Franciszek Czekierda – MIŁOŚĆ JOHANNA GOETHEGO I CHARLOTTY VON STEIN

1
59

Charlotta von Stein z domu von Schardt często zapadała na zdrowiu, co spowodowane było między innymi wieloma ciążami i trudnymi porodami. Urodziła siedmioro dzieci, cztery dziewczynki zmarły wkrótce po porodzie, natomiast chłopcy osiągnęli dorosłość. W 1773 roku, trzydziestojednoletnia Charlotta, wyjechała na kurację do Bad Pyrmont w Dolnej Saksonii. Rok później ponownie tam przybyła. Leczył ją osobisty lekarz króla Hannoweru, doktor Johann Georg Zimmermann. Oboje interesowali się sztuką i literaturą, więc szybko się zaprzyjaźnili.
– Czytałam ostatnio ciekawą tragedię Clavigo i opowieść w formie listów Cierpienia młodego Wertera niejakiego Goethego – pochwaliła się Charlotta po zakończonym badaniu. – Zupełnie nie znam tego autora.
– Jesienią jadę do niego do Strasburga – doktor odrzekł z zawoalowaną wyższością w głosie.
– Poznałeś go waść? – zdziwiła się.
– Zdarzyło się. Ten młody człowiek napisał już wcześniej kilka innych rzeczy, lecz pod pseudonimem. Jest zdolny.
– Powiedziałabym, że to talent pierwszej wody – rzekła z entuzjazmem. – W Cierpieniach uderzył mnie jakiś powiew świeżości, którego nie uświadczyłam w naszej literaturze.
– Kiedy się z nim spotkam, powiem mu to i poproszę o rycinę z jego wizerunkiem. Prześlę ją waćpani.
– Och, po cóż ten trud… – rzekła kokieteryjnie.
Po zakończeniu kuracji Charlotta powróciła do Weimaru. Między nią i doktorem Zimmermanem wywiązała się korespondencja.
W maju 1775 roku w Strasburgu Zimmerman spotkał się z Goethem.
– Wspomniałem panu w liście, drogi doktorze, że w grudniu zeszłego roku odwiedzili mnie Książę Saksonii-Weimaru z bratem Konstantym i jego guwerner von Knebel. Od młodocianego księcia otrzymałem propozycję bycia jego doradcą, lecz pod warunkiem, że zostanie władcą.
– Na dworze powiadają, że we wrześniu, kiedy ukończy osiemnaście lat, matka przekaże mu formalnie władzę.
– Jeśli to nastąpi, od jesieni zamieszkam w Weimarze.
– Dlatego powinien pan, Johannie, już teraz poznać najbardziej wpływowe osoby w księstwie – Zimmerman pokazywał poecie swoją kolekcję modnych w tym czasie portretów sylwetkowych.
– Liczę na waćpana znajomość w tej mierze.
Zimmerman ze stosu czarnych kartonów odszukał sylwetkowy portret eleganckiej kobiety z bujnymi kręconymi włosami.
– Zacznijmy od tej oto baronowej – wręczył mu jej profil. – Charlotta von Stein, młodsza o kilkanaście lat ode mnie, starsza o kilka wiosen od waćpana – uśmiechnął się lisio. – Od szesnastego roku życia pełni służbę damy dworu u księżnej Anny Amalii. Dobrze wykształcona, posiada dworskie maniery, które umiejętnie łączy z jakąś wzniosłą prostotą. W wieku dwudziestu dwóch lat wyszła za mąż za nadwornego marszałka Ernesta Fryderyka von Stein, któremu podlegają książęca wozownia, stajnie i stadnina koni w Allstedt.
– Allstedt? – zdziwił się Johann. – Daleko.
 – Siedemdziesiąt kilometrów na północ od Weimaru. W tajemnicy powiem, że jest on hazardzistą, Charlotta zaś nie jest szczęśliwa w małżeństwie, poza tym trochę chorowita.
– To wiem, atoli waćpan ją leczysz.
– Uwielbia sztukę i literaturę.
– Z wizerunku wnioskuję, że jest zachwycająca – wskazał dłonią Goethe. – Jakże wspaniałą rzeczą byłoby ujrzeć świat przeglądający się w tej duszy.
– Och, mój młody druhu. Ona nie jest wcale taka piękna, jak się tu jawi.
– Nie wierzę panu, mości doktorze – poeta odrzekł przekornie. – Na podstawie rysów utrwalonych w tej wycinance domniemywam, iż jest to urocza dama.
– Zgadza się, przeurocza, ładna, ma niezwykłej cudności oczy, lecz nie jest oszałamiającą pięknością. Ale posiada liczne zalety umysłu. – Po chwili dodał: – Ponadto ceni pana twórczość.
– To miłe – Goethe rzekł zadowolony. – Muszę ją koniecznie poznać.
– Aha, żebym nie zapomniał, raczy mi pan ofiarować swoją rycinę.
– Dla pana zawsze z przyjemnością.
– Nie dla mnie, lecz dla tej damy.
– Oficjalnie mam o tym nie wiedzieć? – Johann zmarszczył łobuzersko brwi.
– Charlotta nie zastrzegła sekretu w tej materii.
– To mi pochlebia.

Zgodnie z przewidywaniami, trzeciego września 1775 roku matka Karola Augusta Wettina, księżna-regentka Anna Amalia, przekazała mu władzę. W pierwszym tygodniu listopada Johann Goethe zamieszkał w dworskiej posiadłości (nie w zamku, który spłonął rok wcześniej), a od kwietnia następnego roku Karol August ofiarował poecie dom ogrodowy na łąkach przy Frauenplan w odległości około stu metrów od rzeczki Ilm. Młodszy o osiem lat książę darzył Goethego zaufaniem, dzięki czemu w swojej nowej posiadłości czuł się swobodnie, nie poddając się dworsko-mieszczańskim rygorom. Poeta na początku planował krótki pobyt i służbę jako doradca księcia, jednak gdy w czerwcu 1776 roku objął oficjalne stanowisko na dworze, zostając tajnym radcą legislacyjnym, wbrew protestom starszych członków rady, zmienił zdanie. Pierwsze lata pobytu i pracy upływały mu w atmosferze entuzjazmu. W jednym z listów informował znajomego: „Moje życie układa się jak sanna. Bieży szybko, dźwięcznie, jak na promenadzie w górę i w dół (…). Nadaje to mojej egzystencji nowy rozmach i wszystko będzie układało się dobrze”.

Kilka dni po ulokowaniu się w domu Goethe po raz pierwszy spotkał się z Charlottą von Stein, która przyjechała do męża z Kochbergu (około 30 km od Weimaru). Mieszkała tam w zamku, natomiast mąż, baron Gottlob Ernst Josias von Stein jako koniuszy dworu, mieszkał w Weimarze.
– Jestem mile zaskoczony, mości baronowo, że pokazany mi przez doktora konterfekt sylwetkowy nie dorównuje w najmniejszym stopniu cudowności oryginału – w tym momencie wskazał na nią delikatnym gestem dłoni, po czym nisko się ukłonił.
– Jest pan łaskawy, radco – uśmiechnęła się sympatycznie. – Różnie bywa z tymi wycinankami à la Silhouette, z tej zaś mojej akurat byłam rada.
– Ja jeszcze nie dostąpiłem przyjemności, żeby jakiś artysta wycinał mnie w kartonie, niczym krawiec – zaśmiał się filuternie.
– Na pewno jeszcze zmuszą pana do pozowania. Póki co, widnieje pan na wielu niezłych rycinach. Pana portret, który otrzymałam od Zimmermana, wiernie oddaje żywą postać.   
– Zgadza się, mojego szpetnego lica żaden malarz nie jest w stanie upiększyć – zażartował.
– Mówiono mi, że jest pan niekonwencjonalny, ale żeby być aż tak krytycznym wobec siebie…? To niedopuszczalne – udała zdegustowaną. – Nawet jeśli była to facecja proszę nie obrażać natury, która obdarzyła pana tak licznymi przymiotami.
– Proszę o wybaczenie – uścisnął delikatnie jej dłoń – spróbuję się miarkować w samokrytyce, choć czasem jest ona potrzebna, aby po drobnych sukcesach nie popaść w samozachwyt.
– To nie są drobne sukcesy. Jestem pełna uznania dla pana talentu objawionego na przykład w Prometeuszu, Götzu, Clavigo, czy Cierpieniach młodego Wertera. Co do samozachwytu zaś ufam, że pana nigdy nie opanuje.
– Pani baronowo…
– Panie Johannie, proszę zwracać się do mnie nie w tak oficjalnej formie… – błysnęła uprzejmie czarnymi oczami.
– Moim pragnieniem jest spotkać się z panią na dłuższą rozmowę, abyśmy mogli pełniej omówić poruszone kwestie literackie, a może także sprawy sztuki i nauki. Mogę na to liczyć? – uśmiechnął się szelmowsko.
Baronowa zamyśliła się, przymykając kilkakrotnie powieki. Dla Johanna chwila ta wydawała się trwać w nieskończoność.
 – Rozważę to w swoim sercu. Jeśli szala wagi przechyli się w stronę wartości, które mnie budują, z Kochbergu przyślę panu bilecik – odrzekła obojętnym tonem.
– Wielkie dzięki, jestem do pani usług – powiedział uszczęśliwiony. – Proszę tylko nie skazywać mnie na zbyt długą torturę oczekiwania.
– Młody geniuszu, proszę nie być w gorącej wodzie kąpany – rzekła tonem statecznej damy, acz w duchu była zadowolona z powodu jego sympatii. – Powiedziałam: jeśli…
Podczas pobytu Charlotty w Weimarze, Goethe wspólnie z księciem i jego wiernymi dworzanami uczestniczyli w zabawach i tańcach z pannami na dworze, zalecali się do wiejskich dziewek, robili wice chłopom i dworzanom. Często polowali. Podczas jednego z polowań Charlotta, wspólnie z dworską świtą, obserwowała go, jak w towarzystwie Karola Augusta galopował szaleńczo na koniu pohukując, przeklinając i trzaskając efektownie z bicza. „Zachowuje się jak nieokrzesany dworak, chcąc chyba wzbudzić zachwyt u gawiedzi – myślała zdegustowana. – A przecież jest mądrym młodzieńcem, świetnym pisarzem. Co w nim, u licha, siedzi? Czyżby anioł geniuszu i dionizyjski diabeł w jednym ciele?”. Zbyt frywolne zachowanie poety stało się źródłem plotek krążących nie tylko w księstwie, ale i po całych Niemczech, bowiem był już szeroko znanym twórcą.
 Charlotta była w rozterce; z jednej strony odczuwała wzrastającą sympatię wobec poety, który na każdym kroku dawał jej dowody swojego uwielbienia, z drugiej zaś strony, ze względu na wyznawane zasady i pobożność, starała się nie myśleć o nim, co przychodziło jej z trudem.  Natomiast jego efekciarskie, czasem przaśne zachowania działały na nią odpychająco i jednocześnie pociągały ją tajemniczą siłą, czego nie mogła pojąć.
W trzecią niedzielę karnawału na dworze odbywał się koncert z udziałem orkiestry i włoskich solistów. Charlotta spodziewała się z nim spotkać, lecz obiecała sobie, że tylko przelotnie, by dać mu do zrozumienia, iż wcale jej na nim nie zależy. Obecni byli wszyscy dworzanie i zaproszeni goście. Z wyjątkiem Goethego. „Bezczelny – pomyślała – tylko ktoś taki, jak on, może sobie pozwolić na lekceważenie ludzi i zwyczajów bez żadnych konsekwencji ze strony księcia, który go ubóstwia. Jak tak można!”.
Po koncercie, gdy baronowa w swoim pokoju odpoczywała z książką w ręku, służka powiadomiła ją, że pan Goethe czeka w przedpokoju. Zrazu nie chciała go widzieć, lecz po chwili serce jej zmiękło. Poeta wszedł energicznie z listem w ręku. Przywitał się oficjalnie, po czym zaczął mówić lekko podenerwowany.
– Nasz wspólny przyjaciel, wielce szanowny pan doktor, wypisuje jakieś niestworzone historie – pokazał jej list. – Donosi mi, że zewsząd  docierają do niego słuchy o moim nazbyt gwałtownym temperamencie – podniósł głos. – I że tutejsi ludzie nieprzyjaźnie mnie osądzają. – Czy do pani, droga Charlotto, również docierają podobne komeraże?
 – Są to dwie różne sprawy – mówiła łagodnie, by go uspokoić.
 – Waćpani ma na myśli moją energię twórczą i gwałtowność charakteru? – dopytywał. 
 – Trafił pan w jedną tarczę, którą jest krewki temperament, druga pozostała nietknięta, to niechętne sądy ludzi.
 – Plotki?
 – Oceny nie są plotkami, pan to dobrze wie.
 – Nie rozumiem niechęci do mnie. Przecież nikogo nie uraziłem, nikomu nie wyrządziłem krzywdy – złagodził ton.
 – A frywolny tryb życia, miłostki, romanse? – zapytała retorycznie.
 – Niemal wszyscy tak postępują.
– Przypuszczam, że nie jest pan złym człowiekiem. Jednak wiem, że jeśli ktoś wybija się ponad przeciętność, inni nie tolerują go, za to chętnie krytykują, a nawet obrażają.
– Może… – przyznawał jej rację.
– Swoją drogą też życzyłabym sobie, aby trochę stonował pan swój sposób postępowania.
– Jest aż tak rażący?
– Nie wiem, czy odpowiada on najgłębszym pierwiastkom pana natury i skłonnościom, czy też pragnie pan tym sposobem kogoś sobie pozyskać? – rzekła bez cienia emocji, mając na myśli przypodobanie się księciu.
Poeta zmieszał się. Nie spodziewał się, że baronowa ma tak przenikliwy umysł. Milczał.
– Oczywiście postaram się bronić pana przed złymi językami, a Zimmermanowi napiszę, że plotki wynikają z bezinteresownej zazdrości zawistników.
Johann ukłonił się w pas.
– Jestem pani sługą i dozgonnym dłużnikiem – podziękował, trwając w lansadzie.
Pani von Stein dotknęła jego barku, aby się wyprostował.
– Proszę…, nie jestem zwolenniczką przesadnych gestów.
           
Po krótkim pobycie w Weimarze Charlotta powróciła do zamku w Kochbergu. Napisała do doktora list, przekonując go, że z Goethem nie jest aż tak źle, jak widzą go niechętni mu ludzie. Starała się być obiektywna, bowiem z Zimmermanem zawsze była szczera. Wspomniała o kilku wadach ich wspólnego przyjaciela, jednak po ponownym przeczytaniu listu spostrzegła, że wybieliła go, będąc mu bardziej życzliwą, niż zamierzała to uczynić, gdy przystępowała do pisania.
Przez długie tygodnie Goethe nieustannie myślał o niej, marzył i tęsknił. Nie przeszkadzało mu, że pani Stein była zamężna, starsza o ponad siedem lat, ani to, że miała trzech synów. W owym czasie, było to w październiku 1776 roku, Johann sprowadził z Lipska do teatru dworskiego znajomą z czasów studiów, aktorkę i śpiewaczkę, Coronę Elisabeth Schröter. Młodsza od niego o dwa lata artystka posiadała wrodzony czar, urodą zaś przewyższała Charlottę. Wzajemna sympatia poety i aktorki sprzed kilku lat nie wywietrzała. Poeta, choć tęsknił za Charlottą, nie pozostał obojętny na wdzięki Corony. Na dworze mówiono o ich romansie. W krótkim czasie została najlepszą aktorką teatru, co nie było trudne, ponieważ na książęcej scenie grali amatorzy, w tym Goethe, natomiast panna Schröter była aktorką zawodową.

Poeta długo przekonywał Charlottę do swojego uczucia, ona zaś okazywała mu chłodną życzliwość, którą czasem ocieplała miłym gestem. W listach pisał, że kiedy jej przy nim nie ma, życie dla niego traci sens. Wpadał w rozpacz w chwilach, kiedy przydarzało mu się coś dobrego, lecz nie mógł się z nią tym podzielić. Po pewnym czasie otrzymał od niej krótki liścik zapraszający go do siebie. Nazajutrz pośpiesznie przybył powozem do Kochbergu. Przywitali się uprzejmie, choć pani von Stein, jak zwykle, dała mu odczuć, że pragnie zachować dystans.
– Nie mogłem się doczekać, takim stęskniony  – zaczął miłym głosem.
– Mości panie radco… – odrzekła ozięble, po czym zrobiła pauzę, gdyż poczuła, że zabrzmiało to zbyt oficjalnie.
 – Charlotto! Mówię o spalającej mnie tęsknocie, słyszę zaś – proszę o wybaczenie –urzędowy ton.
– Ja zaś słyszę tu o tęsknocie, a stamtąd – wskazała ręką w stronę Weimaru – dochodzą mnie słuchy o pana uwielbieniu wobec jakiejś aktoreczki – rzekła obrażona.
Słowa te zabolały go. Nie potrafił zebrać myśli, co trwało dłuższą chwilę.
 – Panna Schröter jest najlepszą aktorką w księstwie, więc mój szacunek dla niej i uznanie dla jej talentu nie mają nic wspólnego z prawdziwymi uczuciami pulsującymi w moim sercu, bo te zarezerwowane są wyłącznie dla pani – usprawiedliwiał się.
– Mówiono mi także o pana różnych wyczynach. Jakże więc mam panu ufać? – była smutna.
– Proszę nie wierzyć plotkom, zresztą już o tym rozmawialiśmy wcześniej. Są tacy, którzy utopiliby mnie w łyżce wody.
– Pisałeś mi pan, żem jedyna spośród kobiet, która uczyniła go szczęśliwym – kontynuowała zawiedziona, choć w jej głosie pobrzmiewała nuta nadziei.
– To prawda. Jesteś jedyna, Charlotto. Przywiązany jestem do ciebie wszystkimi nerwami, całą duszą.
– Piękne to słowa, ale bardzo proszę w ten sposób do mnie się nie zwracać – rzekła uprzejmie. – Ja szanuję etykietę.
Goethe, zbity z pantałyku, znowu poczuł się dotknięty.
– Proszę o darowanie mojej przewiny – nie wiedział, jak zareagować. – Tako mi się rzekło w szczerej ufności serca, bynajmniej nie przez spoufalenie – usprawiedliwiał się, jak chłopiec, który coś przeskrobał.
– To nie reprymenda, proszę się nie obrażać. Chcę tylko postawić formę konwersacji na właściwej płaszczyźnie.
– Rozumiem, najdroższa pani baronowo – starał się jej przypodobać.
– Może nieco przesadziłam z tymi pana wyczynami – próbowała stonować nadmiernie stężałą atmosferę.
– Ach, te rzekome wyczyny, harce i swawole mojej kompanii… Wszystko to przesada – machnął od niechcenia ręką.
– Wina nie pana, tylko kompanii? – zdziwiła się. – Może jednak ziarno prawdy w tym było? – Charlotta po raz pierwszy się uśmiechnęła.
 – Mniejsze od maku… – błysnął radośnie ciemnobrązowymi oczami.
 – Te młodzieńcze figle są drobnostką w porównaniu z nieprzychylnymi panu pomówieniami i zjadliwymi krytykami.
 – Nie mogę zaprzeczyć.
– Zastanawiam się, czy nie wzięły się stąd, że młodzi literaci potępiają pana za odejście od ideałów „burzy i naporu”?
– Twierdzą nawet, że je zdradziłem, że zdradziłem także prostych ludzi dla arystokracji – zaśmiał się kpiąco. – Czy też tak uważasz, Charlotto? – po sekundzie poprawił się: – Droga pani Charlotto.
Kąciki jej ust mimowolnie uniosły się wesoło z odcieniem pobłażliwości.
– Hmm… – zamyśliła się. – Człowiek się zmienia, lecz nie sądzę, aby piastowanie ważnych funkcji na dworze równoznaczne było z przejściem do wrogiego obozu.
– Słuszna uwaga. Moi adwersarze niedawno otrzymali kolejny dowód przeciwko mnie: zostałem tajnym radcą legislacyjnym – pochwalił się.
– Słyszałam, gratuluję – skinęła nieznacznie głową, spoglądając na niego z uznaniem. – Wiem jednak, że wciąż utrzymuje pan żywy kontakt z mieszczanami i chłopami – kontynuowała.
– Moje publikacje i liczne zatrudnienia świadczą o tym, że nikogo nie zdradziłem – stwierdził poruszony. – Wykształceni głupcy, bo ci są najgorsi, nie pojmują złożoności procesów tego świata. I chyba nigdy nie zrozumieją mnie, wymykającego się prostym ocenom.
– Dobrze pan to ujął, Johannie – pochwaliła go.

Następnego dnia pani von Stein oprowadzała gościa po swoim gospodarstwie, którym zarządzała pod nieobecność męża. Pokazała mu powozownię, stajnie z końmi wierzchowymi, jezdnymi i pociągowymi, kuźnię, ogród warzywny i pobliski park, pomijając oborę z rasowym bydłem. W parku spoczęli na ławce. Było słonecznie, pierzaste obłoki leniwie sunęły po celestynowym niebie. Pani von Stein powoli przekonywała się do Johanna.
– Mam nieśmiałą propozycję, Charlotto… – pozbywszy się tremy, ponownie zaryzykował, używając zwrotu „ty”.
– Słucham uważnie – wyraziła zainteresowanie, nie zwracając uwagi na formę jego wypowiedzi.
Goethe odetchnął z ulgą.
– Porzućmy dzisiaj sztuczną etykietę dialogu i inne krępujące konwenanse, zachowując oczywiście dobre obyczaje.
– Tylko dzisiaj? – zaciekawiła się. – Jak zwykle jest pan niepoprawny – zaświeciły jej się oczy.
– Zawsze pragnąłem zerwać okowy form niewolące wymianę myśli między ludźmi, precyzję wypowiedzi, dynamizm, błyskotliwość, natchnienie… – wyliczał w zapale.
– Jesteś niemożliwy, Johannie – zwróciła się do niego po raz pierwszy po imieniu. – Na początku myślałam, że z powodu niespokojnego, a nawet frywolnego sposobu bycia, przez używanie karczemnych wyrażeń i obrażanie wielu osób nie dasz sobie rady na dworze pełnym układów, intryg i innych powikłań – przeszła do rzeczy. – Wpisując się w twoją propozycję zwiększenia precyzji wypowiedzi, powiem wprost: nie podobało mi się twoje zachowanie. Byłam przekonana, że nigdy nie zostaniemy przyjaciółmi.
Po tych słowach Johann rzucił się do jej rąk, całując z czułością.
– Myślałam: ten bisurman nie ma szacunku dla siebie i innych, na których mu nie zależy – kontynuowała przejęta – lecz przypodobuje się tylko ludziom wpływowym. Jeżeli naszego nauczyciela moralności niemal ukrzyżowano, to jego, tak zgorzkniałego, chyba zatłuką.
Charlotta zrobiła pauzę, obserwując jego reakcję.
„A więc moja propozycja odejścia od etykiety była strzałem w punkt – Goethe patrzył na nią szklistymi oczami. – Dzięki, o Panie, że czasem zapalasz we mnie zetlały knot jasnej myśli”.
 – Mów, mów… – prosił uprzejmie.
– Cierpiałam, gdyś ustawicznie naśmiewał się z ludzi. „Gdzie jego moralność?” – pytałam w duchu.
– Jest. Tylko czasem, dla przedniej zabawy, przykrywałem ją fałdami peleryny próżności – otarł łzę.
–  I psułeś innych, którzy w ciemno podążali za tobą, bo byłeś ich kapitanem, jak z dumą mówił Lenz.
– Ja psułem? – zapytał naiwnie, jakby pierwszy raz to usłyszał.   
– Pod twoim wpływem książę dowodził mi, gdym była ostatnio u niego, że wszyscy wysoko urodzeni nie zasługują na miano uczciwych. Jak mogłeś głosić takie horrendalne poglądy i mamić nimi młodego władcę? – pytała oburzona.
– Jestem głupcem! – zawołał skrzecząco.
– Nie! – zaprzeczyła. – To byłoby zbyt proste. Jesteś wrażliwy, utalentowany, lecz czasem wpadasz w ciemne doliny, w których szybko odnajdujesz się i czujesz się dobrze.
– Do tej pory myślałem, chyba powodowany pychą, że pozjadałem wszystkie rozumy. Teraz pokornie przyznaję, że natrafiłem na mądrzejszego od siebie człowieka. W dodatku na wspaniałą kobietę.
– Wciąż mam mówić bez krępujących konwenansów? – upewniła się, choć zabrzmiało to nieco złośliwie.
– Śmiało.
– Masz głowę i serce, jak rzadko kto, potrafisz widzieć sprawy jasno, bez uprzedzeń, gdy tylko tego zapragniesz. Jednak najczęściej postępujesz odwrotnie. Sprzeciwiałam się Zimmermanowi i wszystkim, którzy ciskali na ciebie gromy…
– Może już wystarczy? – Goethe zbladł, lękając się dalszego wymierzania sprawiedliwości. Nie spodziewał się, że jego pomysł obróci się przeciwko niemu.
– Możesz też uzyskać władzę nad wszystkimi, jeśli tylko zechcesz…
– Proszę, Charlotto, nie dobijaj mnie – błagał.
– Na koniec zaskoczę cię – musnęła jego dłoń. Johann drgnął. – Obawiam się, że uzyskałeś władzę nie tylko nad swoją kompanią i księciem, ale także… nade mną – powiedziała najłagodniejszym timbrem głosu, jaki potrafiła z siebie wydobyć.
W tym momencie spojrzeli sobie głęboko w oczy i spontanicznie rzucili się w objęcia.
– Jestem niedobry. Wybacz najdroższa – szepnął jej do ucha.
– Cały jesteś wypełniony sprzecznościami; genialny i głupi, a raczej duży głuptas – dotknęła ustami jego ucha – wielki w twórczości i przedsięwzięciach, lecz mały w pewnych uczynkach, szlachetny i niegodziwy, miły i przykry.
– Postaram się poprawić… – rzekł tonem skruszonego parobka.
– Nie mów głupstw. W tym wieku trudno jest się poprawić.
 – Potrafię, zapewniam. Mam szacunek dla siebie wbrew temu, co powiedziałaś.
– Jeśli chcesz to uczynić dla mnie…
– Pragnę z całego swego marnego serca.
– Postaram ci się pomóc, postaram się być dla ciebie ukojeniem.

Po tej rozmowie wiedzieli już, że są sobie przeznaczeni. On, młody nadwrażliwy poeta i wysoki urzędnik księstwa bez większej eksperiencji, potrzebował wsparcia doświadczonej życiowo kobiety znającej lepiej ludzi i zawiłości dworskich układów. Ona była mu opiekunką i wychowawczynią, wyrafinowaną damą, sawantką i przedstawicielką najszlachetniejszego humanizmu. Nade wszystko kochanką.
Tej nocy, po drugim dniu gościny, zostali właśnie kochankami. Leżeli uszczęśliwieni w łóżku.
 – Nie chciałam dać tobie przystępu do swego serca, a ty je mimo to porwałeś – zadumała się.
– Nie domknęłaś furtki, ja zaś rozwarłem ją uczuciem i siłą poezji – rzekł z satysfakcją.   
– To wszystko wydarzyło się przez ten twój mefistofeliczny pomysł zawieszenia na dzisiaj etykiety – powiedziała z kokieteryjną pretensją.
– Dlaczego mefistofeliczny?
– Nie udawaj, że nie wiesz. Znasz moje zasady. Będę miała wyrzuty sumienia.
 – Zawiesimy etykietę jeszcze jutro? – pocałował ją w szyję.
– I może pojutrze? – rzekła półironicznie. – Młodzieńcze, nie za wiele żądasz?
 – Pragnę, nie żądam. A może żądam? – poczuł się pewniej. – Tajnym aktem władzy naszego uczucia zlikwidujemy wszelkie ograniczające nas kajdany zbutwiałych norm i rytów, by kochać się bez ograniczeń.
– Masz nieposkromioną wyobraźnię, życie jednak toczy się wytartymi koleinami. Wspomniałeś o tajnym akcie, bądźmy więc dyskretni, bo to, co się stało zaszkodziłoby bardzo tobie, mnie i mężowi.
– Nie pisz za dużo o nas Zimmermanowi – Goethe poprosił uprzejmie.
– On podkochuje się we mnie – uśmiechnęła się niezauważalnie.
– Domyślałem się.
– Dlatego muszę mu pewne rzeczy wyjawiać, lecz nie obawiaj się, mój drogi – pocałowała go w skroń. – Prowadzę z nim niewinną grę i napiszę tylko to, co nam nie zaszkodzi.
 – Jestem zazdrosny. I nie pisz o szczegółach, bo one zdradzają.
– Och, mój młody zazdrośniku – rzekła usatysfakcjonowana. ­– Przecież on już ma prawie pięćdziesiąt lat.

Kiedy Charlotta von Stein przebywała w Weimarze, z Goethem spędzali dużo czasu, czytali Woltera, Szekspira i Spinozę, by następnie dyskutować o ich dziełach i o autorach. Była świetną rozmówczynią. Johann, który w Akademii Lipskiej ukończył kurs plastyki i rysunku, uczył ją rysować. Często spacerowali, zimą ślizgali się na zamarzniętej rzece Ilm. W okresie karnawału organizowali na dworze bale maskowe i grali na scenie książęcego teatru. Obdarowywał ją słodyczami, a latem przynosił jej kwiaty i owoce, które uprawiał w swoim ogródku. Jeśli gdzieś wyjeżdżała, pozostawiała mu pod opieką swego najmłodszego syna, Fryderyka. W pierwszych latach sprawowania na dworze swoich obowiązków, Goethe korzystał z jej rad; wyjaśniała mu dworskie labirynty władzy i życia oraz tłumaczyła kto jest kim. Pomagała mu także podejmować odpowiednie decyzje, aby były skuteczne. Pisząc ważne listy i nowe utwory, dawał jej do oceny i zawsze uwzględniał jej sugestie.
Zapracowany poeta relaksował się przy niej, nabierając nowych sił do dalszych aktywności. Ich uczucie rosło i umacniało się. Z myślą o niej pisał dramat Infigenia w Taurydzie, Charlotta zaś była pierwowzorem bohaterki. Pierwszą wersję sztuki ukończył na początku 1779 roku i w kwietniu odbyła się premiera w teatrze dworskim. Główną rolę Ifigenii grała Corona Schröter, Goethe – Orestesa, guwerner Karol Ludwik von Knebel – Toasa, króla Taurów, a książę Karol August – Pyladesa na przemian z młodszym bratem Konstantym. Autor ukazywał władcę oświeconego, a szlachetna postawa Ifigenii przekonała barbarzyńcę, króla Taurów, który rozumiejąc jej świat, zwolnił skazanych na śmierć Orestesa i Pyladesa. Widzom podobała się sztuka, z wyjątkiem Charlotty, która oglądała ją z wyniosłą obojętnością z powodu zazdrości o Coronę.
Poza sztuką Goethe napisał dla Charlotty kilkanaście wierszy, które przysyłał jej same lub załączając do listów. (Utwór Do Charlotty von Stein – Po coś dał nam tę głębokość wejrzeń… w przekładzie Roberta Stillera śpiewał Marek Grechuta).

Mimo jego starań, aby książę wcielał w życie idee oświeceniowe i był władcą nowoczesnym, Karol August skłaniał się ku wygodnemu życiu dworskiemu. Zarysował się między nimi spór. Od tego czasu Goethe bywał w zamku tylko wówczas, gdy musiał wykonywać niezbędne obowiązki, najczęściej przebywał poza nim. Po dziesięciu latach pobytu w Weimarze, czuł się rozczarowany służbą u księcia i nim samym z powodu wspomnianej różnicy poglądów i niemożności przeprowadzenia reform. Był także krytyczny wobec siebie.
Któregoś dnia Charlotta odwiedziła go w domu, do którego otrzymała od Johanna klucze.
 – Zauważyłam, że od pewnego czasu przestałeś się uśmiechać – stwierdziła zmartwiona.
– Nie zgadzam się – zaprzeczył nerwowo, unosząc na siłę kąciki ust.
 – Brak uśmiechu jest przejawem czegoś poważniejszego – mówiła spokojnie. – Unikasz towarzystwa. Gotlob zauważył, że uszła z ciebie dawna energia i że ostatnio – wybacz – zachowujesz się, jak dziwak.
 – Aż tak to widać? – zaniepokoił się.
– Co się dzieje, Johann? – zapytała zmartwiona.
– Wyjdę z tego.
– Zanim zaczniesz to robić, powiedz jaka jest przyczyna.
Poeta, oparłszy głowę na ręku, milczał, co trwało długą chwilę. Charlotta przerwała pauzę:
– Mieliśmy mówić sobie wszystko, pamiętasz nasze przyrzeczenie?
– To nie ma sensu – machnął nerwowo ręką. – Moja działalność ogranicza się tylko do zaspokojenia potrzeb, one zaś mają jeden cel, by przedłużyć mój marny byt.
– Proszę cię… – rzekła błagalnym tonem.
Goethe poprawił się w fotelu i, przełknąwszy ślinę, zaczął z trudem mówić:
– Jestem zawiedziony. Po cóż mi te wszystkie stanowiska i zaszczyty, kiedy nie mogę pogodzić swojego świata z wciąż istniejącym tu światem feudalnym, a  do moich idei nie udało mi się przekonać księcia. Niestety jest przeciętnym i zadufanym w sobie władcą. Jak wiesz, nieskutecznie starałem się wpłynąć na niego, aby przeprowadził niezbędne reformy w celu ulżenia najbiedniejszym. Dziwnym jest, że ludzie wyższych sfer trzymają się w chłodnym oddaleniu od prostego ludu, jakby się obawiali, że mogą coś stracić. Odsuwają się od niego, by zachować swe rzekome dostojeństwo, co jest naganne i tchórzliwe. A księciu  tylko w głowie zabawy, polowania, wojsko i polityka, ale wyłącznie w celu umocnienia swoich wpływów – mówił z goryczą.
– No i z przyjemnością oddaje się przygodom miłosnym – uzupełniła Charlotta.
Goethe spojrzał na nią podejrzliwie.
– Ale nasza miłość nie jest przygodą? – zapytał niepewnie.
– Pamiętam słowa twego listu, że jesteśmy sobie poślubieni, związani księgą, której stronicami są miłość i radość, a okładkami – troski i niedole. – Jak więc coś takiego mogło ci przyjść do głowy? – oburzyła się.
– Wybacz. Największym szczęściem dla mnie jest kochać i być kochanym. Z powodu tych wszystkich historii jestem jakiś nieswój, rozedrgany…
– Chciałabym ci ulżyć.
– Kolejny mój spór z księciem dotyczy jego zgody na utworzenie związku państewek niemieckich pod przywództwem króla Fryderyka II.
– O tym wiem, bo sprawa stała się głośna.
– Nie mogę zgodzić się na jego plany, ponieważ despotyzm pruski jest sprzeczny z ideałami humanizmu.
– Rozumiem, że to cię gnębi, lecz nie masz na to wpływu.
– Ale mam wpływ na siebie.
– Myślałeś o rezygnacji?
Johann zląkł się jej pytania. „Czyta w moich myślach…” – zastanowił się. Nie chciał podejmować tego wątku.
– Myślałem też o tym, że nie odniosłem znaczących sukcesów literackich, jak za młodu…
– Nieprawda. Nie oceniaj siebie nazbyt krytycznie – zaprotestowała. – Napisałeś wiele wartościowych rzeczy, mam ci przypomnieć: Król Olch, Do księżyca, Ballada morska, Granice ludzkości…
– Nie przypominaj – przerwał jej. – Wiem, com powinienem stworzyć, a czego nie uczyniłem.
– Jesteś wrażliwy, a ludzie wrażliwi są bardziej narażeni na cierpienia i rozterki, niż zwykli śmiertelnicy. Dlatego chcę chronić cię przed złem tego świata, chcę, abyś znalazł we mnie ukojenie.
– Chyba zaczynam je czuć. Charlotto, ukołysz dzisiaj do snu moje skołatane serce i wzburzoną krew – pocałował ją.

Goethego często nawiedzały melancholijne stany (dzisiaj nazwano by je depresją), z których Charlotta pomagała mu wyjść, dając duchowe pokrzepienie. Służba na dworze męczyła go i napawała niechęcią. Nie o wszystkim jej mówił, choćby o tym, że dręczyło go ukrywanie miłości, nieustanna gra przed dworzanami, aby zachowywać pozory poprawności. Romans coraz bardziej mu ciążył. Irytowała go miłosna rutyna i zazdrość starszej kochanki; mając trzydzieści siedem lat czuł się wciąż młody i pełen energii podczas, gdy u czterdziestoczteroletniej partnerki dostrzegał oznaki zniechęcenia i braku świeżości uczucia.
Poeta postanowił radykalnie zmienić swoje życie i oderwać się od środowiska, w które zbyt mocno wrósł. Na przełomie sierpnia i września 1786 roku przebywał z Karolem Augustem w Karlsbadzie (Karlowe Wary). O świcie trzeciego września, przebrany za kupca, w wielkiej tajemnicy, opuścił kurort, wyjeżdżając do Italii. O swojej ucieczce nie powiadomił Charlotty, której zawsze zwierzał się ze swoich planów. Po jedenastu dniach dotarł do Werony, następnie przez Wenecję, Ferrarę, Bolonię, Florencję, Perugię i Asyż dojechał do Rzymu. Później odwiedził jeszcze Sycylię. W każdym miejscu, gdzie się zatrzymał, zwiedzał zabytki, prowadził obserwacje naukowe dotyczące mineralogii, meteorologii i botaniki, skrzętnie je notując. W Rzymie zamieszkał, jako Jean Philippe Möller, u niemieckiego malarza Johanna Tischbeina, z którym się zaprzyjaźnił. Artysta uwiecznił go na obrazie Goethe w rzymskiej Kampanii. Johann żył skromnie pośród zwykłych ludzi, nie afiszował się, ani nie kontaktował z włoską arystokracją. Często odwiedzał targ, by rozmawiać z kupcami i chłopami. Jego towarzystwo stanowili niemieccy artyści. Przez nich poznała go szwajcarska malarka Angelika Kaufmann, która go pięknie sportretowała.
Głównym celem jego wyjazdu do Włoch było twórcze odrodzenie się. Na słonecznym półwyspie Apenińskim pośród starożytnych budowli i cytrusowych gajów („Znasz-li ten kraj / Gdzie cytryna dojrzewa / Pomarańcz blask / Majowe złoci drzewa…”) przypomniał sobie świat dzieciństwa, kiedy to ojciec dużo opowiadał mu o starożytnym Rzymie; będąc tu poczuł się, niczym uczeń zaczynający wszystko od nowa. Zachwycał się antycznymi zabytkami i renesansowymi dziełami mistrzów pędzla i dłuta. Podczas półtorarocznego pobytu we Włoszech odzyskał równowagę duchową, pozbywając się dawnych nerwowych zapaści. Tutaj pisał kolejną wersję Ifigenii, kończył sztuki Torquato Tasso, Egmont i kontynuował prace nad Faustem.
Zaraz po przyjeździe do Włoch przepraszał w listach bliskich znajomych i przyjaciół za nagły wyjazd. Karola Augusta prosił o zgodę na pobyt poza księstwem, natomiast Charlottę przekonywał, że wciąż ją kocha. Do listów załączał paczki z podarunkami. Nie bacząc, że stał się przyczyną jej wściekłości i rozgoryczenia, dodatkowo wysyłał jej notatki z podróży z prośbą, aby je przepisywała.

W połowie czerwca 1788 roku powrócił do Weimaru. Gdy tylko Charlotta usłyszała o tym, pośpiesznie spakowała się i wyjechała do Kochbergu. Po wielu zabiegach udało mu się nakłonić ją do spotkania w jej majątku.
– Witam cię najserdeczniej, najdroższa Charlotto – wręczył jej wielki bukiet kwiatów i miniaturowy odlew popiersia Seneki, którego Myśli kiedyś wspólnie czytali. – Chciał ją pocałować, lecz zrobiła unik. Goethe uczuł z tego powodu ukłucie w dołku. Prezenty odłożyła na stolik, nie prosząc służby o wstawienie kwiatów do wazonu z wodą.
– Witam pana – odpowiedziała oficjalnym tonem, co zmroziło Johanna.
Gdy opowiadał jej o wrażeniach z podróży, słuchała z obojętnością, głaszcząc psa leżącego obok jej fotela.
– Dziękuję, Charlotto – mocno zaakcentował imię, chcąc w ten sposób przełamać jej chłód – za twój trud w przepisywaniu moich podróżnych notacji.
– Robiłam to wyłącznie z obowiązku i lojalności, która okazała się jednostronna. A coś, co jest jednostronne w stosunkach z drugą osobą, traci sens.
– Zrozum mnie, tłumaczyłem ci to w listach; musiałem się stąd wyrwać, żeby się twórczo odrodzić, bo tu umierałem.
– Nie chodzi o umieranie czy odrodzenie, ale o krótką wiadomość o wyjeździe, ściślej o ucieczce. Zresztą wszystko wyłuszczyłam w listach, kolejny raz nie mam ochoty tych spraw roztrząsać.
– Nie mogłem tego uczynić, bo cała idea mojej eskapady straciłaby tak ważną dla mnie spontaniczność. Prawdziwy twórca nie może kalkulować. Nikogo nie poinformowałem o wyjeździe, nawet księcia, który po moim późniejszym wyjaśnieniu zrozumiał mnie i zgodził się na mój pobyt w Rzymie.
– Nie jestem księciem. Poza tym nie powtarzaj się – rzekła oschle. – Nawiasem mówiąc, jak twoja spontaniczność miała się do przygotowanego wcześniej przebrania za kupca? – zapytała kąśliwie.
– Błagam, wybacz mi.
– Muszę wyjść z suką na spacer – wstała z fotela i wyszła z psem, nie żegnając się z nim.
Charlotta czuła się zraniona do żywego.

W lipcu, kilka tygodni po przyjeździe z Włoch, Johann przypadkowo spotkał na spacerze pewną dziewczynę, Christianę Vulpius, która śmiało poprosiła go, aby udzielił poparcia jej bratu, Augustowi, początkującemu pisarzowi. Christina, młodsza od Goethego o szesnaście lat, była pracownicą w manufakturze wytwarzającej sztuczne kwiaty. Zaskoczony jej bezpośredniością i zarazem zachwycony urodą, zaprosił ją do swego domku. Po interesującej rozmowie zaprosił ją na następny dzień. Potem przychodziła coraz częściej. Goethe zakochał się w niej, po czym pozwolił jej u siebie zamieszkać, co spotkało się na dworze z oburzeniem.
Wieść ta dotarła do pani von Stein, która odebrała jego czyn jako despekt. Poeta  próbował ją przeprosić i załagodzić sytuację, lecz tego zachowania nie mogła mu wybaczyć. Zawiodła się na nim po raz kolejny. Zażądała zwrotu wszystkich swoich listów, które  w złości zniszczyła. Prawdopodobnie było ich ponad 1700, czego można łatwo się domyślić, ponieważ zachowało się 1770 listów Goethego do niej. Charlotta von Stein swoją rozpacz wyraziła w tragedii Dido (1794, wydanej w 1867).

Po półtora roku od lipcowego spotkania poety z panną Vulpius urodził się im syn, August. Jako jedyny ich potomek dożył wieku dorosłego, pozostała czwórka ich dzieci zmarła wcześnie. Inspirując się uczuciem do Christiny poeta napisał Elegie rzymskie, poświęcił jej także utwór Metamorfoza roślin. Ze względu na niskie pochodzenie panna Vulpius była poniżana przez arystokrację dworską. Pani von Stein nazwała ją nawet kreaturą. Dopiero po ich ślubie w 1806 mogła z mężem odwiedzać domy dworzan. Christina, prowadziła dość niezależny tryb życia, często chodziła na tańce i nadużywała alkoholu, na co Goethe patrzył z pobłażliwą tolerancją. Zmarła w 1816 roku w wieku pięćdziesięciu jeden lat.

Po wielu latach od zakończenia romansu Johanna i Charlotty, gdy pozostał po nim w ich pamięci blady ślad, a złe emocje zniknęły, oboje odnowili korespondencję, która była już tylko przyjacielską wymianą uprzejmości. Pożyczali sobie książki, pamiętali o urodzinach i świętach, czasem odwiedzali się, wręczali sobie upominki i wzajemnie pomagali; Goethe przez lata opiekował się jej synem, Fryderykiem, zabierał go często na wyjazdy służbowe i wycieczki, Charlotta zaś zajmowała się małym Augustem, gdy poeta miał ważne spotkania lub kiedy wyjeżdżał z Weimaru. Również go uczyła.
Pani von Stein do końca pozostała entuzjastką twórczości Goethego, poza tym żywo interesowała się jego dokonaniami naukowymi. Tu należy wspomnieć, że poeta zajmował się geologią, mineralogią, kopalnictwem, hutnictwem, naukami przyrodniczymi, meteorologią, nauką o barwach i anatomią (odkrył kość międzyszczękową, co jest odnotowane w historii nauki). Choć Goethe w swoim długim życiu kochał wiele kobiet – wśród których były m.in.:  Anna Katarzyna Schönkopf, Fryderyka Brion, Charlotta Buff-Kestner, Anna Elżbieta „Lili” Schönemann (jedyna narzeczona), Wilhelmina Herzlieb, Marianna von Willemer „Zulejka”, żona Christina Vulpius i ostatnia miłość, młodsza o ponad pół wieku, Ulrika von Levetzow – jednak Charlotta von Stein była największą miłością jego życia. Zmarła w styczniu 1827 roku, Johann Wolfgang Goethe przeżył ją o pięć lat.

Franciszek Czekierda

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Panie Czekierda, zostaw Pa tę swoją, wyssaną z dużego palca u nogi, opowiastkę, komuś innemu. Np. śp. Tomaszowi Mannowi [zob. “Lotta w Weimarze”…] Bowiem czegoś takiego ja, polonistko germanistka czytać jednak nie mogę…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko