Franciszek Czekierda – TUWIM I JEGO UKOCHANA STAFANIA

0
200

Kilkunastoletni Julek Tuwim i młodsza siostra, Irenka, co roku spędzali wakacje w Inowłodzu nad Pilicą oddalonym od Łodzi niecałe siedemdziesiąt kilometrów. Zabierała ich tam matka, Adela z Krukowskich. Jej mąż i ojciec dzieci, Izydor Tuwim, wyjeżdżał w tym czasie na sześciotygodniowe wczasy za granicę. Irena Tuwim wspominała później, że w domu panowała napięta atmosfera, małżeństwo rodziców nie było udane.

Pierwszą miłością czternastoletniego Julka była o rok starsza Krysia Ratajska, dla której pisał wierszyki, umieszczając ją na tle przyrody: pośród leśnych polan, pól i kwitnących inowłodzkich sadów. Rok później, w 1909 roku, zakochał się w Halince Kon, córce tomaszowieckiego adwokata. Dla niej również układał strofy przepełnione miłosną egzaltacją i młodzieńczymi wzruszeniami. Kilkadziesiąt lat później poeta wspominał: „Kochałem się dwa lata, bardzo mocno i na całe życie, ale dziwnie się ta miłość ułożyła: panna Hala nic o niej nie wiedziała; wtedy w Inowłodzu nie śmiałem powiedzieć, potem rozjechaliśmy się do swoich miast, a napisać też nie śmiałem (…). Słowem: «oddaleni, lecz… jedno o drugim pamiętało…»”.

W wieku siedemnastu lat zalecał się do dziewczyny o nazwisku Kwiatek. W Inowłodzu widywał ją idącą do kościoła wspólnie z innymi pannami, co utrwalił w wierszu w 1911 roku (fragment):

Hej, przy niedzieli, przy niedzieli,
Wesołe słońce muska sioła,
Dziewczyny młode w śnieżnej bieli
Parami idą do kościoła.

Obraz ten mocno wrył się w jego pamięć, skoro po wielu latach powrócił do niego w lirycznym fragmencie Kwiatów Polskich:

Gdzie jesteś dziś, dziewczyno śliczna
O dwu warkoczach wyzłoconych,
Na pierś, wzdłuż ramion, przerzuconych,
Smukła, smagła i pszeniczna,
Miodna, dysząca plonem pszczelnym
I wiatrem w zbożu pochylonym,
I wczesnym na wsi dniem niedzielnym,
Gdy kolorowe, krochmalone
Krajkami szumiąc wzorzystemi,
Ścieżką przydrożną idą z sioła
Kwietne dziewczęta do kościoła:
Z oczyma niebu odjętymi
I chabrom inowłodzkiej ziemi;
Choć wystrojone, idą boso,
Trzewiki na ramionach niosą.

W tym okresie rozegzaltowany młodzieniec ulegał częstym porywom serca. Po latach wspominał: „Byłem bardzo kochliwy! Pensjonarczarz i panniarz, że coś strasznego”.

Siedemnastoletni Tuwim, mając kajet pełen wierszy „bezecnie ze Staffa zrzynanych”,  wysłał go do pana Leopolda z prośbą o ocenę, ze stereotypowym pytaniem: czy warto pisać? Tu trzeba dodać, że wcześniej posłał mu kilka jego wierszy we własnym tłumaczeniu na esperanto, co zachęciło go do ponownej wysyłki, tym razem własnych utworów. Po wielotygodniowym męczącym oczekiwaniu otrzymał czterostronicowy list zapisany fioletowym maczkiem. „Jest dobrze, skoro poeta się tak rozpisał” – pomyślał przed lekturą. Długą analizę wierszy Staff podsumował krótko: „Warto pisać”. Twórcze miotanie się i rozterki młodocianego poety Staff nazwał „czyhaniem na swego Boga”. Dzięki temu określeniu Tuwim miał już gotowy tytuł dla swego debiutanckiego tomiku, który wydał w 1918 roku.

„(…) Przyszło oczarowanie, opętanie. Do późnej nocy i od wczesnego ranka, po drodze do gimnazjum i na lekcjach, w czasie przerw między lekcjami i na zebraniach koleżeńskich – Staff, Staff i Staff. Byłem niejako ambasadorem poety na miasto Łódź i okolice (…). Otworzył mi się świat jakichś całkiem nowych doznań, rozkoszy i zachwytów. Nie wstydzę się przyznać (…), gdy sobie przypominam daleką i z trudem dziś uchwytną aurę tego szczęścia i olśnienia, jakim, dzięki wierszom Staffa, stało się wtargnięcie liryki do mego życia. Miłość dla Mickiewicza i Puszkina przyszła znacznie później, gdy już byłem mocno «dojrzały»” – napisał Tuwim we wspomnieniu w 1948 roku.
           
Młody poeta był przez długi czas zauroczony poezją Staffa; okres ten nazwał chronicznym „rozstaffieniem”. Niebawem, gdy spotkał na swojej drodze Stefanię, która totalnie i do końca życia zakręciła mu w głowie, z „rozstaffienia” przeszedł w fazę „rozstefienia”. Ale nie uprzedzajmy faktów…
Pewnego majowego dnia niespełna osiemnastoletni Julian, uczeń gimnazjum w Łodzi, szedł Piotrkowską ze szkolnym kolegą, Maksem. Mijając ulicę Zieloną chłopcy zauważyli wyjeżdżającą z niej w stronę Piotrkowskiej dorożkę z dziewczyną.
– Spójrz, co za panna! – Julek zwrócił się do kolegi, który zobaczywszy ją, uśmiechnął się pod nosem. Nic nie powiedział.
– Właściwie to nie dziewczyna, lecz jakieś fantasmagoryczne zjawisko – Tuwim patrzył na nią oniemiały, po czym szturchnął kolegę łokciem. – Uśmiechasz się, jakbyś ją znał.
– Zgadłeś – Maks odrzekł zadowolony.
– Staruszku, wygrałeś los na loterii! – zawołał podekscytowany. – A raczej ja go wygram, jeśli mnie z nią poznasz.
– Może… – odrzekł tajemniczo.
– Musisz! Maksiu, błagam… Biegnę za nią, żeby mi nie uciekła.
 – Nie wygłupiaj się – kolega chwycił go za rękę. – Za chwilę, pod numerem czterdziestym trzecim, powinna się zatrzymać. – Na pewno przyjechała do ciotki.
Dorożka powoli przystawała pod wskazanym numerem domu. Zanim panna wysiadła, chłopaki znaleźli się przy drzwiczkach pojazdu.
– Przedstawisz mi ją? – Julek zapytał błagalnie. – Musisz! – zażądał. – Skąd ją znasz? Jak ma na imię? Gdzie mieszka? – zasypywał go pytaniami.
– Uspokój się, chłopie! – kolega klepnął go po ramieniu. – Dalsza rodzina. To Stefka Marchew z  Tomaszowa.
W dorożce wyglądała olśniewająco, zielone pikowane oparcie kanapy stanowiło gustowne tło dla jej oczu i kwiecistej sukni. „Zieleń, kolor nadziei – pomyślał. – To oczywiste, przecież wyjechała z ulicy Zielonej. Znak losu” – uradował się w duchu.
Stefania wręczyła stangretowi kilka kopiejek i, wysiadając z gracją z dorożki,  natknęła się na dwóch stojących przed nią chudych gimnazjalistów. Tuwim patrzył na nią zahipnotyzowany. Z bliska jej twarz wydała mu się jeszcze bardziej urzekająca. Szczególne wrażenie na nim zrobiły jej zielonkawe melancholijne oczy.
– Cześć Stefka – przywitał ją kuzyn.
– Skąd się tu wziąłeś? – zdziwiła się. – Wyrośliście jak spod ziemi, aż się przestraszyłam – przerzuciła wzrok na nieznajomego, któremu przypatrywała się z zainteresowaniem. Tuwim uśmiechnął się sympatycznie.
– Komitet powitalny rozpoetyzowanych gimnazjalistów wita panią jak najserdeczniej w centrum miasta Łodzi – Julek ukłonił się w lansadach. – Przepraszamy, że nie wzięliśmy z sobą bukietu kwiatów i transparentu z napisem: „Niech żyje najpiękniejsza Tomaszowianka”. Miała też być orkiestra strażacka, niestety z przyczyn obiektywnych odwołała przyjazd, bo gasi pożar swojej remizy.
Stefania wybuchnęła wesołym śmiechem.
– To Julek, kolega z klasy – Maks przedstawił go. – A skąd się tu wziąłem? Tędy zawsze wracam ze szkoły. Czasem odprowadzam go – wskazał wzrokiem na kolegę – do domu na Andrzeja.
– Świętego Andrzeja 42 – Julian uzupełnił.
– Stefania – podała mu wiotką dłoń. Julek uścisnął ją z niebywałą czułością. „Moje życie będzie miało na imię Stefa” – przemknęło mu przez myśl, gdy wymienili się spojrzeniami. – „Och, ty, niemiłosiernie jedyna. Będziesz moja” ­– postanowił. Dziewczynie spodobał się jego prawy profil. „Interesująca twarz, orli nos i te płonące oczy… – myślała z nadzieją. Po sekundzie zauważyła na jego lewym policzku ciemne znamię. „Tylko ta myszka… Spora” – zmieszała się, a niepokój stłumił jej nadzieję.  
Zakochał się w niej w ułamku sekundy. Gdy podczas prezentacji zobaczył z bliska jej nieskazitelnie gładką buzię, utwierdził się w przekonaniu co do swego uczucia. Po latach wspominał, że „miłość od pierwszego wejrzenia to niebywała oszczędność czasu – jedno spojrzenie i już wiadomo, z kim chce się spędzić resztę życia. Po co tracić czas na rozterki i wahania?”.
Zaproponował jej wymianę adresów. Stefania zawahała się. „Nie urzekł mnie wyglądem – zastanawiała się. – Ale chłopak mowny, ma wyobraźnię, więc na pewno może być ciekawą partią”.
– Dobrze – odpowiedziała po chwili.
Tuwim wyjął z kieszeni notesik, w którym zapisał swoje dane. Wyrwał kartkę i wręczył jej.
– Moje imię już pan zna – rzekła oficjalnym tonem. – Nazwisko i adres poda panu Maks. ­– Stefania Marchew wstydziła się swojego nazwiska, nie chciała go więc wymawiać. (Z tego powodu po latach, gdy byli małżeństwem, Tuwim pół żartem pół serio przerobił je na francuską wersję: Marszeff). 
Dziewczyna była rówieśnicą Juliana i podobnie, jak on, pochodziła z rodziny zasymilowanych Żydów. Ojciec, Jakub Ber Marchew, był kupcem i pełnomocnikiem fabryki sukna w Tomaszowie Rawskim (dzisiaj Mazowieckim), należącej do Mordechaja Salomonowicza. Matka, Gustawa z Dońskich była śpiewaczką. Pochodziła z rodziny działaczy społecznych i syjonistycznych, jej dziadek Josek Jeszajahu, był handlarzem sukna, podobnie jak jej stryj Markus Marchew. Stefa mieszkała z rodzicami przy ulicy Piekarskiej.
Młody poeta zasypywał ją listami i wierszami. Najpierw zwracał się do niej ostrożnie: „Panno Stefo”, po pewnym czasie: „Najmilsza Stefusiu, Stefulinko, Stefurku, przepiękna Stefeczko, Fifciu moja!”.
           
W 1912 roku Tuwim wysłał swoje wiersze do kilku redakcji gazet z prośbą o ich zamieszczenie, podpisując się inicjałami: „St. M.” na cześć Stefanii. Nie otrzymał żadnej odpowiedzi z wyjątkiem listu z dziennika Kurier Warszawski. Redaktor Zdzisław Dębicki był zachwycony poziomem twórczości debiutanta: „Natrafiłem na Pańskie piękne wiersze – pisał – które płyną ze źródeł prawdziwej czystej poezji. Wobec tego, iż wyróżniają się one wybitnie z całego plonu, żal mi, iż Szanowny Pan uczynił zastrzeżenia co do nazwiska. Zapytuję przeto najuprzejmiej, czy nie zechce Pan zastrzeżenia tego cofnąć”. Po otrzymaniu listu chłopaka „Ogarnął (…) szał nieprzytomnej radości. Do talerza stygnącej zupy zaczęły kapać łzy”.  Jednak nie zgodził się na zastąpienie inicjałów swoim nazwiskiem. Redaktor wybrał jeden wiersz pt.: Prośba, który ukazał się w noworocznym numerze podpisany jako „St. M.”.
Z tego okresu, gdy wiersze dla niej i o niej sypały się jak z rękawa, z października 1915 roku pochodzi utwór (w stylu staffowskim) Przy oknie,później nazwany Jesień (Preludium), którego fragmenty brzmią następująco:

Wiem… Siadłaś teraz przy oknie
I patrzysz…
Kasztan pożółkły przed Twem oknem stoi
I liście roni… jesienne liście…
Deszcz kropi… kasztan moknie,
Wiem: siadłaś przy oknie
(…)
––––––
A ja wiem, że Ty myślisz o mnie,
Bo byłem u Ciebie wczora…
Pamiętasz? Smuciłem się ogromnie,
Bom miał od Ciebie jechać,
(…Cichości, cichości jesienna…)
Bom miał od Ciebie jechać,
Nie patrząc już w Twe dobre oczy,
Ani do Ciebie się uśmiechać,
(…Cichości… cichości jesienna .,. )
Uśmiechać się, jak Pani chora,
Co w wielkiej sali kona…
Ja byłem u wczora…
Ja wiem Ciebie…
— A może świeci słońce?
––––––
Na ulicy nikogo niema,
Ciche, ciche jest twoje miasto miasteczko,
(…)
Siedzisz, moja miła, przy oknie,
Siedzisz, moja dobra, przy oknie,
Moje jasne, kochane słoneczko,
Moje smutne, nienazwane szczęście!
(…)
Takaś ty już zmęczona,
Senna,
Główka na bok się przechyla,
Łza w oczętach zalśniła – – –
– Ach, o czemużeś się zamyśliła?
– Ach, czemużeś się zasmęciła?
Ja ja tu taki samy…
Ja też…
Tak się już dobrze znamy,
Tak się już dobrze znamy…
– Wiesz?
– – Lecą z kasztanu liście,
Żałobne, obłąkane,
Naziem się kładą złociście,
kasztan moknie, moknie,
Siedzisz, moja dobra, przy oknie,
Siedzisz, moja miła, przy oknie…
…A może świeci słońce?

Tuwim był zakochany do szaleństwa. Trzy lata po ślubie wyznał żonie w liście: „(…) Czym ja byłbym bez Ciebie? Od dziesięciu lat mam jedno zajęcie: staram się (mówiąc dość płytko) podobać się Tobie. Dlatego się uczyłem, dlatego czytałem, dlatego rozdmuchiwałem w sobie iskierkę poetycką, dlatego dbałem o zdrowie, dlatego kultywowałem w sobie dobro – i wszystko w ogóle dlatego. Dla Ciebie”. Nie uprzedzajmy jednak faktów.
Z okresu narzeczeństwa pochodzą jedne z najpiękniejszych jego wierszy miłosnych, które wydał w tomiku Siódma jesień (na pamiątkę siedmiu lat starań o rękę); znalazły się w nim między innymi: Przy okrągłym stole (wiersz pod zmienionym tytułem: Tomaszów śpiewała Ewa Demarczyk do muzyki Zygmunta Koniecznego, Jeżeli (piosenkę pod tym tytułem śpiewał Niemen do własnej muzyki) oraz Wspomnienie (utwór ten również śpiewał Niemen do muzyki Marka Sarta):

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła.
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły.

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty – październik.
To ty, to ty moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy.
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej – majowy.

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką…

Tuwim często odwiedzał Stefę w Tomaszowie, wytrwale o nią zabiegając. Panna nie chciała go. Prawdopodobnie czekała na lepszą ofertę. Piękne dziewczyny często lekceważą starających się kawalerów rzekomo nie spełniających ich wygórowanych oczekiwań, marzą zaś o królewiczach, którzy lada dzień się pojawią i oświadczą. Natomiast ten adorator, wylękniony poeta z płonącymi oczami, nie dość, że nie był piękny, to jeszcze został przez naturę oszpecony myszką; dodatkowo nie dawał nadziei, że zapewni jej dostatek gwarantujący fundament dobrego związku. Ponadto Stefania nie była przekonana, czy go kocha. Po pięciu latach intensywnych starań, barwionych arcypięknymi wierszami, doszło między nimi do ważnej rozmowy.
– Stefusiu najdroższa, wielbię cię we dnie i w nocy, wysławiam w mowie i wierszach… Tak długo już z sobą chodzimy…, kiedy wreszcie powiesz „tak”? – Tuwim mówił rozpłomieniony.
– Nie męcz mnie – odparła szorstko.
– Myślę tylko o tobie, żyję i piszę tylko dla ciebie – recytował, jak w transie.
– Dla mnie napisałeś zaledwie małą cząstkę – poprawiła go. – Reszta jest… zastanawiała się – nie wiem o czym. Zresztą one są jakieś takie przefajnione, rozchybotane, roztelepane…
– Jak możesz? – poeta zasmucił się. – Dla ciebie wyszarpuję je z trzewi, wydzieram z poranionej duszy.
– Nie z serca? – zapytała zimno.
– Stefulko, przede wszystkim z serca. Z chorego, stroskanego. Nie czujesz tego? – niemal załkał.
– Mieliśmy pójść do kina – próbowała zmienić niewygodny temat.
Tuwim był załamany. Jego roziskrzone oczy zaszły mgłą.
– Mówię o wytęsknionym oczekiwaniu, o swoich troskach, które przekształcają się w katuszę, a ty o pójściu do kina. O, Boże, dlaczego, dlaczego?! Nie wyobrażam sobie bez ciebie życia. Nie rozumiesz tego?
Stefania spojrzała na niego piorunująco. Przed chwilą, jakby obojętna i nieobecna, w ciągu sekundy stała się wściekle obecna.
– Jesteś egoistą! – podniosła głos.
– Stefuś, co ty? – Julian był zszokowany. W ciągu pięciu lat znajomości nigdy go w ten sposób nie nazwała.
– Bez przerwy myślisz tylko o sobie – ciągnęła zła. – Wyłącznie o tym, jak ci będzie beze mnie. Czy ty tego nie widzisz?
– Nieprawda – zaprzeczył.
– Nigdy nie pomyślisz o tym, że mnie z tobą będzie źle! – zapłakała. – Cały czas bujasz w obłokach. Żyjąc poezją nie zapewnisz sobie życia na przyzwoitym poziomie, nie mówiąc już o przyszłej rodzinie…
Na czole pojawiły mu się kropelki potu. Szczególnie mocno dotknęły go słowa: «Że mnie z tobą będzie źle». „Nie powiedziała: «że mnie z tobą może być źle». Jest więc tego pewna – myślał rozedrgany. – Tyle lat miłości nadaremno! Cudowne dyskusje, spacery, radosne uniesienia, uśmiechy, pocałunki, kąpiele w Pilicy, wspólne tańce na inowłodzkich deskach z moją panną madonną – na darmo! Choć byłem zaślepiony, to jednak czułem, że była cała w domysłach, cała we mgle. Nigdy jednoznaczna, nigdy konkretna, nigdy w pełni mi sprzyjająca. Wreszcie teraz wyrzuciła z siebie prawdę. Przez te lata dla niej spalałem się. Wszystko na śmietnik. Jestem stracony!” – zakończył bolesną refleksję.
Poeta był bliski załamania nerwowego, życie bez niej oznaczało katastrofę. Wyjechał na wieś, by się uspokoić. Miał nikłą nadzieję, że jego żarliwe uczucie zostanie odwzajemnione. Stefania jednak nie zerwała z nim. Po długim czasie milczenia odnowili relacje.
Tuwima, na szczęście, nie opanowała frustracja. Skupił się na twórczości. Pisał coraz lepsze utwory. W 1916 roku zapisał się na wydział prawa Uniwersytetu Warszawskiego, potem przeniósł się na filozofię, następnie na polonistykę. Po kilku semestrach porzucił studia.
W latach 1916-18 wokół miesięcznika Uniwersytetu Warszawskiego Pro Arte et Studio skupiła się antymodernistyczna grupa poetów o podobnych poglądach. W marcu 1918 roku poeta opublikował w czasopiśmie wiersz Wiosna. Oto dwa jego charakterystyczne fragmenty:

– A da­lej! A da­lej! A da­lej!
W ciem­ne zie­leń­ce, do alej,
Na ław­ce, psie­kr­wie, na traw­ce,
Na­rób­cie Pol­sce ba­cho­rów,
Wij­cie się, psie­kr­wie, wij­cie,
W szyn­kach na­roż­nych pij­cie,
Roz­rzuć­cie wię­cej “ka­wa­ler­skich cho­rób”!
A!! będą póź­niej ze wsty­du się wiły
Dziew­ki fa­brycz­ne, brzu­cha­te ko­by­ły,
Krzy­wych pę­dra­ków srom­ne no­si­ciel­ki!
(…)
Wio­sna!!! Haj­da – pęcz­niej­cie! Truj­cie się ze sro­mu!
Do szpi­ta­li gro­mad­nie, tłusz­czo roz­wy­drzo­na!
Do klo­ak swe ba­strzę­ta ci­skaj po kry­jo­mu,
I zno­wu na uli­cę, w jej chwyt­ne ra­mio­na!!!

Jesz­cze! Jesz­cze! I jesz­cze! Za­chłan­nie! Bez­kre­śnie!
Rodź­cie, a jak naj­wię­cej! Trze­ba mia­sto si­lić!
Wy­ry­waj­cie ba­cho­rom ję­zy­ki bo­le­śnie,
By, gdy je w dół wrzu­ci­cie nie mo­gły już kwi­lić!

Wszyst­ko – wa­sze! Bio­dra­mi śmi­gaj­cie, uda­mi!
Niech idzie tan lu­bież­nych pod­nie­ceń! Nie szko­dzi!
– Och, sła­wię ja cię, tłu­mie, wznio­sły­mi sło­wa­mi
I cie­bie, Wio­sno, za to, że się zbrod­niarz pło­dzi!

Utwór wywołał skandal obyczajowy, doprowadzając do odejścia z pisma kilku redaktorów. Młody poeta był na ustach wszystkich interesujących się literaturą redaktorów gazet oraz strażników jedynie słusznych obyczajów. Zaatakowały go bezpardonowo nie tylko endeckie pisma, ale także liberalne. W kwietniu tego roku wydał w oficynie Gebethnera i Wolfa swój pierwszy tomik Czyhanie na Boga. Kilka miesięcy później, 29 listopada, otworzona została na Nowym Świecie 57 kawiarnia poetów Pod Picadorem. Przyjmuje się, że tego dnia powstała grupa Skamander (dzięki inicjatywie Tadeusza Raabe), którą tworzyli Julian Tuwim, Jan Lechoń, Kazimierz Wierzyński, Antoni Słonimski i Jarosław Iwaszkiewicz.
Tuwim stał się popularny. Rozmawiano o nim na ulicach i po kawiarniach, czytano go, cytowano, drukowano, a jego zdjęcia widniały w pismach literackich. Stefania nie pozostała obojętna na jego sławę. W tym okresie pisali do siebie częściej, jej listy były czulsze i napawały nadzieją. W połowie grudnia przyjechała do stolicy. Julian odebrał ją z Dworca Wiedeńskiego. Na powitanie pocałowała go w usta, co go pozytywnie zaskoczyło. Dorożką podjechali pod kawiarnię Pod Picadorem.
– Od czasu naszego ostatniego spotkania jeszcze bardziej wypiękniałaś – Tuwim był szarmancki, zresztą jego komplement był szczery.
– Dziękuję. I dziękuję ci za przesłany tomik z dedykacją.
Tuwim czekał na dobre słowo o swoim debiucie, lecz zaraz przypomniał sobie, że Stefania niechętnie czytała jego wiersze.
– Cała przyjemność po mojej stronie – po pauzie odrzekł sztampowo.
– Wiele się zmieniło, kiedyśmy rozmawiali ostatni raz. Wszyscy się za tobą oglądają – rzekła z uznaniem, patrząc nań z zainteresowaniem, jakby miała przed sobą innego człowieka.
– Nie przesadzaj. Nie pretenduję do bycia gwiazdą kina, czy estrady.
– Jesteś znany – uśmiechnęła się zalotnie.
– Tak wyszło… Staram się wykonywać swoją robotę dobrze. Więc po pewnym czasie rezultaty przyszły.
– Nie wspominasz skromnie o talencie.
– Tak wyszło… – zaśmiał się sympatycznie.
– Jestem z ciebie dumna – dotknęła jego ręki.
– Wielkie dzięki, święta panno Stefulinko – pocałował jej dłoń.
– Teraz widzę cię inaczej, rozświetla cię jakaś błękitna aureola, bloy likht – jakby powiedziała babcia w jidysz. 
Tuwim czuł, że Stefania była przesadnie uprzejma, a rozmowa nie była naturalna. Jednak jego wątpliwości zostały wyparte przez niespodziewaną zmianę jej nastawienia. Była skupiona na jego rozgłosie. Nie zarzucała mu, że jest egoistą. Patrzyła na niego ufnym wzrokiem.
„Nareszcie! – pomyślał uszczęśliwiony i odetchnął z ulgą. – Może to ta chwila, w której kropla słodyczy przepełnia czarę uczucia? Mademoiselle Marszeff otworzyła się na mnie? Oto następuje moment przeistoczenia się nikłego dymu w zarzewie wzajemnej miłości na moim ołtarzu cierpiętniczego oczekiwania. Więc cud… Po stokroć tak! – myślał podekscytowany. – Będzie moją żoną! To we krwi czuję popłochem i szczęściem, strachem i radością, zamieram, wybucham, triumfem wrę, huczę i płynę w dal obłokiem i pędzę w dal potokiem. Modlę się, i płaczę, chcę ściskać ludziom dłonie, śmieję się, nie wiem sam, co robię, ze wzruszenia mówię: ja z żoną, żona, żonie… Błękitno-złota moja! Wiosenna, jesienna, kochana, spójrz w moje oczy, ta moc niezmienna, co rzuca na kolana!” – zakończył rozmyślanie i uklęknął przed nią.
– Proszę cię o rękę – rzekł błagalnie. – Będziesz moją żoną? – zapytał przejętym głosem.
– T…ak – odpowiedziała po chwili namysłu.

Przed ustaloną datą ślubu rodziny sporządziły intercyzę. Panna Marchwiówna wniosła w posagu 50 tysięcy marek (w tym 20 tysięcy w gotówce) oraz wyprawę składającą się między innymi z biblioteki zawierającej sto tomów książek, skórzanej kanapy, dwunastu krzeseł, pianina, dwóch perskich dywanów, dwóch srebrnych lichtarzy i dużego lustra z tremem.
Stefania Marchew i Julian Tuwim stanęli na ślubnym kobiercu w środę 30 kwietnia 1919 roku w Wielkiej Synagodze w Łodzi przy alei Kościuszki. „Ona – urocze zjawisko, królewna z bajki, on nieprzytomny ze szczęścia” – zapamiętała Ewa Drozdowska, cioteczna siostra jego matki. Niedługo po ślubie poeta, jako świeżo upieczony mąż, przedstawił w wierszu Ostry erotyk (mylący tytuł) krótką historię swoich starań o rękę ukochanej:

Skła­da­łem ci wi­zy­ty,
Okrut­nie nie­zdo­by­tej,
Ner­wo­wo, go­rącz­ko­wo
Bre­dzi­łem cho­rą mową,
Wier­sza­mi cię mę­czy­łem,
Łama­łem każ­de sło­wo,
Do krwi je w zę­bach gry­złem,
Da­wa­łem roz­gry­zio­ne,
Zgnie­cio­ne, roz­kr­wa­wio­ne,
Prze­bi­te każ­dym zmy­słem:
„Patrz!”

Skła­da­łem ci wi­zy­ty,
Nie­zna­nej, głu­chej, skry­tej,
Słu­cha­ły me­ble świę­te
Ty­ra­dy nie­po­ję­tej,
Ty­rań­skiej i cier­nio­wej,
Gwał­tow­nej, ro­ze­dr­ga­nej.
Słu­cha­ły mo­jej mowy
O ustach, pier­siach, szczę­ściu –
Nie­roz­dra­pa­ne ścia­ny,
Nie­po­szar­pa­ne łóż­ko,
Nie­roz­wa­lo­ny pię­ścią
Stół.

Tę­sk­no­tą dziś prze­szy­ty,
Tu przy sa­mot­nym sto­le,
Schwy­ta­ny w widm nie­wo­lę,
Na ty­siąc dni roz­bi­ty,
Gro­ma­dzę te wi­zy­ty
W kłąb je­den opę­ta­ny.
W nerw je­den – wszyst­kie rany,
Ach, dzi­siaj już szczę­śli­wy,
Ach, dzi­siaj już ko­cha­ny,
Da­le­ki i pi­ja­ny
Mąż.

W tych dniach był przeszczęśliwy: „Ale pomyśl, złotowłosa moja córeczko, jak było siedem lat temu, kiedy zdecydowałaś się wyjść za mnie. Byłem niczym. Raczej czymś ujemnym, niepewnym, niepokojącym. Bez pieniędzy, bez «imienia», z całą furą defektów. I oto takiemu «chłopcu z Łodzi» oddałaś cudowne, słodkie, kwitnące życie swoje!” – pisał do Stefanii, uwydatniając jej niezwykłość, zaniżając zaś swoją wartość.
Na poślubne przyjęcie w Warszawie Tuwim zaprosił do knajpy o „słodkiej” nazwie Mordownia przy ulicy Siennej swoich przyjaciół, między innymi Słonimskiego, Wierzyńskiego, Iwaszkiewicza, Wilama Horzycę i Staffa. Obecność tego ostatniego była nie lada wydarzeniem, gdyż pan Leopold nigdzie nie bywał, ponoć nawet na własnych wieczorach autorskich. Była też oczywiście Stefania, „która w całym rozkwicie swej niezwykłej urody wyglądała rzeczywiście jak oblubienica” – zapamiętał ją Iwaszkiewicz. Ola Watowa twierdziła, że była prześliczna. Z zachowanych fotografii widać, że była olśniewająco piękna, bynajmniej nie lalkowata, jak twierdziły złośliwie Irena Krzywicka i Magdalena Samozwaniec. Musiała w sobie coś mieć, skoro Witkacy uwiecznił ją na dwóch portretach.
Państwo młodzi zamieszkali w Warszawie w kawalerce przy ulicy Królewskiej 41 należącej do jego wujka, doktora Krukowskiego, po paru miesiącach przenieśli się do czteropokojowego mieszkania na Chłodną 6, gdzie mieszkali 10 lat. Potem przeprowadzili się na Mazowiecką. Małżonkowie nie chcieli mieć dzieci. Oficjalnym powodem, według Tuwima, było, że jego sąsiadka w Łodzi, niejaka „Babiacka umarła w połogu, więc Stefcia rodzić nie będzie”. (Jednak, gdy wrócili do kraju po wojennej tułaczce, zapragnęli mieć dziecko. W 1947 roku zaadoptowali pięcioletnią Ewę, która straciła rodziców podczas wojny. Ewa Tuwim-Woźniak była młodzieńczą miłością Andrzeja Żuławskiego, skończyła architekturę, wyszła za mąż za kolegę ze studiów, od 1966 roku mieszka w Szwecji).

Obawy pięknej żony co do zapewnienia jej życia na wysokim poziomie materialnym okazały się płonne. Tuwim, pisząc piosenki, skecze, humoreski, szmoncesy, dialogi i monologi do licznych kabaretów oraz teatrzyków rewiowych, zarabiał mnóstwo pieniędzy. Wiersze, stanowiące główną budowlę jego twórczości, przynosiły drobne pieniądze. Tuwimowie, żyjąc dostatnio, korzystali z uroków życia, wypoczywali w kraju i za granicą.
W lecie 1921 roku Iwaszkiewicz i Jerzy Rytard (autor libretta do Harnasiów Karola Szymanowskiego) byli w Tatrach. Któregoś dnia, po zdobyciu Rysów, zeszli zmęczeni, umorusani i w poszarpanych koszulach do Zakopanego. Na Krupówkach zauważyli idącego Tuwima z żoną; byli świeży i eleganccy, ona miała na sobie modną suknię, on zaś był w kremowym sportowym garniturze.
– Stefanio, w tej różowej sukience wyglądasz jak opromieniony zachodzącym słońcem obłoczek – przywitał ją Jarosław. – A Ty – zwrócił się do Juliana ­– niczym amerykański milioner.
– Dziękuję, Jarku, jesteś prawdziwym dżentelmenem – powiedziała wdzięcznie.
Tuwim nie zdążył się z nimi przywitać, ponieważ zaniósł się głośnym śmiechem. Gdy się  nieco uspokoił, wskazał obu palcem.
– Dzicy ludzie! Dzicy ludzie! – wołał, dusząc się ponownie ze śmiechu. – Spójrzcie na siebie, jak wyglądacie. Napadli was zbójnicy, czy co?
Iwaszkiewiczowi i Rytardowi zrobiło się przykro. Owszem wyglądali nie najlepiej, ale nie było powodu, aby ich przyjaciel wyzywał ich od dzikusów.
– Przeszliśmy grzbietem Tatr do przełęczy Krzyżne – rzekł spokojnie Rytard. – Następnego dnia zeszliśmy do Morskiego Oka i wspięliśmy się na Rysy. A dzisiaj doliną do miasta.
– Podziwiam. Tak wyglądają zdobywcy najwyższego szczytu – Stefania była pełna uznania.
Tuwim przestał się śmiać, zrobiło mu się głupio.
– Szacunek, Jarosiu – rzekł skonsternowany. – Cofam ironię, szlachetni, cywilizowani ludzie – ukłonił się przed nimi.
– Za to cię cenię. Przez moment obawiałem się, że będziesz brnął w tę dzikość… – zaśmiał się Iwaszkiewicz.
Po sympatycznej rozmowie Tuwimowie udali się do drogiego hotelu Grand, gdzie nocowali, natomiast Iwaszkiewicz z przyjacielem poszli do taniej kwatery na obrzeżach miasta.
           
W małżeństwie Tuwimów nie istniała uczuciowa jednia składająca się z dwu idealnie dobranych połówek (jak w Uczcie Platona: dwie równe połowy istoty o nazwie Androgyn, kiedyś rozdzielone, dzięki związkowi, tworzą jedność). Julian kochał żonę płomiennie, szaleńczo, chciwie… zresztą na określenie jego miłości nie starczyłoby najmigotliwszych przymiotników. Natomiast jaka była jej miłość? Strach zapytać: czy w ogóle była? Bo jeżeli małżonka mówiła „z osobliwą dumą: ja wierszy Julka nie czytam”, jak zauważyła Irena Krzywicka w Wyznaniach gorszycielki, pytanie jest uprawnione. Znacznie poważniejszą poszlaką wskazującą na brak jej miłości do męża jest kolejne „zeznanie” Krzywickiej: Wieniawa „przyjaciel poetów i ich żon, a zwłaszcza, co było publiczną tajemnicą, Stefci Tuwimowej”… Kolejnym argumentem za postawioną tezą są słowa poety, który zwierzył się kiedyś siostrze Irenie, że: „Moja neuroza jest niewątpliwie natury erotycznej”, co oznaczało, że małżeństwo ich nie było idealne.
Z drugiej strony trudno sobie wyobrazić sytuację, że Tuwim, mając u swego boku ciągle chłodną, dystyngowaną, „zasznurowaną”, „bardzo zajętą swoją urodą” małżonkę, nie wspierającą go w twórczości i prawdopodobnie zdradzającą, przez lata nie zauważyłby braku jej miłości. W takich okolicznościach mógł nie wytrzymać emocjonalnego napięcia, w końcu nie był mnichem. Nie dziwota więc, że miał romans z młodszą o szesnaście lat znaną aktorką teatralną, filmową i kabaretową, Leną Żelichowską. Jego „skoki w bok” nie oznaczały, że przestał kochać żonę. Kochał ją do końca swoich dni: „Moja Stefcia to cud i fenomen. Pracowitość, energia, zaradność, wszechstronność (tapicer, krawcowa, kucharka, pokojówka, stolarz, malarz pokojowy, ogrodniczka a teraz i tłumacz). Przy tym wszystkim nieskazitelnie zawsze ubrana, a wygląda raczej na połowę lat”. Jakże piękna charakterystyka, tylko w tych chwalbach zabrakło kilku słów o jej uczuciu do niego – może nie o miłości, ale choćby o czułości, serdeczności, czy przyjaźni.

Tuwim był chorowity, a wspomniana neuroza była tylko jedną z kilku jego poważnych dolegliwości. Najpoważniejszą była agorafobia, czyli lęk przed przebywaniem w przestrzeni, w nieznanym otoczeniu, przed tłumem i światłem. Pierwsze objawy choroby pojawiły się na początku lat trzydziestych. Nie mógł wychodzić sam na miasto, poruszał się w towarzystwie żony lub kuzynki, jeździł taksówkami. Najbezpieczniej czuł się w swoim mieszkaniu. Leczenie choroby było nieskuteczne. Dodatkowo miał kłopoty z żołądkiem. Przyjaciele nie rozumieli jego dolegliwości. Iwaszkiewicz uświadomił sobie jego cierpienie, gdy zobaczył go w szpitalu. „Natknąłem się na korytarzu na moment, kiedy Julka wieziono na operację. Leżał nieprzytomny na wózku, a za nim kroczyła blada jak trup Stefcia. Była to perforacja żołądka. Podówczas jeszcze nie miałem pojęcia, że można tak chorować. Zdrowy nigdy w choroby nie wierzy. I widok nieprzytomnego przyjaciela prawdziwie mnie przeraził” – wspomina Iwaszkiewicz w Alei Przyjaciół.
Dziewiątego grudnia 1953 roku Tuwim był na pogrzebie Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Stał na warcie honorowej z Iwaszkiewiczem, z którym wcześniej uzgodnił, że po krótkim czasie ktoś go zastąpi. Był blady i słaby. Po kilku minutach zastąpił go Jerzy Andrzejewski. Poeta bardzo przeżył odejście młodszego kolegi. Dla podratowania zdrowia  w połowie grudnia wyjechał ze Stefanią do pensjonatu Halama w Zakopanem. Miał depresję i narzekał na serce. Nie zważając na to korzystał z uroków życia towarzyskiego, chciał żyć, jak zdrowy człowiek. Z przyjaciółmi bywał w knajpach, gdzie nie gardził „tycim” kieliszkiem wódki. Po kolejnej „zakrapianej” wizycie z przyjaciółmi w restauracji poczuł się gorzej, był dziwnie rozdrażniony. Żona odwiozła go do Halamy. Tego dnia w niedzielę, 27 grudnia, zmarł na atak serca. Po śmierci poety Stefania nie zamierzała zostać „Panią Nieboszczykową”, ani „Narodową Wdową”, by promować jego twórczość, a przy okazji siebie, jak to czyniły na przykład Marusia Kasprowiczowa czy Janina Broniewska. Nie chciała także uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym. Przeżyła męża o trzydzieści osiem lat. Zmarła w marcu 1991 roku.
Poeta i prozaik Józef Wittlin powiedział kiedyś, że Tuwim był dowodem na istnienie Boga. Święte słowa. I jakiż egzystencjalny paradoks: człowiek, co do którego nie ma pewności, czy był wierzący, zaświadczył swoim geniuszem, że Bóg jest.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko