Marzena Zawierska-Nalaskowska – Domek dla dwojga

0
101
Jacek Maślankiewicz - Wrota 90

      I podpowiadali sobie nawzajem Dobre, i głosu na siebie nie podnosili. Lecz nagle go zupełnie nie było, mimo że walczyła o niego z Tą Trzecią, poobgryzane do krwi paznokcie przeciw kosie, oko za oczodół, ząb o kamień. I gdy przegrała, musiała nauczyć się być od nowa. Po prawej stronie dnia otworzyła się pustka.

   Gdy spostrzegła, że rozumie tylko przeszłość, a gdzie spojrzy, tam nie widzi siebie, rzuciła wszystko, aby zamieszkać w sosnowym domku, niebieskim z żółtymi okiennicami, z ogródkiem i starym sadem u progu lasu. Tam, gdzie skromne życie jest, czerwiec porastają poziomki, kukułka liczy i ciągle się myli, tańczy wiatr, a mówi strych, zakurzony zużytymi zdarzeniami. I trzmiele wyściełały gniazdo jej włosami, i nietoperze wprowadziły się pod powałę, i mrówki przeszkadzały pielić grządki, pszczoły latem piły wodę ze szklanki, a sarna ukradkiem skubała ogródek.

    Szukając siebie, chodziła od godziny do godziny, obijała się to o słońce, to o księżyc, wędrowała po lesie, kołysząc pustkę po prawej stronie dnia. Czarny kot dzielił z nią własne ścieżki, sprzedawca ze sklepu obwoźnego był jedynym słowem, sąsiadki pozdrowienie z daleka jedynym gestem. A ona poruszała bezgłośnie wargami i chronicznie niedosłyszała, gdy wołali za płotem, bo to jakby z innej galaktyki. I tylko książki, mleko z kożuchem, ziarenny chleb ze smakiem. Nocą nieprzespaną, z głębokości starego, miękkiego fotela słuchała sowy, deszczu lub kroków zakurzonych zdarzeń, które chodziły po strychu, w poszukiwaniu własnej puenty, gdzieś, głęboko w jej myślowiu. Śnieżnobiałe ćmy odbywały swoje płonne wędrówki ku fałszywemu księżycowi pod kloszem.

   Mijały miesiące, mijały lata i zimy, ale kiedy minęło ich już trochę, słowa z niemych  powoli przechodziły w szept, kolory budziły się pastelami, a dźwięki lasu objęły ją delikatną obręczą. I zobaczyła, że jest w tym, co ją otacza. Słońce żegnała oswojone, pogodę nazajutrz przewidując, i do pszczół mówiła, i motyle karmiła. Sąsiedzi czasem przynosili nowe zdarzenia, zagrało radio, naprawione przez mleczarza.

     Pustka po prawej stronie dnia wciąż jednak zacierała horyzont.

   Aż pewnego razu tuż po krótkiej i gwałtownej burzy, takiej, co zostawia dwa wiadra deszczówki, on powrócił. Po prostu, tak, w środku dnia, obok ona usłyszała oddech, na skórze poczuła szept i nagle wiedziała, że nie jest sama. Powiedział do niej: „Chociaż wciąż bardziej mnie nie będzie, niż będę, to odtąd wesprę cię ile sił znajdę w swojej nowej istocie, niezłomny jak ten kostur, co go na leśne wędrowania bierzesz. I obiecuję codziennie podpowiadać ci Dobre, jak to sobie zawsze wzajemnie podpowiadaliśmy.” Od tamtej pory liście szumiały jego słowami, drzewa kołysały się jego milczeniem. Pośrodku czerni księżyc przesyłał spojrzenie jego oczu, a rankami żółte kwiaty na progu promieniały jego uśmiechem.

   I odtąd razem jedli śniadanie o świcie, obiad w barwnym ogrodzie, a kolację wczesną, bo ona z ptakami razem o zmroku lubiła znikać z sokolich oczu i szkieł wścibskich lornetek. We dwoje wypatrywali ostatniego skrawka złota i różu na niebie, razem trzymali kostur na leśnych wycieczkach i opowiadali sobie niestworzone historie, dziwne dla pojedynczych, zrozumiałe dla dwojga. I biała była radość z małych rzeczy, i róże intensywniej pachniały.

Pustki po prawej stronie dnia już nie było.

„Zostańmy tu, w Domku dla Dwojga, który dla nas odnalazłaś – powiedział do niej, kiedy któregoś dnia siedzieli sobie na drewnianej ławce pod chatką – a gdy następnym razem odejdziemy, to już ręka w rękę, myśl w myśl, na stałe i amen. I to będzie tam, gdzie ściany wszystkie otwarte i okna same ulatują, bawić się z chmurami.”

     Żyli tak jeszcze długo i szczęśliwie, ona bardziej była, niż nie była, a on bardziej nie był, niż był, ale dopełniały się cisza i słowa, szepty i szepty. Aż pewnego ranka ona nie wstała razem z drozdem, tylko deszcz bił na alarm, a wiadra z deszczówką przepełniły się po wielokroć, zanim ludzie przyszli do niej z sąsiedniej galaktyki.

     A choć obydwoje bardziej nie byli, niż byli, to odtąd już tylko razem i na dobre, tam, gdzie wszystkie ściany otwarte i przez podróżujące z chmurami okna w żółtych okiennicach widać, jak tam, daleko na dole, mrówki maszerują w poprzek obok ich sosnowej chatki, ludzie nawołują się nawzajem jakby z sąsiednich galaktyk, chociaż obok siebie stoją. I słychać wyraźnie, jak świat nuci wciąż tę samą melodię.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko