Franciszek Czekierda – MARUSIA I JAN KASPROWICZOWIE CZYLI UMIŁOWANIE TY MOJE

0
91

Marusia była córką generała Wiktora Bunina. Urodziła się w 1887 roku, choć zawsze podawała datę o pięć lat późniejszą. Rodzina mieszkała w Wilnie, gdzie ojciec stacjonował w pułku. Dziewczynka w wieku dziesięciu lat zachorowała na szkarlatynę, której skutkiem ubocznym była nieuleczalna choroba stawów. Dodatkowo miała zniekształcony łokieć. Rodzice, nie szczędząc wydatków, postanowili ją wysłać dla podratowania zdrowia do ciepłych krajów, dokąd jeździły zamożne rodziny z północnych regionów Europy. W towarzystwie młodej ciotki Eugenii Anderson-Łuczyńskiej Maria pojechała najpierw do Szwajcarii, potem do Włoch, Francji i Egiptu. Cieplejszy klimat sprzyjał w leczeniu choroby stawów. Matkę martwiło, że choroba uniemożliwi córce zamążpójście. Tymczasem Marusia nie narzekała na brak powodzenia. Wyrosła na ładną dziewczynę, niektórzy nawet uważali, że była piękna, ale ocena ta jest przesadna, o czym świadczą zachowane fotografie. Młoda Buninówna potrafiła świetnie sobie radzić z mężczyznami, owijając ich dookoła palca. Panowie adorowali ją i oświadczali się. Rozkochała w sobie niemieckiego malarza Willy Egertha, po czym porzuciła go; z rozpaczy ponoć przestał malować. Krążyły również plotki o jej romansie z modernistycznym poetą Gabrielem d’Anunzio (nawiasem mówiąc legendarny Włoch znany był z podbojów miłosnych). Maria była nawet zaręczona z włoskim poetą Eugenio Coselschim. Narzeczeństwo nie wytrzymało jednak próby czasu.
Od młodych lat prowadziła dziennik, w którym notowała: „Wszyscy byli dla mnie marionetkami, kazałam im tańczyć i płakać wedle swego życzenia”. Jako dwudziestotrzylatka zapisała także, że umiała bywać, w zależności od warunków, dzieckiem lub kobietą, dumną i naiwną, szczerą lub opanowaną i przybierać bezwiednie mnóstwo rozmaitych form. „Nikogo nie kocham tak, jak siebie”. Notatki te świadczą, że postępowała egoistycznie, a nawet cynicznie. Uczyniła nawet postanowienie: „Odkąd zaznaczyła się moja indywidualność, było moim dążeniem, aby stać się towarzyszką życia człowieka tworzącego”. Prowadząc regularne zapiski, nie przeceniała jednak swoich zdolności literackich, choć fascynowała się literaturą i sztuką.

Była ciepła wiosna 1907 roku. Dwudziestoletnia Maria i starsza od niej o dziewięć lat ciotka Eugenia jechały pociągiem z Rzymu do Neapolu. Do ich przedziału wszedł pewien czterdziestokilkuletni zażywny obcokrajowiec. Przywitał się po niemiecku. „Z tą pokręconą czupryną i z kosmykiem opadającym na czoło wygląda całkiem interesująco – pomyślała Marusia. – Na pewno niemiecki nauczyciel, bo ma mądre i jednocześnie rozmarzone oczy kryjące w sobie sprzeczność”.
– Panie pozwolą, że się przedstawię: Kasprowicz – powiedział ciepłym głosem. – Po sekundzie dodał: – Jan.
„Nazwisko jest mi znane, ale nie kojarzę skąd… – Maria zastanawiała się, przyglądając się uważnie jego twarzy. – Czy przypadkiem nie jest to pisarz?” – próbowała sobie przypomnieć.
– Maria Bunin… – uśmiechnęła się i dłonią wskazała władczo na siedzącą obok ciotkę. Zachowała się tak, jakby to ona była opiekunką siedzącej obok damy.
– Eugenia Łuczyńska – ciotka przedstawiła się.
– O! Polskie nazwisko – zdziwił się. „Niebrzydka – otaksował ją wzrokiem. – Ale ta młodsza ładniejsza…”
– Anderson-Łuczyńska – uzupełniła. – Rosjanka ze szwedzkim i polskim nazwiskiem w herbie – stwierdziła dumnie.
– To miło – poeta starał się być uprzejmy, choć nie przepadał za epatowaniem tytułami. – A jam polski chłop z Kujaw – zrobił krótką pauzę. – I literat ze Lwowa ze skrzydlatym koniem w herbie.
– O właśnie! – Maria niemal zakrzyknęła. – Dobrze myślałam – rzekła podekscytowana. – Proszę wybaczyć, ale nie czytałam pana wierszy, choć nazwisko od razu skojarzyłam z literaturą.
– Kilka moich rzeczy zostało przetłumaczonych na niemiecki. Ale byłbym rad, gdyby pani zechciała zapoznać się z nimi w języku polskim.
– Niestety nie znam na tyle polskiego, choć rozumiem. Mieszkaliśmy wśród Polaków w Wilnie.
– Jestem przeświadczony, że panna się go nauczy – rzekł z przekonaniem.
– Musiałaby się we mnie zrodzić jakaś iskra, która wznieciłaby zarzewie pasji – stwierdziła eufemistycznie.
– I tak też się stanie – powiedział pewnym głosem.
– A któż to spowoduje? – Eugenia zapytała prowokacyjnie.
– Ja – powiedział tubalnie.
Zapadła cisza. Marusia patrzyła na jego twarz, z której biła wiara, że to co mówi, ziści się. Jego wyraziste oczy i niewysoka barczysta sylwetka dowodziły, że człowiek ten osiągnął wszystko dzięki własnej sile.
– W jaki sposób? – Marusia dopytywała.
Eugenia spojrzała na nią karcąco.
– Pojedziemy do Sorrento i tam rzucę na panią urok polskiej poezji – uśmiechnął się filuternie.
– Brzmi to zachęcająco.
– Ale my jedziemy do Neapolu – Eugenia zaprotestowała.
– Nigdy tam nie byłam – Maria sprzeciwiła się ciotce.
– W Sorrento jest piękniej niż w Rzymie i Neapolu. Proszę mi zaufać.
Po interesującej rozmowie kobiety uległy czarowi poety i pojechały z nim do miasta leżącego na półwyspie sorrenckim. Poważna Żenia również dostrzegła w poecie pokrewną duszę, była bowiem malarką i dobrze rozumiała artystów.
W Sorrento Jan czytał Marii swoje Hymny, tłumacząc na język niemiecki. W przerwach opowiadali o sobie. Poeta mówił jej o twórczości, o wykładach na uniwersytecie, a także mimochodem napomknął o dramatycznych przeżyciach związanych z porzuceniem jego i córek przez żonę. Po tych zwierzeniach podczas kolejnej lektury Hymnów Buninówna w pełni zrozumiała jego wadzenie się z Bogiem. Kasprowicz był usatysfakcjonowany, że inteligentnie wczuwała się w poezję. Dyskutując o literaturze i sztuce Marusia przekonywała się, że mogłaby kiedyś stać się jego natchnieniem i towarzyszką życia. Jan jednak był sceptyczny. Ostatniego dnia pobytu w Sorrento siedzieli pod parasolami na tarasie kawiarni. Żenia poszła na targ kupować dla siebie i najbliższych pamiątki.
– W tym krótkim czasie oplotłaś mnie, pani, swoim wdziękiem…
– Chyba temu nie zaprzeczę – uśmiechnęła się zadowolona.
– Ale panny czar, choć promienisty, jak gwiazda porankowa, jest dla mnie fatalny – rzekł melancholijnie.
Maria poczuła się zbita z tropu.
– Nie rozumiem?
– Wolałbym tego nie mówić. „Po tym wszystkim, com przeżył… Nie! – zasmucił się w myślach. – Jej urok muszę odepchnąć od siebie. Wbrew własnej woli. Nie chcę nowych udręk z powodu kobiety. Zresztą to dziewczę jest prawie w wieku moich córek”.
– Chciałabym… – przerwała, myśląc o nim ciepło, jako o kimś, z kim mogłaby dzielić życie. – Chciałabym… – znowu przerwała, patrząc na jego zafrasowaną twarz. – Może będziemy utrzymywać kontakt? – przemogła się.
– Powróćmy do własnego życia – odrzekł szorstko.
Po tych słowach Marusi zebrało się na płacz. Zawsze to ona odrzucała propozycje mężczyzn, teraz stało się odwrotnie. Nie wymienili się nawet adresami.

Minęły dwa lata. Znajomi z pociągu żyli własnym życiem. Maria Bunin nieustannie myślała o Janie, on również nosił ją w czułej pamięci. Pogodził się z zerwaniem znajomości. „Kto raz się sparzył, drugi raz nie dotyka gorącego pieca. A ja nie raz, ale dwa razy się sparzyłem. Trzeci raz nie wystawię się na pośmiewisko…” – myślał o swoich dwóch nieudanych małżeństwach.
W 1909 roku Marusia jadąc do Petersburga wysiadła po drodze we Lwowie. Idąc ulicą w pobliżu gmachu uczelni zobaczyła w oknie kawiarni Kasprowicza. „To cud – powiedziała do siebie głośno. – Czy to naprawdę on?”. Poeta zerknął przez szybę i zatrzymał wzrok na znajomej. Ich spojrzenia skrzyżowały się. Wyskoczył z pomieszczenia, jak z katapulty. Rozpoznali się od razu.
– To ty, panno! – zawołał triumfalnie, wyciągając ku niej obie ręce.
– We własnej osobie – odrzekła uradowana.
Jan ucałował jej dłoń i policzki. Maria przytuliła się na sekundę. Poszli na spacer do pobliskiego ogrodu jezuickiego. Chodząc alejkami, wyglądali na szczęśliwych.
– Co za zrządzenie losu – był zemocjonowany.
– Jadę do Petersburga. Z ciekawości chciałam zobaczyć Lwów i twój uniwersytet, o którym tak ładnie opowiadałeś we Włoszech. Któż mógł przewidzieć…
– Taaak – potwierdził.
– To już dwa lata… – podsumowała z żalem. – Mieliśmy się wymienić adresami.
– Czy był sens, abym prowadził korespondencję z młodszą o prawie trzydzieści lat piękną panną?
– Nie mów o różnicy wieku. Wielcy poeci się nie starzeją.
– Nie przeczę, że codzienna porcja twórczości jest najlepszą ambrozją dla podtrzymania młodego ducha. Gorzej z ciałem…
– Przeczytałam wszystkie twoje utwory. Jak słyszysz, mówię już lepiej po polsku.
– Całkiem nieźle. Nie marnowałaś czasu.
– My natomiast zmarnowaliśmy te lata – Maria powiedziała stłumionym głosem.
– Dawne wciąż bolesne przeżycia… – urwał. – Dość! Zresztą znasz to wszystko.
– Nie powracaj ciągle do przeszłości, nie ma sensu. Patrz do przodu.
– Chyba masz rację. Stoisz z boku. W środku wszystko widać inaczej.
– Wybacz, ale nie możesz być całe życie męczennikiem. Janku – po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu – żyj życiem normalnym. Carpe diem.
– Mówisz, jak osoba bardzo doświadczona do żółtodzioba.
Na jej twarzy pojawił się dyskretny uśmiech satysfakcji.
– Zauważ, że to kolejny znak, niespodziewany dar niebios. Pierwszy w pociągu, drugi teraz. Nie powinniśmy tego lekceważyć – przekonywała z całą mocą.
– Sam nie wiem – wahał się.
– Wiem, że ty wiesz, lecz boisz się do tego przyznać – rzekła sugestywnie.
– Nie doceniałem cię od tej strony.
– Będziemy do siebie pisać! – niemalże rozkazała.
Odprowadził ją na dworzec. Na peronie wymienili się adresami. Żegnając się  pocałowali się w usta.
Niedługo po lwowskim spotkaniu poeta napisał wiersz:

Co się to dzieje! Co się to dzieje!
Aż lękam się wyznać to komu:
Wiecie, że słońce dziś rano
Zajrzało do mego domu.

Aż lękam się wyznać to komu…
Trza mieć odwagę – do skutku!
Złociste, wiecie, nasturcje
Zakwitły w moim ogródku.

Trza mieć odwagę – do skutku,
Więc powiem wam jeszcze coś więcej:
Śród kwiatów śmiech, wiecie, rozbłysnął,
Szczery, radosny, dziewczęcy.

O, powiem wam jeszcze coś więcej,
tylko nie śmiejcie się ze mnie:
Ja, wiecie, czekałem na nią
I nie czekałem daremnie.

Tylko nie śmiejcie się ze mnie,
Dusza ma całkiem pijana!
Rzekła mi, wiecie: jak ślicznie,
Gdy słońce w dom zajrzy z rana!

Po powrocie do Petersburga Maria pisywała niemal codziennie, informując Jana szczerze o swoich uczuciach. Po pewnym czasie pokochała go. Kasprowicz był jednak zdystansowany. Rany z poprzedniego małżeństwa wciąż w nim tkwiły. Nie potrafił się odciąć od dręczących go zaprzeszłych myśli, ani uśmierzyć w sobie bólu. Bał się rodzącego uczucia i kolejnego związku. Obawy tym bardziej wzmagały się, gdy myślał o połączeniu się z kobietą młodszą o pokolenie. Marusia przekonywała go, że różnica lat nie ma znaczenia, a twórca nie powinien myśleć w tych kategoriach. Dowodziła też, że zaprzepaszczenie przez niego szansy na wspólny związek będzie dla niego równoznaczne z rezygnacją z życia. Wierzyła, że go przekona. Jednakże wizja małżeństwa rodziła w nim liczne obawy. Zarówno te związane z reakcją kilkunastoletnich córek, Jasi i Ani, jak i środowiska. „Mam poślubić córkę carskiego generała? Mam żyć z obywatelką Rosji, naszego zaborcy i wroga? Co pomyślą moi przyjaciele i znajomi? Co powiedzą ludzie, tysiące moich czytelników?! – myślał rozedrgany czytając jej kolejny list. – Pisze, żebym się tym nie przejmował. Jak mam się tym nie przejmować, skoro rodacy mogą mnie potępić. Ale… zaraz, zaraz…, przecież to moje życie. Mam prawo je formować wedle własnych zasad. Nie czynię nikomu krzywdy, nie postępuję wbrew rodakom, to zaś, co zamierzam, nie ma nic wspólnego z brakiem patriotyzmu” – uspokoił się po lekturze długiego listu. Po pewnym czasie Kasprowicz uległ jej młodzieńczej witalności i kobiecej dojrzałości przejawiającej się między innymi w sugestywnym ukazywaniu mu nowych możliwości twórczego rozwoju.
Po dwóch latach intensywnej korespondencji poeta uległ Marusi i przyjechał w kwietniu 1911 roku do Petersburga. Po otwarciu drzwi do mieszkania Buninów (ojciec Marii nie żył od trzech lat) Jan z dwoma bukietami kwiatów stanął na progu niczym posąg. Jak przystało na młodopolskiego poetę wyglądał tajemniczo, ubrany był w czarną pelerynę, na głowie zaś miał kapelusz z wielkim rondem. W oczach Buninówny wyglądał zachwycająco, natomiast jej matce, Marii Karłownie, jawił się jako dekadent przybyły z podejrzanej cyganerii. Nie była zachwycona jego posturą, ubiorem, ani wiekiem, choć w duchu przyznała, że miał miły wyraz twarzy. Po otrzymaniu bukietu, rozradowana Marusia rzuciła mu się w objęcia, po chwili Jan wręczył kilka piwonii generałowej.
Przed podaniem obiadu Kasprowicz podszedł do matki. Ukłonił się nisko i pocałował ją delikatnie w rękę. „Ten poeta, ten zbójnik chce zabrać mi córeczkę? Czy rzeczywiście ona chce pojąć tego Polaka? No, niech będzie obcokrajowcem, trudno, przeżyję to, ale nie przeżyję tego, że jest moim rówieśnikiem. Jaki wstyd. Co na to powie rodzina, znajomi. Przecież wybuchnie skandal” – myślała zrozpaczona. W jej oczach pojawiły się łzy. Z tym rówieśnikiem miała tylko po części rację; była starsza od Kasprowicza o cztery lata.
– Uważajemaja gaspoża, ljubezno proszu u was ruki wasziej doczieri – Kasprowicz z dobrym akcentem wypowiedział po rosyjsku formułkę.
Marusia z radości kilkakrotnie podskoczyła, aż zaskrzypiał parkiet. Spodobało się jej, że ukochany zwrócił się do matki w jej języku. Maria Karłowna patrzyła na Jana nieobecnymi oczami. Milczała. Po upływie kilku długich sekund coś się w niej  przełamało. Uśmiechnęła się.
– Jesli ona etowo chocziet, mnie niecziewo skazat’ – wykrztusiła z siebie.
Maria i Jan ucałowali się.
Generałowa nie powiedziała jednoznacznie „tak”, ponieważ w głębi serca nie akceptowała narzeczonego córki. Po wyjeździe poety do Polski, kilkakrotnie próbowała w mocnych słowach wyperswadować Marusi pomysł ożenku. Ta jednak stanowczo obstawała przy swoim. Wyznaczyła sobie cel i z przekonaniem do niego dążyła.
Narzeczeni musieli rozwiązać problem, w jakim obrządku religijnym mieli wziąć ślub. Jan był rozwiedziony z Jadwigą (która wcześniej porzuciła go i wyszła za mąż za Stanisława Przybyszewskiego), więc jako katolik nie mógł ponownie ożenić się w kościele katolickim. Przed przyjazdem do Lwowa Marusia dowiadywała się o możliwość ślubu w obrządku prawosławnym u miejscowego popa. Ten stwierdził, że wobec rozwodu jej narzeczonego – katolika, ślub w cerkwi jest niemożliwy. Maria Buninówna nie traciła jednak nadziei. Była przekonana, że dzięki własnej zaradności oraz wykorzystując dawne wpływy ojca, uda jej się załatwić ślub w Rosji. Po przyjeździe do Lwowa rozmawiała o tym z Janem.
– Może jednak prawosławny? – przekonywała go.
– W żadnym razie – odparł stanowczo.
– W Petersburgu i Wilnie są ludzie życzliwi, którzy mogą pomóc…
– Nie! – przerwał jej. – Nie rozumiesz realiów, zbyt mało wiesz o nastawieniu Polaków do rosyjskiego zaborcy.
– Co ma wspólnego cerkiew z zaborami?
– Otóż to! – zdenerwował się. – Marusiu, nasz naród utożsamia carskiego ciemiężyciela z prawosławiem.
– Musi być jakieś rozwiązanie – była zdeterminowana.
– Jest. Pomyślałem o tym wcześniej. Pobierzemy się w obrzędzie protestanckim.
Maria klasnęła z radości w dłonie i ucałowała Jana.

W sierpniu 1911 roku Maria Bunin i Jan Kasprowicz wzięli ślub cywilny, natomiast 11 września zawarli ślub kościelny w protestanckim zborze w Dreźnie. Dzięki temu ich małżeństwo było prawnie uznawane na obszarze Rosji. Z Niemiec wyjechali na miodowy miesiąc do Poronina, wynajmując część domu u znajomego gazdy. Córki Jana we Lwowie kontynuowały edukację szkolną. Między nimi a macochą od razu zrodziła się nieufność. Już podczas pierwszego spotkania, Ania i Jasia odczuwały chłód emanujący od Marii, która zwracała się do nich z wyczuwalną wyższością. Raziło je między innymi to, że używała formy: „dziewczynki” i „dzieci”. 
Jak to często bywa w życiu, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło; ślub Kasprowicza i związane z tym okoliczności dały szansę matce na zacieśnienie stosunków z córkami. Parę miesięcy po ożenku Kasprowicza z Marusią, Ania i Janka pojechały do matki i jej męża, Stanisława Przybyszewskiego, mieszkających w Monachium. Od tego czasu Jadwiga częściej spotykała się z córkami.
Tuż po ślubie Marusia zanotowała w dzienniku: „Jestem w jego władzy, ma do mnie prawo. Ta myśl wywołuje we mnie słodki dreszcz. Chcę, by patrzył na mnie bardziej surowo, bym mocniej czuła swoją zupełną od niego zależność. Lecz równocześnie rośnie we mnie uczucie oporu. Łaknie ono walki: zechcę lub nie zechcę… a ty będziesz zmuszony poddać się (…). Nie mogę nie zdawać sobie sprawy z tej ogromnej władzy, którą mam nad nim. Kto zwycięży?”. Jakże niepokojące to słowa młodej mężatki oznaczające, iż pojmowała małżeństwo jako rywalizację i chęć dominacji.
W artystycznym światku Zakopanego poeta szczycił się młodą, ładną i inteligentną żoną. Przyjaciele odwiedzający Jana i Marusię byli nią zauroczeni. Kasprowicz ubóstwiał ją, wychwalając w wierszach. Zresztą sam mówił, że do wydania na świat dzieła, jak do zrodzenia dziecka, potrzebne są dwie równorzędne osoby. Jednak dwie osoby tworzące w jednym pomieszczeniu mogły odbierać sobie tlen – twierdził – jedna musiała ponieść ofiarę i ustąpić drugiej, która będzie tworzyć. Krótko mówiąc jego teoria równorzędności tworzenia przez dwoje bliskich ludzi była sofizmatem, ponieważ partnerka ustępująca twórcy nie mogła czuć się równorzędnie. Na szczęście teoria ta nie dotyczyła Marusi, bo już jako panna zanotowała, że czuje się stworzona, by dawać natchnienie, „aby stać się towarzyszką życia człowieka tworzącego”, o czym była mowa na początku.
Kasprowicz pisał w tym czasie (1914-1915) Księgę ubogich podczas samotnych górskich spacerów. Oto fragment XII wiersza tej księgi:

Umiłowanie ty moje!
Kształty nieomal dziecięce!
Skroń dotąd nie pomarszczona,
Białe, wąziutkie ręce!

Lubię, gdy stajesz, ze mną
Na tym tu wiejskim balkonie,
Który poczerniał od deszczów,
Lecz dzisiaj mi w blaskach tonie.

Lubię, gdy z tego dzbana
Podlewasz kwiaty na grzędzie,
Marząca lub głośno mówiąca,
Jaka to rozkosz z nich będzie!

W Poroninie zastała ich wojna. Nie mogli wrócić do Lwowa, który został zajęty przez wojska rosyjskie. Aby przetrwać trudny czas i poprawić sytuację finansową, Maria zaczęła się uczyć introligatorstwa, ćwicząc na książkach z biblioteki męża.

W tym miejscu należy wspomnieć o współudziale Kasprowicza w uwolnieniu z aresztu Włodzimierza Uljanowa czyli Lenina. Przyszły wódz rewolucji październikowej w 1912 roku przyjechał (z Nadieżdą Krupską, jej matką i rodziną Zinowiewów) z Paryża do Krakowa. Następnie zamieszkał w Białym Dunajcu. Po wybuchu wojny trafił 8 sierpnia 1914 roku do aresztu w Nowym Targu. Krupska z Grigorijem Zinowiewem i Sergiuszem Bagockim rozpoczęli starania mające na celu uwolnienie Lenina. Petycję w jego obronie podpisali posłowie austriackiego parlamentu Wiktor Adler i Herman Diamant oraz między innymi Jan Kasprowicz, Władysław Orkan, Andrzej Chramiec i Kazimierz Dłuski. Władze ugięły się i 19 sierpnia zwolniły Lenina z aresztu z nakazem opuszczenia Austro-Węgier. Niebawem rewolucjonista wyjechał do Szwajcarii.

Po przejęciu w Rosji władzy przez bolszewików sytuacja rodziny Buninów w Piotrogrodzie stała się trudna. Matka chciała wyemigrować, lecz jako wdowa po carskim generale nie mogła liczyć na zgodę nowych władz. Z córką Anną, zwaną Netą, głodowały. Był kwiecień 1920 roku, akurat rozpoczęła się wojna polsko-bolszewicka. Wojsko polskie szło na Kijów. Marusia od pół roku nie miała od matki wiadomości.
– Mamusia i Neta są w tragicznej sytuacji. Znikąd pomocy… – martwiła się. – Myślały, że jak skończy się rewolucja, będzie lepiej. Jest jeszcze gorzej. Panuje straszliwy terror.
– Może wyślemy jedzenie? – Kasprowicz próbował ją pocieszyć.
– Przez front? To bezsens – Marusia rozpłakała się jeszcze bardziej. – Mam pomysł, ściągnijmy je tutaj.
– Przez front? – Kasprowicz rzekł z wyczuwalną nutą ironii. – Jak to sobie wyobrażasz?
– Napiszę list do Lenina – wypaliła odkrywczo.
– Marusiu, na Boga! Czyś ty zwariowała?
– Pomogłeś go uwolnić. Zapomniałeś?
– Któż to pamięta. To było dawno temu.
– Lenin pamięta.
– Petycję podpisały osoby ważniejsze ode mnie.
– Nie lekceważ siebie. Byłeś w tym gronie najbardziej znanym Polakiem.
– Myślisz, że list dotrze?

Maria Kasprowiczowa napisała do Włodzimierza Lenina prośbę o zgodę na przyjazd do Lwowa matki Marii Karłowej i Nety. Dwa listy tej samej treści wysłała do Moskwy, jeden zwykłą pocztą, drugi zaś pocztą polową przez linię frontu. Mimo, że trwała zawierucha wojenna, listy dotarły do adresata. W maju do lwowskiego mieszkania Kasprowiczów przyszedł z Moskwy telegram. Marusia, otworzywszy go trzęsącymi się rękami, przeczytała: „Otrzymałem wasz list trzy dni temu. Wszystkie rozkazy zostaną wydane, aby ułatwić Waszej rodzinie wyjazd z Rosji. Ich paszporty zostały już wydane. Podpisano: Przewodniczący Rady Komisarzy Ludowych Lenin”.
Marusia wydała przedziwny odgłos będący mieszanką entuzjazmu i niedowierzania. Kasprowicz podbiegł do niej zdenerwowany.
– Co się stało, kochanie? ­ – wystraszył się jej krzyku.
Maria z telegramem w ręku rzuciła mu się w objęcia. Z jej oczu płynęły łzy radości.
– Mamusia i Neta są uratowane – wykrztusiła z trudem. – Lenin zezwolił na ich wyjazd.
– A jednak pamiętał – Jan podsumował.
Po kilku tygodniach nerwowego wyczekiwania, gdy wciąż trwały działania wojenne, w ostatnich dniach lipca 1920 roku, Maria Karłowna i jej najstarsza córka Neta przybyły do ​​ mieszkania Kasprowiczów we Lwowie. Mając u siebie dwoje uciekinierów z Rosji należało powiększyć budżet domowy. Marusia, wykorzystując zdolności plastyczne, zaczęła dorabiać, malując na jedwabiu. Z wykonywanych przez nią batików szyto suknie, chusty, serwetki i szlafroki. W krótkim czasie osiągnęła sukces artystyczny i ekonomiczny.
W 1921 roku Kasprowicz został rektorem Uniwersytetu Jana Kazimierza. Mając stabilną sytuację postanowił kupić działkę pod dom w okolicy Poronina. Dowiedziała się o tym angielska malarka Winifred Cooper, właścicielka góralskiego domu w osadzie Harenda, która wówczas nie należała jeszcze do Zakopanego. Zgłosiła się do poety oferując jego sprzedaż za 500 funtów, co stanowiło dużą kwotę. Kasprowicz uzyskał potrzebne pieniądze, na które złożyła się zaliczka za przetłumaczenie dzieł Szekspira oraz suma otrzymana od miasta Lwowa (wcześniej władze miasta obiecały ofiarować poecie parcelę pod dom). Transakcję udało się przeprowadzić w 1923 roku tuż przed wybuchem hiperinflacji.
Pewnego razu Stefan Żeromski zapytał przy winie poetę, w jaki sposób nabył tę piękną chałupę. Jan odparł z uśmiechem:
– Zafundował mi ją pewien Anglik.
– Gadaj zdrów! – pisarz nie wyczuł żartu. – Powiadają, że była w to zamieszana jakaś Angielka, a teraz rzeczesz, że dał ci ją Anglik. Nie za dużo wypiłeś?
– A ty wylewałeś za kołnierz? – zarechotał poeta. – Mówię prawdę. Zafundował mi ją niejaki Szekspir. Na imię mu bodaj William…
Jan wyjaśnił Żeromskiemu, co miał wspólnego Szekspir z nabyciem willi na Harendzie. Pisarz roześmiał się głośno, nie mogąc się długo opanować.

Po krótkim czasie Kasprowiczowie dobudowali piętro, półtrakt od zachodu, ganek i nadwieszoną werandę. Dom pełnił funkcję zakopiańskiego salonu artystycznego, do którego przychodzili m.in.: wspomniany Stefan Żeromski, Karol Szymanowski, Leopold Staff, Witold Gombrowicz, Kornel Makuszyński i Witkacy.
Wcześniej, jeszcze we Lwowie, Kasprowicza odwiedziła bułgarska poetka i tłumaczka jego wierszy, Dora Gabe. Dora zaprzyjaźniła się też z Marią, której dużo opowiadała o swoim mężu Bojanie Panewie, literaturoznawcy (małżeństwo później się rozpadło). Gdy Panew przyjechał do Lwowa, Marusia okazywała mu duże zainteresowanie. Coś między nimi zaiskrzyło. Po kilku tygodniach Bojan Panew wyjechał. W listach do niego Marusia delikatnie  dawała do zrozumienia, że byłaby zainteresowana niewinnym romansem. Podczas jego drugiego pobytu, już w Zakopanem, Maria pogodziła się ze świadomością, że mu ulegnie. W dzienniku notowała, że chciałaby z kimś przeżywać piękno górskich wieczorów, natomiast mąż, który był zawsze zmęczony, nie chciał jej towarzyszyć. Prawda była inna; ze względu na chorobę cukrzycy poeta już nie mógł chodzić w góry. Dla młodej żony był to oczywiście pretekst do tego, by coraz więcej czasu spędzać z egzotycznym gościem.
Pewnego chłodnego wieczoru poszli na spacer. Obserwując grzebień Tatr, którego kontur powoli rozpływał się w ciemności, toczyli miłą pogawędkę.
– Męczy cię monotonia takiego życia. Mało tego, ona cię zabija – Bojan, nawiązując do jej małżeństwa, powiedział wprost to, o czym wcześniej myślała lecz, z szacunku dla Jana, bała się to nazwać.
– Czuję, że masz bezkompromisowość pokrewną mojej – pochwaliła go. – Nie obraź się, ale chyba trochę wschodnią – dorzuciła ziarenko goryczy.
– Nie obrażam się, ani nie wstydzę skąd moje korzenie.
– Ja także.
– Jestem rad, że myślimy podobnie. Wspomniałaś o bezkompromisowości, więc powiem ci szczerze, że żyjesz nie swoim życiem, lecz sztucznym, narzuconym.
Marusia milczała. Zgadzała się z nim.
– Z taką inteligencją, z takimi zdolnościami… – rozpływał się w pochlebstwach.
– Nie przesadzaj, Bojan – przerwała mu.
– Ani trochę nie przesadzam. Zabijasz w sobie najwspanialsze możliwości rozwoju, tłamsisz potencjał duszy, intelektu… – zarzucał uwodzicielskie sidła.
– Mam satysfakcję, że przez lata byłam inspiracją dla niego. Wspierałam go (celowo nie wypowiadała imienia męża). Już jako dziewczyna powiedziałam sobie, że kiedyś chciałabym być współtowarzyszką twórcy. I to się spełniło.
– Jesteś dumna ze swojej postawy, ale sądzę, że to tylko stylizacja życia.
– O czym ty mówisz? – oburzyła się.
– Marusiu, czy nie żyjesz złudzeniami? Nie oszukujesz siebie? – mówił przekonująco.
– Nie wiem…
– Nie zabijaj w sobie prawdy mieszczącej się w najskrytszym „ja”. Owo „ja” jest jądrem atomu twojej duszy.
– Twierdzisz… – Maria coraz bardziej wątpiła w słuszność własnej drogi.
– Pragnę pomóc ci odkryć siebie – przygarnął ją ramieniem.
Zatrzymali się na odludnej ścieżce.
– Pragniesz? – spojrzała mu w oczy i uśmiechnęła się zalotnie.
Bojan objął ją i pocałował. Marusia poddała mu się bez oporu.

Choć zdrowy rozsądek powstrzymywał ją przed pokusą zdrady, buzująca młodość i rozedrgane serce popychały ją w tym kierunku. Maria i Jan nawzajem się obserwowali. Gdy napięcie między nią a Bojanem osiągało temperaturę pożądliwości, Kasprowicz świadomie zrezygnował ze swoich praw. Nie robił awantur, dał jej wolną rękę. Ona zaś po krótkim czasie uległa Bojanowi. „Zboczyłam z drogi” – zanotowała. Jednak szybko z niej powróciła. Stało się to mniej więcej w tym czasie, gdy w 1924 roku wykryto u poety zaawansowaną cukrzycę. Choroba unieruchomiła go w łóżku. Musiała się nim opiekować, jak bezbronnym dzieckiem. Dopiero wówczas dotarło do niej, że obojętność Jana nie była skutkiem braku jego miłości, lecz wzrastającymi objawami choroby. Wówczas Kasprowicza nawiedziły ostatnie impulsy weny twórczej. Leżąc w łóżku pisał stylizowane pieśni góralskie Mój świat. Marusia opiekowała się nim troskliwie, wykazując się cierpliwością i wyrozumiałością.
W maju 1926 roku ciężko chorego Kasprowicza odwiedził Witkacy. Naszkicował dwa pastelowe portrety. Jeden z nich przedstawiał poetę z wychudzoną twarzą, wokół jego głowy rozciągała się żółta poświata. Powiadano, że kiedy Witkiewicz malował nad czyjąś głową podobną poświatę, osoba ta miała wkrótce umrzeć.
Jan Kasprowicz zmarł pierwszego sierpnia. Maria postanowiła niczego w domu nie zmieniać, aby zachować ślady jego obecności. Do Harendy napływały wycieczki, miłośnicy jego twórczości, pisarze i poeci. Ze względu na przesadną dbałość o pamięć Kasprowicza i celebrowanie swojej roli, jako byłej żony, Witkacy nazwał Marusię – z charakterystycznym dla siebie sarkazmem – panią Nieboszczykową. Wdowa czynnie uczestniczyła w pracach Komitetu Uczczenia Pamięci Jana Kasprowicza. Głównym celem stowarzyszenia była budowa mauzoleum na harendzkiej posesji i sprowadzenie do niego prochów poety (z cmentarza na Pęksowym Brzyzku). Jednakże córki poety, które odziedziczyły dwie trzecie posiadłości, były przeciwne zamiarom zrobienia z domu miejsca kultu. Anna i Janina chciały korzystać z tego miejsca, jak z domu, do którego mogłyby swobodnie przyjeżdżać i w nim mieszkać. W związku z aktywnością macochy, jako Nieboszczykowej, oskarżały ją o czerpanie korzyści osobistych, głównie prestiżowych.
Trzydziestodziewięcioletnia wdowa wiodła także prywatne życie, którym ciekawiła się zakopiańska opinia społeczna. Marusia nawiązała kontakt z architektem Karolem Stryjeńskim, dyrektorem Szkoły Przemysłu Drzewnego. Stryjeński zaczął projektować mauzoleum. Maria była zainteresowana nawiązaniem z nim bliższej znajomości, jednak w 1927 roku artysta przeniósł się do Warszawy po otrzymaniu katedry rzeźby monumentalnej na Akademii Sztuk Pięknych. Jej nadzieje rozwiały się.
W tym czasie pojawił się w Zakopanem Michał Choromański z matką. Przyjechali z Ukrainy. Dwudziestokilkuletni młodzian uczył się dopiero języka polskiego. Dotknięty gruźlicą kości, poruszał się o kulach. Mimo to wzbudzał zainteresowanie kobiet; był przystojny i miał ciekawą fizjonomię. Pragnął zostać pisarzem polskim. Pomagał mu w tym kompozytor Karol Szymanowski (nota bene utykający na jedną nogę). Drugi jego protektor, poeta Kazimierz Wierzyński, przedstawił go Kasprowiczowej (wiersz Skamandryty, Laur olimpijski, Choromański przetłumaczył na rosyjski). Początkujący pisarz zainteresował się Bronisławą Włodarską, przyjaciółką Marusi, jedną z najpiękniejszych kobiet w Zakopanem, wielokrotnie utrwalaną w szkicach przez Witkacego. Niezależnie od relacji z Bronisławą, Choromański i Kasprowiczowa żywili do siebie sympatię. Jednak Marusia, obawiając się jego erotyzmu, opuściła Zakopane. Wyjechała na rok do ciotki do Paryża. Chciała także odpocząć od zakopiańskiej atmosfery. Po jej powrocie na Harendę, od razu odwiedził ją Choromański, wręczając wielki bukiet amarantowych róż.
– Nie zapomniałeś… – przywitała go zadowolona, wkładając kwiaty do wazonu.
– Marusiu, jakże mógłbym. Wzmocniona paryskim powietrzem wyglądasz piękniej i młodziej – prawił jej komplementy.
– Proszę, przestań… – udawała, że nie jest nimi zainteresowana. W duszy jednak cieszyła się adoracją młodszego o siedemnaście lat mężczyzny. – Powiedz lepiej, co u ciebie?
– Wspaniale – odrzekł ironicznie. – Zerwałem z narzeczoną. – Po pauzie dodał – I to koniec dobrych wieści.
­- A te gorsze? Przepraszam, raczej inne wieści.
– Dobrze powiedziałaś, bo są same złe. Nieustający brak pieniędzy. Za chwilę właściciel wyrzuci nas z mieszkanka, bo od dawna zalegamy z czynszem. Moje dorywcze zajęcia ledwie wystarczają na kartoflankę, którą mama robi z niczego. Słowem nędza – głos mu się załamał, oczy zaś zwilgotniały. – Ale wciąż piszę, wciąż rysuję – dokończył zachrypniętym głosem.
– Tak mi przykro – Marusia rzekła współczująco, dotykając jego przedramienia.
– Znikąd nadziei… – mówił z trudem. – Kazimierz próbował coś pomóc, ale bezskutecznie. Nawet Karol, ze swoimi wpływami, nic dla mnie nie mógł wskórać.
Maria podparła głowę i długo zastanawiała się nad czymś.
– U mnie stoją wolne pokoje. Co prawda mieszkają też Jaroccy, ale się pomieścimy. Weź matkę z jej siostrą i na razie zamieszkaj u mnie.
Michał rzucił się ku niej i z wdzięczności długo całował jej dłonie.

Choromański po wprowadzeniu się do domu na Harendzie zaczął z Marią romansować. W willi, w której krzątało się sporo osób, nie dało się tego ukryć. Córka Kasprowicza, Anna Jarocka z mężem, z chorobliwą satysfakcją obserwowali kochanków, potwierdzając własną teorię, że macocha była złą kobietą. W domu czuło się perwersyjny erotyzm. Marusia od dawna była spragniona cielesnej bliskości mężczyzny. Po pierwszej nocy spędzonej z Michałem poczuła wstrząs.
– To było, niczym uderzenie pioruna – stwierdziła zachwycona.
Michał przytulił ją mocniej.
– Ja także czułem przechodzący po plecach prąd. Jeśli były w nas te same iskry, czy może być jeszcze coś cudowniejszego?
– Spełnienie wytęsknionej spójni cielesnej daje mi poczucie maksymalnie spotęgowanego życia. Poczucie rzeczywistości istnienia.
– Za to cię ubóstwiam. Masz pełną świadomość ciała – pochwalił ją.
– A duszy nie? – udała obrażoną.
– Jedno i drugie łączy się i wzmacnia – wybrnął z sytuacji.
– Racja. Od dawna o tym myślałam. W tym, co się stało przed chwilą, duch ściślej łączy się z ciałem, ono zaś unosi ducha do jakiegoś… – zastanawiała się – niewyobrażalnego poziomu.
– Aksjologicznego?
– Powiedziałeś, jak filozof.
– Pisarz jest w jakimś sensie filozofem.
– Lecz w tych sprawach to określenie jest zbyt techniczne. Odziera subtelne doznania z aureoli tajemnicy. Może jednak nie powinno się wszystkiego nazywać po imieniu?
– Za to też cię cenię – pocałował ją.
„Ten kaleki, schorowany chłopiec odkrył we mnie zdrowie, a raczej ukryty zdrowy erotyzm. Cóż za paradoks” – pomyślała usatysfakcjonowana.
Nie pomna wrogich szeptów i spojrzeń, kontynuowała romans. Z pasją wspierała młodego pisarza. Przypomniała sobie misję wspierania twórcy, którą spełniała u boku Jana. Równocześnie pracowała nad pierwszym tomem dziennika Moje życie z nim, wydając go w 1931 roku. Nieprzypadkowo w tym samym roku Choromański zadebiutował Białymi braćmi. Książka ta została dobrze przyjęta, natomiast debiut Kasprowiczowej spotkał się z ostrą krytyką; zarzucano jej, że kosztem wielkiego poety eksponowała swoje ego, przy okazji obnażając własną próżność.
Michał Choromański nie był grzecznym chłopcem. Trwając w intymnej relacji z Marią, uwodził inne kobiety, między innymi Zofię Nałkowską, która uległa jego nieokiełznanej zmysłowości. „Jego urok erotyczny jest tak silny, że przebywanie z nim nie może być bez konsekwencji” – zanotowała w Dziennikach. Niestety pił, po otrzymaniu zaś Nagrody Młodych Polskiej Akademii Literatury rozpił się jeszcze bardziej. W stolicy Tatr, w Krakowie, czy Warszawie szastał pieniędzmi i pijany przesiadywał w knajpach. Pani Maria cierpliwie szukała go po zakopiańskich restauracjach, spłacała długi, po czym zawoziła do domu, czym wzbudzała podziw Nałkowskiej.
Gdy Choromański znudził się zakochaną w nim wdową, przyprowadził na Harendę przyjaciela, Henryka Worcella, którego wcześniej namówił do poważnego zajęcia się pisaniem. Pani Maria wynajęła Henrykowi pokój. Wykorzystując sytuację autor Zazdrości i medycyny uwolnił się spod skrzydeł nadopiekuńczej patronki, dokonując z Worcellem swoistej roszady. Ten poddał się „probierzowi ducha męskiego” pani Marii, co najprawdopodobniej uczynił z przyjemnością.

W 1933 roku granitowe mauzoleum Kasprowicza zostało ukończone. Maria dopięła swego przy poparciu Kornela Makuszyńskiego i Leopolda Staffa. Pierwszego sierpnia prochy poety uroczyście przeniesiono i pochowano na Harendzie. Podczas uroczystej ceremonii zebrało się dwa razy więcej osób, niż liczyło Zakopane.
Dom na Harendzie wciąż był wspólną własnością wdowy i córek Kasprowicza. Te ostatnie, mając większość posiadłości,  skierowały sprawę do sądu, by spłacić macochę i usunąć ją z domu. Wyrok sądowy okazał się korzystny dla Marii Kasprowiczowej; wszyscy właściciele mieli prawo do korzystania ze swojej własności i części wspólnych domu, jak i przyległego terenu.
Tuż po wybuchu drugiej wojny światowej Maria wyjechała do Lwowa. Jednak po namyśle w następnym roku wróciła do Zakopanego. W 1944 roku Armia Czerwona wyzwoliła Zakopane spod okupacji niemieckiej. Żołnierze sowieccy dowiedzieli się, że gdzieś tu mieszkał Lenin. Gdy Maria Kasprowiczowa opowiedziała im historię o uwolnieniu z aresztu Lenina, a potem o jego telegramie z Moskwy w sprawie zgody na opuszczenie Rosji przez jej matkę i siostrę, sowiecki kapitan rzekł:
– Gdyby wiedział o tym wielki Stalin, kazałby przysłać samolot, aby zabrać stąd panią do Moskwy.
Oczywiście pani Maria nie paliła się do powrotu do swojej pierwszej ojczyzny, ale dla oficera jej udział w wydarzeniu, w którym uczestniczył wódz rewolucji, był tak ważny, że powinna zostać wynagrodzona taką właśnie podróżą.
W 1950 roku Maria przekazała dom państwu, zostając kustoszem Muzeum Jana Kasprowicza. Trzynastego grudnia 1968 roku zmarła, dzień po sto ósmej rocznicy urodzin męża.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko