Ludmiła Janusewicz – Przepiórka – opowieść z bulwaru

1
198

      Nie jest niebieskie. Luiza siedziała na tarasie kawiarni tuż przy plaży i tak właśnie pomyślała o morzu. Niebo było szare, jak pióra gołębi przed ratuszem. Chmury szare, obłe i wielkie przesuwały się nad falami. Patrząc na morze mogła śledzić ruch chmur. To one powodowały zmianę głębi koloru morza, wygaszały odbłyski promieni słońca na falach. Morze ciemne koloru butelkowej zieleni falowało. Fale zdążały do brzegu najpierw dostojnie, długim, powolnym ruchem, fala za falą, nieśpiesznie. Ich spokojny ruch uspokajał wzrok – w górę i w dół, up an down, powolutku.
     Żaglówki powoli unosiły się ku górze, po chwili opadały równie majestatycznie.
     Fale zdążały do brzegu, odległość między nimi zmniejszała się, a one same stawały się wyższe, unosiły się przyozdobione grzywą piany. Wiatr zdmuchiwał białe znamię grzbietów i pchał je ku brzegowi. Fale zaznaczały swoją obecność ciemniejącym odcieniem plaży i cofały się.
     Horyzont łączył szarość nieba z ciemną zielenią morza, w dali widoczny Hel.

     Taras knajpki stanowiącej punkt obserwacyjny Luizy usytuowany jest nieopodal “rybek” w Gdyni. Rybki to pomnik stojący na końcu bulwaru nadmorskiego na skwerze Kościuszki. Przy rybkach umawiają się zakochani. Dzieci wdrapują się na postument rzeźby po pochyłym zakończeniu ściany muru bulwaru. Ludzie robią sobie zdjęcia. Na wprost stolika biegnie drewniany chodnik prawie do samego brzegu. Z lewej strony marina. W tle ogromny napis na niebieskim tle Akwarium Gdyńskie, obok Akademia Morska. Z prawej strony perspektywa bulwaru.
     Ona siedzi przy stoliku i patrzy się. Mniej wyrobieni mogą powiedzieć, że gapi się. To dobre słowo, gapić się. Lubi tak się gapić i rozmyślać o wszystkim.
     Przesuwa wzrokiem po redzie. Stoją dwa statki. Jeden mały z żółtym kadłubem i
białą nadbudówką. Drugi wygląda jak klin wyładowany kontenerami. Nadbudówka z tyłu wysoka na parę pięter, poniżej jej okien parę warstw kontenerów. Kwadraciki różnego koloru wyglądają jak patchwork. Nic jej do nich, ale cieszy ją ich widok.
     Zamówiła piwo z sokiem. Kelnerka przyniosła pięknie zamgloną od chłodu szklankę ze słomką. Czy może być coś piękniejszego na urlopie? Szum morza, rozkrzyczenie mew, ludzie wokół i statki na morzu.
     Przy stoliku obok młoda dziewczyna całowała się z chłopakiem. Ludzie ich mijali, patrzyli się na nich, komentowali zachowanie. Ona również ich zauważyła i wypowiedziała mantrę. Ilekroć widzi młodą całującą się parę, wypowiada życzenie “oby nigdy wam nie przeszło”. Nie wie czy mantra działa, może tak, może nie, ale co szkodzi wyrazić dobre życzenie.
     Kiedyś była taka sama. Pamięta pierwsze pocałunki, zapach kwiatów i wiarę w to, że będzie tak zawsze. Tak zawsze nie było. Nie wie z czyjej winy. Może nikt nie
wypowiedział życzenia “oby nigdy wam nie przeszło”.
      Dziś jest niedziela i ma być wesoło, powiedział Janek Serce do matki. No właśnie. Co ją obchodzi przeszłość pocałunków. Jedyne co przychodziło jej do głowy, to opowiadanie Łagodna Dostojewskiego, które tak się zaczyna: “Proszę sobie wyobrazić męża, który ma przed sobą na stole zwłoki żony samobójczyni, kilka godzin temu wyskoczyła oknem”.
     Nie była potulną i może to był błąd? Może błędem było, że za dużo czytała, a może, że czytała nieodpowiednią literaturę? Od pocałunków do Dostojewskiego jeden krok. stny obłęd! A może to taka polska tradycja? Przypomniała jej się Wanda, co nie chciała Niemca. Lepiej się przejdę, pomyślała i ruszyła wzdłuż bulwaru.
     W latach dwudziestych dla wygody spacerowiczów wybudowano wzdłuż nabrzeża piaszczystą ścieżkę na małym nasypie, a lata trzydzieste i roboty publiczne dały początek promenadzie w dzisiejszym kształcie.Bulwar od morza oddziela betonowa opaska, Wzdłuż niej ustawiono ławki. Rząd stylowych latarń oświetla wieczorem bulwar. Dwie wiszące szklane kule na każdej z latarni tworzą świetlny szpaler.
     W każdym nadmorskim mieście jest takie miejsce, jak bulwar, gdzie ludzie lubią się pokazać.

      Następnego ranka zamówiła kawę, a na blacie stolika położyła książkę Przepiórki w płatkach róży Laury Esquivel, w której historia o miłości i dobrym jedzeniu usytuowana w Meksyku.
     Ciekawym jest, że jedzenie z miłością jakoś się łączy i wcale nie chodzi o powiedzenia “przez żołądek do serca”. Tortilla flat Steinbecka i Cafe pod Minogą Wiecha są książkami kulinarno-miłosnymi. Wszędzie wielka miłość Balzaca i jedzenie i wszędzie nienapasieni.
     Podkowiński namalował obraz Szał, który przedstawia nagą kobietę na demonicznym koniu. Podobno malował go przez trzy miesiące wycieńczony chorobą, ledwie słaniając się na nogach, ale wstawał do sztalugi i przelewał swój żar serca, ciała i umysłu na płótno. Wyrażano różnorodne opinie, od takich, że jest na nim namalowana kobieta fatalna, do porównań z Ledą w chwili, gdy ją Jowisz zamieniony w łabędzia pieścił lub symboliczne przedstawienie ślepego pożądania. Zachodzono w głowę, kim jest kobieta na koniu, a z drugiej strony tajemnicą poliszynela było, że obraz stanowi dokument nieszczęśliwego platonicznego zakochania i niespełnionej namiętności artysty do mężatki, a co gorsza, żony przyjaciela, która go odtrąciła. Rodzina kobiety potępiła malarza, a ten pełen dumy, pokrajał nożem obraz. Czyn ten nazwano dzieciobójstwem artystycznym, ale można uznać, że było to zabójstwo obrazu w afekcie, można powiedzieć w szale.
     W Przepiórkach w płatkach róży opisana jest scena porwania nagiej Gertrudis przez żołnierza, który kocha się z nią na koniu w pełnym galopie. Obie sytuacje  łączy żar miłosny.
  – Widzę, że lubi pani gotować. Wie pani, gotowanie to moja pasja, ale tej książki nie mam – pani siedząca przy sąsiednim stoliku wskazuje książkę.
 –   To nie jest książka kulinarna – odpowiada Luiza – choć jest parę przepisów, tylko skąd dziś wziąć przepiórki?
     Pasjonatka kuchni prosi o znalezienie choćby jednego przepisu.
   – Wie pani, mój mąż jest taki wybredny! A po drugie będę mogła błysnąć na najbliższym przyjęciu.
     Oba powody wydają jej się ważkie. Czyta jej o cebuli, o łzach i co z tego wynikło.
   – Nigdy nie myślałam, że wielka miłość może tak wpłynąć na jedzenie – pani smutno kiwa głową – czasami płakałam przez męża, ale nigdy moje łzy nie spowodowały takich spustoszeń.
     Teraz żałuje, że odkryła jej inne spojrzenie na kuchnię i miłość.

     Siedzi i gapi się.
     Na niebie białe chmurki, wygląda to jak wata postrzępiona przez skąpca, który najmniejszą jej ilością chciał zaanektować niebo. Pół nieba jasne i prześwietlone, drugie pół usłane tak gęstymi chmurami, że wyściełają całą płaszczyznę mięsistą watą. W oddali ciemniejsza o ton barwa od jasnej szarości, do miękkiego grafitu.
     Wiatr rozkołysał morze. W ciepłe bezwietrzne dni białą pianę widuje się jedynie na brzegu, wtedy gdy fala wytraca pęd na piasku, a rozpędzone krople wody następują na siebie, kłębią się i pienią. Fala staje się za moment puszysta, a za chwilę znika cofając się do morza.
     Ten ciągły ruch, to nieustanne zamieszanie, następowanie kropli na siebie, to pracowite przesuwanie piasku powoduje, że staje się on coraz bardziej okrągły i delikatny. Morze pracowicie uciera piasek, przenosi go, zabiera z powrotem jak skąpiec, który tylko przypadkiem odkrył przed nami swoje skarby, porywa żółte ziarenka piasku i wyścieła nimi dno.
     Myśli o pani zainteresowanej przepisem z książki, o łzach i miłości.
     Ludzie często mówią o miłości definiując ją w różny sposób. Słyszy się „ty się ode mnie oddalasz”, albo wprost przeciwnie “zbliżamy się do siebie”. Tylko co to oznacza? Co znaczy daleko lub blisko? Czy jakaś gwiazda jest blisko, bo tylko kilka lat świetlnych  i czy jak on do niej mówi moja gwiazdeczko, to ma na myśli tę właśnie miarę odległości?
     Poeci dość pokrętnie definiują miary odległości, nie ma w nich ani źdźbła racjonalności, same definicje opisowe, tak, jak w definicji czasoprzestrzeni w wydaniu kaprala wydającego rozkaz rekrutowi: „kop od tego kołka do godziny 16,00″.
     Jeśli zastosować miarę odległości „lata świetlne”, to jest ona dosyć zrozumiała przy rozwodach – miłość dawno wygasła, a światło tej gwiazdy wciąż wędruje, ma do przebycia ogromną odległość. Ludzie widzą ją i jego właśnie jako światło dawno wygasłej gwiazdy. Może powinni sami wyznaczać sobie własne miary miłości czy odległości, wymyślać własne jednostki czasu, na przykład „dwa pocałunki temu”?

     W taki dzień jak dziś, widać białą pianę daleko od brzegu, to wiatr tworzy mgiełkę wody, unosi ją, napowietrza i spienia. Woda opada na grzbiet fali, a tam z powrotem
wiatr swoim podmuchem unosi ją jeszcze raz i jeszcze raz, fala potulnie zdąża do brzegu. Dopiero na plaży wyładowuje swój gniew pieniąc się i szumiąc.
     W dali widać rozświetloną biel żagli, łódki kłębią się wokół czerwonej boi
wyznaczającej tor wodny, chwilę potem łódeczki zdążają do mariny, teraz biel ich żagli wytycza drogę do przystani, aż wreszcie znikną za pirsem.
     Kiedyś siedziała o zachodzie słońca na innej plaży, w Mielnie. Przed nią sztaluga z białym płótnem, na którym malowała mandalę w złoto-czarnych kolorach. Ten sen z mandalą przyszedł kilkanaście lat wcześniej i był impulsem do malowania.
     O mandali można dużo i na różne sposoby. Najkrócej – jest ona jednym z najstarszych symboli ludzkości, słowo pochodzi z sanskrytu i oznacza koło życia, obwód o znaczeniu magicznym, cały świat, święty krąg, centrum. We wszystkich wierzeniach, praktykach rytualnych, legendach, mitologiach i religiach motyw koła miał podstawowe znaczenie. Zadaniem mandali jest przywrócenie równowagi między świadomym a nieświadomym, połączenie przeciwieństw, przywrócenie porządku i harmonii.
     Wiedziała, że symbole na jej mandali muszą mieć jakieś znaczenie, ale ich nie rozumiała, czuła jednak, że ten sen nie pojawił się bez powodu. Nie zakopała tego przesłania w piasku, mając w pamięci biblijną przypowieść, ale tego obrazu ze złotą kulą nigdy nie namalowała.

    Ktoś na niebie zawiesił latawca. Błękit nieba został upstrzony białymi kłębami 
 chmur, które wyglądają jak wielkie bezy. Pył wodny unoszony przez wiatr napełnia powietrze charakterystycznym zapachem. Wiatr zrywa kropelki i żongluje nimi w powietrzu. Jeśli uda się umieścić tę mgiełkę dość wysoko, słońce tworzy małą tęczę, która natychmiast znika. Znowu wiatr unosi kropelki wody i teraz to one dzielą promienie na części składowe.
     Morze nie jest koloru butelkowej zieleni, tylko ciemnoniebieskie, wręcz granatowe. Białe niteczki piany dzielą tę granatową materię pajęczyną pęknięć, kłąb chmur na chwilę przesłania słonce i teraz morze jest czarno-granatowe.
     Chmury przesuwają się i znowu jest granat, za chwilę tworzy się dziura w powłoce zamglonego nieba i na granacie morza widać niebieską plamę, tak jakby ktoś przetarł wybielaczem jego powierzchnię. Po chwili niebo jest całe zamglone i granat morza króluje niepodzielnie uwypuklając biel żyłek piany, którymi wiatr podzielił morze na sektory. Z prawej strony widać Szaleństwo Almayera, tak Luiza nazywa wielki wieżowiec obok portu.
    Co do miłości, której tak dużo w Przepiórkach, różne są zdania na jej temat. Erich Fromm pisał, że to tylko akt kochania, ale też, że miłość jest twórczą aktywnością, zakłada troskę, afirmację i radość.    
    Cortazar w Grze w klasy pisze o labiryncie alternatyw i o szczęściu, które jest oczywiste, tylko że niewidoczne.
     Ale czasami to widać, na przykład w pięknym ujęciu w filmie Ojciec Chrzestny, gdy Mike spotyka na Sycylii Stefanię i dosięga go miłość, jak grom z jasnego nieba.

     Zaczyna powoli zmierzchać.
    Luiza siada przy stoliku. Mewy obsiadły murek bulwaru, ktoś wysypał im chleb, one ze spokojem go dziobią, nie reagując na przechodzących mimo ludzi.
     Obserwuje latarnie morskie w Sopocie i Gdańsku, które właśnie się odkryły. Nie może się doczekać, kiedy zabłysną lampy bulwaru, jest to najpiękniejszy moment wieczoru. Lampy włączają się sekwencyjnie – jedna część rozbłysła, chwilę później następna część i następna. Za moment niebo ciemnieje, światła latarń smugą opasują bulwar wyznaczając jego granice.
     Gwiazdy kładą się na falach, żółte plamki kołyszą się, jak na wielkiej huśtawce,
inne nurkują samobójczo, by po chwili wychynąć z ciemności. Białe plamy piany nakładają się na jaskry gwiazd i rozmazują żółtą plamkę tworząc biało-żółty melanż przypominający jajko sadzone. Woda po chwili jest czarna.
     Z dali widać czerwone i zielone punkty, w taki właśnie sposób wyznaczony jest tor wodny – droga dla statków.
     Zamawia herbatę.
     Z głośnika leci muzyka. Bas spokojnie przechadza się po frazie bum, bum, bum – pracowicie odcina kawałki taktu. Perkusja posypuje odcięte kawałki piaskiem szu, szu, szu – ziarenka spokojnie oblepiają kawałek taktu i opadają na ziemię. Pochody gitary oplatają melodię, którą powoli intonuje fortepian. Fraza kołysze się, prawie jak u Gałczyńskiego:
Nocą słowiki, gwiazdy jak byki,
Księżyc, że tylko mu w mordę dać!
     Między szmirą a brzegiem pucharu, parafrazuje w myślach, i może to najlepiej oddaje stan ducha.
                                                              
     Luiza wstała rano. Jedynym jej pragnieniem było napić się kawy. Siadła przy stoliku i patrzyła na morze.
     Dzisiaj było gładkie jak stół. Mała fala na brzegu psuła nieco doskonałość tej niebieskiej gładzi. Tafla od fioletu przechodziła w zieleń z silną dominantą mocno nasyconej barwy niebieskiej. W zależności od tego, jak spojrzała, widziała czysty zdecydowany kolor, albo mieszankę zieleni z błękitem. Zaczęła nazywać kolory.
     Najpierw był kolor ametystowy, purpurowo-fioletowy. To on otwierał stawkę – trochę cyklamenu, który niebieskość fal łamał różem słońca, gdzieniegdzie błyskał kolorem fiołkowym, za chwilę przechodził w fuksję, później w błękit królewski, paryski, chaber, aż po indygo. Znowu niebieski, modry i wreszcie akwamaryna.
     Na horyzoncie pływała ogromna góra lodowa z chmur. Była to jedyna plama, w którą wbijał się ciemny zarys Helu. Wielki lód na patyku. Pilotówka właśnie wychodziła z portu – mała czerwona łódeczka z białą nadbudówką, jej czerwień ożywiała obrazek morza.

     – Dzień dobry – usłyszała.
       Obejrzała się i zobaczyła panią od książki kucharskiej.
     – Dzień dobry – odpowiedziała grzecznie, uznając wymianę zdawkowych uprzejmości za wyczerpaną.
   – Co pani robi? – sąsiadka ze stolika obok kontynuowała rozmowę.
     Ryby sobie łowię, chciała odpowiedzieć, nie znały się jednak aż tak dobrze, no i mogłaby poprosić o przepis. Dziękując w duchu Fredrze za poetycką odzywkę, powiedziała.
    – Myślałam o rybach.
      Taka odpowiedź nie jest może zbyt uprzejma, ale nie zawiera w sobie agresji typu, a co, nie widać? Jest również dość pojemna, jeśli chodzi o nadmiar wyobraźni lub jej brak. Zapłaciła za kawę, pożegnała się i wstała od stolika.
   – Powiedziałam mężowi o łzach, miłości i jedzeniu – dobiegły ją słowa tej pani.
     Nawet nie spytała, czy mąż jej już stołuje się w barach mlecznych. Co mi tam, pomyślała. Przypomniał jej się Alf kosmita z amerykańskiego serialu komediowego. – alien life form – obca forma życia. Mieszkał na planecie Melmac, miał osiem żołądków, a jego ulubiony posiłek stanowiły koty. W Przepiórkach nie było ani jednego przepisu na danie z kota! Kaczki-dziwaczki nie brała nawet pod uwagę, wiadomo, że była cała w buraczkach.
    
    
Wieczorem zajęła miejsce przy stoliku na wprost drewnianego chodnika. Patrzyła na topy masztów żaglowca Dar Pomorza, które widoczne są z daleka i pomyślała ciepło o ludziach budujących Gdynię. To oni budowali nasze okno na świat.
     Polska od morza odepchnąć się nie da, powiedział Beck, ale się nie sprawdziło. Potem było Gotenhafen, Świętojańska nazwana została na cześć pana z wąsikiem, i nie był to Menjou. Później był PRL i ludzie musieli porywać samolot lub blindować się na statek, żeby uciec do Szwecji.
    Dzisiaj za stówę możesz wybrać wolność i pies z kulawą nogą nie zainteresuje się, dokąd wyjeżdżasz. W Sztokholmie nikt cię nie spyta, co tutaj robisz?
  
     Następnego dnia po długim spacerze po plaży, w południe usiadła na tarasie kawiarni.
     Z główek portu wychodziła pilotówka. Na błękitnym niebie parę chmurek, morze gładkie, szaro-błękitne.
     Na stoliku położyła tomik wierszy, który kupiła w księgarni.
     Skąd biorą się wiersze, a w nich niebieskie chabry w zbożu?  Przypadek? Koincydencje? Asocjacje? Gdy ostatnio patrzyła na czajnik, pomyślała o Lokomotywie Tuwima. Akurat jeśli o nią chodzi, to może być dużo asocjacji, bo kotlety i atleci, a i tak nie udźwigną, taki to ciężar. Można go porównać do nieznośności losu, do alimentów, których facet nie płaci, bo nie ma z czego, i to już wcale nie jest takie poetyczne.
     A jednak czytając wiersze, można sobie wyobrazić dowolnie odległe skojarzenia, może na tym polega poezja, żeby skrócić drogę od jednego do drugiego. Żeby była
zaskakująca, potrafiła omotać czarem i pięknie położoną kładką, czyli skrótem od wyobraźni poety do wyobraźni czytelnika, takim, jak rzymska droga prowadząca
od środka świata po krańce ziemi? Poeta jest jak Kopciuszek, który wybierał ziarnka maku z popiołu, postępuje podobnie, tyle że z wielu słów stara się wybrać te
właściwe. Mało tego, nie może śpieszyć się na bal, powinien wybierać tylko takie, które utworzą pomost pomiędzy myślą a słowem.    
    
      Luiza postanowiła zaszaleć. Zamówiła frytki i bukiet surówek. Kiedyś dostawało się sałatę i już. Teraz dostaje się bukiet na zastawie we wrąbki, jakby powiedziała Hiacynta Bukietowa, wykwint niesamowity i to w lokalu, gdzie daniem głównym jest piwo. Siedziała, rozglądała się, wyłączyłam licznik, szczęśliwi czasu nie liczą.  
      Przy stoliku obok siedziała młoda para, ona ładna blondyneczka, on szczupły brunet, obije jedzący frytki z rybą i bukietem surówek.
     Przypomniała sobie babkę, której ulubionym zajęciem było patrzenie na nią. Stawiała przed nią talerz, siadała po drugiej stronie stołu i czekała, aż zacznie jeść. Ona zanurzała łyżkę w zupie, unosiła ją do ust, a babcia głaszcząc ją po głowie mówiła, jesz tak pięknie. Bez tych jej słów obiad byłby nieważny. To był cały rytuał, babka wiedziała, co powie, a ona czekała na te słowa. Co może być pięknego w sposobie jedzenia? Widać coś musi być.
     Co ona widziała? Swoją wnuczkę, ładny ruch ręki? A może widziała w niej siebie?
     Dziewczyna siedząca przy stoliku obok, tak właśnie jadła. Delikatnie i zgrabnie operowała widelcem, spod jego ząbków wyłaniała się obrana ryba i wyglądała jak rzeźba, którą Michał Anioł dłutem haratał. Oddzielone kawałki dzieliła na małe kęsy, dodawała do tego rąbek sałaty, okruszek ziemniaka i tak uformowany bukiet wkładała do ust.
     Luiza ruch jej ręki w myślach dzieliła na kawałki, nazywa się to sekwencyjnym podziałem ruchu i stosuje przy zwalczaniu terrorystów. Policjanci uczą się, że jeśli znają punkt wyjścia i wiedzą jaki jest punkt końcowy, mogą podzielić ruch ręki na odcinki, celują w wybrany odcinek mając pewność, że ręka w tym punkcie się znajdzie i pocisk nie minie celu.
     Dziewczyna jadła bezgłośnie, nie mlaskała, nie siorbała, przedwojenna szkoła, pomyślała Luiza. Babka dbała o to, żeby umiała zachować się przy stole.
  – Nie garb się, nie podpieraj się, nie śpiesz się – słyszała od niej często.
  – Babciu, moim koleżankom nikt nie zwraca na to uwagi – mówiła obruszona.
  – Życie składa się z drobiazgów, zapamiętaj to – odpowiadała babka i zadawała pytanie.
  – Jak myślisz, z czego składa się plaża?
     Odpowiedzi dawała różne.
   – Z morza i fal? Z koszy stojących na plaży? Z piasku?
     Wszystkie były poprawne w jej mniemaniu.
     Są ludzi, którzy myślą inaczej od nas i nie ma tym nic dziwnego. Są ludzie, którzy inaczej czują od nas i też to nikogo nie dziwi. Wszyscy wokoło nas są niezwykli, ale nie zawsze potrafimy to dostrzec. Jej babka pozwoliła odkryć swoją niezwykłość. Dlaczego włożyła tyle wysiłku, żeby nauczyć ją kolorów morza? Czasami pytała.
– Jak wygląda dziś morze?
– Tak, jak wczoraj – odpowiadała nie zastanawiając się nad odpowiedzią.
– Chcesz mi powiedzieć, że na pytanie, jak wygląda spotkany na plaży przechodzień, właściwą odpowiedzią jest, tak, jak wczoraj?
   Zrozumiała z czasem, że ona pytała o szczegóły. Gdyby spytała ją, jak wygląda, opowiedziałaby o każdej żyłce prześwitującej przez jej skórę, o meandrach, a
nawet wiedziałby o rytmie pulsującym w niej. Drobiazgi, kolory, zapachy. Ona wiedziała, jak naprawdę wygląda morze.
     Była też demokratką osobiście wolną i wierzyła, że wyjdzie cało z każdego nieszczęścia. Nie miała za to żadnej gwarancji dla swoich bliskich. Jedynym zabezpieczeniem, jakie wymyśliła, to bycie ogromnym drzewem osłaniającym 
rodzinę. Wiadomo co się stanie, jeśli w drzewo uderzy piorun, drzewo z pewnością ocaleje, natomiast ludzie pod nim stojący…Właśnie to było powodem jej zgryzoty.
Dlatego lubiła mieć ją na oku, najlepiej żeby była tuż przy niej.
     Dziewczyna wkładała kęs do ust, zauroczony chłopak wpatrywał się w jej dekolt. Perfekcja ruchu jej ręki, sposób dzielenia dania na zgrabne kęsy nie interesowały go aż tak bardzo. Z czasem może zauważy, że jego dziewczyna oprócz ładnej twarzy i  ładnych piersi ma coś, czego kupić się nie da, jest elegancka. Elegancja nie ma zmarszczek i czas na nią nie działa. Będzie się zastanawiał, za co ją tak kocha mimo upływu lat, może przypomni sobie ten dzień, może ją spyta, a może powie, wiesz, wszystko mi się w tobie podoba.
     Kelnerka postawiła przed Luizą zamówione danie. Sałata była oprószona kawałkami innych warzyw, wypatrzyła fioletową rzodkiewkę z białymi plamami na obu końcach, wyglądały jak biegun zimna pokryty lodową czapą. Wsunęła rzodkiewkę do ust, rozpołowiła ją jednym ruchem zębów, biała ściana rzodkwi była świeża i zachwycająca, pachniała apetycznie, a wyglądała jeszcze lepiej. Dokonywała dalszego podziału jej cząstek, przesuwałam językiem małe kawałki w jedną i drugą stronę, delikatnie, i jeszcze raz, biała miazga oddawała swój smak. Żółta cząstka cytryny rozświetlała zieleń sałaty, włożyła do ust frytkę, zrumienioną, chrupiącą, jak to określała babka?
   – Łącz smaki, łącz słowa z tym, co one oznaczają.
     Tak więc łączyła smaki i wiązała słowa, wyplatała ze smaków wianki.

     W południe siedzi  przy stoliku. Obserwuje jak z główek portu wychodzi pilotówka. Za chwilę zaczyna wyłaniać się statek, sylwetka wydaje się znajoma. Wysoka, biała ściana, prostokątne kluzy, napis na dziobie, który z tej odległości jest tylko rzędem znaków, nic jeszcze nie mówi. Dopiero czerwień szalup na żurawikach i komin z ogromną literą S upewnia ją, że ma przed sobą Stena Line. Przez pół godziny prom będzie w zasięgu jej wzroku, później zniknie za Helem, gdyby był przezroczysty, widziałaby, jak zawraca, zdąża do Szwecji wzdłuż Półwyspu Helskiego.
     Za statkiem ciągnie się kilwater – wstęga białej piany z jednej strony, wstęga białej piany z drugiej strony i środek ozdobiony witrażem. Smugi piany wprawione przez śrubę w ruch wirowy tworzą na wodzie białe kręgi. U góry witraża kręgi są solidne, widać zamysł artysty i jego zdecydowanie. Później są cienkie, kruche, rozmywają się, wyglądają jak szkic ornamentu. Jeszcze niżej tworzą wybrzuszenia drogi, białe kręgi wyznaczają jej skraj, kręgi witraża znikają ustępując miejsca granatowi morza i znowu niechlujnie położony krawężnik z piany.
     Teraz droga wygląda jak wielki trapez, którego oś wyznacza kilwater statku, jego ramiona oznaczone są falbankami fal z obu stron, podstawę trapezu tworzy brzeg. Piana nie może wyjść poza ramy wyznaczone przez śrubę statku napotykając na ruchomą ścianę rozpędzonych cząstek wody. Zawirowania powoli wytracają prędkość, piana opada lub znika i tylko byle jak zbudowany gościniec przypomina o statku.
     Na promenadzie wokół zespołu śpiewającego szanty zbierają się ludzie, dobiega fraza został po żeglarzach kilwater pijany szczęściem.
     Dopija kawę i wychodzi z wierszem Barańczaka o porcelanie. No właśnie, kto  powiedział, że wolno się przyzwyczajać do czegokolwiek? Ciesz się dzisiejszym niebem i morzem!
    
     
Pokład to nazwa knajpki w Gdyni, która mieści się obok Mingi, w której codziennie pije kawę i obserwuje morze. Zwabił ją do niej akordjon, jak mawiał Zdzisiu z jej podwórka w dzieciństwie. Ktoś grał na akordeonie. Jasny sopranowy dźwięk rozświetlał niebo, wisiał w powietrzu i niepokoił. Był delikatny jak mgiełka. Akordeonista prowadził melodię pewnie i spokojnie. Po chwili zmienił rejestr i dźwięk spotężniał. Akord dźwięczał tak, jakby wykonawca zauważył znak fermaty, która w dowolny sposób przedłuża jego trwanie. Dźwięk na chwilę przycichł, za moment pojawił się sopran i melodia podtrzymywana przez basy. To one nadawały jej pulsację, wyznaczały rytm, dynamikę, tempo. Pięknie, znała tę melodię. Nakarmię wami rybki, nakarmię wami rybki, nikt po was nie zapłacze – nuciła.
     Można byłoby myśleć, że to socrealizm stworzył modę na dzieła będące pochwałą pracy – murarz domy buduje. To wtedy powstała moda na bicie rekordów wydajności, moda na stachanowców i pionierów. W socjalizmie widziało się robotników we wspólnym trudzie pracy, którzy na znak hej raz, hej raz – podejmowali wspólny, rytmiczny wysiłek. To była socjalistyczna szanta. Hej raz – podawał rytm brygadzista.
     Hej raz, hej raz, pieśń pracy. Bo przecież szanta jest pieśnią pracy. To sposób na synchronizację wysiłku wielu ludzi. Żeglarze stworzyli świątynię pracy z prostymi zasadami moralnymi. Szanta była nieodzowna do pracy przy kabestanie, gdy wielu ludzi podnosiło kotwicę. Dziś są windy i wciągarki do wybierania lin i łańcuchów kotwicznych.
      Stare żaglowce nie miały wind, miały urządzenia podobne do kieratu. W górnej części bębna były powtykane drewniane uchwyty – handszpaki, jeden handszpak obsługiwało nieraz kilku ludzi. Wielkie statki żaglowe miały kabestany piętrowe, a przy rwaniu kotwicy z dna pracowała często cała załoga. Po to, by zsynchronizować tempo i wysiłek potrzebny był szantyman, śpiew wykonywano a capella, jak w kościele prawosławnym – kto śpiewa, dwa razy się modli, a także wyraża swój zachwyt i wiarę. Wszystkie te warunki spełniały szanty.
     Szanty posiadały specyficzne tempo, podziały rytmiczne i akcenty. Do rwania kotwicy, do falowania żagli, do pomp oraz do innych prac.
     Tak samo jest w poezji, gdzie musi być tempo, rytmika, jeśli nie jest to wiersz biały. Haiku tu by się raczej nie nadał.
      Luiza siedziała, słuchała szant, myślała o morzu i ludziach morza. Lubiła ten sposób narracji o ich życiu i pracy, o konieczności dokonywania trudnych wyborów w sytuacjach ekstremalnych. Morze nie wybacza błędów, a granica między dobrą a złą decyzją jest bardzo wąska.
     Myślała o babce, która lubiła chodzić na plażę i patrzeć na morze, czasami zastanawiała się, jak żyją ludzie, którzy nad morzem nie mieszkają.
 
     Bulwar prawie pusty. Pogoda barowa. W nocy padało i pewnie będzie padać. Lubi jak jest cicho i nie ma ludzi. Można spokojnie siedzieć i patrzeć na ptaki.
     Niebo szaroniebieskie, chmury wyglądają jakby ktoś odwijał z beli białą tkaninę, a ta nieopatrznie wysunęła się z rąk i odwinęła sama tworząc długi, biały pas. Odcinek białej wstęgi przy końcu nieboskłonu zaczyna się marszczyć tworząc łuki mostów, blednąc i szarzejąc przy tym.
     Linia horyzontu lekko zaznaczona o ton ciemniejszą od nieba kreską, delikatny makijaż. Morze gładkie, wypolerowane do połysku, woda ciężka, opalizująca.
     Fala dosięgając brzegu nie pieni się, nie protestuje głośnym szumem, tylko delikatnie rozlewa się po nim. Brzeg wygląda jak skórka pieczonego jabłka powleczona lukrem. Delikatna, gładka powierzchnia jak lustro, na której maleńkie owale piany przypominają okruchy cukru, który jeszcze się nie skarmelizował.
     Nad morzem ptaki krążą po niebie. Nie lecą w określonym kierunku tylko krążą.
     Widziała kiedyś, jak chmara szpaków jesienią zbierała się do odlotu. Wirowały w powietrzu, a nowe dołączały do nich. Ptasia chmura gęstniała coraz bardziej, nabrzmiewała, aż osiągnęła masę krytyczną, zaczęła wyglądać jak wrzeciono, które zaczęło się oddalać.
     W podobny sposób zachowywały się mewy. Dwa stada, jedno na niebie, drugie w szklistym odbiciu wody. Horyzont wyznacza oś symetrii. Mewy krążą zgodnie z kierunkiem ruchu zegara, jak na karuzeli z madonnami:
drgnęły madonny
i orszak stukonny
ruszył z kopyta
     Pewnie w kierunku ryfu mew lub jak mówią tutejsi rewskiego szpyrku.
     Była kiedyś w Rewie, wędrowała po piaszczystej łasze dobry kawałek w głąb morza, z jednej  strony płytka Zatoka Pucka, z drugiej Zatoka Gdańska, a środkiem biegnie Ryf albo Rewa, jak kto woli. Co roku organizowany jest Marsz Śledzia z Kuźnicy do Rewy.
     W oddali widać żagielki małej flotylli, przy której jest instruktor w motorowej łodzi, żeglarze mają po parę lat, stąd ta stała opieka. Ćwiczą zwroty żeglując po trójkącie, trwa to pól godziny i powrót do mariny, tam czeka druga grupa żeglarzy. Wypłynięcie, ćwiczenia i powrót. Łódki podpływają do schodni i są wyciągane w wózku na brzeg.
     Lubi patrzeć na ich młodzieńczy zapał. I uśmiechnięte twarze. Kiedyś Kornel Makuszyński napisał, że uśmiech jest wart połowę pocałunku. Jeśli naszą uwagę skupiamy na negatywach, to je do siebie przyciągamy. Skupiając się na dobrostanie, radości i miłości  – też dostajemy go więcej. Dla każdego powód do uśmiechu może być inny. Niektórzy są wiecznie niezadowoleni, a inni po prostu kochają świat za dobre słowo.
     Czasami trzeba kupić sobie bilet do Luwru, aby popatrzeć na uśmiech Mony Lisy. Zdarzają się i takie osoby, które będąc już w owej świątyni sztuki, wolą posiedzieć na krześle przy wejściu, mówiąc, wy sobie idźcie pooglądać, a ja odpocznę. Może to jednostkowy przypadek, ale była na tej wycieczce.
     Ludzie przychodzą do mariny dla klimatu, jaki w niej panuje. Właściciele jachtów spędzają czas na pokładzie z rodzinami albo znajomymi.
     Niektórzy od tego mają działkę. Mimo wszystko działka tak ma się do mariny, jak brylant do brylantyny.
    
     Słońce zachodziło. Latarnie wyznaczały regularne łuki z obu stron, jeden zakończony światłem mariny, drugi krzywizną bulwaru.
     Przede Luizą rozpościerał się widok mostu. Ciemna ściana bulwaru zawieszona nad odbiciami świateł, żółte smugi odbitego światła poprzedzielane ciemnymi, wąskimi pasmami wody, właśnie one tworzyły podpory mostu przerzuconego nad morzem światła.
     Nad wielkimi połaciami wysadzanymi rudbekią błyskotliwą, kwiatem o żółtych płatkach – w ogrodzie takie kwiatki wyglądają jak ciasteczka z ciemnobrązową kroplą nadzienia, wysokie łodygi i charakterystyczne liście upodabniają je do “marychy”.
Później nieco ciemniejsze gerbery całe żółte i świetliste. Narcyzy wybujałe, którymi zostały zaznaczone okna budynków oddzielających marinę od skweru, małe żółte kwiatuszki upięte jeden nad drugim i jeszcze jeden.
     W dali na budynku wieżowca czerwienią się gerbery świateł ostrzegawczych, ktoś powtykał je niedbale. Może jakiś młody chłopak wracający z niedoszłej randki porzucił je, chcąc w ten sposób odreagować swoje niezadowolenie.
     Dalej połacie tulipanów, sasanek, stokrotek, starannie utrzymane gazony wiszących ogrodów, kwitnących stoków, murków i kaskad.
     Most biegł prosto przez zatokę pięknym sierpem: Tańczą panowie niewidzialni na moście w Avignon.
    Była coraz bliższa odpowiedzi na pytanie babki, jak myślisz, z czego składa się plaża? Domyśliłam się teraz o co ją pytała. Most przez jej Morze Sargassowe wiódł ją prosto do celu.
     Na bulwar przyjechała tramwajem. Niektórzy mają powiedzenie „Czy widzisz tramwaj w swoim oku?” Różni się ono znacznie od przypowieści biblijnej o źdźble w oku bliźniego. Za to ten tramwaj wyolbrzymia aż do absurdu nasze niedoskonałości, które ów bliźni raczył był zauważyć. Właściwie tramwaj w oku wziął się z przejęzyczenia i jego mknięcie po szybie zauroczyło ją. Wzięła nawet czystą szmatkę i wypolerowała szybę do połysku.  A niech tam, niech sobie mknie, pomyka, kręci ósemki, a na pętli wesoło dzwoni budząc mocno zapóźnionych  pasażerów. Ma kolegę, który nie znosi konduktorów, kiedyś jej to tłumaczył, ale nigdy nie przykładała do tego żadnego znaczenia, bo po co? Zresztą on nie lubi także kanarów, może kiedyś jechał na gapę i musiał zapłacić karę? Odkąd jednak tramwaje mkną po jej szybie, nie życzy sobie, żeby konduktor zachowywał się jak zwykły ordynus. Na pętli tramwajowej dzwonek ma dzwonić na wesoło, dzwonić tak, żeby wszystkim życie wydało się piękne.

     Koniec sierpnia. Chłodniejsze ranki. Luiza siedzi przy stoliku i pije kawę.
   – Dzień dobry – poznaje głos znajomej.
   – Dzień dobry – odpowiada – mam dla pani ten przepis na przepiórki – dodaje.
  – Już straciłam nadzieję, że panią zobaczę, jutro wyjeżdżam.
  – Zanim podam przepis, muszę panią przestrzec – mówi Luiza.
  – Zanim podam przepis, muszę panią przestrzec – mówi Luiza.
  – Przed czym?
  – Spożycie tego magicznego dania spowodowało istny orgazm u biesiadników, wydzielało tak pociągający zapach róż i miłości, że działało jak feromon.
  – To co pani radzi?
  – Zastosować przepis w ostateczności, tylko wtedy, gdy poczuje się pani niekochana.
  – Ma pani ten przepis przy sobie?
  – Mam, a pani ma pani kartkę i długopis?
  – Mam.
Proszę pisać: do przepisu przepiórki w płatkach róży należy wziąć:12 róż najlepiej czerwonych, 12 kasztanów, 2 łyżeczki masła, 2 łyżeczki mąki kukurydzianej, 2 krople esencji różanej, 2 łyżeczki anyżku, 2 łyżeczki miodu, 2 główki czosnku, 6 przepiórek
Po oskubaniu i wypatroszeniu przepiórek wiąże się im nogi, żeby zachowały wdzięczną posturę a potem smaży się je na maśle oprószając solą i pieprzem do
smaku. Oberwane płatki róży uciera się w kamiennym moździerzu razem z anyżkiem. Osobno sieka się kasztany, obiera z łupinek i gotuje. Następnie robi się z nich puree. Ząbki czosnku kroi się drobniutko i smaży na maśle na kolor złoty, gdy staną się szkliste dodaje się do nich puree z kasztanów, miód, płatki róż i sól do
smaku. Sos można zagęścić mąką kukurydzianą. Na koniec dodaje się esencję różaną i doprawiony sos i zdejmuje z ognia. Przepiórki wkłada się do sosu tylko na dziesięć minut, żeby przeszły smakiem i wyjmuje. Potem kładzie się je na półmisku, polewa sosem i dekoruje umieszczając świeżą różę w środku, a różane płatki po bokach.
     Gdy pasjonatka kuchni skrupulatnie wszystko zapisała, spytała.
   – Czy próbowała pani danie to przyrządzić?
   – Nie, bałam się.- mówi Luiza i myśli, że człowiek musi być naprawdę zdesperowany, gdy znikąd pomocy, wtedy tylko może zdać się na igraszki losu.
   – Zapewniam, że musiałby się zdarzyć cud taki, jak w Kanie Galilejskiej, żeby dać posmakować tego dania wszystkim zdesperowanym na mojej ulicy – mówi pani –  jakby czytała w jej myślach – musiałabym założyć garkuchnię, ale co mi tam! Zaprosiłabym tylko moje serdeczne przyjaciółki w najgłębszej tajemnicy. Zdobędę przepiórki.- w jej głosie brzmi zdecydowanie
   – Szkoda tylko, że nie dowiem  się o wynikach eksperymentu, skoro pani  jutro wyjeżdża
    – No tak, jutro już wracam do domu, ale będę tu za rok, a pani?
    – Może też, ale kto to wie?
  
     Dobrze, że Luiza nie miała na stoliku Moskwy Pietuszki Wieniedikta Jerofiejewa, w którym prozą poetycką opisał podróż z Dworca Kurskiego w Moskwie do Pietuszek, zwolniony z posady brygadzisty z powodu swego alkoholizmu oraz za opublikowanie indywidualnych harmonogramów przedstawiających ilość spożywanego alkoholu przez poszczególnych pracowników przed i w godzinach pracy. W pociągu bohater wygłasza monologi dotyczące alkoholu, filozofii, historii, kultury i polityki, a także rozmawia z innymi towarzyszami podróży, śpiewa z nimi i oczywiście pije wódkę.
     Nic więc dziwnego, że podaje też przepis na Łzy Komsomołki: lawenda 15 gram, werbena 15 gram, woda kolońska Las 30 gram, lakier do paznokci 2 krople, płyn do płukania ust 150 gram, lemoniada 150 gram – z komentarzem: Składniki należy w ciągu 20 minut mieszać gałązką wiciokrzewu, napój doskonale aromatyczny, pity w dwóch porcjach na przemian odbiera dobrą pamięć i zdrowy rozsądek.
     Wątpliwe jednak, aby miłośniczka przepisów była nim zainteresowana.Cóż, Wienieczka korzystał  z dostępnych mu składników, ponieważ bogaty w ogóle nie był, a mimo to na pewno miewał chwile szczęścia.
    
     Niektórzy twierdzą, że wtedy jest się bogatym, kiedy się nie wie, ile ma się pieniędzy. Inni twierdzą, że wtedy jest się szczęśliwym, kiedy wszystko się udaje.
     Są też szkoły opozycyjne, które łączą powyższe nurty i robią groch z kapustą. Zdanie typu „pieniądze szczęścia nie dają” prezentuje typowe pomieszanie z
poplątaniem. Jak pani wyjdzie za pana z pieniędzmi to będzie nieszczęśliwa?  A jak panienka będzie goła jak święty turecki, to pan osiągnie szczyty szczęścia?
     Kiedyś Chandler, twórca czarnego kryminału opisał kobietę, która wszystko ma, ale nic jej nie cieszy, konkluduje to tak „żona hydraulika cieszyłaby się bardziej z nowych firanek, niż ta z nowego samochodu”. Według tej teorii wszystko zależy od punktu odniesienia.
    
     Pali się jak cholera! Dzisiaj Luiza na bulwar poszła późnym wieczorem. Stanęła przy murku bulwaru i właśnie tak jej się wyrwało. Pali się jak cholera. Czuła się jak
piromanka. Cieszył ją rząd zapalonych latarń bulwaru. Patrzyła w jedną i w drugą stronę, jak ten osiołek, co mu w żłobie dano.
     Brzeg wygina się z obu jej stron. Przesuwa wzrokiem po łuku, w Sopocie rozbłyska latarnia, łuk zagina się jeszcze bardziej, na jego końcu widzi dźwigi portowe w Nowym Porcie. Z drugiej strony łuk wyznaczają światła palące się na skwerze Kościuszki.
     W prześwicie między Akademią Morską a Akwarium rufa statku. Cztery punkty świetlne zamontowane na tym budynku wyglądają jak bulaje. Jasny pas falochronu z zielonym światłem imituje dziób statku. Statek ten nigdy nie popłynie.
     Błyskają główki wejścia do mariny, główka wejścia do portu zapala się na czerwono. Motorówki wracające do mariny też niosą światła. Jedna za drugą wpływają do portu i czerwony sznurek światełek znika.
     Długo musiała się wpatrywać w latarnię w Helu aby dostrzec jej światło,
przesłaniały ją wypływające statki, w których zapalone światła mąciły obraz.
Jeszcze raz zrobiła inwentaryzację latarń.

     Chmury wyglądały jak cepeliny. Nie wiedziała skąd akurat przyszły jej do głowy? 
     Może dlatego, że przygotowanie ich było misterium, niezmiennym rytuałem, takim samym jak ruch chmur na niebie. Ona rozumiała je bardzo smacznie, na samo ich wspomnienie poczuła się jak Puchatek, który pomyślał o małym conieco. Kto dzisiaj robi cepeliny?
    Babka jej robiła, i to jakie!
  – Co najbardziej lubisz jeść? – pytała.
  – Babciu, po co pytasz, przecież wiesz.
    Te śmieszne kluski pachniały tak, że ich zapach mógłby unieść dach domu.
  – Znam twój przepis – zaśmiewała się, przepis babki był zabawny.
  – Może mi powiesz, co cię tak śmieszy? – ona nie rozumiała jej rozbawienia
  – Znam początek przepisu – podskakiwała jak wróbelek – Idź i wybierz porządne ziemniaki.
    Potem babcia obierała ziemniaki, wstawiała połowę z nich do garnka i gotowała.
  – Bierz się za tarkę – dyrygowała.
     W czasie, gdy mała Luiza tarła drugą połowę ziemniaków, ona podsmażała cebulkę na złoto. Później dodawała mięso, podsmażała, doprawiała solą i pieprzem. W chwili gdy rozcierała w dłoniach majeranek, mała wiedziała, że moment przygotowania mięsa dobiega końca.
  – Utarłaś ziemniaki? – pytała babka.
  – Przecież widzisz, że już kończę – odpowiadała z lekka urażona jej napomnieniem.
  – Już dobrze, dobrze – mitygowała się – Odcedź je i zaczniemy łączyć jedno z drugim, miała na myśli połączenie puree ziemniaczanego z odcedzonymi, utartymi
ziemniakami. Dodawała mąkę, nadziewała mięsem przygotowaną masę
ziemniaczaną i formowała ją w zgrabne, białe cepeliny. To była jej tajemnica, białe cepeliny – dodawała odrobinę kwasku cytrynowego i ziemniaki nie ciemniały.
Luizka śledziła postępy przygotowania.
  – Babciu i najważniejsze, zapomniałaś? Boczek, boczek – przypominała, jej słabością był apetyczny boczek, nie zapominała o nim pachnącym, wiszącym w spiżarni – pokroić boczek? – pytała.
  – Pół zjesz nim trafi na patelnię – babka przewidziała jej ruch, jak dobry szachista.
 – Jesteś niesprawiedliwa – dąsała się.
    Babka sprawnie kroiła boczek i wrzucała na patelnię. Czasami udawało jej się skubnąć skwarkę.
  – Nie podjadaj – słyszała.
 – Taka mała skwareczka – wykonywała ruch palcami, pokazując jaką małą zjadła.
     Luiza uśmiechnęłam się sama do siebie na to wspomnienie.
     Do osolonej wody babka wrzucała przygotowane cepeliny, starannie mieszała co jakiś czas wodę w garnku nie dając kluskom szansy na sklejenie się.
     Ugotowane wykładała na duży talerz aby obciekły.

    
    Po spacerzenad morzem Luiza czas spędza w przytulnym pensjonacie, w którym mieszka podczas pobytu w Gdyni. Siedzi na obszernym balkonie i myśli, jak piękne to były czasy, gdy widok kaczek pływających po parkowym stawie łączył się w jej pamięci z tęczą i z Johny Walkerem.
     Koty żyły w zgodzie z psami, a ona zamiast encyklopedii miała ojca, który wiedział o wszystkim i wszystko potrafił wytłumaczyć. Nigdy nie złościły go jej dziecięce pytania. Nigdy nie starał się zbyć ją byle jaką odpowiedzią. Jedynym ustępstwem było to, że odpowiedzi czasami były udzielane ze zwłoką.
  – Pamiętasz, jak pytałaś mnie o tęczę? – spytał pewnego dnia.
    Kiwnęła głową na znak, że pamięta i wtedy usłyszała od niego opowieść o tęczy i Johny Walkerze.

On czekał. Czekał już któryś dzień z rzędu.
Wczoraj padało. Powinna się pojawić. Tyle razy czekał na nią.
Ona pojawiała się jak zawsze piękna i znikała. Nie mógł przewidzieć, jak długo zabawi. Za każdym razem jednak podejmował swój trud.
Było to jego obsesją.- zobaczyć świat z góry.
Nie wiadomo skąd mu to przyszło do głowy. Faktem było, że odkąd pamiętał, chciał się wspiąć na sam jej szczyt. Ile razy próbował tego dokonać, tyle razy przedsięwzięcie to kończyło się niepowodzeniem.
Z początku myślał, że to wina koloru łuku, po którym się wspinał. Doszedł jednak do wniosku, że to nie miało znaczenia.
Wszyscy wokoło wiedzieli o jego pasji. Miał nawet przezwisko, z początku wstydził się tego. Później zaczął być popularny i przyjaźń z nim, z Johny Walkerem, zaczęła być w cenie. Imieniem tym ochrzcił go stary delfin.
Dlaczego konik morski miałby nosić taką ksywkę? Nie mógł tego dociec. Na pytanie zadawane ojcu chrzestnemu słyszał, to imię do ciebie pasuje.
Stał i czekał.
Wreszcie się ukazała. Wspaniała i piękna tęcza.
Odczekał chwilę i zaczął się wspinać
.

  – Tato, powiedz czy konik morski dotrze na szczyt tęczy i czy zobaczy świat z góry, tak jak zamarzył? – spytała.
     Ojciec przyciągnął ją do siebie i pogłaskał po głowie.
  – Nie wiem czy zrozumiesz, jak zbudowana jest tęcza. Otóż zbudowana jest ze światła i wcale nie są to porządne promienie światła, złote, solidne, jak liny, które
podtrzymują lub tworzą konstrukcje. Widziałaś jak zbudowany jest most, ten obok naszego domu, którego górny łuk wygląda jak łuk tęczy?
   – Widziałam – odpowiedziała zgodnie z prawdą – jeżdżą po nim samochody.
Nie rozumiała, co ma wspólnego łuk mostu z łukiem tęczy.
    – Łuk mostu zbudowany jest ze stali, ze specjalnego żelaza – wyjaśnił – a tęcza zbudowana jest ze słonecznych promieni, w dodatku rozszczepionych przez kropelki
wody. Teraz rozumiesz, że materiał, z którego zbudowana jest tęcza, nie jest zbyt mocny.
     Wyjaśnienie ojca namieszało jej w głowie. Opowiastka o koniku morskim była interesująca, nawet bez zakończenia.

     Gdy matka była zajęta szyciem w swoim pokoju, Luizka siadała na krześle obok niej i wpatrywała się z uwagą, jak ona naciska pedał maszyny do szycia Singer, jak przeciąga materiał na blacie, potem przelicza centymetry, przykłada do materiału papierowe wykroje, zaznacza mydłem linie proste i przerywane, jak nożyczkami tnie materiał. Potem łączyła wykrojone części szpileczkami, fastrygowała je, oglądała uważnie ze wszystkich stron, kładła na blat maszyny, naciskała nogą pedał i zszywała. Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby się pomyliła. Niepotrzebne skrawki materiałów wrzucała do kosza obok, a córka je zbierała.
  – Po co ci one? – spytała matka któregoś dnia.
  – Chcę uszyć sukienkę mojej lalce – oznajmiła.
  – Naprawdę? – matka z rozbawieniem, ale i uwagą popatrzyła na nią i pouczyła, że igłę po szyciu trzeba wpiąć w poduszeczkę w kształcie serca, która leżała obok, aby się nie skaleczyć.

     Lalka miała niebieskie, szklane oczy, czarne rzęsy, długie blond warkocze i krakowski strój. Nic dziwnego, urodziła się w Cepelii.
     Ona zapragnęła zrobić z niej księżniczkę. Rozebrała ją do rosołu, jak mówiła matka, zawsze lubiła jej jędrne powiedzonka i przysłowia, i przyglądała się malutkim majteczkom, haleczce, spódniczce w kolorowe paski, bluzeczce i kubraczkowi. Wykroiła z różowego szyfonu spódnicę i bluzkę, zszyła je i w ten sposób powstała sukieneczka.
     Matka upewniwszy się, że córka ma dryg do szycia, udzielała jej potem wielu fachowych rad i w końcu niepostrzeżenie stało się tak, że potrafiła uszyć to i tamto.

     Ojciec i matka potrafili opowiadać o świecie!
     Ojciec chodził twardo po ziemi, ale i bujał w obłokach.
     Matka też chodziła twardo po ziemi, ale lubiła także zagłębiać się w świat snów, przeczuć i energii. Potrafiła wszystkie zjawiska, zdarzenia, spotkania, wielkie kłopoty
albo wielkie radości zinterpretować i nadać im właściwy sens i rangę. Niby nic takiego, ale potrafiła wielką katastrofę rodzinną sprowadzić do niewinnej porażki, którą można albo przeboleć albo naprawić.
     Nic dziwnego, że przychodziły do niej sąsiadki pod pretekstem wypicia wspólnie kawy, albo bez zbędnych ceregieli domagały się wytłumaczenia snu czy zaistniałego zdarzenia. Sposób interpretacji przez nią ich zdarzeń sennych był dla nich niezrozumiały. Ona wszystkie sny zamieniała na szereg symboli.
     To tak, jak muzyk zapisujący melodię nutami, amator nie zrozumie jej tempa ani rodzaju, dopiero gdy ją usłyszy, okazuje się, że jest to znana melodia.
     Oboje byli z tego i nie z tego świata.
    
     Tego dnia na niebie chmury jak ściany warownego zamku, horyzont znika pod ich ciężarem, woda zamknięta w kolorowej niecce. Przypomniała sobie, jak babka mówiła, co to jest horyzont.
   – Horyzont jest to linia, której nie ma!
     Nie brzmiało to zbyt naukowo i wynikały z tego konsekwencje. Na pytanie, co by było, jeśli ktoś zechciałby przechylić ziemię leciutko…ona znała odpowiedź.
  – Wtedy cała woda wylałaby się!
    Dopiero teraz zrozumiałam doniosłość babcinego odkrycia. W innych krajach nazywa się to odpływem, ale skąd jej wiedzieć, kto tam przechyla ziemię?
     Woda przelewała się za horyzont, ale!…pomyślała, jak babka, jeśli w miejscu horyzontu będą ogromne chmury, wtedy woda nie wyleje się, zatrzyma ją ta ściana. Tylko wtedy można stanąć na kamieniu i pochylać ziemię raz w jedną, raz w drugą stronę. Dzisiaj były idealne warunki, żeby rozkołysać morze!

     Stanęła na sporym kamieniu, woda zaczęła płynąć w kierunku chmur, spiętrzała się na ich ścianie, dowodem na to była mgiełka wody, która utworzyła tęczę. Kula ziemska pochyliła się, czyżby babcia miała rację? Teraz woda biegła w stronę molo, rozbijała się na kamieniach i strzelała w górę białymi strugami piany. Chciała zobaczyć jak wielka masa wody uderza o krawędź nieba rozbijając się o niebieskie izbice, wielkie białe ostrogi. Stanęła z drugiej strony kamienia. Woda uderzyła z impetem w mur bulwaru, łódki zaczęły się kołysać. Czuła na języku słone kropelki wody delikatnej mgiełki, mogła się w niej skryć. Teraz woda uderzyła z impetem w molo. Ludzie patrzyli na morze zaciekawieni, nie było aż tak silnego wiatru. Czuła się wszechmogąca!
    – Co by się stało, gdyby ściana chmur nagle znikła, gdy przechyla się ziemię? – zapytała kiedyś babkę..
– Wtedy jest najlepszy moment – odpowiedziała – każdy żyje tyle czasu, przez ile przesypuje się piasek w jego klepsydrze, piasek ten dobry Bóg bierze z samego dna
oceanu, aby był czysty i złoty.
– Nie łatwiej byłoby mu brać piasek z pustyni?
– Jak myślisz, co się staje z klepsydrami, w których ziarenka piasku zastygły w bezruchu?
– Nie wiem.
– Piasek z nich zostaje wysypany na pustyniach, a stamtąd wiatr przywiewa go nad morze.


Ludmiła Janusewicz, Motyl na patyku, Wydawnictwo Pisarze.pl, 2022, s. 163

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko