Krystyna Habrat – ZBUDOWANO MIASTO IDEALNE

0
81

Najpierw zaprojektowano je jako idealne dla mieszkańców i najbardziej nowoczesne.  I ścięto pierwszą sosnę, potem drugą i dalsze, robiąc miejsce na budowę nowej fabryki, nowych domów. Miały to być najwyżej dwupiętrowe bloki otoczone ogródkami, każdy z niewielką ilością  mieszkańców. Wszystko zupełnie niepodobne do wszystkich miast dotąd.

Wymyślano już podobne dawniej, ale o tamtych słuch zaginął. Może zmieniły się powoli w takie zwyczajne, może nie przetrwały, bo nie miały racji bytu.

To zaczęto budować z takim entuzjazmem, że powinno się ostać dziejowym burzom. Wygodne dla mieszkańców.

Szybko zjeżdżali się entuzjaści, aby tutaj rozpocząć nowe życie. Praca czekała. Najpierw przy budowie wszystkiego, a potem w fabryce. Architekci spisali się wspaniale. Wytyczali ulice linijką i wzdłuż stawały jednakowe białe bloki z kremową elewacją, pobłyskującą w słońcu miką. Każdy na kilkanaście mieszkań. A fabryka też rosła w oczach. Wkoło pachniało żywicą sosen.

Miasto  budowano  szybko, napływali zewsząd nowi ludzie. Potrzebne stały się szkoły i szpital. Wszystko realizowano też w szybkim tempie, ale nieubłagana historia wkraczała i tu, niwecząc szlachetne zamiary ludzi, a nawet ich życie.

Miasto ciągle rosło, rozrastało się coraz dalej, potem nowe bloki musiały być większe i wyższe, już bez ogródka dla każdego.

Miasto idealne – mówiono. – I jak pachnie tu żywicą.

Powoli dla nowych bloków i obiektów publicznych zaczynało brakować przestrzeni. Nawet mieszkań. Długo radzono sobie, zacieśniając te istniejące poprzez dokwaterowywania, gdzie tylko się dało, sublokatorów. W pewnym okresie najchętniej tym, którzy gorliwie chodzili na procesje kościelne, albo nie dość gorliwie przyklaskiwali temu, co zaczęło obowiązywać, nawet w myśleniu.

Ale obchodzono hucznie kolejne jubileusze założenia miasta, a historia zataczała swoje koła.

Wreszcie musiano sięgnąć po tereny, sąsiadującej z miastem, wioski.

 Było to w planach odkąd zaczęto  budować miasto. Odtąd też życie mieszkańców się poprawiło, bo, uprawiając nadal swe pólka, hodując krowy, świnki i kury, zaczynali pracować w fabryce i nieźle zarabiać. Poprawiło się im finansowo. A teraz mieli przenieść się do bloków?!  Bez krów i świń! Jedni przenieśli się, inni wyjechali. Wszyscy otrzymali odszkodowania i wielu zaczęło się budować nieopodal, gdzie wkrótce zaczerwieniło się od ceglanych bliźniaków i domów jednorodzinnych, dużo wygodniejszych niż te, które opuścili. Wkrótce je zburzono i wyrosły tam już nie dwupiętrowe bloki na 12 rodzin w trzypokojowych mieszkaniach, nie wille dyrektorskie lub im podobne, ale kilkunastopiętrowe wieżowce z windami i wieloma klatkami schodowymi.

Niejeden mieszkaniec wioski i tam zamieszkał. Ale żal w ich sercach pozostał. Po cichu deliberowano, jakby tu odzyskać od państwa coś więcej. Tam, gdzie stała ich, kryta strzechą, chata nie zbudowano przecież wieżowca,  a jest tylko trawnik, więc oni niepotrzebnie zostali wysiedleni, niepotrzebnie budowali nowy dom. Coś trzeba z tym zrobić!

Nie lubili tych, co się tu nazjeżdżali i ich skrzywdzili. Jeszcze nie walczono otwarcie, niczym Indianie z najeźdźcami, ale niechęć przepełniała ich serca. Przecież te tereny były ich. Oni tu królowali.  To cóż, że niejeden musiał wyjechać do Ameryki, żeby  pomóc rodzinie, ledwo wiążącej koniec z końcem. Ale potem przysyłał paczki. Jak pięknie wyglądały  odtąd ich dziewczyny w przybranych błyszczącymi  dżetami sukienkach z paczek, gdy przychodziły  do wiejskiego kościółka. Te z miasta takich nie miały. One nawet nie  miały pojęcia, że te z wioski tak ich nie lubią. Kiedyś ta długo gromadzona  niechęć  jednak wypływała. Na jakimś tradycyjnym  weselu,  to przy  swarach o spadek,  wychodziło nagle na jaw, jak  ważna  jest ilość posiadanych mórg oraz krów i kto się już pobudował, kto zamierza, i co kto po kim odziedziczy. A to graniczące z wioską nowe miasto, które wkroczyło na ten teren nieproszone, wcale   nie doceniało, kto tu bogatszy, która panna z większym posagiem.

Miasto było przecież nowoczesne, demokratyczne, wszyscy sobie równi, a więc i myślenie było nowoczesne. Wszyscy mogli tu znaleźć pracę w ciągle rozwijającej się fabryce. Wszyscy mogli się kształcić. Tylko na studia należało wyjechać daleko pociągiem. I to z przesiadkami. Ale na powracających stamtąd czekała praca i od razu mieszkanie. No, na czwartym piętrze  w bloku bez windy, bo czekający w kolejce takich nie chcieli,  za to od razu. A w mieszkaniu  jasny parkiet,  wyczyszczony, okna też – jako tako przetarte, a na podłodze – tradycyjne  trzy pudła pasty do podłogi na powitanie.

Z racji kolejnego jubileuszu miasta zrobiono o nim kolejny film. Wszyscy chwalili i podziwiali. Jeden tylko szczegół zabrzmiał niezręcznie. Pokazano, jak w odgórnie zaplanowanym układzie architektonicznym miasta, porozdzielano poszczególne  dzielnice.

Z jednej strony, najdalej od fabryki, były wille dyrektorów tej fabryki – w ogrodzonych siatką ogrodach, obok  dla inżynierów w domach już kilkurodzinnych.  W tej dzielnicy były wszelakie sklepy, urzędy, gimnazjum,  przedszkole, później szpital, nawet kościół. Wszędzie piękny parkan odgradzał od ulicy z  robiniami strzyżonymi na okrągło. W dobrym stylu było oznajmić, że się tu mieszka od prawie zawsze,  choć to „prawie”  dość kamuflowało to „zawsze”.

A najbliżej fabryki były  mieszkania dla niższej kadry pracowników fabryki, jednopokojowe lub dwu,   kuchnie malutkie,  wygódki bez wanny czy prysznica.  Ogródki przy bloku mieli wszyscy. Od ulicy odgradzała bloki siatka. Ale ulicę musiano poszerzać, bo tędy puszczono cały ruch kołowy do fabryki. Siatkę więc zlikwidowano, klony wzdłuż drogi wycięto. Po podwórkach łaziły już hordy obcych i obrywały co się dało w ogródkach. Ale i tu  sześć bloków należało do kadry majsterskiej oraz nauczycieli, więc mieszkania były większe, trzypokojowe z dużą kuchnią i wykafelkowaną łazienką z wanną. Niby w każdym mieście bywają dzielnice droższe oraz uboższe. Ale to miasto miało być idealne, demokratyczne, a w nim wszyscy szczęśliwi i równi.

Najdziwniejszy był komentarz do takiego układu. Ktoś opisujący te różnice  podsumował, że dzięki takiemu układowi było tu wygodnie mieszkać. Tylko dla kogo wygodnie? Czy robotnicy z rodziną nie potrzebowali się myć? Najwyżej w miednicy w  ciasnej ubikacji?  Rodziny robotnicze wędrowały na zakupy, do szkoły, kościoła i przychodni do dzielnicy dyrektorskiej, ale za to miały blisko do fabryki i na cmentarz.  I to było to bardzo wygodne dla mieszkańców?  Dla których?   

Twórcy filmu chyba  tego fatalnego  zdanka nie docenili, bo  by je wycięli. Może chcieli się bardziej przypochlebić tym z willi. Tylko w tych willach i domach dla inżynierów w pewnym okresie historii zamieszkali ci, którzy sprawowali realną, acz niby niewidzialną, władzę nad wszystkimi dyrektorami czy inżynierami. Czasem ci z rekomendacji partyjnej, byli przodownicy pracy i absolwenci zaocznych kursów. Mieli dalej do fabryki niż robotnicy, ale ich dowożono samochodem. Zresztą wkrótce wszystko zaczęło się zmieniać, plątać.

Tylko pragnienie władzy pozostaje niezmienne od zawsze. Na szczęście nie każdego ono dopada. Ale jak już ktoś pozna jego smak i wie z jakimi przywilejami się   wiąże, dąży ku niemu wszelkimi sposobami. Czasem, jak to bywa w historii,  nawołuje  do pomocy  tych z gorszych dzielnic, żeby zastrajkowali, zbudowali barykady.  Ale ludzie w  tym prawie idealnym mieście  byli na ogół cisi i porządni.

Niestety pan zachwalający na filmie  układ architektoniczny miasta z podziałem na lepsze i gorsze dzielnice, tym jednym zadowolonym zdankiem, jakie to wygodne dla mieszkańców, zburzył sielankowy obraz miasta. Niektórych pewnie mile to połechtało,  ale całą demokratyczną  wizję tej utopii diabli wzięli.

Nie da się wymyślić nic naprawdę idealnego? Czy zawsze muszą być jacyś pokrzywdzeni, jak ci z wioski, noszący w sercu  niechęć do przybyłych, może nawet zawiść,  i jak ci gorsi, bez wykafelkowanej łazienki z wanną?  No i ci, co mają władzę – czyli wszystko? Pieniądze, wygody, willę z ogrodem  odgrodzoną od ulicy siatką? I poczesne miejsce na każdym kroku? A zawiść pociąga za sobą barykady i kolejny zwrot w historii. Czy tak musi być?

Jak wymyślić miasto naprawdę idealne?

Krystyna Habrat

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko