Samiri Hernández Hiraldo – Inne życie

0
125

Ktokolwiek z potomków twoich według ich przyszłych pokoleń będzie miał jakąś skazę, nie będzie mógł się zbliżyć, aby ofiarować pokarm swego Boga.

Księga Kapłańska 21, 17

Forma S w rzeczywistości nie jest naturalna (…) To, czego potrzebujesz, to kolumna w formie J.

Esther Gokhol, Michaeleen Doucleff

Będę śpiewać Twe imię, Panie… Bowiem zostałem stworzony w postaci dziwnej i przyziemnej.

Forough Farrokhzad

Fot. z archiwum autorki

Wyjęci z kręgu niedoskonałego, wodnego, przywiązaliśmy się do świata suchego i dziwnego po wysiłku szympansów by utrzymać się w pionie, gimnastyce między gorylem a hominidem, australopithecusem sediba, Homo ergaster w Afryce, upartym Homo sapiens, mózg podniesiony i rozszerzającym się li tylko w abstrakcji, w semiotyce? Rybacy, zbieracze, myśliwi, co najmniej od 200 tysięcy lat, mieszkańcy Çatalhöyük w Turcji, 7 tysięcy nie mający tej samej krwi, ich oczodoły ku innym zwrócone, człowiek Tain Arawak z XV wieku, można ich wykopać na mojej wyspie, królów, cesarzy, konkubiny, papieży, wojowników, wieśniaków stąpających po ziemi, macających palcem zanim postawią piętę, kręgosłup wyprostowany, filozofów, tancerki, sportowców, modelki. Meksykanka Julia Pastrana, która pokazywała swe nadmiernie owłosione ciało w niemieckim cyrku w XIX wieku, młody mbuti, Ota Benga, bardziej niż jego zaostrzone zęby w ogrodzie zoologicznym w Nowym Jorku w 20-tym? Garbaci, którzy poza pokurczonymi, zmęczonymi i zaspanymi nie są niczym innym niż ci ze skoliozą lub bez pozują wyginając lędźwie y médula ósea, w kontrapoście, jakby renesansowemu rzeźbiarzowi Donatello lub do postmodernistycznego zdjęcia hawaiian surfing. Czarownice, malarki, akrobaci, alpinistki, astronautki nieznane lub anonimowe. Którzy wciąż pochyleni noszą na plecach innych z wysokim napięciem między przeponą i żebrami. Wciąż się pchają naprzód, większą lub mniejszą ilością melaniny, zawieszając łechtaczkę, jądra, cycki naturalne lub sztuczne, jak świnie z oczami lemurów, opętani, krowy z językami wężów, nawiedzone, pod skałami, przed i za płotami improwizowanymi i starymi, pobici, okaleczeni. Niektórzy uwolnieni, z pochylonymi głowami, szyja z syndromem, z natręctwem między stronami świata, waciki przyklejone do wielkiego masowego pragnienia, uwięzłego w motorze, przed bombą rozrywając bębenki. Fumiganty dziurawiące płuca, tony bólu endemicznego w lasach Papui Nowej Gwinei, nie ustają, zbiegając się z podstawową sjestą tlenową, nie jak Bajau, którzy potrafią oddychać pod wodą trzynaście minut; to klaustrofobia czy samobójcza tachykardia? Nie trzeba pokazywać na wybiegu, ani na ekranie marionetek ze zgrzebnych nici, ani brzuchomówcy z gęstym uzębieniem. Wobec śmierci na Wybrzeżu Kości Słoniowej niewinni odrodzeni w ciele, forma pomiędzy magią naśladowczą i zaraźliwym pozostaniem. Nogi jak łomy, palec wskazujący na kołach trans migracyjnych, guzik ikona. Nie trzeba też wspinać się po omacku w mitycznej jodze unosząc się przed nieopisywalnym komputerem. Poza wszystkim, lub niczym, śmierć wszechobecna i bezwzględna, krewni umarli siedzący sztywno za stołami w toradżyjskich domach, mumie na wpół lodowate, na wpół muzealne, zapomnienie przyszłej pamięci, urwanej i zawieszonej w próżni. Zatrzymanej. Planeta Ziemia jest pionowa, pozioma, kręci się wokół osi, bez telepatii i wsparcia NASA krąży, porusza się i się utrzymuje. Czy będziemy jak ona, jak Mars, czajką, co szybuje po buddyjskich jaskiniach, ofiarą oznakowaną pół muła bogini pół zebry bóg, mały palec Lucero Teny[1] w kastanietach, matrioszka jedna w drugiej, ta w trzeciej w postaci kwiatu „nagiego mężczyzny”, holenderskie tulipany w dostojnym deszczu, piąty klik Xhosa lub przetrawiony drenaż? Gatunki na płótnach dawnego Jedwabnego Szlaku, meszek chleba świętojańskiego, jak nigdy dotąd zdjęty ciężar wapna, piasku, alg, śniegu, piór, ADN z szympansem jeden procent różnicy pod skórą, skorupa, mikroorganizmy, powietrze wchodzi i wychodzi porami licząc oparzenia wśród innych blizn; pajęczyna tętnic, tkaniny orinokańskie, kapsuła w zygzakowatym locie z kłem przy starcie i niewidzialnym trzonowym, spirografy pięści i ciosów ich sferyczne cienie. Akordeon zagłówków bangs, światło odwrócone w przestrzeni między śmieciami po kostki, jego obojczyki jak urwiska? Ta proza żebrząca o fale wiersza, jej kolana krwawią i mimo wszystko porusza łapami zanim się odwróci i przekroczy, utyka, unosząc ze sobą inne życie z trądem, bez nogi jak robak długi i wygłodniały wychodzący z drugiej stopy; chodzi o to, że nie spopieliliśmy go w nasionach jak świetliki źrenic.

Przełożył Paweł Krupka

Samiri Hernández Hiraldo jest pisarką z Puerto Rico, zamieszkałą w USA. Jest wykładowcą antropologii i religioznawstwa, doktoryzowała się na Uniwersytecie Michigan, obecnie jest związana z uczelniami Florydy. Zajmuje się krótkimi formami literackimi, eseistyką i krytyką. To jej pierwsza publikacja w polskim przekładzie.


[1] meksykańska tancerka flamenco

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko