Marek Jastrząb – Zrzędzenie na czasie

0
64

Uważam, że kiedyś było bardziej cacy.  Teraz jednak nie tyle  lubię uczestniczyć w życiu, co patrzeć, jak się ono kręci. Bardziej słuchać z niego reportaże, niźli brać w nim udział. Puszczać się na myślenie o tym, czego mu brak, aniżeli zastanawiać się, co mogło się zdarzyć.

Igrzyska

„Naoczni świadkowie” opowiadają, że gdy za rządów Jakobinów ucinano główki przebrzydłym arystokratom, tłuszcza poczciwych rewolucjonistów zarykiwała się z uciechy. Wyła z nieutulonej radochy i całymi rodzinami gniazdowała u wezgłowia szubienicy. Niektórzy, w oczekiwaniu na śmierć swojego dotychczasowego pana, obżerając się ówczesnymi regeneracyjnymi wkładkami, przysiadali na własnoręcznie przytarganych krzesłach. A niektórzy, jak przez mgłę pamiętający sielskie okresy wojen krzyżowych, na pierwszy rzut oka ludzie doszczętnie stateczni, natomiast na drugi – w kwiecie zgrzybiałego wieku, tłoczyli się nieopodal koszyka na obcinane glace. I był to widok powszechny, zwyczajny, kawałek solidnej rozrywki, obrazek zerżnięty ze starożytnych jatek z gladiatorami w rolach jednorazowych.

Ale świat ruszył z kopyta i szafoty przestały być modne. Od czego jednak inwencja. Okrutny tłumek wykombinował stadiony z nielicznymi miłośnikami sportu, natomiast z licznymi hordami kiboli. Stadiony wszakże nie zapewniały strumieni krwi, tylko jakieś sporadyczne mordobicia bez juchy, nic więc dziwnego, że się opatrzyły i wkrótce zastąpiono je klatkami z ludzką zwierzyną.

Onego czasu w klatkach trzymano małpoludy, a zabiletowana publika znajdowała się na zewnątrz, Pod tym względem nic się nie zmieniło, tyle że zamiast zwierzyny, w klatce znalazły się  rozjuszone  człowieki, a za kratami gromadziło się pospólstwo.

*

Imprezy polegające na obserwowaniu cudzych męczarni, przynosiły dochody od zawsze. Gladiatorów zastąpiły publiczne egzekucje. Potem cywilizowane kraje przerzuciły się na walki kogutów i zagryzanie się psów. Lecz że pikniki te były zanadto nielegalne, współcześni troglodyci wymyślili MMA.

Mucha

Staram się zrozumieć, po jakie licho istnieje mucha. Lecz robię to chyba mało skutecznie: na próżno wgłębiam się w jej upierdliwe siadanie mi na nosie. Daremnie usiłuję poznać jej wrażliwą psyche i niepotrzebnie wgłębiam się w jej trudne dzieciństwo. Na próżno silę się na okazywanie jej przyjaźni. Bez powodzenia wdzięczę się, kryguję, chcę ją polubić! Nic mi z tego nie wychodzi, toteż stwierdzam, że nie ma takiej psychologii, by dało się zracjonalizować to bzykające robactwo.

Sportowe życie

Przebiega mi po synapsach archiwalny obrazek z lat sześćdziesiątych, kiedym to uczęszczał na drugoligowe mecze w nogę. Nie będę się wymądrzał, gdy powiem, że atmosfera na stadionach była nieporównanie mniej bandycka. Można było na nich siedzieć z rodziną: bez obawy oberwania butelką po piwie lub dziabnięcia kozikiem. Piłkarz był wtedy faktycznym amatorem, ale w miarę upływu merkantylnych lat, amatorstwo było coraz dotkliwiej widoczną fikcją.

O tym, że nią się stało, zadecydował postęp w sporcie. Zaczęto podnosić poprzeczkę. Wyniki były tak wyśrubowane, że aby je osiągać, należało więcej czasu poświęcić na treningi. Więcej czasu, a zatem nie starczało ćwiczyć po pracy. Toteż trzeba było z niej zrezygnować. Skutkiem tego, przejść na zawodowstwo.

*

Minęły czasy sielankowych stadionów i nad światem zawisła gradowa chmura komercji. Boiska do gry stały się reklamowymi wystawami, telewizja zawładnęła coraz doskonalszym widowiskiem, lecz wierni (choć zmienni) kibice, nadal zagrzewają swoje drużyny do boju. 

Grający w gałę kopacze z pierwszoklaśnych lig, są „na dzień dzisiejszy” złotodajnymi kurami dla macierzystych klubów i dopóki nie powinie się im utalentowana nóżka, zarabiają astronomiczne sumy. Są dopieszczani, a nawet przepieszczani. Mówi się na ich temat, czci jak bogów, zatrudnia lekarzy, psychologów i masażystów, nie wspominając o trenerze. Lecz jeśli zaczynają popełniać błędy i opuszczają ich oklaskiwane umiejętności, tracą na znaczeniu i odchodzą do Krainy Wiecznych Klęsk. A jeżeli niesława dotyczy Narodowej Kadry, razem z upadłą gwiazdą odchodzi selekcjoner. I też wiesza się na nim psy i też nie omija go hejt (jak z powyższych elukubracji wynika, łaska pańska jeździ na pstrym ośle).

Refleksje post factum

Poddawałem się samoocenie. W zależności od nastroju, albo była bezkompromisowa, sarkastyczna i lodowata, albo pełna tolerancji i usprawiedliwień, które miały oświetlać moje postępowanie, unicestwiać przeszkadzające mi resztki poczucia winy. Toteż ze smutkiem stwierdzałem, że wszystko było dla mnie spóźnione i tkwiło we mnie za każdym razem inaczej. Ewentualnie występowało zawsze, lub działo się zaledwie i chwilowo.

Pogłoski

Mówią o mnie mizantrop, bo na stare lata zmądrzałem i zarzucają mi, że nie kocham ludzi. Kocham, ale są wyjątki. Pogardzam neutralnymi, nienawistnikami piękna, wielbicielami ohydy, kreaturami lodowatym okiem przypatrującym się cudzym dramatom, sprzeciwiam się znieczulicy, biciu, potępiam kanciarzy, nie znoszę tych, którzy twierdzą, że nic nie widzieli, niczego nie słyszeli, jakkolwiek stali w pobliżu. Jestem cięty na zgraję sprytnych asekurantów. Mówią też, żem nienormalny, bo idę pod prąd; obca mi przemoc i nieuzasadniony strach. Jeżeli te moje przywary dowodzą nienormalności, to proszę o skierowanie do czubków.

CV

Pracuję i oszczędzam. Przez ten czas dorobiłem się plam wątrobowych, wklęsłych bicepsów, bujnej łysiny i ostrej sklerozy. Za dwadzieścia pięć lat stuknie mi setka i wtedy przejdę na wcześniejszą emeryturę. Ogólnie mogę stwierdzić, że choć mam powody, to za często nie narzekam; czuję się dobrze i wiedzie mi się wedle wieku. Ale czasem trafia mnie szlag. Pomstuję wtedy na wszystko, co się rusza i już nie jestem taki łagodny, bo zaczyna do mnie docierać, że choć robię, co mogę, to coraz trudniej przychodzi mi zaciskanie pasa i czekanie na cud.

Poród

Razem z upływem lat, coraz chętniej wracam myślą do tamtych chwil, gdy żyłem odseparowany od trosk. Przedtem, zanurzony w kolorowych reminiscencjach,  złożony z  niegdysiejszych marzeń, teraz, obryzgany zapomnieniem, mogę wyławiać z pamięci widma odległego dzieciństwa. Roziskrzone i natarczywe, przypominają mi, że warto ulec pierwszym porywom zasychającego serca. Wczesnym odruchom naturalnej żywiołowości i poddać się przeczuciom.

Uspokojenie

Czasem, gdy mnie ktoś naciągnie na drinkujące zwierzenia, jest mi jakoś nie tak. Wtedy wolę nie wieszać się przy tamtych wspomnieniach,  ściemach i jojczeniach do lustra. Chcę widzieć niebo, chmury, wiosnę, a jako że posiadam okno z widokiem, dostrzegam to lub owo i ze zdziwieniem obserwuję zachodzące zmiany. Niektóre na lepsze, niektóre na takie sobie. Albo kocham siedzieć nocą, przy biurku, gdy świeci żarówka i przeglądam albumy.  Jest mi wówczas do przodu. Ale kiedy mnie ciśnie, lecę do starych znajomych, by się pozwierzać, wypłakać  w zaprzyjaźniony makiet. I wówczas wracają obrazy, zamazane strzępy, zmiotki; ulotne, migawkowe…

Proces

W trakcie rozprawy odnosi się wrażenie, że oskarżony odgrywa w niej uboczną rolę; żarliwy ping-pong uprzejmych zdań pomiędzy adwokatem a prokuratorem, przenosi obu na takie wyżyny prawniczych wybiegów, że czasem aż trudno zejść im na ziemię i dostrzec przedmiot sporu.

Ale oto nadeszła wyczekiwana chwila. Otwierają się drzwi. Sąd wkracza ze swoją sentencją. Prokurator wydaje się zadowolony. Adwokat nie. Winowajca natomiast, niepozorny człeczyna, jest usatysfakcjonowany tym, że może wreszcie dowie się, o co tu chodzi.

Przepowiednie

Ciężko być optymistą. Co się pojawi jakiś wieszcz, to wyskakuje ze swoim czarnowidztwem. I grzmoci zastraszoną ludność miast i wsi. I niesie jej w darze oliwną gałązkę niepokoju. I  wróżbici, jakby nie należało trzymać dzioba w ryzach: demokrację zastąpi populizm! Wolność albo obumrze, albo zostanie reglamentowana! Kacykowie umoszczą się wygodniej na pozłacanych tronach! Bieda zakwitnie, że hej, a szary zjadacz miski ryżu dalej będzie wieszał się u pańskich klamek!

Cześć, słodziutka!

Kiedy się zmyłaś, nie było mi do śmiechu, choć wyznam, że w ogólnym bilansie okazało się o wiele spokojniej bez ciebie, a i w domu zapanowała powszechna zgoda i wzajemne niewłażenie sobie w paradę. Początkowo mama płakała po kątach; w milczeniu i tajemnicy przed Ojcem. Ale wkrótce jej przeszło. Tylko tata po kryjomu pociągał nosem. Lecz przy ludziach rżnął twardziela.

Ale do czasu, bo każdy wodewil ma swój kres; już po miesiącu przejmowali się czym innym: zajęli się obwąchiwaniem rodzinki z dobermanem, tych, co to pod nami. Ich życie jednak wystarczyło im na parę szyderczych gadek po obiadku, w tym jedno nieudane party w ogrodzie, ponieważ gdy nikt z zaproszonych gości nie przyszedł, kłócąc się i obwiniając, że znowu im nawaliła frekwencja, jednogłośnie dochodzili do przekonania, iż żaden doberman już nie zmieni faktów, bo faktem jest starość i takie tam.

Tak nam się darzyło, tak zabijaliśmy czas aż do chwili, gdy pokochałem Justynkę, moją ślubną, pamiętasz, razem chodziłyście do podstawówki, ona siedziała przed tobą, taka ruda trzpiotka w okularach i z końskim ogonem.

Teraz przejdę do meritum. Trudno mi zacząć, ale jakoś nigdy nie miałem nabożeństwa do listownych wynurzeń, więc w krótkich żołnierskich słowach powiem, że nadeszła długo oczekiwana chwila, by postanowić, co dalej z tym koksem, bo gdy tatę wymiotło z życia, już nie daję sobie rady z mamą. Ma taki nieustannie oklapły wzrok, a ostatnio podprowadza dzieciakom czekoladki. Justynka suszy mi treskę jakimiś sankcjami, mówi, że jest tu z nią za ciasno, a w ogóle to ma jej serdecznie dosyć, co mnie w sumie nie dziwi, bo ja też.

Gdybyś była facetem, zrozumiałabyś w mig, co to żyć z dwoma babami, z których każda ma rację, toteż od razu pomyślałem o twoim zbawieniu i powiedziałem Justynce, że teraz przyszła kolej na ciebie, dzisiaj ty powinnaś trzymać pion i nie mówić, co o niej myślisz.

Tymczasem ty, bo mnie kroją się prezesury i nieludzkie intraty, lukratywne przedsięwzięcia, przewodniczenia, piastowania i zasiadania z szykanami, gabinety, petenci, bananowe wojaże, bo mnie zanosi się na upragniony koniec chudych lat, a tobie przyda się opinia dobrej córeczki. Mama, jak ją przekonać, potrafi być na swój sposób sympatyczna, no i lekarz twierdzi, że to góra parę miesięcy.

Twój M

Autorytet

Gdy, z okazji urodzin, odwiedzam dom mojego nauczyciela, widzę pomarszczone oblicze pełne wewnętrznego blasku. Rozpromienione na myśl, że jestem owocem poświęconych mi starań, efektem jego pedagogicznego trudu, że nie zmarnował lat spędzonych na wbijaniu do mojej głowy tych wartości, które były ważne. Zaprasza mnie do stołu, podsuwa najlepsze krzesło, cieszy się, że ktoś jeszcze o nim pamięta.

Pytam, jak spędza czas, jak mu się wiedzie. Mówi, że w dzień siedzi przy ławie. Na niej sterczy korytko z papu i termos z lurą. Nieruchomy, odrętwiały, wegetuje w ciemnej, kiszkowatej rupieciarni. Ława stoi przed oknem wybałuszonym na mur sąsiedniej kamienicy. Jest zagapiony w nic. Widzi nie widząc. Patrzy, choć nie wie, na co: w dal, w głąb, do wewnątrz; jak kret.

Mało kto go odwiedza. Dawni koledzy wypięli się na jego problemy. Ale mimo to nadal czeka na ludzi, którzy przychodzą do niego przeważnie dla draki. Prawdopodobnie po to, by zaliczyć test z wrażliwości, by poczuć się lepiej i pochylić się nad jego malowniczą niedolą.

Przychodzą sporadycznie, przypadkiem, wpadają jak po ogień i od wielkiego dzwonu, załażą do niego oblizując spierzchnięte wargi. Lądują za jamnikiem, wyłuszczają mu skomplikowane motywy swojego najścia. Dyskretnie rozglądają się po kątach, by dowiedzieć się, jak mu się miewa, by napawać się ubóstwem wyłażącym ze szpar podłogi, by rozkoszować się jego bezwładem, by przekonać się, jak sobie nie radzi z nędznym żywotem.

Chwaląc postrzępione płaty odpadającego sufitu, poklepując ściany wyłożone dyplomami, rządowymi dowodami świadczącymi o rocznicowym uwielbieniu, o jubileuszowych wyrazach aprobaty udzielonej na odczepnego, rozpływając się na temat pieca o niebanalnym, fikuśnym wzorze kafli, wychłodzonego, lecz jeszcze od biedy nadającego się do podziwiania, wyciągali go na zwierzenia, które ich nic nie obchodziły, a były częścią zaplanowanej hecy.

Lecz zwykle udaje, że jest radosny. Robi dobrą minę do złej gry. Wbrew pozorom ignoruje nietakty. Jest uśmiechnięty, optymistycznie nastawiony do siebie. Pozytywnie, bo mogło być gorzej. Od razu mógł rozczarować się do ludzi. Jest więc pogodzony z dotychczasowymi i przyszłymi konsekwencjami własnej naiwności. Z udzieloną lekcją: zbytniego zaufania do bliźnich.

Przez pewien czas, zanim pogodził się z nieuchronnością swojego losu, nim zaakceptował fakt, że nie czeka go powtórka z życia, dalszy jego, bezkolizyjny ciąg i może tylko spodziewać się pogorszenia stanu zdrowia, uświadomił sobie, że czekając na łatwiejsze dni, nie warto mu wspominać minionych, bo czas pędzi nie w tę stronę, co on i choć jest przekonany, iż potrafi nim pokierować, ulega złudzeniu. Bo złudzeniem jest myśl o nieskażonych powrotach do tego, co przeszło, ponieważ nawet jeśli nastąpi cud i nagle stanie się tak, jak sobie wymarzył w najśmielszych snach, rzeczywistość będzie miała już inną formę i czego innego będzie od niej oczekiwać.

*

I tak sobie jest: bez fanfar i fajerwerków. Nie narzeka, nie pragnie wizyt upstrzonych fałszywym współczuciem, jawnej czy tajnej, w oczy lub za plecami – szydery, śmiechu przez łzy.

Na ogół zasypia nad ranem. Rankiem wpada do niego sąsiadka, kobiecina opiekująca się nim jak synem. Była gościem z początku, a wyręką później, przyszywaną babcią zza ściany, staruszką, bez której nie potrafi się obejść.

Na niziutkiej emeryturce, łagodna, wyrozumiała, bywała w niejednym nieszczęściu, oblatana w utrapieniach, skłonna do pomocy, to zrobi, tamtego dopatrzy, zgłasza się na jego pukanie, pyta, czy aby gdzie nie pójść, może do apteki, może po co chce. Lecz on mało co chce. Chce pogadać tylko, tylko się przytulić.

Pogodzenie z losem

Jak ludzie, złożeni z przeczuć, zamknięci w swoich wieżach milczenia, oddają się swoim przeżyciom i żyją w stanie ciągłej frustracji, tak i ja, poniekąd intuicyjnie, niby szóstym zmysłem, wiedziałem, że niezależnie od tego, który odcień słońca, czy która ciemność księżyca przeważy we mnie, niezależnie od tego, co zrobię, a czego nie zdążę, już nie przechytrzę zamiarów świata.

Marek Aureliusz 

Przedstawiona przez niego natura wydaje się trwać w uporządkowanym ruchu. Tchnie zrozumiałą i nieuchronną przemianą. Forma istnienia, to pojęcie względne, ulotne i przejściowe. Dobro jest złem. Nie ma różnicy, ani jakim się jest, ani przez jaki czas. Ludzie, zwierzęta i przedmioty, ulegają transformacji. Więc nie ma czym się przejmować, nie ma o co zabiegać; życie, niezależnie od naszych usiłowań, i tak nam wytnie swój żart.

Teksty ze zbioru przygotowywanego do druku

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko