Joanna Gocłowska-Bolek – Mistrz i niewygodne pytania 

0
91
Filip Wrocławski

1. Mistrz i niewygodne pytanie

„A co pan o tym myśli?” – nagle dziennikarz zadał Mistrzowi pytanie na temat społecznie kontrowersyjny.

Na temat, na który lepiej nie wypowiadać się publicznie.

Pytanie od razu zaczęło Mistrza uwierać, dręczyć, wżerać się w umysł jak wygłodniały karaczan. Chciał przeprosić grzecznie i przejść bokiem nie patrząc w obiektyw, ale dziennikarz przysunął mikrofon, kamera spojrzała mu prosto w oczy i nie było wyjścia.

Należało udzielić odpowiedzi.

Wyobrażał już sobie, że odpowiada odważnie i z podniesioną głową, jak patrzy dumnie, wyniośle w kamerę. Jak potem broni swego zdania wbrew naciskom, jak stawia czoła dyżurnym opluwaczom, jak dumnie wypina pierś, zdobywa szacunek, podziw i uznanie.

Przez głowę Mistrza przemknęło sto różnych myśli, ale nie zdążył ich pozbierać. Rozpierzchły się jak pieski preriowe pędzące na oślep w różnych kierunkach.

„Zgadzam się” – wyrwało mu się jednak wbrew temu, co przecież chciał odpowiedzieć. – „Zgadzam się w zupełności!” – oświadczył do mikrofonu. Głośno i wyraźnie.

„Dziękuję. To wystarczy” – uśmiechnął się dziennikarz i pokiwał głową ze zrozumieniem.

Wszystko się nagrało.

Dyskusja potoczyła się gładko dalej. Nikt z obecnych nie zwrócił uwagi na tę krótką wypowiedź.

Tylko Mistrz sam w swojej wyobraźni zobaczył, jak parcieje fasada zwana dla niepoznaki naukowym autorytetem, jak rozpada się misternie budowana konstrukcja. Na tysiąc malutkich kawałków. Już nie do poskładania.

I zupełnie nie wiadomo, dlaczego właśnie w tej chwili Mistrz przypomniał sobie czytaną kiedyś starą angielską opowieść Tomasa Hady’ego „Z dala od zgiełku”. W tej opowieści pies przewodnik, który miał pilnować stada owiec, nagle w środku nocy, powodowany jakimś impulsem, pognał je wszystkie na urwisty brzeg, gdzie jedna po drugiej spadały w przepaść i rozbijały się o skały. Rano młody farmer – z wielkimi planami na przyszłość – zobaczył, że z bogacza stał się w jedną noc biedakiem.

2. Mistrz przechodzi na zasłużoną emeryturę

O godzinie 19:46 odpisał na ostatniego maila. Jeszcze szybko zerknął na ulubioną stronę z prognozą pogody na jutro. Wyświetliła mu się reklama, którą natychmiast zamknął. „Wystarczy” – sam siebie utwierdził w słusznej przecież decyzji.

Wyłączył komputer. Nogą w kraciastym papuciu wcisnął przycisk na listwie zasilającej pod biurkiem. Po chwili, dla pewności, schylił się z trudnością i wyciągnął wtyczkę z gniazdka, wzbijając przy tym niewielki tuman kurzu w kącie. „Trzeba będzie wytrzeć tu na mokro. Może jutro.” Wyprostował się powoli i wyciągnął na krześle, żeby uspokoić bijące szybko serce. Krzesło zaskrzypiało żałośnie. „Czas wstać” – nabrał cały haust powietrza i powoli opróżnił płuca, licząc w myślach do dziesięciu. – „Tak, już czas”.

Przymknął oczy i wtedy znienacka przetoczyły mu się galopem przez pamięć-niepamięć, świadomość, nieświadomość, jaźń i bojaźń obrazy z całego życia, setki, tysiące obrazów, nakładające się na siebie, jak w popsutym oszalałym fotoplastykonie, kolorowe i czarno-białe, pstre i szaro-bure, krzykliwe i złowieszcze, w przypadkowej kolejności, nieuporządkowane, niechronologiczne i niepasujące do siebie w żaden sposób. Wspomnienia prawdziwe i nieprawdziwe przeplatały się w gonitwie. „Po co to wszystko?” – przestraszył się swoich myśli.

Próbował się wyciszyć. Policzył po raz kolejny do dziesięciu, ale w głowie mu huczało i nawet liczby nabrzmiewały, tańczyły jakiś dziwny taniec, wyginały się i odwracały, nabierały złowrogiego znaczenia.

Za nic nie chciał poddać się narastającej obsesji.

„Pójdę zrobić herbatę” – postanowił. Tak, to dobry pomysł. Herbata. Prosta, oczywista czynność. Drobny rytuał, przyjemność czekania, aż nabierze koloru i mocy. Nastawianie czajnika, sypanie fusów do szklanki i zalanie ich wrzątkiem pozwoli zająć czymś ręce i umysł na chwilę. Na tę najtrudniejszą chwilę. Potem już będzie łatwiej, życie potoczy się jakimś nowym torem, zapoczątkowanym przez tę właśnie herbatę.

Z niepokojem obserwował własne trzęsące się dłonie. Nigdy wcześniej tak się nie czuł. Nie dał rady napełnić czajnika, rozchlapał tylko wodę na blacie i podłodze. Po chwili trząsł się już cały, dostał drgawek, konwulsji, w końcu bezwiednie zwymiotował do zlewu zawartość żołądka. Z obrzydzeniem popatrzył na kolorowe resztki niestrawionego obiadu, którymi obryzgał szafkę i ścianę.

Wracając do pokoju popatrzył w wiszące na ścianie lustro.

Nikogo tam w lustrze nie było.

Joanna Gocłowska-Bolek –latynoamerykanistka, ekonomistka, wykładowczyni akademicka. Laureatka Warszawskiej Nagrody Edukacji Kulturalnej. W 2020 roku nakładem Wydawnictw Uniwersytetu Warszawskiego ukazał się jej debiutancki tomik poezji / prozy poetyckiej “Portrety z Krakowskiego, nie wszystkie prawdziwe”. Uwielbia wędrówki po zatłoczonym Sao Paulo i po kolumbijskich lasach deszczowych.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko