Krzysztof Lubczyński – Lektury arcyniemodne

0
74
Filip Wrocławski


Pamiątki po polskim jakobinizmie

Tradycje polskiego, lewicowego radykalizmu, także te najdawniejsze, mają w Polsce tzw. „złą prasę” Katolicki naród polski zawsze źle odbierał radykalizm polityczny na wzór francuski, stąd takie postacie jak Hugo Kołłątaj, Józef Mejer, Tadeusz Krępowiecki, Jan Czyński, Aleksander Pułaski, Jakub Jasiński, Stanisław Worcell i inni zostały zepchnięte na daleki margines przestrzeni edukacji historycznej, jako postacie poniekąd „wyklęte”, otoczone „anatemą”. Duży niestety na to wpływ miały też toksyny przewin realnego socjalizmu PRL, które do dziś ciągną się niczym „ślad węglowy” za polską tradycją historyczną, w tym lewicową w szczególności. W związku z tym arcyniemodne są także wszelkie utwory literackie, które do tego nurtu nawiązują, z wyjątkiem tych krytycznych, jak „Wieszanie” Jarosława Marka Rymkiewicza. Warto jednak mimo to, a może właśnie dlatego przywołać utwory, które tradycję radykalną, w tym przypadku „polski jakobinizm”, podnosiły do rangi ważnej tradycji narodowej, co miało miejsce w latach 50, w okresie okołostalinowskim. „Polski jakobinizm” zaistniał na krótko, jak fajerwerk, podczas Insurekcji Kościuszkowskiej 1794 roku i objawił się powstaniem Klubu Jakobinów, który mieścił się przy placu Bankowym w Warszawie (do dziś upamiętnia to pamiątkowa tablica na fasadzie pałacu dawnej Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu (dziś siedziba władz stolicy), a także tzw. warszawskimi wieszaniami, majowymi i czerwcowymi, targowiczan. O tych wydarzeniach opowiadają trzy utwory o starej już metryce: dramat sceniczny „Jakobińskie gniazdo” Wacława Kubackiego oraz dwie powieści dla młodzieży „Szary jakobin” Leona Przemskiego i „Warszawska karmaniola” Stanisława Ryszarda Dobrowolskiego. Łączy je podobna materia literacka: banalna oś fabularna oparta na wątkach rodzinnych, środowiskowych, miłosnych, obyczajowych, a w tle wielka historia, polityczne namiętności, spory, walki, intrygi. Zazwyczaj intrygi te są naiwne, jakby rodem z popularnych seriali, a ponadto mamy do czynienia z dominantą bohaterów ludowych i ich spraw nad protagonistami polityki z wyższych sfer, jako że autorom najwyraźniej chodziło o pokazanie ludowego charakteru historii, o jej przybliżenie czytelnikom. To dokładne przeciwieństwo metody pisania o historii, która zastosował n.p. Stanisław Wyspiański w sztuce „Lelewel”, w której brak podobnego tła społecznego i którą tworzy salonowy dialog o polityce z udziałem wybitnych, arystokratycznych protagonistów, z księciem Adamem Czartoryskim, Wincentym Niemojowskim oraz tytułowym bohaterem na czele.

Wacław Kubacki – Jakobińskie gniazdo”, 1955, Leon Przemski – „Szary jakobin”, 1952, Stanisław R. Dobrowolski – „Warszawska karmaniola”, 1955


Judasz – przyziemny pragmatyk, Kaligula – wrażliwy inteligent

W przypadku tego pisarza-dramaturga mamy do czynienia z arcyniemodnością do kwadratu, o ile nie do sześcianu. Karol Hubert Rostworowski (1877-1938) jest niemal totalnie zapomniany, a inscenizacji jego sztuk nie było na polskich scenach teatralnych już od lat, zwłaszcza, tych dwóch, które składają się na tom „Dramatów” wydanych przez krakowskie Wydawnictwo Literackie w 1967 roku, czyli „Judasza z Kariothu” i Kajusa Cezara Kaliguli”. Słowo „niemal” jest oczywiście uzasadnione, bo kilkanaście lat temu ukazała się monografia twórczości KHR, niedawno jego minidramat „Czerwony marsz” o Wielkiej Rewolucji Francuskiej, a w kwietniu tego roku była premiera inscenizacji „Judasza” w Teatrze Telewizji, ale to tylko resztki zainteresowania pisarzem w porównaniu z jego niegdysiejszą pozycją i liczbą teatralnych inscenizacji jego dramatów, w tym m.in. głośną i bardzo wysoko ocenioną inscenizacją „Niespodzianki”  w Teatrze Telewizji w roku 1977 z Haliną Gryglaszewską i Janem Świderskim w rolach głównych. Rostworowski był pisarzem porównywanym swego czasu do Zygmunta Krasińskiego nie tylko skalą talentu, ale także wysokim diapazonem, monumentalizmem problematyki kilku jego dramatów (jego utwory nazywano „apostolskimi”), a także konserwatywno-katolickimi, elitarystycznymi poglądami. Zanim jednak Rostworowski dojrzał do tego tonu, opublikował szereg utworów, w których posługiwał się tematyką fabularnie czerpaną z literatury „niskiej”, fascynowały go „niskie strefy życia”, płaski naturalizm, erotyka, społeczna groteska etc. co rodziło nieraz skojarzenia tematyki jego utworów z autorami w guście Mniszkównej. Jednak materia nawet tych jego utworów była tylko pozornie podobna do tamtej i pokazywała, że reprezentuje o nieporównywalnie wyższy artystyczny kaliber. Nawet w tych „niskich” tematach objawił bowiem mistrzostwo psychologa, analityka duszy ludzkiej, a fascynowały go jednostki nadwrażliwe, skłócone ze światem, antymieszczańskie, wykolejone, patologiczne, neurasteniczne, ale często przy tym nietuzinkowe. Już we wcześniejszych dramatach objawił też wysokie umiejętności kompozycyjne i wyczucie teatralności. Ukazanie się „Judasza z Kariothu”(1913) i „Kaliguli” (1917) oznaczało przejście Rostworowskiego do etapu twórczości na owym „wysokim diapazonie”, „apostolskiej”. Zainteresowanym gruntowną analizą tych dramatów odsyłam do świetnego wstępu Marii Czanerle, a ograniczę się tylko do zasygnalizowania sposobu ujęcia przez dramaturga obu tytułowych postaci, ujęcia sprzecznego z utartymi wyobrażeniami. Judasza pokazał Rostworowski nie jako motywowanego jedynie żądzą prostego, bezpośredniego zysku (biblijne „30 srebrników”) zdrajcę, lecz jako człowieka, który rozczarował się swoim mistrzem, Jezusem Chrystusem. Judasz, sklepikarz, człowiek przyziemny, ale też „karierowicz”, liczył na „uziemienie”, „zmaterializowanie” chrystusowej nauki i postaci. To była jego ideologia i to on, niczym sprawny „piarowiec” i dobry organizator, zainscenizował „imprezę”, sławny wjazd Chrystusa na osiołku do Jerozolimy, licząc że tworząc mu „publicity” i masowe poparcie społeczne, pozwoli na realne, także polityczne zwycięstwo jego wyznawców. „Idealistyczna”, „nieżyciowa” („Królestwo moje nie jest z tego świata”), „straceńcza” i bezkompromisowa postawa Jezusa rozczarowała go i to ostatecznie zdecydowało o tym, że zdecydował się go zdradzić, ale nie chodziło tylko,  w ujęciu KHR, o „jedyne” trzydzieści srebrników”. Rostworowski pokazał Judasza w całym skomplikowaniu jego psychiki i wszystkich wahań oraz wewnętrznych sprzeczności, nie jako płaski emblemat zdrady, lecz jako skomplikowanego wewnętrznie człowieka, którego przerosła nadludzka idea chrystusowa.

Z kolei traktowanego w historycznej tradycji jako okrutnego, krwawego, sadystycznego, obłąkanego i szyderczego tyrana (n.p. uczynienie konia senatorem) cesarza rzymskiego Kaligulę pokazał niemal jako wrażliwego, neurastenicznego i refleksyjnego, niczym Hamlet, inteligenta, a także jako mądrego władcę, mądrzejszego od spiskujących przeciw niemu wrogów, który straciwszy wiarę w ludzi i dobro, zachował się podobnie jak szekspirowski Ryszard III i „postanowił zostać łajdakiem”, świadomie wybrał zło. Rostworowski pokazał Kaligulę jako człowieka skrzywdzonego, ale także tchórzliwego i egocentrycznego, w całej palecie ludzkich cech. „Dobry z natury Kaligula stał się niedobrym władcą, bo świat jakim wypadło mu rządzić, nie zasługiwał na dobroć” –  napisała Czanerle nazywając cesarza w ujęciu Rostworowskiego „szlachetnym idealistą”, przechodzącym metamorfozę w stronę postawy „zawiedzionego mizantropa”. Czanerle dodaje jednak, że „przekorna i antydialektyczna metafora, w której autor pragnie wywołać współczucie dla tyrana i pogardę dla jego ofiar (…) musi zadźwięczeć fałszywie w czasach (…) kiedy tyrania przysporzyła światu tyle (…) nieszczęść”.

Któż dziś czyta takie dramaty, kto zajmuje się postaciami Judasza czy Kaliguli, zwłaszcza w takim ujęciu? Ale może właśnie dlatego warto zanurzyć się  w świecie tej niemodnej problematyki.  

 Karol Hubert Rostworowski – „Dramaty”, Wydawnictwo Literackie Kraków 1967)

„Spojrzałem w oblicze Agamemnona”

To jednak z popularnych przed laty ksiąg „archeologicznych”, wydawanych w cyklu „ceramowskim” (od Cerama „Bogowie, groby i uczeni”), opowiadających o sławnych odkryciach w tej dziedzinie. Dziś już się takie studia i opowieści rzadko się pisze i wydaje. Boulton opowiada o kamieniu z Rosetty i odczytywaniu hieroglifów egipskich, o wierzeniach i grobowcach egipskich, o grobowcach faraonów, o handlu egipskimi antykami i o ich zorganizowanym rabunku, o grobowcu Tutanchamona, igle Kleopatry, ruinach biblijnej Niniwy, napisach asyryjskich, odkryciach sir Henry Layarda, odkryciach  w Babilonii, w Palestynie, Pompei i Herkulanum.  Wszystko to bardzo barwne, intrygujące, frapująco, wartko napisane. Na mnie największe wrażenie zrobił jednak fragment opowieści o  odkryciach Schliemanna w Troi i Mykenach. Gdy Schliemann dokopał się do pewnych grobów w Mykenach, zawierających siedemnaście szkieletów rosłych mężczyzn ze złotą biżuterią i klejnotami. „Szkielety męskie należały do ludzi wysokiego wzrostu, a twarze ich przykrywały złote maski – napisał Boulton –  Schliemann, świadom do kogo należało miejsce, gdzie odkrył te groby, wysłał telegram do cesarza niemieckiego (Wilhelma I) następującej treści: „Melduję waszej Cesarskiej Mości, że spojrzałem w twarz Agamennona”. Nawet jeśli, a jest to prawdopodobne, Schliemann się mylił, to owo pożądliwe, namiętne pragnienie bezpośredniego zetknięcia się z rdzeniem ludzkich dziejów brzmi imponująco i majestatycznie.

W.H. Boulton – „Wieczność piramid i tragedia Pompei”, Wiedza powszechna 1974

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko