Gustavo Valle – Burza i Długa zima

0
107
Fot. Alejandra Parejo


Burza

–Błyskawice, grzmoty i znów błyskawice. Noc się zamknęła i niczego nie widziałem. Zszedłem w kapciach z coltem. Ogród i komórka z narzędziami były zalane. Moje kapcie grzęzły w błocie.

– Ktoś cię widział?

– Nie. Chciałem wejść do komórki, zamknąć drzwi i zostać tam na zawsze, żeby nigdy nie wychodzić.

– I strzeliłeś.

– Sześć kul w drzwi komórki. Potem było słychać syrenę. Wśród ulewy zawyła syrena. Pewnie sąsiedzi zadzwonili. Policja wcisnęła dzwonek, ale ja już byłem w środku i nie otworzyłem.

– A jak weszli?

– Nieważne. Mój stary tam był. „Mogłem cię zabić” – powiedziałem. „Co tu robisz?” I odpowiedział „Leje jak z cebra, synu, potop się zwala”.

– A twój stary nie był na górze, w swoim pokoju?

– Tak.

– Jak to?

– Najpierw szukałem go przy nocnym stoliku. Potem pod łóżkiem i był tam. Złapałem go. Upadł. Znów go chwyciłem. Był za ciężki na moje łapki. Ale podtrzymałem go mocno i więcej się nie przewrócił.

– I zszedłeś z bronią do ogrodu?

– Chciałem złamać drzwi, wbić je do środka, ale tylko je trochę wgniotłem. Uciekła pełznąc jak larwa. Ostrzegłem, żeby nie wracała, bo za drugim razem nie chybię.

– Nie chybiłeś.

– Pum, pum, pum, sześć razy. I po każdym strzale słyszałem krzyk, pisk, wycie, które rozdzierało mi uszy.

– Ile miałeś lat?

– Nieważne. Mocno ścisnąłem colta. Mówili, że kopałem, że mogłem sobie zrobić krzywdę. Zszedłem do ogrodu w ulewie. Oparłem się o drzewo i wymierzyłem. Wycelowałem w tę, która tam stała z moim starym.

– Usiądź, z łaski swojej.

– Strzelałem, póki starczyło mi nabojów. Potem zbliżyłem się szukając kul. Szukałem w drzwiach, we framugach,  w zawiasach, w środku komórki, w ścianach, ale niczego nie znalazłem. Kul nie było.

– Był twój stary.

– Jego też nie było.

– Urojenia.

– Gdzie tam! Kule muszą wciąż być w nogach tej suki.

– Czy ktoś jeszcze o tym wie?

– Nigdy nikomu nie powiedziałem.

– A twój stary.

– Mój stary już był niczym. To był mój stary, to jasne, ale był niczym. Z sercem pękniętym jak arbuz. Z klatą bardziej rozdętą niż poduszka, którą dzielił z moją starą. Leżał w swoim łóżku, ale go nie było. Mój stary odszedł zanim zaczęła się burza.


Długa zima

„Porządna walizka”, powiada Monika, jakby genialna myśl przyszła jej do głowy. Ale ja ją znam. Naprawdę myśli o czymś innym. Próbuje o tym nie myśleć.

Wspięła się na górną półkę szafy, żeby zdjąć walizę, która wydaje się za duża. Otwiera ją na łóżku i pośpiesznie wychodzi z pokoju. Słyszę, jak się otwierają i zamykają drzwi do łazienki. Słyszę szloch.

Podnoszę walizkę, ważę ją, odpinam i zapinam paski i zaczynam myśleć, co do niej włożyć. Ale przychodzą mi do głowy tylko przedmioty niepraktyczne: muzyka, książki, zeszyty, a zwłaszcza zdjęcia, dużo zdjęć. Wtedy krzyżuję ramiona i przez chwilę czuję, że wszystko jest kłamstwem. Patrzę w sufit, jakbym łaknął powietrza. Od przeprowadzki nie malowaliśmy sufitu, myślę.

Teraz siedzimy w kuchni. Monika wyciąga plastry szynki i sera, układa je na kromkach chleba. Ja otwieram butelkę sody i polewam. To będzie obozowa kolacja, mówię. O drugiej w nocy kolacja jest zawsze obozowa.

Potem zgarniam na bok talerze i szklanki i rozkładam na stolę małą mapę tras. Pokazuję jej gdzie jest Bella Unión i drogę, którą powinniśmy tam pojechać. Monika pochłania swoją kanapkę prawie jej nie gryząc. Przejeżdża palcem po trasie zaznaczonej pisakiem. Ręce jej drżą.

– Pomyśl o Lupicie – mówię jej. I zamierzam jej też powiedzieć: Jutro będzie nowy dzień, zaufaj mi, ale się nie odważam.

Chwytam jej dłonie swoimi i wracam do planu.

– Przyjadę jutro około wpół do piątej. O tej porze most jest wolny i mogę przejechać tak, żeby mnie nie widzieli. Zadzwonię do ciebie za dwa tygodnie i weźmiemy się za resztę spraw.

Monika przypomina mi enty raz słowa Soldatiego: czysty rejestr karny, okoliczności łagodzące, itd. Odpowiadam jej, że Soldati myśli, że skoro jestem pisarzem, to potraktują mnie łagodniej.

– To dowcip – mówię jej. Ale się nie śmiejemy.

Znów składam mapę i chowam ją do kieszeni. Wstaję od stołu i popycham stare ozdobne szkło. Księżyc w nowiu chowa się w chmurach. Zimny wiatr smaga mi lico.

– Ta cholerna zima nigdy się nie kończy – mówię jej wciąż patrząc na pędzące chmury.

– A co będzie potem? – pyta mnie.

– Już ci mówiłem, – powtarzam tonem najłagodniejszym, jak umiem – zadzwonię za dwa tygodnie, potem przeczekamy jakieś trzy miesiące, aż wszystko przygaśnie. Nie zapomnij wyrobić papiery. A zwłaszcza nie mów nic Soldatiemu. Im mniej ludzi wie, tym lepiej.

Kończę moją sodę i ruszam do pokoju szykować bagaż. Staję przed walizką i zdaje mi się jakbym stawał na dwudziestym drugim piętrze. Monika zjawia się tuż za mną. Wchodzi i składa koszule i spodnie, wyciąga dwie pary butów i wkłada je do plastikowej torby. Potem otwiera szuflady i wyciąga z nich skarpety, po czym zdejmuje z wieszaków kurtkę, dwa swetry, szary szalik i parę rękawiczek.  

– Nie ma najmniejszego sensu – mówię jej i chwytam pod rękę.

– To był wypadek – mamrocze mi do ramienia, jakby chowała się w mej szyi. Jej paznokcie wbijają mi się w plecy. Nalega: – To nie była twoja wina.

Potem gładzi mnie po twarzy i czuję jej dłonie spocone i zimne. Przez chwilę myślimy o seksie, żeby odłożyć walizkę i rozebrać się piorunem.

Ale tylko o tym myślimy.

Wyciągam plecak schowany za skrzyniami ze starymi zabawkami i wytrząsam z niego piasek. W środku jest żółta łopatka, grabki i wiaderko, poza tym liliowa piłka. Wyrzucam to wszystko na łóżko. Monika mnie ruga, że wszystko brudzę. Patrzę na zegar nad stołem.

– Już jedziesz? – pyta niesłyszalnym głosem, jakby wzdychała zamiast mówić.

Chwytam plecak, wkładam tam tylko parę skarpetek i sweter. Zakładam kurtkę. Wracam do kuchni i pakuję kanapki zawinięte w aluminiową folię. Monika jest przyklejona do moich pleców, irytuje mnie, że wszędzie za mną chodzi. Nie łaź za mną!

Z plecakiem na ramieniu i w kurtce otwieram drzwi do pokoju Lupity.

To ostatnie wspomnienia, jakie mam w pamięci; żyrafa i zebra z safari oświetlone lampką nocną, kosmyki jej włosów na poduszce i ciepło jej policzków przy moich owej niekończącej się zimy.

Przełożył Paweł Krupka

Gustavo Valle to wenezuelski pisarz, zamieszkały w Buenos Aires. Doktor filologii, z zawodu jest nauczycielem akademickim. Pisze powieści, opowiadania, poezje i scenariusze filmowe. Jego powieści otrzymały międzynarodowe nagrody. To pierwsza publikacja jego utworów w polskich przekładach.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko