Zdzisław Antolski – MINIATURY (3)

0
107

Kościół

Miałem siedem lat, jak po raz pierwszy wszedłem ze starszymi koleżankami, do kościoła w Pełczyskach. Wcześniej mieszkaliśmy w sąsiedniej Złotej, a do kościoła było daleko: cztery kilometry polną drogą. Poza tym ojciec (chociaż mocno wierzący), jako kierownik szkoły, nie chciał się pokazywać w świątyni, bo mógłby stracić posadę.

Byłem pod wielkim wrażeniem ogromu budowli, rzeźb, złoceń i portretu Matki Boskiej Pełczyskiej Łaskawej. Jej oczy intensywnie wpatrywały się we mnie.

– Przeżegnaj się… przeżegnaj się… – syczały koleżanki,

Z wrażenia przeżegnałem się lewą ręką.

Dziewczyny chichotały bez umiaru.


Zawał

Po południu poczułem się słabo, ogarniał mnie jakiś nieokreślony smutek. Poszedłem spać wcześniej. Obudził mnie ból w sercu, bardzo ostry, jakby ktoś włożył mi tam rozgrzany do czerwoności pogrzebacz. Usiadłem na łóżku. Żona spała obok. Ból mijał.

Rano poszedłem do przychodni. Zrobiono mu USG i wezwano karetkę. W szpitalu, po obudzeniu się po operacji, czułem się bardzo słabo. Zawieziono mnie na łóżku na salę, gdzie leżeli inni ludzie, również po operacji.

Nie spałem przez całą noc, miałem zwidy na tle okna. Byłem w stanie letargu. Wydawało mi się, że zaraz umrę.

Obok mojego łóżka stał pojemnik na mocz, który nad ranem się wypełnił. Zadzwoniłem po pielęgniarkę, żeby wylała ciecz.

– Zaraz, zaraz – powiedziała, bo ktoś ją wezwał z drugiego łóżka. I wybiegła na korytarz.

Za chwilę sala wypełniła się pielęgniarkami, które robiły porządki, przed nadejściem lekarzy.

– Danusiu, a gdzie kupiłaś te nowe buty?

– A gdzie pojedziecie na urlop?

Wołałem do nich, że nie mam gdzie zrobić siusiu. Wysłały nastolatkę, uczennicę, która ze wstrętem popatrzyła na pojemnik z moczem i wykrzywiła wargi.

– Ja się brzydzę.. – powiedziała i uciekła.

Spróbowałem jeszcze raz zrobić siusiu i cały pojemnik wylał mi się do łóżka.

Natychmiast pojawiło się chyba z dziesięć pielęgniarek, które zaczęły przeklinać, wrzeszczeć, obwiniać mnie, że ich nie wzywałem. – Kto to widział, jak tak można… I tak w kółko…

Obudziłem się na dobre.


Schowanie

Mama trzymała mnie w domu, nie pozwalała wychodzić na dwór. Pamiętam jak siedziałem przy oknie i serce rwało mi się do kolegów, którzy jeździli, jakimiś prymitywnymi, domowymi łyżwami, po dawnym stawie dworskim.

Na wsi był odwieczny zwyczaj chowania kalek, gdzieś w kącie albo w komórce. Jeden chłopak, z idealnie czubatą głową, wyszedł na świat, jak już miał osiemnaście lat.

Zbuntował się, wykopał drzwi od drwalki i przyszedł do nas pod sklep. Natychmiast poczęstowano go papierosami i piwem, Dołączył do kawalerki pod przezwiskiem „Czubaty”.

Inni szli do psychiatryka albo pasali krowy.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko