Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
53


Nieśmiertelne piękno i siła „Nędzników”

Jeśli wypada zarekomendować „Nędzników” (1862) Victora Hugo, jedną z najsłynniejszych i najczęściej wydawanych powieści świata, to przecież nie z uwagi na jej oczywiste, niezwykłe walory i jej pozycję w dziejach literatury francuskiej i powszechnej, która zainspirowała co najmniej już kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt, łącznie z serialami, ekranizacji filmowych, ale dlatego, by głosić pochwałę nieocenionego Wydawnictwa MG. Od lat należy ono do nielicznych polskich oficyn, które wykonują najważniejszą pracę na niwie edycji literatury – regularnie i w atrakcyjnej szacie graficznej wydają wielką klasykę. Nie będę tu, nawet w największym skrócie, streszczał akcji tej powieści. Takie streszczenie można znaleźć w pierwszym lepszym leksykonie literatury francuskiej. To, co warte jest najsilniejszego podkreślenia, to że ta niezwykła, potężna moralnie, artystycznie i społecznie powieść jest od 160 lat natchnieniem dla wszystkich, którzy nie godzą się na zło świata, na niesprawiedliwość, okrucieństwo. Natchniony „epos dobra i zła” Victora Hugo poznały miliony czytelników na całym świecie z setek różnojęzycznych wydań, od bieguna północnego po południowy, od Arktyki po Antarktydę, od Ameryki poprzez Europę do Afryki i Azji. To prawdopodobnie najbardziej poczytna i popularna powieść wszechczasów. Zrozumiała przez każdego, docierająca nawet do najtwardszych serc powieść ta łączy w sobie składniki eposu społeczno-historycznego, powieści miłosnej, sentymentalnej, przygodowej, sensacyjnej, kryminalnej, obyczajowej, politycznej – to powieść nad powieści, królowa gatunku. Ta powieść – nie ma w tym określeniu przesady – trafiła pod strzechy, czego sam doświadczyłem w dzieciństwie. Zanim samodzielnie ją przeczytałem w młodości, opowiedziała mi ją, przy świetle lampy naftowej, stara ciotka, prosta kobieta, na zabitej deskami podlubelskiej wsi, w której spędzałem wakacje. Od tamtej pory moja czytelnicza wyobraźnia osiadła na stałe w poruszającej historii Jeana Valjean, Kozety, Mariusza, inspektora Javerta i wielu innych, barwnych postaci.

Victor Hugo – „Nędznicy”,  Wydawnictwo MG, ilustracje Emile Bayard, Warszawa 2022, tom 1, str.421, ISBN 978-83-7779-859-1, tom 2, str. 519, ISBN 978-83-7779-861-4

Józef Beck – droga do ojczyzny Drakuli

Po styczniowej, monumentalnej, naukowej, opartej m.in. o nowo odkryte źródła, ponad tysiącstronicowej, najeżonej przypisami lekturze biografii Józefa Becka autorstwa dwóch uczonych historyków, Marka Kornata i Marcina Wołosa, nie spodziewałem się takich wrażeń czytelniczych, jakich doznałem podczas lektury skromnej, autorskiej, nasyconej subiektywizmem książeczki Jerzego Chociłowskiego, „Najpierw Polska”, wydanej nakładem niezmiennie niezawodnych „Iskier”. Czyta się tę rzecz wybornie, bo Chociłowski napisał ją stylem barwnym, obrazowym, z biglem, zajmująco, wartko, nie bez tu i ówdzie rozsianych, delikatnych akcentów humorystycznych. W warstwie „ideowej” „Najpierw Polska” jest hagiografią, panegirykiem, a co najmniej obroną Józefa Becka, tego z polityków Polski przedwrześniowej, tego z „sanatorów”, który został przez opinię polityczną i historyczną oceniony najsurowiej i którego osobisty, emigracyjny los był zapewne jednym z najbardziej w tym kręgu dramatycznych i ponurych.  Ten apodyktyczny pułkownik, który po śmierci Piłsudskiego stał się jednym z najważniejszych polityków II Rzeczypospolitej, a w roku 1939 stał się de facto (bo de iure był nim marszałek Edward Rydz Śmigły), wobec narastającego zagrożenia Polski przez III Rzeszę został politykiem Numer Jeden. I temu politykowi, apodyktycznemu, wyniosłemu, oschłemu, nie wolnemu od pychy otaczanemu lękliwym podziwem przypadł w udziale bardzo marny koniec. Beck umarł w Rumunii (1944) właściwie niemal w biedzie (jak na standardy ludzi o tej pozycji), ciężko schorowany, pogrążony w depresji i głęboko upokorzony.  Wydaje mi się, że opowieść Chociłowskiego ma swoje źródło w jego sympatii i nade wszystko we współczuciu w stosunku do Becka. Wbrew ogólnej opinii historycznej podjął się jego obrony. Widać to wyraźnie w pełnym ciepła i zrozumienia sposobie w jaki go opisał. Nie ma w autorskiej postawie Chociłowskiego ani grama tego zimnego, a nawet okrutnego besserwiserstwa z jakim potraktował Becka Stanisław Cat Mackiewicz w swojej klasycznej już rozprawie „Polityka Becka”. Cat nie miał dla Becka litości i  z matematyczna precyzją wytknął mu wszystkie błędy w roli szefa MSZ, które miały doprowadzić do klęski wrześniowej. Cat uczynił Becka wręcz głównym winowajcą klęski wrześniowe i nie jest chyba przypadkiem, że do tego tytułu Chociłowski nie tylko nie nawiązuje, ale nawet nie umieszcza go w załączonej bibliografii. Tak traktowała go też publicystyka i historiografia emigracyjna, podobnie publicystyka i historiografia w PRL, o propagandzie nie wspominając.  Dziś, po wielu dziesięcioleciach znacznie jaskrawiej niż kiedyś widzimy, że Polska znalazła się w 1939 roku i gdyby nawet Beck nie popełnił tych błędów, które popełnił, to los kraju nad Wisłą był i tak przesądzony przez dziejową Nemezis. I dlatego pamięci Becka należy się dziś może więcej niż kiedyś zrozumienia i współczucia. W tamtej sytuacji nie poradziłby nawet Herkules („Nec hercules contra plures”). Suponowanie, że można było odwrócić bieg zdarzeń i powstrzymać, na dłuższą metę, hitlerowską, żelazną machinę wojenną, byłoby naiwnością á rebours. W tym sensie los, także pośmiertny, jaki spotkał Becka był o wiele bardziej niesprawiedliwy i okrutny niż los n.p. Rydza-Śmigłego, którego grób na Powązkach, znany pod mianem „Adama Zawiszy”, był celem patriotycznych „pielgrzymek” i obiektem czci, choć Rydzowi przecież można przypisać identyczną odpowiedzialność za klęskę.

Jednak nie o losach Becka mam  tu pisać, lecz o opowieści Chociłowskiego. Jako się rzekło, napisał on swoją „rzecz o Józefie Becku” w formie autorskiej opowieści, pełnej barwnych detali, anegdot, momentami ocierającej się nawet o sformułowania o charakterze bliskim formie powieściowej, beletrystycznej (n.p. : „Wieczorem podczas skąpej kolacji w Kutach odezwał się telefon. Beck wstał od stołu znad talerza z kluskami i poszedł odebrać. (…) Beck skłonił się w milczeniu”). Obszerny i barwny passus poświęcony wizycie Becka w Italii Mussoliniego napisany został tak, jakby Chociłowski mu wtedy towarzyszył w każdej sytuacji, a to oznacza przyjęcie metody beletrystycznej, w której autor wyobraża sobie „jak było”. Podobnie barwne, podane w stylu plotkarsko-anegdotycznym, są opisy innych podróży Becka, do Nicei, do ZSRR, do Hitlera w Obersalzbergu. Podobnie barwnie odmalował (to najtrafniejsze określenie) Chociłowski atmosferę życia politycznego w Polsce w 1939 roku, w tym tę obecną w warszawskich kabaretach, ostro satyryczną, a niejednokrotnie szyderczą atmosferę, przytaczając wybrane zwrotki niektórych kupletów („Lavalu, czy ci nie żal, że Beck się od ciebie oddala? Cz nie żal ci mon Laval, że Beck cię, Lavalu, nawala? Lavalu, jedź sobie w dal, zostaw w spokoju Becka, on zimny jest niczym stal, on tu na ciebie nie czeka”). Opowieść Chociłowskiego pełna jest barwnych, anegdotycznych, nie pozbawionych pikanterii portrecików ważnych postaci tamtego czasu, n.p. Goeringa (dyskontującej także jego charakterystyczną fizjonomię) jako jowialnego i dobrodusznego gościa prezydenta Mościckiego w Białowieży, hrabiego Ciano i Ribbentropa z małżonkami podczas ich wizyt w Polsce,  czy samego Hitlera, którego odmalowuje jako – bez mała – szaleńca o dziwacznym sposobie bycia („Hitler nie pożałował mu atencji z cudaczną skądinąd przesadą. Bardzo długo nie wypuszczał z uścisku dłoni Becka (..) i wbijał weń natarczywie szklany wzrok”). Obrazowo przybliża czytelnikowi dramatyczne okoliczności rozbioru Czechosłowacji i upokorzenie Emila Hachy. Chociłowski nie pozuje na bezstronnego biografa i otwarcie ujawnia swoje sympatie i antypatie, jako publicysta historyczny. Nie lubi Czechów i nawet niespecjalnie im współczuje jako ofiarom układu w Monachium. Nie skrywa swojej – wręcz – pogardy dla Litwinów.  Pakt radziecko-niemiecki, czyli Ribbentrop-Mołotow określa nie po uniwersytecku ale publicystycznie, w tytule rozdziału, jako „Zbratanie bandytów”. Nie stroni od języka kolokwialnego i familiarnego, więc panią Jadwigę Beckową określa jako „panią Dziubę”, pisze o „gładkim połknięciu trującej landrynki”, a nawet „rekonstruuje” miny i mowę ciała swojego bohatera. Snuje swobodne, „przeskokowe” historyczne analogie i dygresje, „skacząc po historii” niczym szachowy laufer (jest nawet jeden przeskok do polskiej współczesności).

Obrazowy styl opowieści Chociłowskiego przypomina styl tzw. vie romancée, popularną w latach trzydziestych i czterdziestych formułę pisania biografii w formie albo wprost powieściowej albo (jak w tym przypadku) z lekka beletryzującej. Tą metodą na przykład Stefan Zweig napisał biografię Józefa Fouché, w której tkanka suchej historii opartej o źródła została przyobleczona w uatrakcyjniające ją ciało zrodzone  z wyobraźni autora. Emblematyczne dla lekkiej, anegdotycznej i niemal „filmowej” formuły tej opowieści jest przywołanie przez autora (w końcowym rozdziale rumuńskim) asocjacji z legendarną postacią mitologii tego kraju – hrabim Drakulą (Chociłowski nazywa Rumunię „ojczyzną Drakuli, uwiecznionego w „Nosferatu”, klasyku filmowej grozy”). Niespodziewanie też dowiedziałem się, że na wysepce na jeziorze Snagov, niedaleko od Bukaresztu, znajduje się „prawosławny monastyr, w którym podobno pochowano zwłoki sławnego wampira”. To tam na pewien czas los rzucił Becka. Skojarzenia to może budzić inspirujące i kto wie, czy nie znalazłby się scenarzysta, który potraktowałby biografię Becka jako pretekst do pokazania jego drogi życiowej jako drogi w krwawe objęcia i w zęby Drakuli.

„Rzecz o Józefie Becku” nie jest opatrzone winieta studium naukowego, więc nie można mieć do niego pretensji o niewątpliwe liczne uproszczenia, zmyślenia, fantazje, nawet być może przeinaczenia. Ciekaw byłbym opinii jaką wystawiliby opowieści Chociłowskiego uczeni, naukowi biografowie Becka. Podejrzewam, że mogłaby być miażdżąca. Ja szczęśliwie nie jestem zawodowym historykiem, a tym bardziej specjalistą od tego okresu, choć trwająca od dziesięcioleci fascynacja tym okresem przyprawiła mnie o moc lektur dotyczących na jego temat. I jako lekturę, i to wyborną, od której trudno się oderwać, opowieść Jerzego Chociłowskiego o Józefie Becku rekomenduję.

Jerzy Chociłowski – „Najpierw Polska. Rzecz o Józefie Becku”, „Iskry, Warszawa 2019, str 254, ISBN 978-83-244-1048-4

Współczesny Babilon

„Na kartach tej książki, trzymając się faktów, kreślimy kryminalną historię kościoła, który łupił i mordował ofiary kolonialnej opresji w Kanadzie. Który przyuczał kobiety w Irlandii do kultury gwałtu. Który cynicznie wmawiał ustami „świętej” matki Teresy, że cierpienie uświęca, więc nie należy go uśmierzać. Który prześladował gejów dehumanizujących ich głosem, uciekających często przed własną tożsamością seksualną, kościelnych liderów. „Babilon” pokazuje też kościół skorumpowany przez władców, uwikłany w wojny polityczne, kościół zalękniony wizją synodu, w którym wierni na równi z kapłanami będą decydować o jego kształcie. Wreszcie kościół, który nienawidzi kobiet”.

W tej krótkiej autorskiej autoprezentacji zasygnalizowana jest zaledwie cząstka zawartych w niej tematów. Jednak mimo wstępnego nawiązania do odległej o 500 lat historii, do reformacji zainicjowanej przez Marcina Lutra i do jego dzieła „O niewoli babilońskiej kościoła”, książka  Artura Nowaka i Stanisława Obirka dotyka tematyki na wskroś współczesnej, a po części wręcz bieżącej. Nie jest więc „Babilon” – wbrew podtytułowi sformułowanemu nieco na wyrost – historią kościoła, bo nie ma w nim systematycznego wykładu jego poczynań przez stulecia, od wczesnego chrześcijaństwa poprzez reformację, Sobór Watykański II, po współczesność, nie ma tu mowy o takich na przykład sławnych wynaturzeniach i zbrodniczych instytucjach jak Święta Inkwizycja, nie ma historii kościelnej teokracji średniowiecznej,  nie ma dziejów Watykanu i papiestwa. Kto chciałby zdobyć wiedzę w tym zakresie winien sięgnąć n.p. po wielotomowy cykl (o identycznie brzmiącym tytule „Kryminalna historia kościoła”) Eugena Drewermanna czy po książki Uty Ranke-Heinemann, dwojga wybitnych niemieckich historyków kościoła katolickiego, a także n.p. po „Dzieje papiestwa” Leopolda von  Ranke.  Nawiązanie przez autorów do Lutra jest istotne i znamienne nie tylko z powodów historycznych. Zwracają bowiem uwagę na to, że mimo koncyliacyjnych wypowiedzi w stosunku do protestantyzmu, papież Franciszek nie zdjął jak dotąd ekskomuniki nałożonej na zakonnika z Wittenbergi w 1521 roku przez Leona X. I właśnie ta okoliczność jest bardzo wymownym akcentem rozpoczynającym opowieść o katalogu win i zbrodni kościoła katolickiego naszych czasów. Każdy z dziewięciu rozdziałów „Babilonu” poświęcony jest  jednemu z kluczowych współczesnych kościelnych skandali. „Święta hipokryzja” to rzecz o Matce Teresie z Kalkuty, kobiecie okrutnej, władczej i zachłannej. W „Wojnie gejów z gejami” pokazane jest zawładnięcie kościoła przez „lawendową mafię”, a jednocześnie tępienie przez niego homoseksualizmu. „Ludobójstwo w imię Boże” dotyczy zbrodniczej eksterminacji Indian w Kanadzie, pod egidą kościoła. Tytuł „Dzieci w szambie w katolickiej Irlandii” mówi sam za siebie, choć jednocześnie ta akurat historia ma optymistyczny, w ostatecznym rozrachunku, finał. Irlandia bowiem to pierwszy kraj katolicki, w którym kościół upadł, w przenośni i dosłownie, pod ciężarem swoich zbrodni. O uwikłaniu kościoła w politykę, począwszy od czasów rzymskiego cesarza Konstantyna, o relacjach między chrześcijaństwem a judaizmem, o jego aliansie  z nacjonalizmem i populizmem oraz o micie męczeństwa kościoła opowiada „Polityka w imię Boże”. O podobieństwach strukturalnych sytuacji w Polsce i Rosji, o wykorzystywania przez nich religii do osiągania autorytarnych celów opowiada rozdział „Kościół Putina i kościół Kaczyńskiego”.  W „Gender, czyli pojedynek kościoła z własnymi demonami” autorzy opowiadają o stosunku kościoła do tożsamości płciowej i jego represyjnym stosunku do wszechstronnie pojmowanej płciowości. Punktem wyjścia do analizy są tu niesławne słowa arcybiskupa  Jędraszewskiego o „tęczowej zarazie”, które otworzyły puszkę pandory z nienawiścią do osób LGBTQ. Rozdział ostatni, „Ku demokracji” dotyczy ruchów odśrodkowym w łonie kościoła, od reformatorskiej postawy niektórych kościołów i episkopatów (jak niemiecki), po działalność ruchu wiernych świeckich dążących do demokratycznej przemiany kościoła.

„Współczesnym wiezieniem wierzącego człowieka jest kościelny system, który niemal od zarania służy interesom spasionej hierarchii. Perfidia polega na tym, że, że żywi się on człowiekiem. Nie chodzi tylko o wyzysk i pazerność. Kościół żywi się poczuciem winy jednostki, strzegąc „jedynej słusznej” recepty na życie. Ma nią być ślepe posłuszeństwo i pokora”

Zbyt mało było w tej książce miejsca, by podjąć takie zagadnienia jak wpływ kościoła na ograniczanie praw kobiet, w tym na prawo do przerywania ciąży i na dostęp do antykoncepcji, a to zagadnienie szczególnie fundamentalne i na pewno bardziej powszechne niż każdy z tematów podjętych w „Babilonie”. Książkę uzupełnia bogaty zestaw źródeł, książkowych i internetowych poświęconych tematom w niej poruszonym.

Artur Nowak, Stanisław Obirek – „Babilon. Kryminalna historia kościoła”, Wydawnictwo Agora, Warszawa 2022, str. 302, ISBN 978-83-263-4012-8

Przygody pana Adama

Już na samym wstępie zaznaczam: z czysto czytelniczego punktu widzenia opowieść Cezarego Harasymowicza o Adamie Mickiewiczu, wydaną przez wydawnictwo „Lira”, chłonie się wybornie i lekko. Co prawda ze sporą dozą przesady Jerzy Antczak określił go (Harasimowicza) jako aż „genialne pióro”, bo taki atrybut przysługuje w tym kręgu tematycznym bez wątpliwości jedynie Mickiewiczowi, ale na pewno Harasimowiczowi udało się odmalować potoczyście, wartko i efektownie historię życia wieszcza Adama. Życia – podkreślam – bo zaledwie niektóre fragmenty twórczości Mickiewicza są w tej powieści jedynie wzmiankowane, a raczej przywoływane w postaci garści cytatów inkrustujących ilustracyjnie narrację opowieści.

Nie mam pewności, zwyczajnie nie pamiętam, czy jest to pierwsza proza beletrystyczna, której głównym bohaterem jest twórca „Pana Tadeusza”. Mickiewicz pojawia się w znakomitych „Mesjaszach” węgierskiego pisarza Gyorgy Spirö, ale jako postać drugoplanowa, jako że główną jest Andrzej Towiański. W „Adamie” odcisnęła się główna profesja Harasimowicza, znanego nade wszystko jako utalentowany i ceniony scenarzysta, według którego scenariuszy powstał głośny kiedyś film Macieja Dejczera „300 mil do nieba” czy popularne seriale, jak „Ekstradycja” i „Przeprowadzki”. „Adam” ma zatem fakturę  scenariuszową, pośpieszną, skrótową, wartką, z bogatą warstwą detali realistycznych, które mogłyby przydać się do konstruowania warstwy wizualnej filmu  lub serialu. Harasimowicz prozaik (autor także „Mirabelki”, „Była sobie miłość”, „Tajemnicy Iny” czy „Sagi, czyli filiżanki, której nie ma”) pisze dobrą polszczyzną, ma wyczucie frazy, wrażliwość obserwacyjną, dar zmysłowego opisu, w jego opowieści widzi się barwy, kształty, czuje zapachy, a postacie postacie, także te drugoplanowe narysowane są plastycznie, wyraziście. Słabszy jest niestety dialog, zbyt daleki od mowy realistycznej, prezentacyjny, „instrukcyjny”, opisowy, funkcjonalny w stopniu pozwalającym czytelnikowi uniknąć wątpliwości co do sensu zdarzeń. Ta potoczystość opowieści, szybkość akcji, gwałtowne przeskoki, jak w ostrym montażu filmowym, z jednej do drugiej fazy życia bohatera, to wszystko wciąga w lekturę, ale oczywiście – co nieuchronne i przypuszczam, że przez autora zamierzone – kosztem głębi. To obraz horyzontalny, bez psychologii, bez pogłębienia, bez zmagania się z myślicielskim aspektem postaci Mickiewicza. Jego  krótka, „ekspressowa” historia życia” Adama Mickiewicz ma coś z oleodruku, historii w stylu pop, jest efektowna, ale brak w niej odzwierciedlenia żmudnej, szarej męki i duchowego, egzustencjalnego wysiłku, jakim było życie Mickiewicza, które pod wieloma względami szło mu jak po grudzie, było skrajnie trudne także materialnie, choć przyszło mu żyć dłużej niż zamożnym paniczom, a później panom Słowackiemu i Krasińskiemu. Nie ma też w „Adamie” jakiegoś nowatorskiego potraktowania postaci i roli Mickiewicza, jej reinterpretacji, a jedynie repetycja zagadnień znanych, kanonicznych. Jest więc „Adam” raczej dziełem dobrej klasy majsterstwa użytkowego niż dziełem artyzmu literackiego.

Po licznych dziełach naukowych, uniwersyteckich poświęconych wielkim wieszczom, po finezjach eseistycznych w gatunku uprawianym niegdyś przez Krzysztofa Rutkowskiego, głównego współczesnego strażnika mickiewiczowskiego ognia czy Pawła Hertza, który pozostawił eseistyczną opowieść „Portret Słowackiego”, przyszedł pisarzom apetyt na uczynienie sławnych bohaterów polskiej kultury bohaterami powieści, prozy beletrystycznej. Koncepcja to nie całkiem nowa, bo już w latach sześćdziesiątych Jerzy Broszkiewicz bohaterem swojej powieści „Miłość niejedno ma imię” uczynił Fryderyka Chopina. Kilka lat temu ukazała się proza powieściowa o Juliuszu Słowackim, „Jul” Pawła Goźlińskiego. „Adam” Harasimowicza wpisuje się w ów nurt z profesjonalnego punktu widzenia bardzo dobrze, choć wydaje mi się, że sens – dość ryzykowny co prawda, przez zwodnicze, nadmiarowe i często nieadekwatne w tym przypadku właściwości zmyślenia – tworzenia prozy powieściowej o „wielkich znanych” polegałby raczej na ich pokazaniu „inaczej”, pod prąd, wbrew obiegowej wiedzy, a nie jako ilustracja w stylu „znacie, to posłuchajcie). Mimo to jako czytelnik jestem usatysfakcjonowany. Czytałem Adama ze szczerym zainteresowaniem i smakiem.

Cezary Harasimowicz – „Adam”, Wydawnictwo Lira, Warszawa 2022, str. 491, ISBN 978-83-67388-25-2

Im słoneczko wyżej, tym … nowy ustrój bliżej

Bardzo cenne są te dokumentalne, poświęcone historii najnowszej, edycje Fundacji Oratio Recta w ostatnich latach. W warunkach totalnego skłamania i zmitologizowania historii najnowszej zwłaszcza, są one na to odtrutką i źródłem rzetelnej wiedzy. Tak było w przypadku wielotomowej edycji dokumentów o Powstaniu Warszawskim i tomu poświęconego Dąbrowszczakom. Tym razem mamy do czynienia z zestawem dokumentów zaświadczających, że tuż po przegranej wojnie, po klęsce wrześniowej i rozpoczęciu okupacji niemieckiej, polskie czynniki polityczne i wojskowe zaczęły projektować wizję nowej, powojennej Polski. Na tom składają się 73 dokumenty, pogrupowane w kilku rozdziałach. Już pierwszy z nich, odezwa premiera Władysława Sikorskiego do narodu polskiego z 6 października 1939 roku, choć sformułowana na wysokim poziomie ogólności, zawierała wyraźny znak, że szef emigracyjnego rządu traktuje potrzebę przyszłej istotnej zmiany ustrojowej jako nieodzowną. Szczególne nasilenie poczucia nieuchronności zmian pojawiło się po wybuchu wojny niemiecko-radzieckiej. Zapewne to ona zainspirowała Sikorskiego i Komendanta Głównego Armii Krajowej Stefana Grota-Roweckiego do sformułowania przez tego ostatniego obszernej informacji o ugrupowaniach politycznych działających w okupowanym kraju, datowana na 21 września 1941 roku. W tym samym okresie powstał zarys programu Polskiej Partii Robotniczej, a w dokumentach dwóch niekomunistycznych organizacji lewicowych pojawiło się określenie „Polska Ludowa”. Najpóźniej (w grudniu 1941 roku) sformułowała swój program prawica narodowa (Konfederacja Narodu), zapewne zaniepokojona radykalizacją nastrojów lewicowych po okupacją. Rok 1942 przyniósł dwa obszerne meldunki Grota-Roweckiego do rządu w Londynie dotyczące sytuacji politycznej w okupowanym kraju oraz stanowisko Obozu Narodowego „w przypadku objęcia władzy po wojnie przez centrolewicę”. Wśród dokumentów z roku 1943 zwraca uwagę informacja Grota-Roweckiego dla Sikorskiego na temat rozmów przedstawicieli Delegatury Rządu z kierownictwem PPR, datowana na 14 marca 1943 roku. Kto wie, jaki byłby ich rezultat, gdyby nie wstrząs wywołany ujawnieniem miesiąc później zbrodni katyńskiej, wstrząs, który ostatecznie położył kres tego rodzaju kontaktom. W rozdziale dotyczącym 1944 roku dominują już dokumenty formułowane przez polskich sojuszników ZSRR, a wieńczy je tekst Manifestu Lipcowego, czyli Manifestu PKWN. Warto uważnie przestudiować te dokumenty, aby wyłowić z nich wiele detali i zaczerpnąć dawkę refleksji aby uodpornić się na dokonujące się wokół nas fałszowanie, idealizowanie i mitologizowanie polskiej historii najnowszej.

„Jaka Polska po wojnie? Ani sanacyjna, ani sowiecka”, pod red. Pawła Dybicza i Józefa Stępnia, Fundacja Oratio Recta, Warszawa 2020, str. 390, ISBN 978-83-64407-74-1

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko