Irena Kaczmarczyk rozmawia z Dorotą Fischer

0
384

Z JAMY MICHALIKA

Mosty niekoniecznie poetyckie 
z Dorotą Fischer rozmawia Irena Kaczmarczyk

Od lewej: Dorota Fischer, Irena Kaczmarczyk

Irena Kaczmarczyk: Doroto, czy to jest twoja pierwsza kawa w Jamie Michalika? Pochodzisz z Warszawy. Mieszkasz w Austrii. Z racji swojego zawodu często bywasz w wiedeńskich kawiarniach. W jednej z nich przecież poznałyśmy się. Czy różni się smak wiedeńskiej kawy od michalikowej?

Dorota Fischer: – Tak, Ireno, w Jamie Michalika jestem pierwszy raz, choć w Krakowie zdarza mi się bywać. I bardzo Ci dziękuję, że właśnie tutaj umówiłaś się ze mną na rozmowę. Wnętrze jest przepiękne, a młodopolską atmosferę czuje się tu nadal. Oczywiście, że smak kawy się różni, tutaj jest ona najlepsza! W Polsce się kawy nie uprawia, ale w Polsce piję ją ze swoimi znajomymi i przyjaciółmi, ze swoją rodziną, w pięknych miejscach, do których przyjeżdżam. Ta polska kawa zawsze doprawiona jest wspomnieniami, radością z kolejnego pobytu, obecnością ludzi mi bliskich i życzliwych, no i ciekawością nowych spotkań. Ma więc niepowtarzalny smak.

Mamy ograniczony czas, bo jesteś w Krakowie przejazdem, zacznijmy więc od tego, w którym roku wyjechałaś z Polski do Austrii i co sprawiło, że zamieszkałaś w Salzburgu na stałe?

– Wiesz, w odróżnieniu od moich znajomych, nie mogę Ci podać dokładnej daty. Jak często od Polaków spotykanych za granicą słyszę „przyjechałam tego dnia, tego roku“! Ja pamiętam tylko tyle, że był to lipiec lub sierpień1990 roku. Nie przywiązuję wagi do dat, raczej do wydarzeń. 1989 rok, upadek muru berlińskiego śledziłam jeszcze w Polsce, kolejne wakacje to był mój wyjazd i kilkumiesięczny pobyt w Wiedniu, no i jakoś tak to się ułożyło, że w tej Austrii zostałam. Nie wdając się w długie opowieści, „miłość nie zna granic“. Była to miłość do pewnego Austriaka, który zawrócił mi w głowie do tego stopnia, że postanowiłam zaryzykować i zostać. A że mój mąż nie cierpi dużych miast, po niezbyt długim pobycie w Wiedniu zamieszkaliśmy na prowincji niedaleko Salzburga. Ja mówię „Salzburg“, bo gdybym wymieniła nazwę miejscowości, zbyt długo musiałabym tłumaczyć, gdzie to jest. A tak, to wszystko jasne.

Jesteś redaktorką radia PoloNews w Linzu. Kiedy związałaś się z tą polonijną radiostacją? Jaki jest jej profil, zasięg, audycje, na jakich falach nadajecie? W jakich językach i do jakiego odbiorcy kierujecie ofertę? Kto pracuje w Zespole Redakcyjnym? Jak ci się pracuje w PoloNews? Opowiedz o swojej pracy w radiu.

– Czy wierzysz w przypadki? Bo jak nazwać to, że jedziesz na imprezę sportową, przed wyjazdem wpada Ci w rękę stary dyktafon Twojego męża, nie za bardzo umiesz obsługiwać tę zabawkę, ale pomimo tego wrzucasz go do walizki? Po co? Na imprezie sportowej ktoś Cię prosi o zrobienie zdjęć z akcji charytatywnej organizowanej przez sportowców polonijnych, a Ty oprócz aparatu fotograficznego bierzesz ze sobą także ten, obcy Ci, dyktafon? I nie mając pojęcia, nagrywasz to, co się dzieje… A potem przypominasz sobie, że znasz taką Polkę, o której wiesz, że pracuje w   radiu i prosisz znajomego o jej numer telefonu. Dzwonisz, a ona mówi – pokaż mi ten materiał… Tak to się, w dużym skrócie, zaczęło, a było to już 7 lat temu, czyli, jakoś tak chyba w 2016 roku. PoloNews nadaje już 11 lat. To polska redakcja austriackiego radia FRO, czyli Wolnego Radia w Górnej Austrii. Zajmujemy się głównie szeroko pojętą kulturą. Chcemy pokazać ciekawych ludzi, ciekawe inicjatywy kulturalne i społeczne, Polaków, którzy za granicą nie tylko są dobrze zintegrowani, ale także odnieśli sukcesy w różnych dziedzinach. Także zachęcić Austriaków do poznania polskiej kultury, polskiej sztuki, literatury, do odwiedzenia Polski. Dlatego, zależnie od tematu, realizujemy nasze audycje w języku polskim lub niemieckim. Dzięki współczesnej technice, PoloNewsa można dziś słuchać w komputerze i każdym urządzeniu mobilnym. Dla tradycjonalistów słuchających radia nadajemy także na frekwencji 105,0 MHz i 102,4 MHz. Ale to tylko w Linzu i okolicach. Zespół redakcyjny się zmienia. Nasza praca w radiu to działalność społeczna, nie dostajemy za to żadnego wynagrodzenia. Więc niektórzy przychodzą na krótko, bo nie zawsze jest łatwo połączyć pracę zawodową z radiowym hobby. Przygotowanie godzinnej audycji zajmuje trochę czasu, nie mówiąc już o tym, że do audycji tematycznej, a zwłaszcza wywiadu, trzeba się solidnie przygotować. W tej chwili w PoloNewsie są trzy osoby. Ale jesteśmy otwarci, jeżeli ktoś ma ochotę na przygodę z radiem, to zapraszamy. To naprawdę wspaniała przygoda. No i, uzależnia.

Czy pamiętasz, ile wywiadów przeprowadziłaś w Austrii i na terenie Polski? Nie zaprzeczysz, że są wywiady, którym towarzyszy wyjątkowy stres. Czy przytrafiły ci się jakieś trudne rozmowy? Które z nich szczególnie zapamiętałaś? A może jakaś zabawna historia?

– Ojej, nigdy nie liczyłam, ile tych wywiadów było. Sporo. Stres jest zawsze, nie ma znaczenia z kim rozmawiasz. Oczekiwania są różne i to po obu stronach. Nie tylko ja chcę się czegoś dowiedzieć o moim gościu, ale i gość nie ma ochoty na banalną rozmowę, banalne, powtarzające się pytania. Zdarzało mi się, że ja dziękowałam mojemu gościowi za poświęcony mi czas, a on mnie – że byłam tak dobrze przygotowana do rozmowy. To bardzo miłe i zachęcające do dalszej pracy. Dla mnie stresująca była rozmowa z profesorem Janem Miodkiem. Ogromny autorytet językowy, więc od razu się boisz, żeby przypadkiem nie popełnić żadnego błędu językowego. To trochę paraliżuje. Ale pan profesor jest wspaniałym rozmówcą, nie było problemu. Z profesorem Miodkiem miałyśmy okazję rozmawiać już kilka razy przy różnych okazjach, brałyśmy też udział, jako radio, w programie słownik polsko@polski.

Powiedz coś więcej o tym spotkaniu z Profesorem w Sky Tower we Wrocławiu.

Pierwsze spotkanie redakcji Radia PoloNews z profesorem Janem Miodkiem miało miejsce w 2016 roku we Wrocławiu. Zostałyśmy zaproszone do wzięcia udziału w nagraniu 300. odcinka programu słownik polsko polski. To było dla nas, stosunkowo młodej radiowej ekipy, niezwykłe wyróżnienie! Poprosiłyśmy twórców programu, Dariusza Dynera i Witolda Świętnickiego o możliwość spotkania z Profesorem i przeprowadzenia wywiadu. Jaka była nasza radość, że nie tylko Profesor Miodek zgodził się poświęcić nam swój czas, ale na dodatek management Sky Tower, najwyższego wrocławskiego budynku, udostępnił nam jedną ze swoich sal na to spotkanie. Ten wieczór do dziś mam w pamięci.

A trudne rozmowy?

Trudną rozmowę przeprowadziłam z Andrzejem Stasiukiem. Mam wrażenie, że on nie bardzo lubi udzielać wywiadów. A może okoliczności były niesprzyjające. Spotkaliśmy się w Salzburgu, gdy Andrzej Stasiuk odbierał Austriacką Państwową Nagrodę Literacką w 2016 roku. To też był jeden z moich pierwszych wywiadów. Wyciągać trzeba było z niego niemal każde słowo. I w końcu rozmowa zeszła na podróże Andrzeja Stasiuka na daleki wschód. Gdy mi o tych swoich wojażach opowiadał, nie patrzył ani na mnie, ani na ogród Mirabell, tylko gdzieś daleko, poza mną. Miałam wrażenie, że on mówi do mnie, ale jest w tej chwili znowu na mongolskiej pustyni, siedzi przed jurtą i popija kumys z tubylcami. To było dla mnie fascynujące. Ale i niezwykle trudne, intuicyjne doświadczenie. Pamiętam do dziś. Kilka lat później spotkałam Andrzeja Stasiuka ponownie, tym razem w Berlinie na Festiwalu Literackim. I zobaczyłam to samo. Gdy mówi o podróżach po bezdrożach, widać, że jego dusza tam się przenosi.

Były też wywiady z krakowskimi artystami…

Tak. Niezapomniana była nasza, Doroty Trepczyk i moja, długa rozmowa ze Zbigniewem Wodeckim. Spotkałyśmy się z nim w Wiedniu, gdy przyjechał na Bal Wiosny w lutym 2017 roku. To był ostatni wywiad, którego Zbyszek Wodecki udzielił mediom polonijnym. No i moje spotkanie z Andrzejem Mleczko w jego galerii na ul. Św. Jana. Spontaniczne, nie planowane. Zajrzałam przez okno, zobaczyłam, że pan Andrzej siedzi na zapleczu galerii, nie mogłam ominąć takiej okazji. Weszłam do środka i zapytałam, czy mogłabym porozmawiać z Mistrzem. Pan Andrzej się zgodził, ja się przedstawiłam, Dorota Fischer, Radio PoloNews, Austria. Jakie radio? – pyta pan Andrzej – Radio PoloNews z Austrii.  – A was to w ogóle ktoś słucha? Nie mogłam się nie roześmiać. Dostałam 15 minut cennego czasu artysty, cudownie nam się rozmawiało przez minut 30, na zakończenie pan Andrzej stwierdził – miało być 15 minut, było 30, i jak tu wierzyć kobiecie? Bardzo dobra, wesoła rozmowa. Do dziś, gdy tylko jestem w Krakowie, koniecznie muszę zajrzeć na ul. Św. Jana. Dziś też już tam byłam.

I tradycyjnie już, zakupiłaś kolejną koszulkę z krakowskim, dowcipnym nadrukiem i rysunkiem Andrzeja Mleczki (śmiech).

Tak. Bardzo cenię sobie te krakowskie pamiątki, zwłaszcza z ul. Św. Jana.

Mieszkasz w Austrii od 30. lat. Co możesz powiedzieć o Polakach mieszkających nad Dunajem? Jak wielu ich mieszka w Salzburgu? Czy integrują są z Austriakami? Czym się zajmują? Czy interesują się kulturą?

– Wiesz, ja austriacką Polonię podzieliłabym na dwie grupy. Jedna to są pendlerzy, czyli Polacy pracujący głównie w Wiedniu i okolicach od poniedziałku do piątku, a na weekendy wracający do domów i rodzin w Polsce. Te osoby nie bardzo mają ani czas, ani ochotę na integrację. Nie mają też takiej potrzeby. Chcą zarobić, żeby im się lepiej żyło w Polsce. Wybrali Wiedeń  dlatego, że jest pierwszym zachodnim dużym miastem poza południową granicą Polski, 460 km od Krakowa, to jakieś 5 godzin jazdy autem. To podobna sytuacja, jak z Berlinem za naszą zachodnią granicą. Ważny jest aspekt finansowy, a nie walory kulturowe czy artystyczne miast. Druga grupa to Polacy, którzy w Austrii mieszkają na stałe. Czy to jako partnerzy Austriaków, czy też z różnych powodów podjęli decyzję o wyjeździe z Polski. Wielu z nich to aktywni organizatorzy życia polonijnego. Inni żyją na styku dwóch lub więcej kultur. Dobrze mówią po niemiecku, biorą udział w życiu kulturalnym swojego miejsca zamieszkania. Ich znajomi i przyjaciele to Austriacy, ale też Polacy, Turcy, Azjaci. W tej grupie spotyka się polskich artystów. Polonia salzburska jest niewielka, to jakieś 500-600 osób. W Salzburgu mieszka m. in. Monika Muskała, pisarka i tłumaczka, laureatka nagrody im. Karla Dedeciusa, pianista Adam Harasiewicz, aktor Jurek Milewski. Jest sporo mieszanych małżeństw, więc tu integracja już po prostu jest, bo nie ma innej możliwości. Polonia salzburska jest bardziej zintegrowana z Austriakami, zdecydowanie mniej pomiędzy sobą.

A Austriacy, czy są zainteresowani polską kulturą? Co cenią najbardziej u Polaków? Przyjaźnią się z nimi?

–Trzeba powiedzieć, że zmienili się Polacy, którzy przyjeżdżają do Austrii. Kiedyś byliśmy Gastarbeiterami pracującymi w sporej części na czarno i czekającymi na możliwość wyjazdu z Wiednia do USA, Kanady lub Australii. Dziś młodzi Polacy są lepiej wykształceni, znają języki obce, są Europejczykami. Taki Polak, gdy przyjeżdża do Austrii, niekoniecznie szuka kontaktu z polską diasporą. On idzie do pracy w banku, korporacji, dużego zakładu przemysłowego i na tym samym piętrze spotyka Austriaków, Niemców, Hindusów, Japończyków, wszyscy o podobnym poziomie wykształcenia, porozumiewają się po angielsku, mają podobne zainteresowania i wartości. Austriacy potrzebują dużo czasu, żeby o kimś zmienić zdanie. Tak i teraz powoli, to raczej mało pochlebne, zdanie zmieniają. Bądźmy dobrej myśli. Dużą rolę mają tu do odegrania polscy partnerzy Austriaków. To oni są tymi bezpośrednimi ambasadorami polskiej tradycji, mentalności, kuchni, zwyczajów, no i kultury. Następny stopień to koledzy, koleżanki w pracy. Poprzez te kontakty też można dużo przekazać. Austriacy znają Stanisława Lema. Jego książki są tłumaczone na niemiecki, a poza tym Lem przez jakiś czas mieszkał w Wiedniu. No i Andrzeja Sapkowskiego. Muszę powiedzieć, że coraz więcej polskich autorów tłumaczonych jest na język niemiecki, więc jest łatwiej zainteresować się polską literaturą. W księgarniach dostępne są książki Olgi Tokarczuk, Szczepana Twardocha, Andrzeja Stasiuka, czy klasyka Ryszarda Kapuścińskiego. Jak wspominałam, Andrzej Stasiuk jest laureatem Austriackiej Państwowej Nagrody Literackiej. Obok tak wybitnych polskich nazwisk jak Zbigniew Herbert, Sławomir Mrożek, Tadeusz Różewicz, Stanisław Lem, Andrzej Szczypiorski. Zdumiewa mnie, ale i cieszy ta atencja z jaką fachowcy od literatury europejskiej odnoszą się do literatury polskiej. Bo gdy rozmawiam z Austriakami, to widzę, że nie tak wielu z nich o polskiej literaturze dyskutuje. Ale są i tacy, którzy polskich autorów czytają. Jednak ja odnoszę wrażenie, że bardziej interesuje Austriaków muzyka. I to nie tylko polscy kompozytorzy, ale także polscy wykonawcy. Mówię tu o muzyce klasycznej i jazzie. Muzyka jest sztuką bez barier językowych, to niezwykle ważne.

Skupmy się teraz na polskich literatach i artystach mieszkających w Austrii. Czy ich jest wielu? Czy zrzeszają się w grupach twórczych albo wokół polskich czasopism, jeśli tak, to w jakich?

– Owszem, w Austrii można spotkać polskich artystów – pisarzy, poetów, muzyków. Ale nie są oni skupieni w żadnej grupie. To są ludzie dobrze zintegrowani ze środowiskiem austriackim. I, jak wynika z moich obserwacji, funkcjonujący na obrzeżach Polonii. Nie są jej integralną częścią. To jest dość ciekawe zjawisko, bo na wydarzenia kulturalne z udziałem tych osób przychodzi bardzo wielu Polaków, ale oni sami, artyści, niezwykle rzadko biorą udział w imprezach polonijnych, jeżeli nie są to wydarzenia poświęcone ich twórczości.

Byłam dwukrotnie w Wiedniu. Czytałam wiersze w Piwnicy TAKT w ramach organizowanego przez Joannę Jandę i Wojtka Pawłowskiego artystyczno-poetyckiego cyklu POEZJA W WIEDNIU. Publiczność dopisała. Rekord frekwencji pobiła jednak wystawa obrazów mieszkającego w Wiedniu artysty malarza Jacka Rozmiarka, który dwa lata temu prezentował swoje prace w wyżej wymienionej piwnicy. Wydarzenie zgromadziło tłumy rodaków, wielbicieli sztuki. Tam przeprowadziłaś ze mną wywiad. Nie tylko zresztą ze mną, bo artysta swoje obrazy ubogacił wierszami zaproszonych poetów z Austrii i z Polski. Można z tego wnioskować, że artystyczne środowisko polonijne jest bardzo aktywne…czy to potwierdzasz?

– Powiedziałabym, że to nie do końca tak. Nie chcę absolutnie mówić, że wystawy kogokolwiek są wydarzeniami kulturalnymi o mniejszej czy większej randze, ale to trochę zależy od tego, jak duży krąg znajomych ma osoba organizująca dane wydarzenie. Pozostałabym przy stwierdzeniu – wydarzenie zgromadziło sporą liczbę rodaków. Sala Piwnicy Takt nie jest duża. Faktem jest, że koncept tego wieczoru był ciekawy i dość nowatorski – połączenie malarstwa z poezją. To zapewne także miało wpływ na frekwencję.

Ważnym wydarzeniem w Wiedniu były w 2014 roku jubileuszowe obchody polonijnego literackiego magazynu JUPITER Jadwigi Hafner, które odbyły się w Instytucie Polskim. Z przyjemnością oglądam pamiątkowe zdjęcia z tej gali. Jest przy naszym stoliku red. Dorota Trepczyk z radia PoloNews, są poeci, artyści: Joasia Janda, Wojtek Pawłowski, Alicja Knap, ja, Ewa Paprotna i mnóstwo gości. A ty się gdzieś zawieruszyłaś… Sala widowiskowa Instytutu była wypełniona po brzegi, co znów potwierdza, że Polonusi interesują się kulturą…

– W roku 2014 jeszcze w najśmielszych marzeniach nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę pracować w radiu. Że w ogóle zajmę się działalnością społeczną w sferze kultury. To był czas mojej pracy zawodowej, przewartościowania dotychczasowego życia, nowej orientacji. Dużo się działo, czasami nawet zbyt dużo.

W latach 1986-1990 dyrektorem Instytutu Polskiego w Wiedniu był profesor Bolesław Faron. Wielokroć potem odwiedzał Wiedeń i, jak doczytasz się w jego przed chwilą nabytym Przewodniku po Jamie Michalika, bywał w wielu wiedeńskich kawiarniach. Czy gościł krakowski Profesor na antenie radia PoloNews? A Ewa Lipska, która również w latach 1995-1997 była dyrektorką Instytutu Polskiego w Wiedniu czytała wiersze w waszym radiu?

– Gdy Instytutowi Polskiemu w Wiedniu dyrektorował profesor Bolesław Faron,  jeszcze nie było ani PoloNewsa, ani radia FRO. Linzowskie Wolne Radio w tym roku dopiero obchodzi jubileusz 25-lecia działalności. Ja, co prawda, już byłam w Austrii, ale w najśmielszych marzeniach nie myślałam, że zajmę się kiedyś dziennikarstwem. A o tym, żeby założyć radio polonijne nikt nie marzył. Podobnie z Ewą Lipską. Osobę Ewy Lipskiej znam z opowiadań, nie miałam okazji poznać osobiście. Ale, nie mówię nie.

O ile dobrze pamiętam, mówiłaś mi w Galerii Takt w Wiedniu o corocznie organizowanym w Austrii Konkursie „Wybitny Polak w Austrii”. Laureaci nagradzani są w pięciu kategoriach. Jakie to kategorie? Gdzie odbywa się gala wręczenia nagród? Jacy polscy artyści uświetniają taką uroczystość?

– Myślę, że mówiłam Ci o Złotych Sowach Polonii, które mają długą, 16- letnią tradycję. A może o Polaku Roku? Powiem Ci o obu, bo trochę się różnią. Przede wszystkim, warto wspomnieć o tym, że Polonia (nie wymieniajmy krajów, jest ich sporo) w pewnym momencie zaczęła organizować lokalne konkursy mające na celu uhonorowanie działaczy społecznych, animatorów kultury, artystów. Pamiętajmy, że działalność na niwie polonijnej jest w bardzo dużym stopniu społeczna. Więc uznanie tej bezinteresownej pracy w formie nagrody – dyplomu, statuetki – to takie niezwykle miłe podziękowanie za tę działalność. Po jakimś czasie te małe lokalne konkursy rozrastają się do rangi imprez międzynarodowych. Tak było z austriackimi Złotymi Sowami, tak jest z Polakiem Roku we Włoszech i na Świecie. 16 edycji Złotych Sów Poloniito imponująca lista laureatów – promotorów i animatorów kultury, artystów w kategoriach teatr, literatura, muzyka, film, sztuki plastyczne, media, działacz polonijny, oraz przyjaciel Polski i Polaków. Sporo młodszy (organizowany dopiero od 6. lat) konkurs Polak Roku we Włoszech i na Świecieprzyznaje nagrody w kategoriach działalność kulturalna, artystyczna, naukowo-edukacyjna, społeczna, gospodarczo-przedsiębiorcza, Polak z wyboru. Jak widzisz, obydwa konkursy honorują cudzoziemców, którzy angażują się w sprawy Polski i Polonii, wspierają jej działalność, promują polskich twórców i polski dorobek kulturalny. To bardzo sympatyczny i ważny gest ze strony polskiej diaspory. I cieszący się uznaniem wśród cudzoziemców. Różnica pomiędzy tymi konkursami jest taka, że Złote Sowynagradzają tylko Polaków na stałe mieszkających i działających poza Polską. Polak Roku honoruje także działaczy mieszkających w Polsce, ale stale współpracujących z Polonią czy też z zagranicznymi instytucjami artystycznymi, kulturalnymi, uniwersytetami, itp. Wiedeńska gala wręczenia Złotych Sów Polonii odbywa się zawsze w Stacji Naukowej PAN. Konkurs Polak Roku we Włoszech i na Świecie, tak długo, jak był konkursem lokalnym, swoich laureatów nagradzał w Reggio Calabria, bo pomysłodawcą i organizatorem konkursu jest Związek Polaków w Kalabrii. Od piątej edycji i ten konkurs jest wydarzeniem międzynarodowym i gala wręczenia statuetek ma miejsce w Rzymie.

Uroczystości wręczenia nagród w tego typu konkursach to doskonała okazja do promocji polskich artystów pracujących i działających za granicą. To często szansa na zaprezentowanie szerszej publiczności artystów młodych, jeszcze nie bardzo znanych lub artystów znanych jedynie w niewielkich kręgach. Organizatorzy tych plebiscytów, ukazujące się w Wiedniu czasopismo Jupiter i jego redaktor naczelna Jadwiga Hafner, jak i Związek Polaków w Kalabrii skwapliwie korzystają z tej możliwości prezentowania artystów. Tak więc, są to artyści głównie polonijni.

Wiem, że swoje wiersze czytał w Wiedniu poeta Józef Baran a obrazy wystawiał artysta malarz Janusz Jutrzenka Trzebiatowski…czy uczestniczyłaś w tych wydarzeniach?

– Nie. Salzburg jest oddalony od Wiednia o 300 km. Instytut Polski w Wiedniu działa bardzo aktywnie, dzieje się bardzo dużo. Mało kto jest w stanie być na wszystkich wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez tę placówkę. Nawet Polakom mieszkającym w Wiedniu jest trudno. Poza tym, jak już wspominałam, praca w radiu jest działalnością społeczną. Każdy z nas ma swoje obowiązki zawodowe, i dopiero, jak zostanie wolny czas i środki finansowe, wtedy można z czystym sumieniem pojechać na weekend do Wiednia do Instytutu Polskiego.

W roku 2018 obchodziliśmy w Polsce Rok Zbigniewa Herberta. Z uwagi na powiązania poety z Austrią, w Instytucie Polskim w Wiedniu odbyło się spotkanie poświęcone życiu i twórczości autora „Pana Cogito”. Czy byłaś obecna na tym wydarzeniu, a może uczestniczyłaś w spotkaniach autorskich samego Herberta, które wielokrotnie miały miejsce w stolicy Austrii?

– Zbigniew Herbert, jak wiemy, odszedł od nas w 1998 roku. Moje dziecko miało wtedy zaledwie 6 lat, to był czas wypełniony wychowywaniem juniora i pracą zawodową. A rok 2018 stał u mnie pod znakiem licznych wyjazdów, więc to późnojesienne spotkanie w Instytucie Polskim już się nie zmieściło w grafiku, niestety. Ze względu na to, że mieszkam niedaleko niemieckiej granicy, chętnie zaglądam do Bawarii. Tam też dzieją się bardzo ciekawe rzeczy, w które angażuje się Polonia. Relacjonujemy niektóre z ich przedsięwzięć, tak więc bywam także na wydarzeniach polonijnych po stronie niemieckiej. I dlatego po prostu brakuje czasu na to, żeby być wszędzie.

Powiem to może jako ciekawostkę, niewiele osób o tym wie. W Burghausen, miasteczku granicznym między Austrią a Niemcami, jest najdłuższy kompleks zamkowy w Europie. A w tym zamku, w 15. wieku żyła księżna bawarska Jadwiga Jagiellonka, córka Kazimierza Jagiellończyka, żona bawarskiego księcia Jerzego Bogatego z dynastii Wittelsbachów. Jest historia, jest Polonia, jest działalność. Jako radio, staramy się informować słuchaczy o tym, co dzieje się poza Austrią, a dotyczy polskich śladów.

Jeżeli jest to możliwe, staramy się z moją radiową koleżanką Dorotą Trepczyk tak dzielić czas, żeby jak najwięcej ciekawych tematów przedstawić wnaszych audycjach. Nie tylko spotkania literackie, ale i wystawy, przedstawienia teatralne, wydarzenia historyczne. Nie zawsze udaje nam się być wszędzie tam, gdzie powinnyśmy.

Zapytam jeszcze o placówki kulturalne, które promują polską kulturę Ile ich jest w Salzburgu, gdzie mieszkasz i w Linzu, gdzie pracujesz?

– Instytut Polski, o którym bardzo dużo tu rozmawiamy, naprawdę działa świetnie i jego oferta jest tak bogata, że każdy znajdzie coś dla siebie. W Salzburgu czy w Linzu nie ma swoich filii. Ale uniwersyteckie wydziały slawistyki ściśle współpracują z Instytutem, co owocuje wystawami, projekcjami filmowymi, projektami teatralnymi. Poza tym, organizacje polonijne, jeżeli chcą na swoim terenie zorganizować wydarzenie kulturalne, mają pełne wsparcie wiedeńskiej placówki. To właśnie związki i stowarzyszenia polonijne są największymi i najbardziej prężnymi ambasadorami polskiej kultury w Austrii.

Doroto, czy – nieśmiało zasugeruję — na antenie radia PoloNews można byłoby prezentować poezję polskich autorów mieszkających w Austrii i poetów z Polski (mogę podsyłać propozycje), stworzyć taki POETYCKI MOST łączący Wisłę z Dunajem. Pamiętasz, jakie zainteresowanie wzbudzały ongiś „Strofy dla ciebie”w Lecie z Radiem na antenie Polskiego Radia, gdy wiersze czytał śp. Krzysztof Kolberger.

– Oczywiście, że pamiętam Strofy dla Ciebie, recytowane przez Krzysztofa Kolbergera. Dobrze, że pytasz o poezję w PoloNewsie. Sama lubię usiąść z kubkiem dobrej herbaty i poczytać wiersze. Jednak to nie jest takie proste. Zacznijmy od tego, że Lato z radiem to była audycja kultowa, nadawana codziennie tylko w lecie, gdy ludzie w dużej części byli na wakacjach i słuchali prawie trzygodzinnej audycji słowno – muzycznej, w której było miejsce na, praktycznie, wszystko. Ten czas trzeba było czymś zapełnić, to było lekkie, rozrywkowe show radiowe. Audycje PoloNewsa trwają tylko godzinę i są tematyczne. Czas jednego odcinka poświęcamy jednemu tematowi, czy jednej osobie. U nas nie ma np. wiadomości, niezwykle rzadko podajemy w audycji tematycznej informacje o, powiedzmy, aktualnych wydarzeniach polonijnych. Poza tym, do czytania poezji potrzeba kogoś, kto to potrafi. Wiem z autopsji, że bardzo często poeci potrafią wiersze pisać, ale mają już problemy z takim ich czytaniem, żeby przesłanie dotarło do słuchacza. A że, jak już wspominałam, nasza praca w radiu jest naszym hobby, nie mamy także funduszy na to, żeby zatrudnić aktora z dobrą dykcją, który by nam te wiersze czytał. Nie unikamy poezji, ale bardziej o niej opowiadamy. Naszymi gośćmi byli i Joasia Janda, i Wojtek Pawłowski, i Ty, i jeszcze kilku innych polonijnych poetów.

Zawsze możemy się zastanowić nad tym, jak ciekawie wpleść poezję w tematykę PoloNewsa. Im większe zróżnicowanie tematów, tym więcej słuchaczy.

Szkoda, że nie mamy czasu, aby z bliska przyjrzeć się najciekawszym obrazom w Sali Fryczowskiej, gdzie właśnie siedzimy, chociażby jednemu z nich. Mam na uwadze okazałe dzieło pędzla Kazimierza Sichulskiego „Kabaret Zielonego Balonika”, które w szczegółach opisał w przewodniku prof. B. Faron. Żywię nadzieję, że nadrobimy to następnym razem, gdy znów odwiedzisz Krakowski Gród. Zapraszam Cię serdecznie. I dziękuję za rozmowę.

–Tak, nie ukrywam, że jestem nieco oszołomiona wystrojem nie tylko Sali Fryczowskiej, ale całej Jamy Michalika. I zachwycona. To magiczne miejsce, w którym naprawdę doskonale się rozmawia. Bardzo dziękuję za zaproszenie, z przyjemnością spotkam się z Tobą kolejny raz w tym uroczym miejscu przy kawie i szarlotce. Ja Ci dziękuję, że znalazłaś czas, żeby przejść ze mną po Plantach i pokazać mi Literackie Ławeczki, o których słyszałam, ale jeszcze nie widziałam. A więc, do następnego krakowskiego spotkania.

Jama Michalika, Sala Fryczowska (Zielona), 26.11.2022

Dorota Fischer, dziennikarka polonijna, reporterka. Od ponad 32. lat żyje w dwóch kulturach – polskiej i austriackiej.

Pisze teksty do czasopism polonijnych w różnych krajach (m. in. Szwecja, RPA, Słowacja, Austria, Niemcy). Od 2016 roku związana z radiem PoloNews – polskojęzyczną redakcją radia FRO w Linzu. Wcześniej przez rok pracowała w Campus und City Radio w St. Poelten w Dolnej Austrii. Jako Radio PoloNews razem z Dorotą Trepczyk otrzymała statuetkę Złotej Sowy Polonii w kategorii media.
Współpracuje z videoPYJA – telewizją internetową w Rzymie. Jest licencjonowaną pilotką wycieczek zagranicznych. W wolnym czasie fotografuje. Jest członkiem kapituły międzynarodowego konkursu Polak Roku we Włoszech i na Świecie. Jako dziennikarka bierze udział w międzynarodowym projekcie Odważne kobiety – opowiem Ci moją historię.

Jama Michalika, Sala Czerwona
Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko