Ryszard Biberstajn – Na dnie puszki

0
78
Ryszard Tomczyk

Wielu z nas wydawało się, że pandemia jest niczym siedem trąb Apokalipsy, które oznaczają nadejście czegoś ważnego, w tym wypadku raczej złowieszczego, co odmieni obraz świata. W pewnym zakresie tak się właśnie stało. Czyż we współczesnym świecie mogło się wydarzyć coś gorszego? Pytanie właściwie retoryczne, bo nigdy nie jest tak źle, by nie mogło być gorzej. W głowach niektórych ludzi odżyło myślenie spiskowe; zazwyczaj tak jest, gdy obraz rzeczywistości traci kontury, staje się zamglony, a pojęcia podstawowe tracą swoje pierwotne znaczenie. Dzieje się tak zwykle, gdy czegoś nie rozumiemy, a chcielibyśmy jednak jakoś to zracjonalizować, posiąść wiedzę o naturze i istocie rzeczy. Tutaj z pomocą przychodzą gotowe schematy teorii spiskowych. Jeden z najbardziej przenikliwych współczesnych filozofów i publicystów Tomasz Stawiszyński w książce „Ucieczka od bezradności” pisze: „Faktycznie, wydaje się, że czasami przez taką właśnie z pozoru niewielką i nieznaczącą szczelinę – jakiś drobny rozstęp w obrazie świata, jakieś minimalne, niewinne odstępstwo od reguł obchodzenia się z rzeczywistością, określanych mianem sceptycyzmu i racjonalizmu – ni stąd, ni zowąd wdziera się do naszego umysłu niepowstrzymana fala spiskowego myślenia.”

            Wydawało się zatem, że wszystko, co najgorsze, łącznie z owym nieszczęsnym myśleniem spiskowym, jest już za nami. Dopiero 24 lutego przekonaliśmy się, że stało się inaczej. Obudziliśmy się bowiem w świecie innym, niż ten, jaki znaliśmy dotychczas. Mieszały się kierunki, góra i dół znaczyły podobnie, pojęcia – jak się zdawało, utrwalone przez tradycję i nasze myślowe schematy – traciły swoje znaczenie. Rzeczywistość, nadgryziona co prawda przez pandemię, poszarpana, jednak w jakiś sposób już uporządkowana, nagle zmieniła swoje oblicze w najbardziej czułym punkcie. Okazało się, że u samych podstaw rozumienia wartości najważniejszych, jak prawda, dobro, bezpieczeństwo i inne nastąpiła znaczeniowa zmiana, a życie człowieka bywa sprowadzane do wartości istnienia pantofelka. W tym względzie data 24 lutego 2022 r. stanowi najważniejszą cezurę.

            W chwili, gdy piszę te słowa, wojna na Ukrainie ciągle trwa i zbiera bolesne żniwo. A gdy się już zakończy, nie zmieni się nic w postrzeganiu rzeczywistości, która przecież nadal będzie pokaleczona, poszarpana, a gojenie się ran potrwa bardzo długo.

            Na racjonalnym poziomie myślenia dużo wiemy o tym, co dzieje się za naszą wschodnią granicą. W globalnym świecie nic nie ujdzie uwadze dzięki mediom, w tym Internetowi. Jednak z poziomu emocji wszystko to jest nie do pojęcia, dlatego codziennie budząc się zadaję sobie pytanie, czy to wszystko dzieje się naprawdę? Czy to tylko przedłużenie sennego koszmaru?

            Pojawia się niekiedy refleksja o kondycję artysty, także poety, i zasadność zajmowania się sztuką (w tym poezją). Czy przejmowanie się czymś tak „nieużytecznym” ma jakikolwiek sens… Czy troska o słowo, jego jakość i znaczenie nie jest przypadkiem oderwanym od życia rojeniem pięknoducha?

            Poezję można w pewnym aspekcie traktować użytkowo, jako narzędzie służące czemuś tak, jak młotek służy do wbijania gwoździ, a nóż do krojenia chleba – jakkolwiek trywialnie to brzmi. W takim względzie zajmowanie się poezją ma sens; jest czymś ważnym, a może nawet najważniejszym „w czasie zarazy”, w czasie spłaszczenia znaczeń najbardziej podstawowych. W społecznej świadomości pokutuje stereotypowe pojęcie poezji jako rodzaju ornamentu rzeczywistości, ucieczki od niej na rzecz tworzenia pięknych, podniebnych kreacji, ucieczki od brzydoty i trudów życia, powiedzmy – codziennego. A zatem jawi się – wg owego stereotypu – jako coś odświętnego, na specjalną okazję. Z całą pewnością można jednak, przynajmniej w obszarze poezji XX wieku i współczesnej, mówić o poezji bardziej serio, jako istotnym zjawisku nie tylko artystycznym, lecz także społecznym. Pokolenie Kolumbów swoją twórczość przesyciło apokaliptycznymi obrazami wojny, która była główną tkanką tej poezji. „Apokalipsa spełniona” stała się tych poetów udziałem w sensie całkiem dosłownym. „Mroczny czas” był nie tylko oswajany, lecz słowu nadawał wymiar czynu. Wielu z najwybitniejszych poetów tego pokolenia wojny nie przeżyło, by wspomnieć tutaj Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Tadeusza Gajcego, Zdzisława Stroińskiego i Andrzeja Trzebińskiego.

            „Świat. Poema naiwne” Czesława Miłosza tylko na pierwszy rzut oka stanowi wyjątek jako – zresztą pozorna – ucieczka od okupowanej rzeczywistości. Owszem, nie brzmią tu echa wybuchów, nie leje się krew, nie ma udręki wojennej codzienności. Tylko jednak wnikliwa lektura tych na swój sposób uroczych wierszy wywoła przekonanie, że oto mamy do czynienia z jakże dramatyczną próbą obrony podstawowych wartości, które w tejże rzeczywistości są zagrożone. To usiłowanie aksjologicznego uporządkowania chaosu i wyraz przekonania o przewadze dobra nad złem, wcale przecież nie idealistycznego, bo „co nie ma cienia, istnieć nie ma siły” – jak czytamy w zakończeniu wiersza „Wiara”.

            Powojenna poezja polska towarzyszyła wielokrotnie przemianom życia społecznego i politycznego w naszym kraju (z różnym, jak wiemy, skutkiem, by wspomnieć tu niechlubny czas socrealizmu). Bodaj najmocniej wcięła się w tęże rzeczywistość poezja Nowej Fali. Twórcy tego nurtu po Marcu ’68 zaczęli zmagać się z językiem oficjalnych wystąpień, językiem propagandy, tzw. nowomową, by odsłonić jego pustotę i utratę głównej funkcji języka jako narzędzia porozumienia. To była dość szczególna walka o godność nie tylko zresztą w sferze lingwistycznej, lecz także ogólnoludzkiej. Tacy twórcy, jak Stanisław Barańczak, Krzysztof Karasek, Ryszard Krynicki, Julian Kornhauser, Ewa Lipska, Stanisław Stabro czy Adam Zagajewski rychło więc zostali zepchnięci do literackiego podziemia. Uznano ich bowiem za element niebezpieczny dla realnego socjalizmu.

            Spójrzmy na dorobek poetycki Tadeusza Różewicza. Jeden z poetów środowiska poznańskiego powiedział mi niedawno, że „wszyscyśmy z niego” – myśląc o Różewiczu właśnie. Czyż jego twórczość nie jest próbą opisania świata będącego w rozsypce? Świata zrujnowanego przez doświadczenie wojny, w którym trzeba zacząć układanie wszystkiego od prapoczątku; od wydzielenia światła i ciemności, nazywania rzeczy i spraw najpierwszych. To poszukiwanie uzasadnienia dla swojej egzystencji i oparcia, którego jednak ten świat nie zapewnia. Ruiny zostały zastąpione wysypiskami cywilizacyjnych odpadów (dosłownych i w przenośni). Nawet w swoim upadku nie da się osiągnąć dna, od którego można by się odbić, bo spadanie jest już tylko poziome (jak w wierszu „Spadanie”). Niemniej jednak pojawia się u Różewicza wielka potrzeba sprzątnięcia tego nieładu, znalezienia paradygmatu, według którego można zacząć. Zauważa się tu odniesienie do siły sprawczej słowa, które jest tego porządkowania podstawowym narzędziem. W naszym kręgu kulturowym, grecko-rzymskim i judeo-chrześcijańskim, ma ono przecież głęboką tradycję; wszak od Słowa wszystko się zaczęło. Akt stwarzania odbywał się przez nadanie nazwy.

            Słyszymy czasem, że poeta jest uwieszony u warg Boga. Chociaż brzmi to trochę pretensjonalnie, to przecież coś w tym jest. Co prawda pod koniec życia Różewicz twierdził, a dawał temu wyraz w publicznych wypowiedziach, że im jest starszy, tym ma coraz mniej do powiedzenia. Właściwie najdoskonalszą formą wiersza byłoby milczenie. A przecież jest w tym jakaś doza kokieterii twórcy, który, jak każdy poeta, sięga po słowo jako swój główny żywioł. Chociaż z drugiej strony nieustannie widoczna jest tu owa charakterystyczna dla Różewicza rezerwa, bo poezja „ma wiele zadań / którym nigdy nie podoła” (wiersz „Moja poezja”).

            Przekonaliśmy się, że nic nie musi być takim, jakim się dotychczas wydawało. Kanony, według których myśleliśmy, normy zachowań społecznych, czy w ogóle międzyludzkich, bledną, ulatniają się, a na ich miejsce wchodzą nowe albo często nie ma ich wcale. Zatem – powtórzmy –  gdzie tu miejsce i czas na zajmowanie się poezją? Czy warto sobie nią zaprzątać głowę, gdy na świecie wojny, gwałty, widmo głodu i klimatycznej zapaści?

            A może właśnie dlatego trzeba pisać i czytać wiersze, by próbować ocalić to, co ważne…

            Nie da się odpowiedzieć na te pytania w sposób jednoznaczny i wprost. W każdym razie w takim świecie, w jakim żyjemy, kołacze się słowo poety, próbując przynajmniej szeptem dotrzeć do wrażliwych uszu. Byli tego świadomi Baczyński i całe jego pokolenie, Herbert, Szymborska, Miłosz, Różewicz, wiedziała o tym także generacja pomarcowa. Wiedzą też wszyscy twórcy dzisiaj, którzy poezję traktują serio jako istotną wypowiedź o sobie i świecie, w którym przyszło im żyć. Cyprian Kamil Norwid pozostawił wszak swoisty testament: „Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie, / Dwie tylko: poezja i dobroć… i więcej nic…”. Przesłania takiego nie należy lekceważyć. A gdyby sięgnąć do głębszych pokładów naszej kultury, to warto przypomnieć, że gdy już z puszki Pandory rozpełzły się po świecie wszystkie nieszczęścia i choroby, na jej dnie pozostała mała istota. Niezwykle krucha.

To była nadzieja.

Ryszard Biberstajn

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko