Franciszek Czekierda – LILI SCHÖNEMANN, NARZECZONA GOETHEGO

0
72

Zuzanna Elżbieta (z domu d’Orville) i Johann Wolfgang Schönemannowie mieszkali w miasteczku Offenbach odległym kilka kilometrów od Frankfurtu. Była to bogata bankierska rodzina, która w ramach wspierania kultury prowadziła salon towarzyski. W styczniu 1775 roku występowała przed gośćmi ich córka, niespełna siedemnastoletnia Anna Elżbieta, zwana Lili. Grając na fortepianie oczarowała swoim talentem i urodą obecnego na występie Goethego. Poeta, po sukcesie Cierpień młodego Werthera, był już znaną postacią i ozdobą towarzystwa. Ubrany był w stylu junackim: miał na sobie dopasowany ciemny surdut, żółte spodnie i takąż kamizelkę oraz wysokie buty. Strój nie pasował do elegancko ubranych uczestników salonu, lecz Johann tym się nie przejmował, przeciwnie: był zadowolony, kiedy towarzystwo z zainteresowaniem mu się przyglądało. (Ubiór ten nazwany został później wertherowskim, stał się modny wśród młodzieży arystokratycznej).
Po zakończonym występie Johann Georg d’Orville, kuzyn Lili i zarazem znajomy Goethego, poprosił ich do siebie.
– Poznajcie się, moi drodzy – uśmiechnął się do Lili, po sekundzie zaś zwrócił się do poety. – A ciebie przedstawiać nie muszę, boś jest już idolem niemieckiej młodzieży.
– Nie stawiaj mnie na pomniku za życia, bo wiatr dziejów może zmieść taką figurę w czeluść zapomnienia – zaprotestował, podając pannie rękę.
– Lili Schönemann – przedstawiła się miłym głosem. – Po Wertherze nie może już być pan zapomnianym – uśmiechnęła się czarująco.
– Wielki dank – Johann skinął głową. – Z wyjątkiem Lipska, gdzie dokładają starań, bym został zapomniany.
– Co, u licha, tam się stało? – kuzyn zaciekawił się.
– To światowe miasto zakazało Werthera ze względu na niemoralną treść – zaśmiał się kpiąco.
– To przykre – Lili rzekła współczująco.
– Nie mówmy o mnie, lecz o bohaterce występu – ukłonił się, czyniąc falisty ruch ręką. – Jestem urzeczony wspaniałą interpretacją i jednocześnie urodą wykonawczyni – mówił ciepłym głosem. – Połączenie talentu z osobistymi walorami wróży takiej artystce karierę muzyczną.
– Nie czuję się artystką, siebie zaś nie widzę w roli koncertującej pianistki – stwierdziła z przekonaniem. – Choć lubię grać dla przyjaciół.
– Dzisiaj byli również nieznani goście – zauważył d’Orville.
– Dlatego nie czułam się w pełni swobodnie – przyznała zawstydzona.

Taka była Lili; osiągając wysoki poziom gry, nie zamierzała, z sobie wiadomych powodów, rozwijać talentu w kierunku koncertującej solistki. Podobnie było z językiem francuskim, który opanowała biegle (pisała w tym języku większość listów), jednak po jakimś czasie ogarnęła ją niechęć do wszystkiego, co było arcyfrancuskie, jak mówiła.
W marcu młodzi po raz pierwszy spotkali się tête-a-tête w Offenbachu w rezydencji należącej do Johanna Georga d’Orville i Petera Bernarda, którzy byli współwłaścicielami fabryki tabaki. W tym czasie trwała jej rozbudowa o nowe hale produkcyjne i magazyny. Dodatkowo stawiano dom mieszkalny i salę balową. Kuzyn d’Orville całe dnie zajęty był prowadzeniem interesów oraz doglądaniem inwestycji. Hałas związany z budową bardzo przeszkadzał poecie i Lili. Z tego powodu zakochani często przebywali u znajomego Goethego, Johanna André,  przemysłowca i kompozytora, przyjaciela Mozarta. W jego domu w Offenbachu spędzali wieczory, grając na cztery ręce różne kompozycje, wśród nich Andrégo. Kiedy była słoneczna pogoda wychodzili na długie spacery do pobliskiego parku. W tym czasie para przeżywała szczęśliwe dni.
Dziewczyna miała wielu adoratorów, co nie podobało się Goethemu, którego zawsze dręczyła zazdrość. Po kolejnym spotkaniu towarzyskim w salonie i udanym koncercie Lili, ustawiła się do niej kolejka synów baronów, bankierów i przemysłowców, pragnących złożyć  jej gratulacje. Goethe z kwaśną miną obserwował eleganckich bogaczy.
Po ich wyjściu rozmawiał z Lili:
– Ten fircyk Türckheim tak był w ciebie wpatrzony, jakby chciał cię schrupać, niczym marcepanowy rogalik – mówił poirytowany.
– Jesteś nazbyt dosadny, mój drogi. On jest synem jednego z najbogatszych bankierów w mieście, wypada więc, abym była wobec niego uprzejma.
– Bogactwo, bogactwo! – zawołał poirytowany. – Czyż dla ciebie i twojej rodziny są to kwestie decydujące o wartości życia i człowieka?
– Chcesz mnie obrazić, Johannie? Poznałeś mnie trochę i wiesz, że dla mnie nie są to rzeczy najważniejsze w życiu.
– Twoja familia myśli inaczej.
– Wszyscy kawalerowie winszowali mi występu z wyjątkiem ciebie – zmieniła temat.
– Jak zobaczyłem ich zabiegających o twój uśmiech, wśród których był jeden dandysowaty baron, czy może nawet książę, opanowała mnie taka złość, że z głowy wyleciało mi powinszowanie. Przepraszam i gratuluję wspaniałej gry.
– Niepotrzebnie spala cię zazdrość, nie ma żadnego ku temu powodu.
– Ufam, że go nie dajesz, ale cały ten korowód nadskakujących fatygantów wyprowadził mnie z równowagi.
– Nie patrz na pozory – próbowała go uspokoić. – Liczy się wyłącznie to, co mamy tutaj – prawą dłonią dotknęła swego serca.
Zazdrość poety była charakterystyczną cechą jego charakteru, męczyła go nawet podczas towarzyszenia jej na spacerze po parku. Lili, mając na ręku kosz, wyjmowała z niego okruchy chleba i rozrzucała je ptakom i rybom w stawie. Po jednym z takich spacerów Goethe napisał wiersz Park Lili, którego pierwsze wersy brzmią następująco:

To menażeria mej Lili?
Cóż za wspaniałe zwierzęta,
„Chodźcie za mną moi mili”,
Och, skaczą, biegną ochoczo,
Skrzydłami głośno trzepocą,
pośród nich są też książęta,
W miłości wciąż tkwi udręka!

Pewien szanowany znajomy rodziny Schönemannów, Kurt von N., przyjechał z Heidelbergu na jarmark wielkanocny odbywający się we Frankfurcie kilka dni przed świętami, które przypadały 16 i 17 kwietnia. Znając dobrze rodzinę oraz bliskie relacje między Johannem i Lili, postanowił sformalizować ich więź. 
– Posłuchajcie mnie, kochani – zwrócił się do młodych tubalnym, nie znoszącym sprzeciwu, głosem – twoi rodzice i bracia już o tym wiedzą – uśmiechnął się protekcjonalnie do panny Schönemann. –  Po długiej i owocnej rozmowie przystali na moją propozycję. Domyślacie się, o co chodzi? 
– Tak – odpowiedzieli nieśmiało.
– Znacie się dobrze, kochacie się, wobec tego uważam, że należy waszej znajomości nadać wyższy, godny wymiar.
„Czyżby nasza znajomość nie miała godnego wymiaru?” – Goethe zdziwił się w myślach.
– Ale… – Johann chciał coś powiedzieć.
– Za chwilę są święta Zmartwychwstania Pańskiego, po śmierci Chrystus narodzi się na nowo – Kurt N. nie słuchał go. – Proponuję zatem, abyście wy także narodzili się w nowej formie dla siebie i świata.
– Mhh – Lili mruknęła aprobująco.
– Ustaliłem, że pierwszego dnia świąt, po przyjściu z uroczystego nabożeństwa, w domu twoich rodzicieli – wskazał dłonią na dziewczynę – odbędą się zaręczyny.
– Tak się cieszę – podskoczyła Lili i pocałowała Johanna w policzek.
Goethe objął ją bez entuzjazmu. Twarz miał lekko zafrasowaną.
– Uśmiechnij się – Lili zauważyła jego minę.
– Cieszę się! – rzekł z udawaną radością. – Koło szczęśliwej fortuny tak szybko się toczy, że przycisnęło mnie swoim ciężarem, zapierając dech w piersiach – wymyślił na poczekaniu.
– Otóż to, szczęśliwy los! – zawołał głośno pan Kurt. – Powiem wam w zaufaniu, że mam szczęśliwą rękę do swatania i aranżowania zaręczyn. Jesteście już taką trzecią parą; dwie żyją zgodnie i mają już po trójce dzieci. Życzę wam tego samego – pogratulował niskim głosem.
Zgodnie z ustaleniami zaręczyny odbyły się w pierwszym dniu świąt. Lili wyglądała uroczo „w całej swej witalności”. Goethe, przełamawszy smutek, był pełen euforii, której później dał wyraz w wierszu Nowa miłość, nowe życie (Neue Liebe, neues Leben):

Serce, serce, skąd to bicie?
I co znaczą troski twe?
I to nowe, obce życie?
Ja dziś nie poznaję cię.
Gdzieś podziało, coś kochało,
Gdzie to, co cię zasmucało,
Gdzie swoboda, żywość twa?
Co to wszystko znaczyć ma?

Czy cię olśnił kwiat jej lica,
Czy powabna kibić ta
I czarowna ta źrenica,
W której odblask niebo ma?
Bo chociaż się jej wyrzekam,
Choć ją mijam, choć uciekam —
Skądem uciekł, wracam tam,
I co począć, nie wiem sam.

I na tej to pajęczynie,
Która się tak wątłą zda,
Udało się tej dziewczynie,
Że mnie w swojej mocy ma;
Że jak w czarodziejskim kole
Mimochcąc jej pełnię wolę.
Żeby tak odmienić się!
Luba, luba, puszczaj mnie!

Tł.: Józef Dionizy Minasowicz

Po skromnej uroczystości Johanna nawiedziła refleksja: „Półtora miesiąca po pierwszej randce…,  oszałamiające tempo. Moi rodzice zaręczyli się prawie po roku. Czy dobrze robię? To jakieś wariactwo. Chociaż… mamy inne czasy, a świat cwałuje w porównaniu z poprzednią epoką, kiedy to spokojnie kłusował. Może jednak pan Kurt dobrze zrobił…”. Mimo dojmującego niepokoju, radował się każdą wspólnie spędzoną z Lili chwilą: „Łączy nas nie tylko uczucie, ale także pełne, szlachetne zrozumienie. To kapitał, który będzie procentował w przyszłości” – zakończył myśli.

14 maja Johann Goethe ze swoimi przyjaciółmi, braćmi Fryderykiem i Chrystianem von Stolbergami oraz Chrystianem Augustem von Haugwitzem pojechali na długą wycieczkę do Szwajcarii. W drodze do Zurychu odwiedził w Emmendingen swoją siostrę Kornelię. W połowie czerwca dołączył do nich Jakob Ludwig Passavant. Odwiedzili klasztor Benedyktynów Einsieden, skąd bracia Stolbergowie i Haugwitz wrócili do Zurychu, natomiast Goethe i Passavant poszli dalej w góry. Po wielu dniach powrócili, udając się w drogę powrotną do Niemiec, dokąd przybyli w drugiej połowie lipca.
Goethe, podziwiając szwajcarskie Alpy, nieustannie myślał o ukochanej, czemu później dał wyraz w utworze Do Lili (An Lili):

W słodkiej dolinie, na stokach śnieżnych
Twój obraz przede mną stoi;
Widzę cię w obłokach zwiewnych,
Jesteś tam i w sercu moim,
Wiedz, że przez wszechmoc impulsów
Dwa serca ku sobie fruną,
Jedna miłość chyżym kursem
Próżno ucieka przed drugą.

Po trzech miesiącach rozłąki zakochani spotkali się na początku sierpnia.
– Takam rada, że znowu cię widzę – Lili rzuciła mu się w ramiona.
Goethe objął ją, lecz nie przytulił jej z taką radością, z jaką to czynił przed wyjazdem do Szwajcarii.
– Witaj, najdroższa – odrzekł neutralnym tonem.
– Te trzy miesiące jawiły mi się, niczym trzy lata – mówiła rozczulająco, nie dostrzegając jego zdystansowania.
– Nie mogłem przyjaciołom odmówić tak fantastycznej oferty.
– Nie zapomniałeś o mnie? – dopytywała z troską w głosie.
– Myślałem o tobie każdego dnia. Medalion z twoją podobizną nosiłem na piersi – w tym momencie rozpiął koszulę, pokazując go. – Jesteś także w wierszach, które wypełniają mi głowę.
– Nie zostawiaj mnie więcej na tak długo – prosiła naiwnym głosem.
Goethe pocałował ją w policzek, nie reagując na jej prośbę. „Nie mogę się z nią związać i pozostać zakładnikiem rodziny, interesów, bogaczy… Byłbym głupcem, gdybym to uczynił – myślał zgnębiony. – Małżeństwo pozbawiłoby mnie odwagi duszy i wewnętrznej swobody. Straciłbym możliwość wniknięcia w wolny świat i odurzania się jego boskimi oparami”.

W drugiej połowie września Johann spotkał się z Lilii. Był blady ze zdenerwowania, ona zaś promieniowała szczęściem.
– Musimy się rozstać – powiedział beznamiętnym głosem.
Dziewczyna spojrzała w jego wilgotne oczy. Zrazu nie zrozumiała, o co chodzi.
– Znowu gdzieś wyjeżdżasz? Nie chcę, abyś mnie zostawiał, jak ostatnio.
– Lili, myśl o rozstaniu prześladowała mnie od pewnego czasu, mówię to szczerze.
Dopiero teraz dotarł do niej sens jego słów.
– Dlaczego wcześniej nic mi nie powiedziałeś? – zapłakała.
– Miałem głęboką nadzieję, że moje rozterki rozwieje uczucie. Niestety… – nie mógł dokończyć zdania. 
– Czuję się oszukana – rozpaczała.
– Przenigdy nie było moi zamiarem oszukanie cię. Nie możesz tak mówić – zirytował się. – Gdybym miał zamiar to zrobić, nigdy bym tego tobie nie powiedział. Oszust jest najczęściej tchórzem, więc uciekłby bez słowa.
– Czy ja jestem tego przyczyną? – wciąż szlochała.
– Nie ma w tym krzty twojej winy. Jesteś pierwszą dziewczyną, którą pokochałem głęboko i szczerze. Nigdym nie był tak blisko prawdziwego szczęścia.
– Dlaczego więc…?
– Powód leży w mojej zgnębionej duszy, w moim rozedrganym sercu. Pragnę się rozwijać, być wolnym w twórczości. Powiadają, że małżeństwo to słodka niewola. Jednak nawet najrozkoszniejsze kajdany pozostają kajdanami.
– Dałabym ci pełną swobodę, abyś mógł pisać – rzekła drżącym głosem.
– Nie obraź się, ale wolność poety może zrozumieć tylko poeta. Pisanie jest moim przeznaczeniem i jedynym wyborem. Poezja i teatr to moje pasje, które wypełniają mnie całkowicie. Choć ciałem i sercem jestem zanurzony w miłości, coś każe mi wybrać twórczość. Cierpię z tego powodu, lecz nie mogę postąpić inaczej – mówił dramatycznym tonem.
Lili milczała. „Nie mogę zdradzić poezji – myślał podczas męczącej ciszy. – Czy przez to ją zdradzam?” – zaniepokoił się.
– Miłość do ciebie dodała mi sił, aby od ciebie odejść – rzekł kontent z wymyślonego naprędce paradoksu.
– Pokrętna logika – zaskoczyła go.
Chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
– To paradoksalna prawda. Takie występują rzadko, lecz w wielu przypadkach decydują o moim losie.
– Co mam robić? – zapytała zrozpaczona, mając w oczach łzy.
– Twoi rodzice i bracia od początku byli przeciwni naszemu związkowi, mimo zgody na zaręczyny.
– Niestety – potwierdziła.
– Oni są bogatymi bankierami, ja nie pasuję do tego środowiska. Nie potrafiłbym się dostosować do jego wymagań i sztywnych norm, tak jak nigdy nie potrafiłem zaakceptować świata mojego ojca i jego sfery.
– Co cię skłoniło do tego kroku?
– Sam nie wiem – przyznał z naiwną szczerością. – „Może strach przed małżeństwem?” – pomyślał zawstydzony. Po chwili pauzy powiedział pewnie: – Mam wrażenie, że to był impuls Władcy Niebios. Nie mogłem go zlekceważyć.
– Czy Bóg może nakazać komuś kochającemu porzucić osobę kochaną? – zadała mu pytanie, na które nie potrafił odpowiedzieć.
„Obnaża moją pokrętną teologię, którą nagiąłem dla własnego interesu – zamyślił się samokrytycznie. – Żal, że tracę tak mądrą istotę” – zasmucił się.
– Chociażbym znalazł się na końcu świata, nie ucieknę od tej miłości – odrzekł wymijająco. – Najdroższa, postanowiłem!
Chciał ją przytulić, lecz Lotta wyrwała mu się i wybiegła z płaczem.
„Zawiodłem cię, wybacz – powiedział do siebie, patrząc na jej oddalającą się postać. – Już więcej nie będę czuł powiewu twego uroku, ani zapachu obecności. Ale musiałem to zrobić, musiałem – przekonywał siebie. – Lepiej, że powiedziałem ci to szczerze w oczy, choć moje serce tak bardzo, bardzo cierpi” – gorzko zapłakał.

W październiku 1775 roku Goethe przyjął zaproszenie księcia Karola Augusta z Weimaru, a od listopada już tam zamieszkał. Po rozstaniu się z Lilli widział się z nią tylko raz,  kiedy odwiedził ją w Strasburgu w 1779 roku. Krótko po 1800 roku prosiła go w liście o opiekę nad jej młodym znajomym, lecz prośby tej nie spełnił.
Lili Schönemann pozostała we Frankfurcie. Po niespełna trzech latach od chwili rozstania, w czerwcu 1758 roku, wyszła za mąż za bankiera Bernarda Fryderyka von Türckheima. Nazywając go „przyjacielem swego serca”, przyznawała tym samym, że nie był jej wielką miłością. Jednak w dramatycznych chwilach, które dotknęły męża, stanęła na wysokości zadania. W 1792 Bernard Türckheim został merem Strasburga. Na skutek trwającego zamętu podczas rewolucji francuskiej i terroru rządów jakobińskich odwołano go z urzędu i zesłano do wioski w Lotaryngii. Z aresztu domowego uciekł w przebraniu drwala, Lili natomiast, przebrawszy się za chłopkę, uciekła z małymi dziećmi przez granicę do Heidelbergu. Jej postawa zasługiwała na najwyższe uznanie, o czym zaświadczył po rozmowie z nią filozof i pisarz, Johann Caspar Lavater w Sekretnym pamiętniku: „Miły smutek rozlewający się po jej prostej, skromnej, myślącej twarzy nadał jej w moich oczach wysoką wartość duchową”.
Lili, czyli Anna Elisabeth Türckheim, zmarła 6 maja 1817, mając 59 lat. Jej mąż Friedrich Bernard zmarł w 1831 roku.

Żarliwe uczucie do Lili stało się dla Goethego inspiracją do napisania wielu utworów. Poza wspomnianymi Do Lili i Nową miłością, nowym życiem, są m.in.: Do Belindy, śpiewogra Erwin i Elmira (Erwin und Elmire), piosenka Na łące fiołek rósł (Ein Veilchen auf der Wiese stand), czy Więdniecie, słodkie róże  (Ihr verblüht, süße Rosen). Lili Schönemann stała się także pierwowzorem dla dwóch kobiecych postaci w jego innych utworach: Stelli i Dorotei. Stella jest tragedią w pięciu aktach, której pierwsza wersja pochodzi z 1775 roku, jej premiera odbyła się w Weimarze w 1806 roku. Natomiast Dorotea występuje w idylli Hermann i Dorotea; jest to epos, składający się z dziewięciu pieśni, napisany w latach 1796 i 1797.
Wiersze miłosne z lat 1775 – 76 charakteryzują się subtelną formą i zwiewnością, chociaż nie zawierają pierwiastka spełnienia, ani młodzieńczego entuzjazmu. Ukazują jednak w mistrzowski sposób klimat szczęścia i smutku, które poeta naszkicował prostymi słowami:

Słodka Lili, byłaś mi
Szczęściem, piosnką moich dni!
Szczęście w żal przemienił czas –
W mojej piosnce dalej trwasz.

Tł. Andrzej Wirth.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko