Zdzisław Antolski – Miniatury(9)

1
79

Jeziorany

Mama była stałą słuchaczką audycji „W Jezioranach”. Choćby nie wiem, co się działo, siedziała w niedzielę po południu przy odbiorniku, zasłuchana, nieobecna…

Psuły mi się zęby, miałem łojotok, mieszkaliśmy cztery kilometry od Ośrodka Zdrowia i dentysty… Nikt mi nic nie doradził, nie pomógł, nie zaprowadził… Byłem nieletni, jak miałem iść do lekarza? Ojciec miał strzykawkę lekarską i walił mi w tyłek penicylinę, aż porobiły mi się zrosty…

Strzygł mnie ręczną maszynką, ale nie pomógł myć głowy. Nie mieliśmy kranu, wszystko trzeba było robić podgrzewając wodę w garnku, a później polewać głowę kubkiem. Nie umiałem tego robić, woda rozlewała mi się na podłogę. Miałem potrzebę, umyć się cały, a nie tylko do pasa w umywalce. Myłem się kucając na małą miedniczką. Było okropnie, zwłaszcza zimą, gdy mróz przenikał przez drzwi,

Ojciec nagle postanowił, że nie będzie się zajmował moimi sprawami. Rzeczywiście. byłem nieporadny, ale nie miałem jeszcze osiemnastu lat, a poza tym, jak mogło być inaczej, jeśli całe lata siedziałem sam w pokoju z książkami. Nie umiałem sobie nawet zrobić herbaty, bo mama nie pozwalała i tylko ona mogła to robić.

Czy oni w ogóle mnie kochali?


Fryzjer w Pińczowie

Pewnego razu moja mama wybrała się ze mną (wówczas przedszkolakiem) w podróż autobusem PKS do miasteczka powiatowego, Pińczowa, w celu ostrzyżenia moich zbyt długich włosów. Wyprawa skończyła się awanturą u fryzjera, który strzygł inaczej niż mama sobie życzyła. Opuściliśmy ten gabinet, a następnie pospiesznie szukaliśmy w Rynku drugiego fryzjera.

Przechodnie, na widok chłopca ostrzyżonego do połowy głowy, klaskali i wybuchali śmiechem.


Własny pokój

Tak sobie myślę, że nauka w liceum w Kielcach szła by mi znacznie lepiej, gdybym nadal mieszkał w swoim pokoju na wsi, w Pełczyskach. Przecież tam, w każdym obrazie na ścianie (ojciec powiesił oprawione wizerunki lwów i tygrysów, które miały być pomocami naukowymi na lekcjach geografii), w każdym kącie koło kaflowego pieca, w obrazku Matki Boskiej i Anioła Stróża z dwójką dzieci, czaiło się moje psychiczne bezpieczeństwo. Po lewej stała szafka, w której mieszkali papierowi i plastykowi żołnierze, a po prawej stała wiklinowa etażerka ojca, gdzie leżały egzemplarze pisma „Polonistyka”. „Pszczelarstwo”. „Mówią Wieki”. I ulubiony przeze mnie „Biuletyn Języka Polskiego”, w którym pisali kieleccy poloniści: Stanisław Żak, Stanisław Mijas, pani Helena Wolny i pani Zofia Korzeńska. Trochę dalej stał niski stoliczek z dwoma szufladkami, w których mama trzymała nici i szpilki a ma półce poniżej leżały roczniki pisma „Kraj Rad”. Na stoliczku stało radio sonata, na którym słuchaliśmy „Wolnej Europy”.

W takim otoczeniu nauka szła by mi znacznie łatwiej. Tymczasem w domu w Kielcach był koszmar. Nie miałem swojego pokoju, bo ojciec przygarnął siostrzeńca, Dzidka z Węchadłowa. Nie umiałem się skupić z drugą osobą, która jeszcze cię co chwilę zagaduje. Wszystkie okna wychodziły na zachód i północ, nie było łazienki… Koszmar.

Z ulgą przyjąłem wiadomość, że nasz dom będą wyburzać, a my przeniesiemy do bloku, gdzie będę miał swój pokój.


Odmowa

Kiedy byłem starszy, gdzieś w siódmej klasie, matka domagała się, abym stanął po jej stronie w odwiecznym sporze z ojcem. O co nie wiadomo o co. Chciała, żebym przyznał otwarcie i głośno, że ojciec jest straszny, zły, że ją niszczy i prześladuje.

We mnie zrodził się jakiś głuchy bunt. Czułem, że ziemia usuwa mi się spod stóp. Nie widziałem w ojcu nic demonicznego. Był to według mnie prostolinijny człowiek, który od żony wymagał jedynie podania obiadu na stół w odpowiedniej porze i pilnowania, aby jego koszule były uprane i uprasowane. Miał co prawda swoje wewnętrzne złości i chandry, ale nigdy ich nie ujawniał przed rodziną.

Mama bez ojca nie mogłaby żyć, niczego nie umiała załatwić w urzędach, w sklepach, w domu… Ale musiała mieć jakiegoś wroga i padło na ojca, który się z tym pogodził.

Stanowczym, choć drżącym głosem, oznajmiłem mamie, gdzieś w pustą przestrzeń, a trochę jakby w sufit, że nie chcę stawać po niczyjej stronie. Matka, która dotychczas patrzyła na mnie z nadzieją w oczach, z jakimś psim oddaniem, nagle przygasła, jakby zapadła się w sobie, zamilkła gniewno-smutno-rozpaczająco.

Ale wkrótce znów krzyczała na ojca.


Obrazek

Wszyscy wtedy paśli krowy, jedni na podworskich nieużytkach, na stokach góry Zawinnicy, gdzie aż roiło się od ślimaków winniczków, różnych pasikoników i ptaków: słowików i myszołowów, a inni na szerokich, płaskich łąkach na wschodzie. Nasza wieś leżała bowiem na granicy dwóch światów: łąk nad Nidą na wschodzie i wzgórz ze stepową roślinnością na zachodzie.

Czasem trafiały się węże zaskrońce z pobliskiego cmentarza, które śmigały między trawami. Przez środek wsi biegła niewielka rzeczka, trafnie nazywana Strugą, którą można było w niektórych miejscach po prostu przeskoczyć, ale na wiosnę bardzo wzbierała, stawała się szalona, bardzo szybka i brunatna, hucząca, pełna zerwanych drzewek i gałęzi, i bywało, że rozlewała się po pobliskich polach.

Przed wojną Struga zasilała dworski staw, w którym właściciel, pan Libiszowski, hodował ryby, ale po wojnie było to tylko płaskie, wyschłe niemal całkiem miejsce, gdzie grywaliśmy w piłkę nożną. Tylko podczas ćwiczeń strażacy tamowali strugę specjalną zaporą z desek, która umocowana była pod mostkiem na drodze do dworu, żeby trenować używanie sikawki, jaką wygrali na zawodach.

Przed wiekami musiała tędy szaleć olbrzymia rzeka, która wyrzeźbiła dolinę, a wzgórze Zawinnicę obcięła, jak ucina się w podłużnym bochenku chleba piętkę aż utworzył się wysoki, niemal pionowy, klif.

Na jego szczycie biskup krakowski Pełka postawił zamek, który zburzyli Szwedzi podczas potopu. Rzeka zmalała, aż został tylko ślad, mały strumyczek, a na jej dnie rozłożyła się nasza wieś – Pełczyska. Znaleziono tu w ubiegłych wiekach kilka skarbów, garnków ze złotymi talarami, a i później zdarzało się, że chłop orząc pole na stokach góry, znajdywał pociemniałe od czasu i ziemi monety, niewiadomego pochodzenia. Dzieci próbowały za nie kupić lody albo ciastka, podczas odpustu pod kościołem na św. Wojciecha, ale nie znający się na numizmatyce handlarze z Wiślicy, przepędzali je kijem i szyderstwem.

Reklama

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko