Krzysztof Lubczyński – Lektury arcyniemodne

0
63
Filip Wrocławski

Sowizdrzał wsiowo-świętokrzyski

Ta opowieść zaczyna się od tego że pewien młody włóczęga wioskowy i cwaniak napotyka na drodze pijanego księdza jadącego na nową parafię, by objąć probostwo, kładzie go spać i przebiera się w jego łaszki, czyli sutannę po czym sam stawia się w parafii i ogłasza się owym proboszczem, Wynikła z tego pół realistyczna, a pół mitologiczna opowieść, obfitująca w dzikie, i nie mające żadnych niemal granic ekspresje fantazji pisarza. „Sowizdrzał świętokrzyski” nawiązuje oczywiście do słynnego Dyla Sowizdrzała z powieści Charlesa Costera, ludowego bohatera, łączącego w sobie drobne „niecnoty” i wielkie zalety i „cnoty”, dobre serce, szczerość, pomoc bliźnim, opiekę nad skrzywdzonymi przeciw możnym i szaleńczą odwagę, ale o ile  w dziele flamandzkiego pisarza dominuje wysoki diapazon walki o wolność, o tyle świętokrzyski sowizdrzał, choć wspomaga biednych i broni ich przed bogatymi wydaje się dla Ozgi Michalskiego jedynie pretekstem do feerii, wręcz orgii nieokiełznanej wyobraźni, od które może zakręcić się w głowie i która nie ma nic wspólnego  z jakąkolwiek logiką. „Sowizdrzał świętokrzyski” to wielka, bajda, bajduła, której sens wręcz  „przysypany” jest językowymi fajerwerkami rubasznej, barwnej, zmysłowej fantazji pisarza. Czytać więc to można jako literacką ciekawostkę z czasów „drugiej ludomanii” (pierwszą była ludomania czasów Młodej Polski). Zapanowała ona w literaturze PRL w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, a do jej  wybitnych przedstawicieli należeli m.in., obok Ozgi-Michalskiego ( nawiasem mówią naówczas oficjela ZSL), także Tadeusz Nowak, Józef Morton czy Julian Kawalec, którzy tworzyli tzw. „prozę wiejską”.

Józef Ozga – Michalski – „Sowizdrzał świętokrzyski” (PIW 1973)

Przez potrójny filtr lat 1945-1973-2023

Lektura to niemodna wielostronnie. Po pierwsze z uwagi na osobę autora,  niegdysiejszego, młodego działacza mniejszości polskiej w Niemczech w latach trzydziestych,  bezpartyjnego posła na Sejm PRL. Ludzie czynni w PRL na niwie publicznej, niezależnie od tego jaka była ich rola przed 1945 rokiem, czy byli czy nie byli członkami PZPR, jeśli współpracowali z tamtym ustrojem, są dzisiaj otoczeni sanitarnym murem przemilczenia, oczywiście z pewnymi wyjątkami, do których należą n.p. aktorzy czy reżyserzy. Po drugie  z uwagi na PRL-owską, a konkretnie usytuowaną na początku epoki Edwarda Gierka perspektywę spojrzenia na historię najnowszą. „Był rok 1945” to mieszanina reportażu, eseju, opowieści historycznej, relacji prasowej, rozległa panorama roku 1945, barwnie, soczyście napisana, z ciekawymi detalami, anegdotami, w tym nawet dość frapującymi relacjami z procesu norymberskiego, który Osmańczyk obserwował jako młody reporter. Czyta się to nieźle, nawet po wielu latach, z podwójnego dystansu: 78 lat od czasu opisywanych zdarzeń i 50 od daty wydania. Nawiasem mówiąc, czas dzielący edycję książki (1973) od opisywanego czasu (1945) jest bez mała dwa razy krótszy (28 lat) od okresu, który dzieli nasz bieżący rok (2023) od roku edycji, czyli pół wieku. To także mnie osobiście uzmysławia czasowe proporcje własnego życia na osi czasu (w 1973 roku miałem lat szesnaście, jako że urodziłem się 12 lat po roku 1945). Warto dodać, że oba te tytuły (także „Sowizdrzał świętokrzyski”) ukazały się w PIW-owskiej serii „Kolekcji Polskiej Prozy Współczesnej” i nie miałbym większego problemu z takim ich uhonorowaniem, choć moim daniem nadmiarowym, gdyby nie to, że poza serią, z powodów cenzuralnych, znalazło się sporo wybitnych tytułów, choćby wielka proza nieżyjącego wtedy zaledwie od 4 lat Witolda Gombrowicza. Z tego też powodu podczas lektury trudno oprzeć się myśli, że Osmańczyk o wielu sprawach i osobach napisał, ale o wielu też, z powodów cenzuralnych, nie napisał lub też cenzura mu to i owo obcięła. Stąd ta panorama roku 1945 jest interesująca, warta lektura, ale dalece niepełna.

Edmund Jan Osmańczyk – „Był rok 1945”, PIW 1973

Dzienniki hrabiego pracującego

Na czym polega arcyniemodność tej akurat książki, wydanej w końcu nie tak dawno, bo 11 lat temu? Na czymś innym niż arcyniemodność dwóch wyżej omówionych. Na tym mianowicie, że od czasu jej ukazania się radykalnie spadła częstotliwość wydawania dzienników i pamiętników postaci znanych czy wybitnych. Jeszcze dziesięć lat temu, a tym bardziej wcześniej, był to typ literatury poszukiwanej, omawianej. Boom na tego gatunku piśmiennictwo zaczął się w roku 1989 i był formą odreagowania posuchy z lat PRL, kiedy to publikacje tego rodzaju, zwłaszcza gdy autorzy byli krytykami ustroju. I boom ten trwał mniej więcej dwadzieścia lat. Co prawda wielu autorów wydanych dzienników już nie żyło, jak Jarosław Iwaszkiewicz, Andrzej Kijowski, Stefan Kisielewski czy właśnie Zygmunt Mycielski już nie żyło. Żyli jednak odbiorcy, ze względów m.in. pokoleniowych nią zainteresowani. Dziś ich już też niewielu zostało, a tempo bieżącego życia stało się tak sprinterskie, że sprawy, które jeszcze dziesięć lat temu miały choćby resztkę posmaku współczesności, stały się już całkowicie archiwalne i przysypane przez kurz przeszłości.

Dzienniki Zygmunta Mycielskiego (1907-1987), których ten tom jest częścią trzecią i ostatnią, przerwaną w momencie jego zgonu to dokument wybitnej inteligencji, erudycji, wiedzy i wrażliwości krytyka muzycznego, ale dominuje w nich temperament politycznego, bardzo mądrego, choć nie wolnego od emocji obserwatora, co czyni z nich kapitaną, dynamiczną, a  zarazem intelektualną kroniką ostatniej fazy PRL, od stanu wojennego do czasu bezpośrednio poprzedzającego przemianę ustrojową. A wyśmienite, bogate przypisy i bogaty w nazwiska protagonistów czasu indeks, nadaje dziennikowi Mycielskiego wybitna wartość historyczno-dokumentalną. Skąd natomiast nazwa „niby-dziennik”. Bo nie jest to egotyczny dziennik osobisty, lecz świadectwo człowieka zainteresowanego otaczającą go rzeczywistością. To dzieło barwnie napisane, o bogatych walorach literackich. Jako smaczek na koniec, dla zachęty do lektury, taki oto passus o prymasie Józefie Glempie: „Prymas (mianowany właśnie kardynałem) ma wygląd niepozorny – mały, o „prostackim” wyrazie twarzy, z katastrofalnie odstającymi uszami, wygląda na przebranego w czerwoną szatę i prowokacyjny biret pomocnika ślusarskiego czy parobka. Przyjął dobroduszny, prosty styl, co go nie chroni przed gafami: ani ugodowe, ani stanowcze jego wypowiedzi nie tchną tym, co promieniować powinno, a co nazywamy autorytetem”. Potrafił hrabia Mycielski dosadnie, niczym Gombrowicz parobka w „Ferdydurke”, sportretować „chama”. Paluszki literackie lizać!

Zygmunt Mycielski – „Niby-dziennik ostatni 1981-1987”, „Iskry”,  2012

Krzysztof Lubczyński

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko