot odgrodził sobie taśmą kawał pustej przestrzeni, że weszło by tam jeszcze kilkadziesiąt osób z kocami. Postawiłam więc leżak po ich stronie w kąciku za drzewem. Widząc to, wściekła baba z namiotu nie rzekła nic, ale  wcisnęła się przede mnie ze swoim leżakiem, by zasłonić mi widok na jezioro z żaglówkami i błękitem w górze.  Siedziała tu z dala od grilla, by mi dokuczyć. A miała pusty plac przed sobą na tym, co zagrodziła. Ja przez kilka godzin czytałam spokojnie książkę, co nieco widoku na krajobraz miałam, mąż zza taśmy podawał mi kanapki i kawę, a ona głodowała.

Dużo książek przeczytałam, choć rekordzistką nie jestem, bo moje lektury czyta się powoli. W jeden dzień nie pochłonie się Manna, Conrada, Prousta. Nie czytam też szybko, bo rozsmakowuje się w tym co czytam, rozmyślam, przeżywam, porównuję z innymi lekturami , z własnymi przeżyciami… Tak lubię.

 Jednak najbardziej pamiętam te książki, które czytywałam w ogródku pod blokiem w Stalowej Woli  czy w lesie pod sosnami lub akacjowym zagajniczku, a więc:  kolejne  tomy Conrada,  Hemingwaya… literaturę skandynawską potem japońską…

  W którejś z książek mogła pozostać zasuszona wiechlina, o której wspominam na początku. Że to wiechlina dowiedziałam się później, gdy gromadziłam namiętnie książki do własnej biblioteczki i w jednej „Rośliny łąk” Delfiny Gayówny – znalazłam, że moja szara trawka w puszystą miotełką u góry – nazywa się tak wdzięcznie: wiechlina. Ta nazwa znalazła się nawet w tytule jednego z opowiadań mojego debiutanckiego tomu „Sprzedawca karykatur” , wydanego w KAW w samym końcu 1989 roku. Tam tytuł miał być: „Wiechlina w książki zaplątana”. Ale redaktor tępił kwiecistość. Pewnie miał rację. A może nie? A na pewno nie znał  takiej trawy. Takie  rosły u nas pod sosnami.

 Krystyna Habrat

Katowice 20.7.2023r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko