Michał Piętniewicz – Zrozumieć własny język

0
92

     Jeśli prowadzi mnie Duch św… Również przez te wszystkie literaturoznawcze oraz krytycznoliterackie łgarstwa, które nie mają niczego wspólnego z żywym językiem Parakleta. Wiedza dzieli się na dwa rodzaje: gotowa, której człowiek nabywa w trakcie studiów i niegotowa, która jest znacznie ciekawsza, bo wynika z bezpośrednich kontaktów z ludźmi, językiem, samym sobą oraz Duchem św. No i oczywiście niegotowa wiedza wiedzą jest możliwie najbardziej współczesną, bo będącą efektem reakcji na aktualną rzeczywistość, zapisaną choćby w postaci książek, które powinno czytać się w ilościach bardzo dużych, żeby cokolwiek móc powiedzieć o tym, co jest, a  przede wszystkim o tym, dzieje się, wydarza, staje… Pewien kamelelonizm rozmaitych sytuacji komunikacyjnych jest po pierwsze konieczny, a po drugie pozorny, bo w istocie wszystkimi relacjami językowymi włada Ten, który jest od nich najlepszym i największym specjalistą, czyli Duch św.;  to On ożywia dany schemat komunikacyjny, prowokując go do przemian i nowości. Czasem dla rozmaitych, językowych artefaktów, bywa Duch św. bezlitosny wręcz… Jezus Chrystus jest miłosierny dla wszystkich ludzi, ale Duch św. bywa wyjątkowo wręcz perfidny wobec tych, którzy języka nieumiejętnie używają, skazuje ich na limbo, albo za życia już, albo po śmierci.
     Umiejętność przebywania w różnych rejestrach języka, w tym i w tym najgorszym, czyli akademickim, jest tak naprawdę językową dojrzałością, albo też sposobem na życiowe przetrwanie, kiedy dana korporacja dajmy na to, zamówi tekst na określony temat, będący oczywiście rezultatem pewnych oczekiwań czytelniczych, które po pierwsze bardzo często są mylne, a po drugie nie są niezmienne.
     Tzw. bycie wiernym sobie jest dzisiaj oznaką zupełnego nieprzystosowania i nie do końca już wiadomo, co ono oznacza, bo często staje się synonimem komercyjnego sukcesu, który jest notorycznym zaprzeczeniem tej postawy.
    Ale słuchać Boga, to słuchać trzech osób Trójcy św., zatem życie ograniczone jedynie do przeżywania języka, nie wydaje się życiem prawdziwym.
Niemniej dogłębna znajomość języka z drugiej strony bardzo ułatwia życie oraz sposób reakcji w danej sytuacji komunikacyjnej.
     Trzeba tutaj dodać, że świadome przeżywanie języka jest zaprzeczeniem emocjonalnego do niego stosunku (niestety dla wielu to może być cios, bo większość pragnie jedynie wykorzystywać język do wyrażania tzw. emocji, które tak naprawdę, przynajmniej moim zdaniem, niewiele wnoszą do rozumienia języka, a wręcz zaciemniają daną sytuację komunikacyjną, czy nawet czynią ją niemożliwą, zamiast rozjaśniać ją i czynić możliwie najbardziej transparentną.
     To, co wydaje mi się najistotniejsze w świadomym przeżywaniu języka to bardzo duży wobec niego dystans,  nie biorący się rzecz jasna z powietrza, ale będący rezultatem wieloletnich studiów.
Mnie na przykład bardzo interesuje problem języka w jego aspekcie relacyjnym, bo w większości sytuacji komunikacyjnych, nie mam pojęcia, co dana osoba chce mi zakomunikować, czy to werbalnie, czy niewerbalnie.
     Stąd z jednej strony potrzeba we mnie utrwalonego grypsu, o którym nie mam pojęcia, bo nikt mnie grypsery społecznej porządnie nie nauczył, byłem i jestem na to wyjątkowo oporny,  a mój stosunek do społecznej grypsery ma charakter wyłącznie intuicyjny i na wskroś samodzielny, stąd towarzyszy mojej postawie częsta konfuzja tych, którzy umiejętność społecznej grypsery nabyli wcześniej, a którą to umiejętność niemniej uważam za niebywale prymitywną, wyżej stawiając grypserę więzienną nad wyjątkowo perfidną grypserą akademicką.
     Z drugiej jednak strony moja kompletna nieświadomość gotowych schematów komunikacji relacyjnej, gwarantuje mi pewną elastyczność w moim, własnym, bardzo wąskim zakresie doświadczenia osobistego, co dla niektórych osób z mojego kręgu towarzyskiego, jest nawet pewną zaletą.
     Być może wolność komunikacyjna (prawdziwa), polegać głównie na tym powinna, by oddać głos innym. Tak też pojmuję powinność pisarza,
który dlatego właśnie, że więcej wie, powinien mieć baczenie na swoich podopiecznych, którzy również chcą bawiąc się, zaistnieć
w tej nieokreślonej i dziwnej sferze, umownie jedynie zwaną literaturą.
     Nie chcę tutaj jednak nikomu przeszkadzać w jego przyzwyczajeniach, jeżeli w nich czuje się szczęśliwy i spełniony.
Nie chcę nikogo na siłę uszczęśliwiać, sam szczęścia pragnąc.
     Uważam jedynie, że śledzenie stawania się języka w jego żywej zmianie,
jest powinnością nie tylko filologa i pisarza, ale każdego człowieka myślącego, który swojemu życie pragnie nadać kształt.
    Dwa wnioski na dziś:
1). Najważniejsze są relacje.
2). Życie jako takie to kategoria zupełnie osobna, do której opisu ma prawo każdy, kto żyje.
I wniosek ostatni:
nic nie wynika z tych moich zapisków, nic w sensie społecznym… Choć z drugiej strony, jeśli język miałby gwarantować jedynie społeczne przetrwanie, to mnie taki język ni ziębi ni grzeje.  
    Będę mówił zrozumiałym dla wszystkich, własnym językiem.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko