Wiersze tygodnia – Stefan Żagiel

0
100
Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Nałęczów z Czechowiczem

Kawiarnia Filiżanka z fusami
Dziewczyna na nagich plecach
ma 17 pieprzyków Zdążyłem policzyć
Trawnika aksamit
I świerk się do palmy zaleca

Pod niebieskim parasolem
można czasem dostać uśmiech
albo piwo które wolę
sączyć w półśnie

Orkiestra Płynie walc jak smętek
spod pałeczki starego dyrygenta
A w twoich oczach jest słońce zaklęte
I róża taka uśmiechnięta

Chmury górą Pełzną ku parkowi
Rozwieszają nuty wspomnień na drzewach
Na ławeczce usiadł Czechowicz
Pisze wiersze Wiatr je rozwiewa.


Srebrna Madonna

Matka Boska z Krzczonowa
chociaż nieba królowa
była skromna i licho odziana
Choć cudami słynąca
i niezmiennie stojąca
Przy swych dzieciach – krzczonowskich włościanach.

Gdy dzwon dzwonił na trwogę
znała wieś do niej drogę
przed ołtarzem klękała jak tronem.
Ogień, mór lub Tatarzyn
Matko, stój nam na straży!
Matko weź nas pod swoją obronę!

Kiedy kraj potop zalał
zła rozlała się fala,
do Krzczonowa zbliżali się Szwedzi.
Szli by grabić, mordować
wszelkie mienie rabować
Matko Boska, poratuj nas w biedzie!

Matka dzieci swych strzegła:
wojska rota nadbiegła
i przesłonił bitewny kurz słońce.
Co zdarzyło się potem?
Szwedzi legli pokotem
nad strumykiem, co zwą go Śmierdzące.

Polski król Jan Kazimierz
co powrócił był w zimie:
Dam ci, Matko, sukienkę ze srebra.
Za obronę dam chłopów
za ratunek z potopu.
Chociaż sam jestem tułacz i żebrak.

Jam królową jest nieba
ziemskich dóbr mi nie trzeba
lecz niech suknia mi służy za pancerz.
Niech się srebrzy w Krzczonowie
a gdy przyjdą wrogowie
złamią na nim swe miecze i lance.

Płyną lata i wieki
Krzczonów wciąż zdrów i krzepki
na ołtarzu wciąż lśni Srebrna Pani
Dzięki Ci, Matko Boska
Dobra Pani Krzczonowska
Że od złego krzczonowian ochraniasz.

             (Z tomu „Krzczonów w wierszach”)


W Krzczonowie

Południe
niegdyś rozmodlone dzwonem
sypie
słonecznym makiem
na drzew korony

Pamięci płochliwe
ptaki
przelatują stadami cieni
z niemym furkotem

Z drzew
sypią się do źrenic
gwiazdy zielone
i złote

Przycupnięta w cichej
dolinie
zadumała się Bełza
już dziarsko nie płynie
pełza
sinym zaskrońcem
z rzadka z wody wybłyska
utopione słońce

Za wsią
drogi się rozeszły
pod rozstajnym krzyżem
Idę zdzierając podeszwy
a przyszłość jest bliżej
i bliżej…

   (Z tomu „Krzczonów w wierszach”)


  Atleta

Wyszedł
W przestrzeń sportowej hali
Niby heros na bój.
W mięśniach miał tony stali
Treningów znój.

W głowie biły marzeń dzwony
W sercu wrzała
Wola walki.
Podszedł skupiony
Natarł dłonie talkiem.

Zwarł na gryfie obcęgi rąk
A gdy zabrzmiał wewnętrzny gong
Sztanga frunęła nad głowę.
Gotowe!

Stal gniewna ściska i zgina
Trzeba się jej oprzeć
Trzy gwiazdy zwiastują finał
Jest dobrze!

Opuścił sztangę lekko
Wiedział
Jest nowy rekord
Zwodów mistrzowskiej rangi.
On
Atleta
Poeta sztangi.


Żal

Jeszcze mnie gryzie w gardle
niby kurz pamięci
cierpki smak
zielonych gruszek – ulęgałek,
którym nie dała dojrzeć
niecierpliwość dziecka.
Kusiły z gałęzi dzikiej gruszy,
co rosła na miedzy wśród pól,
zielonym drogowskazem dzieciństwa.
Dobrotliwą dłonią osłaniała słońce,
podawała cień.
Po polu ojciec, uzbrojony w kosę,
wiosłował w powodzi zbóż.
Ojciec – największy przyjaciel
o dużych dłoniach
i ramionach pełnych bezpieczeństwa.
Biegnę za nim i biegnę,
wołam: Tato – a on coraz dalej
i dalej, już gdzieś
za niebieskim horyzontem –
a ja coraz bardziej,
coraz bardziej sam.
Tylko stara grusza na miedzy
jeszcze mnie poznaje,
gdy powracam na ścieżki dzieciństwa
i podaje mi cień.
I ciągle ściska w gardle
cierpki smak zielonych
niedojrzałych gruszek.
A może to po prostu żal…


Czarownice

Czym zdołał szatan uwieść
te nieszczęsne kobiety?
Jakie w nich wzbudził
ognie pożądania?
Czym omamił,
oszukał,
że gotowe były oddać mu swe ciało?
Czyż tylko ciekawość latania na miotle,
bądź możliwość zamawiania mleka
krowom sąsiadek,
sprawiły,
że opętane
poszły na diabelską służbę?

Jakimże potem zdrajcą
okazywał się kochanek,
gdy oskarżonym o czary
rozgniatano palce, łamano kości
– on żadnej nie przyszedł z pomocą.
Nawet wtedy, gdy wyjąc z bólu,
opisywały w szczegółach
miłosne z nim igraszki.

Owa nieczułość na cierpienia
zadawane kochankom
była zaiste dowodem
na jego bestialstwo.
Próby kłamstwa czarownic
odkrywały niezawodne próby wody
– sprawiedliwe i prawdomówne
były tylko utopione.

Na czarownice czekał ogień.
Ogień piekielny,
ale najpierw ten
podłożony przez ludzi:
Stos!

Dziś stosy wygasły
choć żar tli się jeszcze
i tchu wystarczy,
żeby go rozdmuchać,
by gawiedź mogła oczy swe nasycić
widokiem krwiożerczego ognia.
Palącego w imię miłości.

Ognia,
co nie rozjaśnia,
bo przecież sam jest
z ciemnoty.


Odmiana

Przemawiają do naszego strachu
abyśmy się ugięli
przed powagą
rzeczowych argumentów

Nic dziwnego, że potem,
gdy przemawiają do naszych serc
rozumu
czujemy strach.


Ogniwo

Ogniwo jest jak samotny
człowiek
– symbolem,
niczym więcej.
Ogniwa złączone w łańcuch
są jak ludzie
– lubią więzić.
Ale łańcuch, nawet z jednym
pękniętym ogniwem,
nie jest łańcuchem,
nikogo nie jest w stanie
uwięzić.
Podobnie jak człowiek
z pękniętym
sercem.


Opowieść o kamieniu

Potykają się ludzie
o kamień
leżący na środku drogi

głupi głaz – mówią jedni
a inni: niech trzaśnie weń piorun
lub żeby pękł
wstrętny
niedobry
jeszcze inni mówią
że smutny
nieszczęśliwy
skoro tylko w ten sposób
może zwrócić na siebie uwagę
kamień biedaczysko

Ileż prawdy
mówią ludzie o sobie
nazywając kamień


Istniejemy tak pół żartem

Istniejemy tak pół żartem
tak pół serio
chodząc mocno po ziemi
między dwoma biegunami
między dwoma wszechświatami
zawieszeni

Istniejemy tak pół żartem
dopóki ktoś
nie zechce go zmienić
w cały żart
powiedzmy – atomowy

Istniejemy tak pół serio
dopóki
nie wpakują nam w brzuch
całej serii.


Opinia

Pytanie jest fundamentalne:
Kto jest za karą śmierci?
Ja!
I ja!
My, czyli społeczeństwo,
Które ma prawo
żyć  bezpiecznie!
A ty, Matko?
Ja też, oczywiście!
Pod słońcem nie ma miejsca dla zbrodniarzy!

Ależ Matko. Twojego syna sąd skazał
Na karę śmierci.
Sama jej chciałaś…
Mojego syna? Boże, nie!
Innych tak, ale nie mojego!
Ludzie, ratujcie!
Pomóż, Bożę!
Łaski…


Alienacje

Wyciągasz rękę do człowieka 
do bliźniego
do przypadkowego przechodnia

Na znak pokoju
przyjaźni
powitania

A on nie chce podać ci swej ręki
odwzajemnić gestu ni uczucia

Widzi w twej ręce granat
nóż
grosz do rzucenia z litości
trąd chciwości na palcach

Widzi to wszystko w twoich rękach
albo zdążył wykształcić odruch
takiego właśnie postrzegania

Wyciągasz rękę do człowieka
na znak pokoju przyjaźni powitania
a on nie podaje ci swej ręki
by odwzajemnić gesty
i uczucia

On nie ma ręki…

Wiersze tygodnia redaguje Stefan Jurkowski
stefan.jurkowski@pisarze.pl

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko