Jerzy Stasiewicz – Gesty w poezji Juliusza Wątroby płomieniem… zastygłym w krysztale szklanego lodu.

1
52

     Ale do rzeczy. Juliusz Wątroba   poeta znany mi od dziesiątków lat. Początkowo z pism literackich; „Radar”, „Poezja”, satyrycznych; „Szpilek”. Tygodnika młodzieży wiejskiej „Zarzewie”. Z tomów poetyckich kupowanych w księgarniach, domach książki. (Były kiedyś takie sklepy z literaturą?!). Przemawiający językiem własnym, stanowczym, dźwięcznym z pewną osnową dykcji regionu (Śląsk Cieszyński).  Osobny… mimo, że czerpiący z dorobku  klasyków i sobie rówieśnych. Drukowany często co wtedy – nie to co dziś – zaświadczało o talencie.
     Poznać prawdziwego poetę, marzył chłopak z małopolskiego Trzonowa, wypisujący słupki wyrazów w matematycznym zeszycie (kratkowany) i widzący w mrokach jesiennej nocy swoje nazwisko drukiem.
     Minęło trzy dekady, Broumov, Czechy. Na szerokich, wydeptanych, kamiennych schodach benedyktyńskiego klasztoru mijam krasnala.
     – Wskakuj pan na torbę, zaniosę – proponuję usłużnie.
     – Ty wieżowiec ja i bez lektyki trafię… że będziesz szedł okrakiem !!! Juliusz Wątroba – wyciągnął do góry dłoń na przywitanie.
     – Ten Juliusz Wątroba ??! – zapytałem doszczętnie zbity z tropu.
     – Wątrobę ma się jedną – odrzekł.
     – To „Opat” w dużym kuflu, będzie dla mnie zaszczytem. Zapraszam po prezentacjach.
     Poeci lubią napój zakonny, kontemplację opróżnianej beczółki, powab kwitnącego chmielu. Fale pnączy wracając do pokoju.
     Juliusz od urodzenia – 1954 rok – nierozerwalnie związany z Rudzicą (nazwa od rudej wody w rzece). Poeta, prozaik, satyryk, kabareciarz… doświadczyłem ciętych, celnych ripost. W co trudno uwierzyć opublikował 55 książek: – ponoć jest dopiero w połowie – poezje, satyry, fraszki, aforyzmy, powieści, opowiadania, felietony, reportaże. Autor musicali, spektakli, programów kabaretowych, tekstów pieśni i piosenek autorskich. Szeroko tłumaczony w Europie. Wiele lat współpracował z Polskim Radiem. Członek kabaretu TON, założyciel i autor kabaretu FANaberie. Czasami aktor teatralny i filmowy. W zespole redakcyjnym kwartalnika lit.-art. POST SCRIPTUM (Londyn) Pozazdrościć daru weny, pracowitości i wiary w czytelnika.
     Mam teraz wielką przyjemność czytać/studiować   Gesty (2022) ostatni tom poezji Julka Wątroby wydany przez „Compal” Patrycji Kosowskiej. Okraszony fotografiami Anny Krzysztof, rzeźb Bronisława Krzysztofa. Julek we fragmencie wiersza „Zanim” mówi tak:

Zanim zgasnę
muszę płonąć
tak jak życie
wielkim ogniem

Widzimy, poeta wyczekuje łodzi Charona, ponurego starca ze szczeciniastą siwą brodą, w stroju niewolnika i okrągłym kapeluszu (bezwiednie staje mi przed oczami autoportret Vincenta van Gogha) przewożącego łodzią dusze zmarłych przez rzeki Hadesu – Styks i Acheron. Był chyba niedawno w życiu poety czas wskazujący tamtą stronę. Dobrze, że udało się zawrócić. I nie wygasło zamyślenie twórcze, które św. Tomasz definiuje: „Wolnym jest bowiem ten, kto stanowi przyczynę dla samego siebie, niewolnikiem – kto należy do drugiego”.1 Józef Tischner w „Świecie ludzkiej nadziei” wyjaśnia: „Doświadczamy wolności jako wartości, czasem pozytywnej, czasem negatywnej, w stosunku do której musimy zająć jakąś postawę. Nie można uciec od wyboru, bo ucieczka już jest wyborem”.
      Tu za wierszem „Płomienie” podążyć muszę w stronę Prometeusza praprzodka poety, ale najpierw wyimki liryka:

Płomienie we mnie
Te co już zgasły i jeszcze nie wybuchły
Płonę cały tymi co teraz
od włosów po myśli i przeczucia
Bez przerwy
Nie gasnę nawet na chwile snu
który też płomienny
wielobarwnymi jęzorami zdumień
rozpala noce i gasi dni

(…)

Wiatr wiejący nie wiadomo skąd i po
co trzeźwym dniem i pijaną nocą
nie daje zgasnąć
skulić się w iskry
w popiół którym posypałbym głowę
i te myśli tak bezwstydnie kolorowe:
niebieskozielone od miedzi
żółtopomarańczowe od sodu
zielonożółte od baru
a czerwone
najczerwieńsze
od miłości niespełnionej
– tej co była i nie będzie

Płomienie płomienie
(…)
otulają przerażają
i rzucają w przepaść piekła
(…)

      Cały tom Gęsty będący odnośnikiem/podsumowaniem ostatnich jakże dramatycznych przeżyć poety potrzebuje dopowiedzi – ukorzenienia mitologicznego – w aspekcie personifikacyjnym.  Wiemy przecież, że Prometeusz ulepił człowieka z gliny pomieszanej ze łzami. Obdarzył duszą z boskiego ognia, którego kilka iskier ukradł z rydwanu Heliosa. Podobno oświetleniowych? Bo napędem były cztery białe konie. Kąpane – jednak zachód – w Okeanosie. Po codziennym przemierzaniu nieba. Ów człowiek (jak my dzisiaj) był o wiele słabszy od tytanów (nie dotyczy pracy Juliusza). Trzy razy niższy (to by się zgadzało). A ciało ledwo trzymało się na nogach. Jakie to prawdziwe, dotykające nie tylko wyrobników pióra.
    Juliusz Wątroba przemyca ogień swojej poezji – nie w pustym wnętrzu łodygi kopru – w motywach fałszywej topografii. Gdzie „terytorium umowne” okulbaczone słupkami granicznymi, skrótem jest zakłamaniem rzeczywistości. Jego „światło”, „płomień”, „tajemnica ognia”, „świeca”, „żar”, „ciemna i jasna gwiazda”, „twój, mój świat” jest poza zasięgiem „terytorium” i oceniane przez poetę jako miejsce najprawdziwsze. Za okowami granic sięga źródła poznania. „W szufladzie chowam / tylko ból” – wyznaje – którym pali fałszywe „mapy”, by dotrzeć do prawdy znaku ludzkiej wędrówki. W popiele odnajduje przeszłość (tajemnicę trwania), po której nie pozostał ślad odchodzącej mgły. Z tą jakże transcendentną smugą wspomnień. Teraz próbie ognia poddał umownie swoje „Życie nie z tego świata / bo z miłości i mądrości”. Ale i nie fantastyczny i wyobrażony ląd, lecz świat z naszymi zapędami:

My – iluzjoniści XXI wieku
czym jeszcze możemy zaskoczyć
gdy z niczego zrobiliśmy wszystko
z wszystkiego nic
z igły widły
z rzek rynsztoki
z raju betonową pustynię
gdy pokazaliśmy sobie na złość
języki ognia
napluli w twarz wirusami

Gramy na nosie marsze żałobne
po Hiroszimach
a radioaktywność w naszych głowach
już nigdy nie spadnie
bo w mózgach – węzłach gordyjskich –
wciąż się lęgną szalone myśli
podszepty diabła
o zdobyciu władzy za wszelką cenę
kobiety za umiarkowaną i przystępną
dla zniewolonych zapętlonych
i zamkniętych w kruchych porcelanach
istnień
bladych i przezroczystych
wśród bliźniaczych iluzjonistów
sztukmistrzów co dla poznania
urojonej prawdy
poświęcą wszystkie świętości
bo ciekawość – jak wiadomo –
jest pierwszym stopniem do piekła
a za nami wiele już tych schodów
a przed nami jeszcze więcej
do jeszcze bardziej piekielnych piekieł
z których już nie widać
oddalającego się nieba

Drogą poznania – poety z Rudzicy – stał się erudycyjny dyskurs wrażliwego obserwatora, zasiedziałego na swoich 24 arach. Ale zagłębiając się w szkatuły wierszy wędrujemy w najdalsze zakątki ziemi ze stałym punktem odniesienia.  W tym kontekście Gesty – dodam podzielone na siedem rozdziałów, oznaczone rzeźbą z szyldem tytułów, dla mnie nierozerwalna całość – jawią się jako sypiące żniwo ujęcia tego, co nie pomieści się  w poezji. To rys refleksji dojrzałego poety, których nie udźwignie już poetycka fraza.
    Juliusz Wątroba – szermierz ripost – jako poeta nie udziela prostych, szybkich odpowiedzi. Raczej stawia fundamentalne pytania o kondycję współczesnego – ale i wczorajszego – świata.  Obdarzony osobliwą plastycznością słowa, mocą poetyckiej wyobraźni, rentgenowskim spojrzeniem (świder w oczach), czerpie cebrem z zasobów kultury śródziemnomorskiej, ale i dalekowschodnia nie jest mu obca. Po mistrzowsku zna toposy, tropy, kody kulturowe. Świadomie je trawestuje. Nadaje własne sensy. Zestawia płomień (katharsis) z wodą (chaos, odrodzenie), pragnie pokazać, że istnieje świat innej wrażliwości, miejsca zapomniane, kultury, które przycichły, ale jeszcze tlą się płomykiem topolowego polana. On nas w swej poezji tam prowadzi. – „Rozpaczliwie szukam siebie w sobie / Posklejany z obcych myśli / poskładany z cudzych snów / chorych idei / Z odrąbaną świadomością / a doszytą przyszywaną zgodą / na wszystko co nie moje i obce // Lecz spróbuję przyjść do siebie / wrócić / myśl po myśli / słowo po słowie / krok po kroczku żebym poczuł / że ja to prawdziwie JA” – Powolutku. Zapomnianym gościńcem. Jakby się bał, że każdy niespodziewany gest spłoszy dzisiejszego człowieka. Pewnego siebie tylko w gigantomanii betonu, taflach lodowatego szkła, z komórką w dłoni. A poeta cały przesiąknięty jest myślą antyczną i ma odwagę powtarzać za Simonidesem:
 „Pamiętaj, że jesteś człowiekiem”. „Pamiętaj, że jesteś człowiekiem”.


1 Pisma wybrane, s. 136

Jerzy Stasiewicz

Juliusz Wątroba, Gesty, FP-W „Compal” Bielsko-Biała 2022, s.112.
     

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Kto by nie chciała poczytać o Julku. Dowiedzieć się więcej i więcej. Wszak to człowiek księga ciekawa i bogata pod każdym względem. Wszystko to ciekawe Jurku i dołożyłeś jeszcze do tego, co wiem, a wiem tak mało i szukam sposobu, by nadrobić to. Dziękuję za ten obszerny artykuł, cieszę się tak samo jak wszyscy co znają Juliusza Wątrobę.. I pewnie przeczytam jeszcze raz…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko