Jerzy Stasiewicz – Doświadczenie życiowe filozoficzną i religijną treścią poezji Stefana Pastuszewskiego

0
69

     Miałem ostatnio szczęście obcować z poezją poetów tej miary co: Urszula M. Benka (1953)
Pasja Jezusa z Nazaretu, Daniela Długosz–Penca (1932)  Dokąd,  František Všetička (1932)
Nabrzeże non w przekładzie Wojciecha Ossolińskiego (1949), Marek Wawrzkiewicz (1937)
 Chwila jawy, Paweł Kuszczyński (1939) Mądrość dobra. Teraz przysiadłem nad tomem poezji Stefana Pastuszewskiego (1949) Egzystencje i ptaki (Bydgoszcz 2021) wydanego w związku z jubileuszem 50-lecia debiutu poetyckiego i działalności artystycznej pomysłodawcy i sekretarza redakcji „Akantu”.
     U podstaw tej poezji leży ogromne doświadczenie życiowe i intelektualne wymienionych poetów. Każdy z nich przebył/przebywa trudną, jednorodną, niepodważalną drogę codzienności lirycznej. Z tunelem jaskrawego światła, pełnego odpowiednich słów/obrazów budujących ciąg myślowy. I tunelem mroku (ciemnicy) blokującym zamysł jak czterometrowy mur forteczny. Czyż to nie Krzyż poetyckiego tworzenia. Tylko prawdziwy (natchniony) poeta–wizjoner wie/czuje/rozumie o czym – w tej chwili – mówię?
      Przechodząc do omówienia filozoficzno–religijnych treści duchowych, ale i literackich poezji Stefana Pastuszewskiego (autora tomów wierszy, prozy, opracowań historycznych; miałem zaszczyt powiedzieć kilka słów o  Krótkiej historii literatury w Bydgoszczy), posłużę się wyimkiem z tryptyku Danieli Długosz–Pency „ Bałtyckie pejzaże” brzmiącym: Tyle po nas, co przed nami. O tej prawdzie poeci dalekiego widnokręgu, widzący „ zimny cień” podświadomie pamiętają. Wracając do przeszłości nucą pieśń: (gatunek literacki poezji lirycznej, o genezie związanej z obrzędami i muzyką << pieśni ludowe, średniowieczne>> z czasem stając się samodzielną formą wyrazu. Kształt pieśni jako wiersza wyrósł z utworów Horacego i ód greckich.) „ tyle dni i nocy wystukał mój pociąg! / widzę siebie w twarzy stojącego  obok młodzieńca / jego głupia odwaga wobec tego co nastąpi / była kiedyś moją odwagą / i też tak prosto stałem // śnieg sypie znużeniem/który to już śnieg? //  a on o nic nie pyta / po prostu stoi i jedzie / stoi i jedzie”. Strukturą wewnętrzną utworu jest semantyka duszy autora patrzącego w głąb siebie na przestrzeni lat. Nie wymienia on tutaj konkretnych zdarzeń. Ale czytelnik obyty z twórczością prozatorską: Późne majowe popołudnie, czy poetycką:  Kuszenie Ikara, Róża i miecz,  Powroty wie, że życiorys tego człowieka, absolwenta kilku uniwersytetów, wydawałoby się zawsze z książką w ręku jest przesiąknięty działalnością niepodległościową i narodową. Co okupił więzieniem i prześladowaniem. A w latach późniejszych czasem sukcesu i czasem opluwania. Nasuwa się przypowieść o Józefie synu Jakuba. Czas mija nieubłaganie – święte koło – a bohater „ ja” liryczne postąpił by tak samo. Życie nie zostało zmarnowane. „ Co do mnie, to jestem wolny, Lucyliuszu, jestem wolny i gdziekolwiek się znajduję, wszędzie należę do siebie”.( Lucjusz Anneusz Seneka; Listy moralne do Lucyliusza, s.215). Jest w „Traktacie o młodości” głębokie świadectwo obecności człowieka w czasie. Jego wielowymiarowość, byt i transcendencja: „ tępo patrzę przed siebie, aby zrozumieć to, co przeczytałem / i nagle w poprzek przelatuje sroka / i wszystko rozumiem // zanurzam się w nieobecność nocy / z błogosławioną radością pustki słów / w ciszę”.  …To moje siedzenie w Altanie Stasiewiczówki, nocą, przy trzasku płonących polan. Zza pleców dobiega stukot pociągu przewożącego jeńców ze Stalagu VIII B Lamsdorf (Łambinowice) do filii-fortu Hohenstein (Srebrna Góra). Z duchami oficerów brawurowej ucieczki. Czuję ich obecność w moim ogrodzie: Niczko, Gierdych, Ficek i jakby dołączali do nich Niestrzęba i Mikusiński. „ (…) nie ma ucieczki (…) chyba że jak Van Gogh / w przypływie wolności / obetniesz sobie ucho / lub inną, jeszcze cenniejszą część ciała / chyba że wylecisz przez okno 16 piętra wieżowca // w pierwszym przypadku (przed następnym krokiem) / zatrzyma cię ból / w drugim – nie zrobisz już następnego kroku/ (…) więc musisz dźwigać ów wór / kości i trzewi / czasem rudych włosów/ (…) więc zamilcz // słuchaj/jak bije serce słońca”. Jedynego źródła światła i ciepła – zatem życia. Słońce jest kluczem tego tomu, zamkniętym w szczelnym dogmacie słowa, w podskórnej melodii z charakterystyczną wieloznaczeniowością wypowiedzi oraz perspektywą prywatności. „Słońce czczone było przez większość plemion i ludów świata: bóstwem Słońca w braminizmie–hinduizmie jest Suria, w Babilonii–Asyrii był nim Szamasz, Mitra był bogiem indoirańskim, Ahura–Mazda (Ormuzd) bogiem Słońca i światła w perskim mazdaizmie, u Chaldejczyków był nim Merodach, u starożytnych Egipcjan Ra (Re) i Horus, u Azteków – Tezkatlipoka. Grecy przysięgali na boga Słońca – Heliosa, który wszystko widzi i słyszy; później identyfikowano z nim Apollina–Febusa (Foibosa), już jako uosobienie życiodajnej potęgi. Rzymski bóg Słońca – Sol, złączył się później z perskim Mitrą w jedno, jako Sol Invictus (łac. „ niezwyciężone Słońce”). Skandynawskim bogiem Słońca był Sunna, wiecznie lękający się pożarcia przez wilka Fenrisa jako symbolu zaćmienia”. (Wyjaśnia „ Słownik mitów i tradycji kultury” Władysława Kopalińskiego. PIW 1985). A przecież poezja jak i życie autora głęboko osadzone są w Ewangelii: „ i zmagamy się z sobą / jak Jakub z aniołem /  a Mickiewicz z Bogiem / bo nie Chrystus z szatanem – / niewymierne promienie // tak tłoczy się to życie / walka śmierci we mnie / z nieskończonością wokół”.
      Człowiek. Poeta – zwłaszcza poeta – próbuje swoim rozumem ogarnąć: Niewytłumaczalne, Nieodgadnione. Dotknąć zmysłami: „ puls wiatru”, „ pociąg snu śmierci”, „ pustynię białą i niesłoną”, „obrót czaszek”, „falującą jezdnię”, „szarość w zieleni”. Z istnienia stworzyć dzieło sztuki jako wyodrębnioną, zamkniętą w sobie całość. Gdzie wszystkie trybiki działają zgodnie, zazębiają się wzajemnie, mają ten sam stempel, miarę i proporcję. Ale to tylko gonitwa za Absolutem. W szranki, której ruszają – mogą wyruszyć – tylko ci z balastem wiedzy i jak nadmieniłem na początku – doświadczeniem  życiowym.
     Cechą prawdziwego poety jest niepokazowość, nieteatralność jego osoby. Tylko umiejętność zawarcia w słowie poetyckim głębi, polifoniczności, barwy. Czyni po prostu to, co nakazuje instynkt (Palec Boży) i pewne wpojone nawet w danej chwili nieuświadomione zasady. Proroczym wiersz staje się dopiero ex post.
     Wydaje się, że Stefan Pastuszewski posiadł ów dar – obszerną pelerynę metafizyczności – wydobycia „ szarego człowieka”, bez celu i ideologii  słaniającego się od sytuacji do sytuacji w mokradłach medialnego świata. Bez autorytetu i duchowego oparcia „ płonie wszystko / i te chwile, w których ty swoje śmieci tak skrzętnie układałaś / osobami, zdarzeniami / i jakąś miłością / jak zwykle ciemną – chwilą / nie wiedziałaś co zrobić z czasem / i ze sobą / to wszystko boli”. Głosząc jak na prawdziwego przywódcę przystało (wieszcza z przeszłością polityczną) „ głupi jest ten, który nie wie, że życie jest raną / którą wciąż trzeba opatrywać / czy to papierosem / czy pisaniem wiersza / lub równie stukaniem młotkiem w blachę, drewno, kamień/może się otworzą”. Dodając w kolejnym wierszu: „ prawdziwi Polacy / stoją za mną i przede mną / (…) / wciąż widzę tych chłopców pragnących iść do przodu / chcących coś powtórzyć / jestem dla nich zakałą i wzorem”.
     Dla mnie liryczne „ ja” z utworów – może tożsame z autorem? – to fantastyczna postać Chochoła (konstrukcja ze słomy nakładana/okrywająca zimą delikatne rośliny, by uchronić je przed mrozem) potrafiąca poderwać masy do czynu. Ale obrażona rzuci zaklęcie – senny trans – uniemożliwiające podjęcie jakichkolwiek działań „ upadł sztandar / upaprał się w błocie / co będzie / potem / (…) / Bóg, honor co go podtrzymywał / też odszedł / mówią że umarł / tak mówią filozofowie / i ludzie którzy w niedzielę chodzą do marketów/albo śpią za długo / wszyscy dużo mówią / a mnie przychodzi coraz więcej takich sztandarów / łatać”.
     Tylko dusza jest wieczna mówi autor w obszernym poemacie „ Ptaki” będącym ostatnią częścią książki po „ Egzystencjach”, „ Późnym lecie i jeszcze” i „ Naszych historiach”. Rozmawia z duchem– ptakiem: „ przyfrunął do mnie Sebastian / przysiadł na brzegu łóżka / i mówił mówił / wydziobywał myśli / słowa / czy także mój czas / zabierze / utuli / doda?” To jakby rozliczanie się z własnym życiem? I prośba o kilka chwil jeszcze!? Bo wie (wierzy!), że: „ czas wraz z ziemią / (spółka niczym nieograniczona) / miele ciała i dusze / czy też dusze? / nie wiem, Sebastianie / i nigdy tego tobie nie powiem / mówiłem już, że umarli / niczego nie mogą powiedzieć / chociaż są / w pamięci, i na papierze / i w każdym z nas”. Pamięć oznaką człowieczeństwa.
      Stefanem Pastuszewskim targają wątpliwości: „nie wiem  co z  moją poezją” (autentyczna pokora poety, szkoda, że posiada ją tak niewielu oraczy pióra). Historia literatury podobno jest wyrodną matką? Myślę jednak, że strof pomieszczonych w tomie Egzystencje i ptaki jak i w poprzednich zbiorach poety z pradoliny Brdy nie będzie miała sumienia wepchnąć w otchłań zapomnienia.

Jerzy Stasiewicz

Stefan Pastuszewski, Egzystencje i ptaki. Instytut Wydawniczy „Świadectwo”, Bydgoszcz 2021, s.80.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko