Rena Marciniak-Kosmowska – “CZŁOWIEK POTRZEBUJE PIEŚNI”

0
69

/ z wiersza “Jak to się stawało”/

– wspomnienie o poecie JÓZEFIE ANDRZEJU GROCHOWINIE (1954-2005)

Leży przede mną “NIEDOKSZTAŁT”, ostatni tomik Józefa Andrzeja Grochowiny wydany w 1992 roku przez Spółdzielnię Wydawniczą “Anagram”, którą założyli po likwidacji Młodzieżowej Agencji Wydawniczej byli pracownicy redakcji Młodego Ruchu Artystycznego i Debiutów Poetyckich tej oficyny, z Jurkiem Koperskim- Leszinem na czele. Należał do tego grona również Józek Grochowina.

Nie ma już wśród nas ani Jurka, ani Józka. Z oboma przegadałam wiele godzin. Najczęściej z każdym osobno, ale były i godziny spędzone razem, w czasie dyskusji nad różnymi propozycjami literackimi – i w MAW-ie, i w Fundacji Sztuki na rzecz “Integracji”. Ale do tego wrócę za chwilę.

Któregoś dnia usłyszałam w radio piosenkę w wykonaniu Danuty Stankiewicz. Byłam przekonana, że słowa do niej napisał Józek Grochowina. Sprawdziłam w internecie i okazało się, że się nie myliłam. 

Podeszłam do półek z książkami. Wyszperałam tomiki poetyckie Józka i książki, które redagował w MAW -ie oraz numery kwartalnika <Integracje>. Usiadłam w fotelu i położyłam je obok siebie na podłodze.

Wracały zapomniane obrazy, zdarzenia, dyskusje.

   Józka poznałam w 1973 roku, kiedy przyjechałam do Kielc, dokąd niebawem miałam się przeprowadzić z Opola.( Mieszkał tu już i pracował od paru miesięcy mój ówczesny mąż – Staszek Nyczaj. Do przeniesienia się do Kielc, przekonał nas mieszkający tam poeta i prozaik – Henryk Jachimowski.)

W owym czasie podróż z Opola do Kielc była dość kłopotliwa, z przesiadką w Częstochowie, dotarłam więc trochę zmęczona. Z pociągu odebrał mnie Henryk Jachimowski, ( Staszek mieszkał wtedy u Jachimowskich, czekając na oddanie nowego domu asystenta tamtejszej WSI) i oznajmił, że nie ma już czasu, by jechać do domu i od razu udajemy się do Klubu Dziennikarza, gdzie za kilkanaście minut zaczyna się prezentacja twórczości kieleckich poetów. Dotarliśmy Henrykowym błękitnym garbusem, z którego był bardzo dumny, na tyle szybko, że zdążyłam się odświeżyć i przebrać w łazience dla personelu, nim spotkanie się zaczęło.

      Słuchałam uważnie czytanych wierszy. Niektórych twórców znałam z ogólnopolskich imprez literackich, m.in. z Łódzkich Wiosen Poetyckich. Innych widziałam i słyszałam po raz pierwszy.

W pewnej chwili przymknęłam oczy i nagle w uszy wdarły mi się mocne, obrazoburcze słowa tworzące bardzo niekonwencjonalny obraz poetycki. Metafory były drapieżne, ale zaskakujące i świeże. Porównania dyszące buntem, kontestacyjne wręcz.

 Przy gładkich, spokojnych, konwencjonalnych lirykach prezentowanych dotąd aż zgrzytały sarkazmem, ironią, buntem. Momentami drażniły epatowaniem brzydotą. A jednak podmiot liryczny tych utworów zdawał się być podszyty nie tylko buntem i niepokojem, ale i bezradnością, a samotność i smutek wychylały się z głębi czytanych strof i domagały się uwagi.

Przed oczami stanął mi nieżyjący już wtedy Rafał Wojaczek. Otworzyłam powieki. Za stołem, pośród innych poetów siedział młodziutki, śniady, długowłosy brunet i w drżących dłoniach trzymał kartki z wierszami. Kiedy wstał, okazało się, że nie jest zbyt słusznego wzrostu i stanowi raczej przeciwieństwo Rafała Wojaczka, jeśli chodzi o wygląd zewnętrzny. Ale dźwięczało coś w przeczytanych przed chwilą wierszach, co przypominało świat przedstawiony wrocławskiego poety.

Ledwie to skonstatowałam, kiedy Henryk Jachimowski szepnął mi do ucha: < słyszysz, szykuje się do lotu następca Wojaczka.>

Nie wiem, czy Józek Grochowina wiedział, że starsi koledzy po piórze, widzieli w nim kontynuatora twórczości autora “Innej bajki”.

 Po prezentacji, jako jedna z wielu, zabrałam głos w dyskusji. Zwróciłam uwagę na oryginalne obrazowanie Grochowiny i odważną metaforykę, nieufność, ironię, kontestację, zafascynowanie turpizmem oraz wizyjność i fascynację malarstwem ( Jak się później okazało, ukończył dobre liceum plastyczne.)

 Po części oficjalnej Grochowina podszedł do mnie i spytał, czy mogłabym mu poświęcić parę minut. Pod koniec rozmowy umówiliśmy się, że wyśle mi swoje wiersze do Opola, dokąd wracałam nazajutrz wieczorem.

Tak zaczęła się nasza wieloletnia znajomość i przyjaźń. Kiedy przez kilka lat mieszkałam w Kielcach, spotykaliśmy się często. Józek wpadał do nas o różnych porach. Czasem sam, kiedy indziej z grupą młodych kieleckich twórców. Widywaliśmy się też w Klubie Dziennikarza, w legendarnej “Dziurce” w podziemiach teatru czy w redakcji miesięcznika „Przemiany”, gdzie zajmowałam się działem literackim.

Gdy zaczęłam zajęcia na polonistyce kieleckiej WSP – Józek Grochowina trafił do mojej grupy.(Prowadziłam m. in. ćwiczenia z poetyki z II rokiem.) W tej grupie był też Leszek Kumański, późniejszy producent i reżyser telewizyjnych „Spotkań z balladą”, a w innej grupie na tym roku – Zdzisław ANTOLSKI, dobrze znany Czytelnikom tego portalu.  To był ciekawy rok, podobnie jak i grono kieleckich młodych twórców, którzy skrzyknęli się w nieformalną grupę literacką i wydali almanach poetycki ” Bazar” ( dziś wielu z nich ma spory i wartościowy dorobek).

Starsi kieleccy pisarze mieli do mnie pretensje, że za często prezentuję młodych na łamach kieleckich “Przemian” czy w ogólnopolskich tygodnikach.

Kiedy etatowo związałam się redakcją literacką kieleckiej rozgłośni radiowej – robiłam to w lokalnym radio oraz ogólnopolskiej dwójce i trójce PR.

Józek Grochowina był moim przewodnikiem wśród młodych adeptów pióra. Przynosił ich utwory. Zachęcał mnie do lektury, towarzyszył w wielogodzinnych dyskusjach z autorami, nim doszło do publikacji. Były to często takie małe, prywatne warsztaty literackie. Gdyby nie on, pewnie na niektóre teksty bym nie trafiła i wielu ciekawych osobowości bym nie poznała, ani nie przygotowała ich prezentacji poetyckich czy audycji literackich z nimi.

***

   Pozycja Józka GROCHOWINY na kieleckiej WSP nie była najmocniejsza. Niektórzy asystenci mieli mu za złe, że “gówniarz” publikuje w prasie lokalnej i ogólnopolskiej wiersze i recenzje. Zwłaszcza te ostatnie były solą w oku młodej kadry.

Często też dawałam mu do zrecenzowania na antenie radiowej nowości poetyckie, bo robił to szybko, ciekawie i wnikliwie, a poza tym każdy grosz się dlań liczył, gdyż utrzymywał się sam.

Występowałam w jego obronie na wielu radach i zebraniach uczelnianych, tłumaczyłam, że np. spóźnienie na ćwiczenia nie wynikało z lekceważenia prowadzącej zajęcia, ale rozleciały mu się akurat buty ( to był fakt)… Może właśnie ta sytuacja zainspirowała go potem do napisania “Ballady o butach”, którą śpiewał popularny duet “Andrzej i Eliza”.

Kiedy wybrałam ostatecznie etat w radio i ryczałt w miesięczniku “Przemiany”, a zrezygnowałam z zajęć w WSP, Józek nie zagrzał tam długo miejsca. Został skreślony z listy studentów.

Zastanawialiśmy się wtedy razem, co dalej. Postanowił, że wyjedzie do Warszawy, bo zaczynał się już liczyć jako autor tekstów piosenek.( Współpracował nie tylko z miejscowym zespołem “ARIANIE”, ale i z ogólnopolskimi wykonawcami.)

 Poprosiłam wówczas o pomoc Anię Ratuś, pracującą w wydziale kultury Zarządu Głównego ZMW-u i opiekującą się młodymi twórcami, ( była m. in. “matką chrzestną” i opiekunką pierwszych <latających> „OKOLIC” – kolegia redakcyjne odbywały się wtedy u Edka Zymana w Katowicach, u mnie w Kielcach, u Andrzeja Malanowskiego w mieszkaniu czy u Mietka Mączki w Staromiejskim DOMU KULTURY w Warszawie).

Ania zaopiekowała się Józkiem w stolicy.  Dzięki niej i paru życzliwym twórcom z kręgu KKMP, GROCHOWINA zaczął kontynuować studia na Uniwersytecie Warszawskim. Parę lat później obronił pracę magisterską o poezji Krzysztofa GĄSIOROWSKIEGO, napisaną pod kierunkiem Jana Witana, cenionego krytyka i eseisty.

Tak się złożyło, że niedługo po wyjeździe Józka też przeniosłam się z synem do Warszawy. Józek zaczął bywać częstym gościem w naszych wynajmowanych mieszkaniach. Opowiadał o swoich sukcesach i porażkach, marzył o sławie i wyjeździe do Stanów, czytał nowe wiersze. Miał wiele planów.

Gdy wynajmowałam mieszkanie na Żytniej, u pani Lucyny Mrowińskiej, matki poetki Agnieszki Mrowińskiej-Lilien, mówił, że to mieszkanie ma dobry klimat, że łapie w nim energię.  Lubił także bardzo panią Lucynę, która często tam wpadała. Nie wiem, czy wcześniej się umawiali, ale bywało, że zjawiali się niemal równocześnie, bądź jedno po drugim na Żytniej.

 Siadywaliśmy wtedy najczęściej w obszernej kuchni. Józek na niskim stołeczku, jak najbliżej pani Lucyny, tak, że jego głowa nieraz opierała się o jej kolana, a ona gładziła go delikatnie po bujnej czuprynie. Zamykał wówczas oczy i zwierzał się ze swoich pomysłów, planów i chłonął czułość płynącą z jej dłoni.

 Widział się w Nowym Jorku. Ale los chciał, że to pani Lucyna, a nie Józek, niebawem znalazła się w Stanach i została tam na parę lat.

W tej kuchni na Żytniej, Józek się otwierał i artykułował swoją tęsknotę za domem, za rodziną, a matka Agnieszki jak mogła, tak mu matkowała. To były chwile udomowienia zbuntowanego, a zarazem kruchego psychicznie, nadwrażliwego poety.

Wracał też do swojego dzieciństwa na pińczowskiej wsi, do nauki w liceum plastycznym w Kielcach…

W tej atmosferze ciepła i bezpieczeństwa zwierzał się ze swoich najbardziej skrywanych pomysłów i aspiracji twórczych. Marzył, by stworzyć musical. Wtedy poznał chyba JÓZEFA SKRZEKA – bodajże dzięki Renacie Danel, która śpiewała wówczas piosenki z jego słowami ( i skomponowała do niektórych muzykę) -, z którym ponoć przymierzali się do dużego przedsięwzięcia literacko-muzycznego.

 Przygotowywał akurat wtedy poetycko-muzyczne audycje telewizyjne z Agnieszką Fotygą. Kiedy pojawiły się na ekranie, warszawskie środowisko literackie zaczęło wreszcie dostrzegać poetę Grochowinę.

Gdy ukazał się jego trzeci zbiorek wierszy “Mimośród” (wcześniej wydał “Do końca bieg” 1974 i “Mortes” 1980), Leszek Żuliński poprosił, bym go zrecenzowała dla tygodnika “Tu i Teraz”.

 Pozwolę sobie przytoczyć fragmenty z tej recenzji, która została opublikowana w maju 1985 roku: „W debiutanckim zbiorku pt. “Do końca bieg”, który ukazał się 11 lat temu Józef A. Grochowina pisał: < sztuka to nóż/ przerażony ostrością/ własnego spojrzenia…” > (…) Poeta świadomie starał się dołączyć do pokoleniowego chóru. Mówił “my”, a nie ja. Zafascynowany twórczością Grochowiaka i Wojaczka kontynuował z upodobaniem pewne turpistyczne motywy. Ale już na kartach drugiego zbiorku pt. “Mortes” zaobserwować można podział na “dwa głosy”. Z jednej strony utwory ściszone, konfesyjne, z drugiej rozpasane wizje – dramatyczne, drapieżne protesty przeciw małej mieszczańskiej stabilizacji. (…) Dlatego przekonująco brzmią wersy:, < więc jestem sam – i nigdy nie pójdę/ za furą normalnego życia >z wiersza “Nie ma środka” zamieszczonego w trzecim zbiorze. Nie po raz pierwszy bowiem bohater poetycki J.A. Grochowiny przedkłada samotność i niepokój, szamotaninę i udrękę ponad bierną i sytą egzystencję. Jednakże zmieniła się znacznie tonacja i klimat tej poezji. Nerwową młodzieńczą prowokację, nieskrywany sarkazm i turpistyczną dosadność zastąpiły finezyjne obrazy, jątrzące jak ongiś wyobraźnię, ale w sposób o wiele bardziej wyrafinowany. Nie bez wpływu na kształt tego zbiorku pozostały muzyczne i malarskie zainteresowania autora.

(…) Forma jest tu równie ważna jak treść. Dzięki takiemu potraktowaniu materii poetyckiej, gdzie wizyjność i refleksja wspierają się nawzajem, otrzymujemy bardzo gęsty i sugestywny obraz, czasami nawet jakby scenariusz widowiska poetycko-plastyczno-muzycznego.” (Recenzja ukazała się jak większość moich publikacji w tym tygodniku pod pseudonimem Anna Głogowska, który zarejestrowałam nawet w ZAIKS-ie, a pojawił się pod moimi tekstami, kiedy dwa i pół roku wcześniej naczelny innego tygodnika, w którym pracowałam, mocno sarkał na nasze publikacje w innych tytułach. Wykorzystałam wtedy imię i nazwisko panieńskie mojej teściowej i opatrzyłam nim wile publikacji, także książkowych.)

Jak wspomniałam wcześniej – Józek przygotował kilka telewizyjnych, ciekawych widowisk poetycko-muzycznych. Do telewizji wprowadził go poeta i autor tekstów znanych wówczas przebojów -Tadeusz Urgacz. To był twórczy i owocny czas w życiu J.A. Grochowiny. Miał wiele dalekosiężnych planów, ale współpraca z telewizją z powodu zmian kadrowych po jakimś czasie wygasła.

Pisał za to coraz więcej tekstów piosenek. Niektóre śpiewali popularni wówczas wykonawcy – Andrzej i Eliza, Danuta Stankiewicz, Lidia Stanisławska. Przyjaźnił się i współpracował m. in. z kompozytorami Romanem Ziemlańskim, Tadeuszem WOŹNIAKIEM.( Pastorałki Grochowiny, do których muzykę napisał R. Ziemlański, do dzisiaj są wykonywane, pojawiają się na płytach i można je usłyszeć na antenie Polskiego Radia, zwłaszcza w okresie świątecznym).

Grochowina dostawał coraz większe tantiemy. Wtedy natychmiast pojawiali się bliżsi i dalsi znajomi, i trwali przy nim, póki honorarium nie stopniało. Do tego grona należeli też znani twórcy, którzy mieli zaplecze rodzinne i mocniejsze głowy niż samotny, niewysoki, drobny poeta.

Kiedy w kieszeni robiło się pusto, Józek przychodził pożyczać pieniądze. Nieraz z okna widziałam kryjących się za kioskiem, stojącym tuż przy bramie do naszego budynku – znajomych poetów. Byli przekonani, że ich nie dostrzegłam. Józek Grochowina ratował ich spragnione gardła, a potem sam skrupulatnie każdą pożyczoną złotówkę oddawał, choć wszyscy ci, których wspomagał, byli o wiele lepiej sytuowani niż on.

***

Krążyło o nim wiele opowieści. Rozmaitych. Prawdziwych i wyssanych z palca. Niektóre sam puszczał w eter.

 Pamiętam, jak walczył o mieszkanie, kiedy zakochał się w znanej aktorce, którą poznał na imprezie u reżysera i poety – Lecha Majewskiego. Związek się w rezultacie “nie zawiązał”, ( o co Józek winił brak własnego kąta), ale została między nimi przyjacielska relacja.

Wtedy prawdopodobnie wyklarowała się też jego orientacja seksualna. Bo wbrew przekonaniu wielu, wcale nie była taka oczywista. W Kielcach poznał mnie z Barbarą – nieco starszą chyba od siebie dziewczyną, z którą nie tylko bywał na imprezach artystycznych, ale której poświęcił jeden z najdłuższych swoich utworów pt. “LATAWIEC”/ zamieszczony w zbiorku “Mimośród”/.

” Gdzie jesteś Barbaro K / czy ciągle przesiadujesz/ w tej kawiarni o ścianach/ całowanych patyną czekania/…/ sam nie wiem jak/jak ja wyniosłem to wszystko ten sekstet ścian/ pijany nalewką/ ze spirytusu naszych nagości /…/mieszkając/ we wspólnym pokoju/ Uniłowskiego nie znalazłem dla ciebie Barbaro K/ miejsca na domowość tożsamą/ z kubaturą Din-Don/ (…) to kłącze co nas łączyło/ leży w kawałkach/ i to (nikłe jak wątek/snu policyjnej suki) co przywiązałem do jednego z uchwytów/pamięci/ także już w strzępach (…) Barbaro K nie zawsze w słowach Din-Don/ grało podzwonne/ bo żył i tańczył/ w rytm kastanietów/ twojego big-bandu/ mój młodszy brat/ z którego wyrosłem.”

Ten związek nie przetrwał odległości między Kielcami a Warszawą.  Ale był dla Józka ważny, skoro powrócił w poezji.

 Kiedy zamieszkałam w Warszawie, przedstawił mi obiecującą piosenkarkę…A po jakimś czasie pojawiła się w Jego życiu wspomniana aktorka. Gdy ich relacja uczuciowa się “rozleciała”, przyjechał do mnie nad ranem rozdygotany jak nastolatek. Mówił, że ma dość życia, że powinien ze sobą skończyć, skoro tak mu “się wszystko pieprzy”. Wreszcie wyznał, że tak po prawdzie, to przyjechał się ze mną pożegnać, bo już podjął decyzję, że wymelduje się z życia.  Te słowa były- moim zdaniem – głęboko ukrytym wołaniem o pomoc.

Przegadaliśmy kilka godzin. Skierowałam Jego uwagę na temat mieszkania. Podpowiedziałam, kto może mu pomóc zdobyć ten własny kąt, a potem zabrałam go do redakcji „Nowego Wyrazu” i posadziłam w moim pokoju redakcyjnym, bo musiałam pójść na umówione wcześniej spotkanie. Poprosiłam tylko Leszka Isakiewicza, aby tam zajrzał i zajął Józka rozmową, póki nie wrócę.

Temat mieszkania zajął jego rozpaloną głowę. Zaczął działać i „wychodził” sobie wreszcie własną kawalerkę. Pomogli mu w tym koledzy z Kickiego ( m. in. Waldemar Świrgoń) i życzliwy twórcom minister kultury – Józef Tejchma. Mógł do tego “wymarzonego kąta” przewieźć wreszcie zakupione meble, które od paru miesięcy składował w mieszkaniu poetki Ewy Żylińskiej-Kalińskiej, z którą się zaprzyjaźnił na warszawskiej polonistyce (córki kompozytora i także autorki tekstów piosenek – śpiewała je m. in. Hanna Banaszak).

Pewnego razu Józek Grochowina przyniósł do nas na Żoliborz pęk kluczy w szarej, dużej kopercie.” To zapasowe – powiedział. -Niech leżą u was. Mnie się różne rzeczy mogą przytrafić. Mogę swoje klucze zgubić, może mnie ktoś okraść, jak to miało miejsce ostatnio. U was ta zapasowa para będzie bezpieczna.”

Miał u nas także składany materac w pawlaczu. Czasem bywało, że zjawiał się już po północy, „ mocno strudzony”, wtedy zatrzymywaliśmy go z Andrzejem na noc. Wykąpany, najedzony, zasypiał jak dziecko.

 ***

Pewien ład i dyscyplinę w jego życie wniósł etat w Redakcji Młodego Ruchu Artystycznego i Debiutów Poetyckich Młodzieżowej Agencji Wydawniczej. W połowie lat 80-tych przekonałam Jurka Koperskiego-Leszina (byłam wtedy stałym recenzentem literackim w tym Wydawnictwie), że Józek Grochowina to nie tylko dobry poeta, autor ciekawych tekstów piosenek, recenzji, ale i znawca nowych nurtów i zespołów muzycznych oraz sztuk plastycznych.

     To chyba był dla Jurka Koperskiego-Leszina najmocniejszy argument, by Józka zatrudnić, bo ciągle narzekał, że poetów jest na pęczki, ale ludzi, którzy wiedzą, co aktualnie dzieje się w muzyce czy we współczesnym malarstwie, za świecą trzeba szukać.

 Jako redaktor Józek był bardzo kreatywny, o czym przekonałam się, kiedy rok później związałam się etatowo z tą oficyną. To on zainicjował wydanie antologii “Piosenki” z tekstami Stachury, Wysockiego, Cohena i ściągnął do Wydawnictwa Maćka Zembatego. On też przyprowadził do mnie Sławka Gołaszewskiego, który w radiowej Trójce prowadził audycję „Pieśni wędrowców” traktującą o reggae i rastafarianizmie, bo planowali razem publikację o najnowszych trendach w muzyce rockowej.  (Ta znajomość zaowocowała później wieloletnią współpracą Sławka z wydawanym przeze mnie miesięcznikiem “Czwarty Wymiar”).

 Grochowina nieraz wadził się z Jurkiem Koperskim-Leszinem o to, czy dany zbiorek wierszy zasługuje na wydanie, czy nie.  Przylatywali nieraz do mnie zaperzeni, bym rozstrzygnęła ich spór. Józek tępił grafomanię, ale potrafił godzinami pracować z autorem, u którego znalazł ciekawą metaforę czy  odważne porównanie.  Miał bezbłędny słuch poetycki i walczył o ciekawe propozycje wydawnicze jak lew. Najczęściej udawało mu się przekonać Jurka Koperskiego-Leszina, który miewał czasami swoje słabości, zwłaszcza wobec debiutantek.  Grochowina współredagował również kwartalnik ” Integracje” ( także graficznie).

Po rozwiązaniu MAW-u w połowie 1990 roku był -jak wspomniałam na początku – jednym z założycieli Spółdzielni Wydawniczej ANAGRAM. Po jakimś czasie jednak jego drogi z tą oficyną się rozeszły. Przygotował jeszcze kilka tomików w serii poetyckiej wydawnictwa stworzonego przez Bohdana Wrocławskiego, ale później zajął się przede wszystkim pisaniem tekstów do piosenek.

Tantiemy za nie to było jego szczęście i nieszczęście. Kiedy wpływały, otaczał go – jak wspomniałam – krąg “przyjaciół”, ale często i szemrane towarzystwo. Skarżył się na to coraz częściej oraz na doskwierającą mu samotność. Wydawnictwo to była namiastka domu. Stały kontakt z życzliwymi ludźmi, uporządkowany rytm dnia, obowiązki, spotkania, terminy wydawnicze. To trzymało go w ryzach.

To, że mógł się swobodnie utrzymać z tantiem za teksty piosenek, wcale nie okazało się dla niego dobre, tylko pogłębiało samotność, coraz częstsze chandry i ucieczkę w alkohol.

W 2002 roku wyprowadziłam się z centrum Żoliborza pod Warszawę. Często też wyjeżdżałam pod Poznań, gdzie mąż – Andrzej Kosmowski przyjął posadę dyrektora fabryki mebli. Nasze spotkania z Józkiem Grochowiną stały się przez to coraz rzadsze.

Pewnego razu zadzwonił do mnie do redakcji i powiedział, że ma raka oka, że bardzo mu to dokucza i nie wie, co robić. Umówiliśmy się na piątkowy wieczór, aby zastanowić się wspólnie nad odpowiednim leczeniem. Uruchomiłam swoje i przyjaciół medyczne kontakty, m. in. pomógł mi w tym poeta, tłumacz i prof. medycyny Krzysztof Boczkowski. Niestety w umówionym dniu, ani później Józek Grochowina się nie pojawił, ani nie zadzwonił. Nie wiem, czy faktycznie cierpiał na taką dolegliwość… Nikt mi tego potem nie potwierdził.

Pod koniec listopada 2005 roku Jurek Koperski- Leszin poinformował mnie, że Józek popełnił samobójstwo.

Wiele razy zastanawiałam się, czy gdybym wtedy mieszkała w Warszawie, coś bym mogła zrobić, by przed tym desperackim krokiem Józka uchronić. Tyle razy przecież udawało mi się wyciągnąć go z rozmaitych “dramatów” czy z dna rozpaczy, wydawałoby się bez granic. Czy gdyby mógł- jak dawniej – wpadać w środku nocy do naszego mieszkania w Warszawie, usiąść przy stole lub na podłodze przy regałach z książkami i z głową otuloną dłońmi pozłorzeczyć światu, ludziom i rzeczywistości, jego ból istnienia rozmyłby się, „rozgadał” i stopniowo uciszył?

Wciąż mam przed oczami słowa z jego wiersza “Jak to się stawało”:

„ale nie można żyć tylko
                   gównem
człowiek potrzebuje
                pieśni”

Poezja, jak wyznawał w wierszach, była dlań domem i warto ten dom otworzyć szerzej. Wrócić do jego tekstów.

Może też ktoś wie, gdzie trafiły jego wiersze, notatki, niewyśpiewane piosenki?

Rena Marciniak-Kosmowska

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko