Tomasz Miłkowski – Posielenje

0
20

Prawdziwy teatr. Mikołaj Grabowski  w swoim oryginalnym, rozpoznawalnym stylu adaptuje prozę wspomnieniową, nawiązując rozwiązaniami formalnymi do sposobu opowieści znanego choćby z pamiętnego „Opisu obyczajów”. Mamy więc do czynienia z bohaterem zbiorowym. Bohater jest przechodni, wszyscy aktorzy wchodzą w jego rolę, bo na nich spoczywa główny ciężar spektaklu, dekoracja jest minimalistyczna, muzyka i ruch. Także kostium wspomagający sytuacje. Wydobyte z zapomnienia wspomnienia polskiego zesłańca (wydane we Lwowie w roku 1876) w spektaklu Mikołaja Grabowskiego stają się pulsującym obrazem Rosji zdegenerowanej czynownictwem, służalczością, łapownictwem, okrucieństwem i lekceważeniem jednostki, niepokojącym zbieżnością z obrazem, jaki i dziś można sobie wyrobić w czasach agresji rosyjskiej w Ukrainie.

Autor zapisków był wygnańcem szczególnym – artystą, muzykiem, absolwentem paryskiego konserwatorium, który skazany na posielenje/ osiedlenie na Syberii za pomoc udzieloną emisariuszowi politycznemu, objął kierownictwo orkiestry obozowej w Tobolsku. Zanim do tego doszło przeszedł całą gehennę zsyłki, począwszy od zakucia w kajdany i pieszej wędrówki przez mroźne przestrzenie. Nie doznał jednak największych upokorzeń i udręk wygnania, a jako bystry obserwator potrafił opisać absurdy i mechanizmy rządzące w tym osobliwym dla niego kraju. Nie uniknął też tonów śmiertelnej powagi, ale potrafił wydobyć groteskowy, komiczny charakter stosunków i wielu sytuacji.

Widać to m.in. w scenach, którymi Grabowski się delektuje: opisu wszechobecnego robactwa na Syberii, toczonych bitew z pluskwami i karaluchami (porywający monolog Doroty Nowakowskiej), opisu urzędniczego bytowania czynowników pozamykanych w klatkach jak zwierzęta czy też w relacji z pobytu carewicza Aleksandra na Syberii.

Wszystkie te sytuacje maluje Grabowski na scenie przede wszystkim grą aktorską, także wyśmienitymi partiami wokalnymi podkreślającymi nastrój, choć umiejętność budowania rozmaitych przestrzeni za pomocą dwóch przesuwanych po scenie białych prostopadłościanów, światła i muzyki budzi prawdziwy respekt, a w zachwyt wprowadzają niektóre aktorskie solówki, choć graniczy to z uczuciem przekroczenia (jak się zachwycać wirtuozerskim ukazaniem prześladowań?). Takich chwil jest w tym  spektaklu wiele  – jak w pierwszej części objęcie dyrygentury orkiestry przez zesłańca, sugestywnie ukazane przez Łukasza Lewandowskiego, który właśnie zasilił zespół Ateneum, czy też wizytacja carewicza, którą brawurowo naszkicował najmłodszy członek zespołu Jakub Pruski (tegoroczny absolwent Akademii Teatralnej w Warszawie, pierwszy sezon w zespole Teatru Ateneum), płynnie przesuwając się po scenie z twarzą nieruchomą, głową zwróconą ku widowni jak na pomazańca z innej sfery ducha przystało, czy też  opowieść o męczeństwie dziewczyny zgwałconej przez żołdaka, poruszająco opowiedziana przez Marię Ciunelis, Dorotę Nowakowską i Katarzynę Ucherska (z przerażeniem  i zastygłym bólem, w oczach). Zresztą wszyscy tu mają swoje doskonałe monnety (epizod wyschniętego staruszka generała w wykonaniu Janusza Łagodzińskiego), a wręcz zachwycająco wypadają sceny zbiorowe z udziałem całej szóstki wykonawców, kiedy aktorzy, przekrzykując się wzajemnie, przerywając i strofując niczym w polskim sejmie albo podczas politycznej audycji radiowej, zdają sprawę z panujących obyczajów, okrutnych i bezwzględnych. Taka też jest mrożąca krew w żyłach scena „knutowania” skazańca, którą obserwuje Wolicki przyznając, że czyni to z ciekawości.

Pewnym paradoksem, a może właśnie zwyczajnością w tym opowiadaniu o okrucieństwie, jest obecność potężnej dawki humoru – nie brak w tym przedstawieniu sytuacji czy kwestii budzących śmiech już to ze zdumienia panującymi normami zachowania, już to ze sposobu podejścia bohatera-narratora do warunków, do których musiał się przystosować. Bez wątpienia był obdarzony talentem literackim, choć – prawdopodobnie – to jedyne jego świadectwo, bo nie wiadomo o innych tekstach Wolickiego. Mikołaj Grabowski już po raz drugi wziął go na warsztat. W latach 90. ubiegłego wieku przygotował spektakl w Teatrze Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie. Był to jednak zupełnie inny spektakl, a do tekstu Wolickiego wrócił teraz, w czasach, kiedy temat rosyjski jest raczej omijany szerokim łukiem ze względu na trwającą opresje wojenną. Teatry unikają nawet grania Gogola i Czechowa albo grają, usprawiedliwiając się, że autorzy byli w zasadzie Ukraińcami. Grabowski podjął ryzyko zmierzenia się Syberią i zwyciężył, a uzasadnia tę decyzję (cytuję za teatralnym programem) tak:

„Trudność polega na tym, że mając pod ręką okrucieństwa popełniane przez Rosjan w Ukrainie, powinniśmy uniknąć propagandowej antyrosyjskiej manifestacji, bo to łatwizna. Zresztą choćbyśmy nie wiem jak się starali, przecież groza w teatrze zawsze będzie tylko namiastką prawdziwej grozy. Musimy niejako odkryć dla siebie Rosję bez uprzedzenia. Markiz de Custine jadąc do Rosji [autor „Listów z Rosji”, 1840 – przyp. TM] też nie wiedział, co tam naprawdę zastanie. Niektóre rzeczy podziwiał, wieloma był przerażony. Szybko się przekonał, że jeśli tego jego listy trafią w ręce carskiej policji, może skończyć się na Syberii. Podobnie nie wiedział Wolicki, z jaką naprawdę Rosją ma do czynienia”.

Tytuł spektaklu, „Zesłanie”, mógł sugerować męczący wykład martyrologiczny, spektakl nużący i dęty, a tymczasem powstał błyskotliwy obraz Syberii odstręczającej, nie bez ciepłych momentów, ale malowany kreską ironisty, w którym tragedia prześwietla się w komedii, a komizm wyrasta z tragizmu. Doprawdy majsterska robota

Tomasz Miłkowski

Zesłanie Konstantego Wolickiego, adaptacja, reżyseria i ruch sceniczny Mikołaj Grabowski, scenografio Zuzanna Markiewicz, muzyka Olga Mysłowska, światło Michał Grabowski, Teatr Ateneum im. Stefana Jaracza, premiera 22 kwietnia 2022.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko