Krystyna Habrat – PLACKI, KARTOFLANE  POSYPANE CYNAMONEM

0
49

Odstawiana na spodek filiżanka zadźwięczała  w ciszy przeraźliwie, aż Weronice zadrżała  ręka. Pomyślała, że już zawsze będzie pić kawę  sama.  Stara ciocia, układająca pasjansa w sąsiednim pokoju, życia jej nie wypełni. A Paweł?

 Miała już dość jego wiecznie zasznurowanej twarzy, niezdradzającej, co  myśli, co czuje.  Przy byle okazji, jakimś jej zdaniu, które opacznie zrozumiał, a nawet nie wiadomo czemu, zatrzaskiwał się tak na dobre, a raczej na złe, i demonstracyjnie zbierał do wyjścia. Biegła za nim i tłumaczyła, co chciała przez to powiedzieć. Na to odwracał się  łaskawie i wracał.

Wtedy ona była na siebie zła za swą uległość i już rozmowa się nie kleiła. Padały już ostrożne zdania i długie między nimi przerwy, a ciocia zaczynała krążyć niecierpliwie po przedpokoju.

Do pokoju powoli wkradał się wieczorny mrok.  Nie widziała już liter w jolce Gazety Lekarskiej, odłożyła więc długopis, a gazeta, trącona łokciem, zsunęła się ze stołu. Nie podniosła jej.  Nie zapalała lampy. Zapatrzyła się  smętnie w  drzewa za oknem, sypiące liśćmi. Miała  wolny wieczór i siedziała sama. Dziś nie wciągnęło jej nawet rozwiązywanie jolki. A tak to lubiła, choć traciła na to cenny czas, gdy powinna czytać pisma fachowe.

 Rozmyślała, że niepotrzebnie wciąż Pawłowi ustępuje, tłumaczy się, zabiega o jego dobry humor, ale  w ten sposób zażegnywała nieporozumienia  wobec mamy i koleżanek. Wyjaśniała wszystko, aby nie został cień wątpliwości, potem podlizywała się jakimś komplementem i  zgoda powracała. Nawet ceniła swoje mistrzostwo w przywracaniu spokoju. Lubiła jasne sytuacje i porozumienie.  W pracy również. Ile razy pacjent pod koniec wizyty patrzy w nią bezradnie, jakby nic nie zrozumiał, zaczyna wyjaśniać wszystko od  początku, powoli, dobitnie, póki twarzy, słuchającego w napięciu, nie rozjaśni uśmiech. O, miano jej nawet za złe, że przeciąga wizyty. Nie dbała o takie opinie i robiła swoje.

 To babcia ją nauczyła, że najwięcej konfliktów pomiędzy ludźmi powstaje, gdy ktoś opacznie zrozumie czyjeś słowa i  robi mu się mu przykro, obraża się albo mści. Słowa bywają nie dość precyzyjne. Szczególnie te wypowiadane w pośpiechu, niedbale.  A  najbardziej, gdy skrywają nieczystą intencję, chcą dokuczyć, podrażnić, ale nie otwarcie. Zresztą, każdy wyczytuje w czyichś słowach to, na jakim punkcie ma uraz.

O, babcia była mądrą kobietą! Teraz by też coś doradziła.   Na pewno by  orzekła, że mężczyzna to jednak co innego. Jemu nie trzeba ustępować na każdym kroku, usprawiedliwiać się, tłumaczyć. Zabiegający o  względy dziewczyny powinien, jak dawny rycerz, walczyć o nią, poświęcać się, ponosić ofiary!  Widać Paweł o nią nie zabiega. Najwyższy czas to sobie uświadomić. Przecież on tylko oczekuje, że to ona zadba o jego dobre samopoczucie, podbuduje go? Myśli tylko o sobie? Egoista!

To przyszło jej do głowy wczoraj, gdy długo w noc nie mogła zasnąć po kolejnej utarczce z Pawłem. On  często o byle co wybuchł gniewem i wybiegał, ale  nie za szybko, do przedpokoju, a ona za nim, by się wytłumaczyć.  Nie pozwalała, aby   odszedł   do domu naburmuszony. W przedpokoju zakładał płaszcz powoli, czekając, by jak zwykle  go udobruchała.

Ciocia już to i owo zauważyła, bo odchodziła do swego pokoju, aby oni się łatwiej dogadali.  Jednak czasem podpytywała dyskretnie, czy będzie coś z tego? Z tych wizyt i jej starań, oczekiwań, gdy się spóźniał. A Weronika bezradnie odpowiadała:

– Nie wiem ciociu, ale co mam robić?

– Zmień taktykę. Niech on walczy o ciebie.

 Wczoraj też napomknęła:

– Trochę martwię się o ciebie. Masz jeszcze dużo lat przed sobą. Nie zostawaj w samotności.

 Potem Weronika długo w noc nie mogła zasnąć. Zrozumiała, że dała się głupio wciągnąć w niewłaściwą rolę. No, jest samotną lekarką po trzydziestce, ale nie znaczy to, że ma grać drugie skrzypce wobec mężczyzny, którego nie lubią nawet pacjenci.  Boją się go i dają się do niego skierować dopiero w ostateczności. A on prezentuje  zwykle pokerową twarz, jakby nic do niego nie docierało. Trochę z litości dała się zaprosić raz i drugi na kawę w szpitalnej kawiarence, to znów odwieść do domu i połączyła ich dziwna zażyłość, że wcale się nie lubili, a jakby jednak lubili.  Zrozumiała, że ten mało sympatyczny człowiek jest jej ostatnia szansą. Tylko musi go tylko uczynić przyjemniejszym. Naprawdę wcale mu nie zależy, żeby być lubianym?

Trzeba mieć nie lada odwagę, żeby pozwolić sobie być nielubianym.  Kimś negatywnym, pogardzanym… Odkryła to jeszcze w szkole, obserwując spokój uczniów obrywających dwóje, nagany, pomijanych w nagradzaniu czy zaszczytach. Ona  zalałaby się łzami, popadła w rozpacz, a ci dwójarze, ci wytykani palcami łobuzy, traktowali to jak nic i odchodzili do swych ciekawszych spraw.  Nie zapomni koleżanki, która nie przeszła w liceum do następnej klasy, ale przyszła po świadectwo, przyjeżdżając z odległej wioski. Tylko nie miała przy sobie pieniędzy na opłacenie znaczka na świadectwie i bezradnie szukała, kto jej pomoże, jakby tylko  to było istotne. Jakby nie zawalił się jej świat.

Weronika zastanawiała się  często, jakiej odwagi potrzeba, aby pozwolić sobie być słabym uczniem, a tym bardziej złym, potępianym przez wszystkich. Znosić nieustannie, że rodzice się martwią, że nie jest się kimś ważnym wśród kolegów, że nauczyciele nie lubią.

 O wiele łatwiej  być dobrym uczniem, chwalonym, nagradzanym na koniec roku, bywać chwalonym za zwycięstwa w konkursach i olimpiadach. A, że ktoś tego zazdrości, ktoś może nie lubi, jest mniej ważne. Wystarczy pomagać w nauce innym, podpowiadać, dawać odpisywać na klasówce.  To nic, że wspomagane tak koleżanki szły potem na tańce z podobnymi sobie, a ją zostawiały samą sobie. To nic, że raczyły ją nieraz złośliwościami.  Że nie na nią głosowały, wybierając przewodniczącą klasy, a na ślamazarną Tolę, która sobie w końcu nie poradziła. „Cóż, zazdroszczą mi” –  myślała Weronika. – „Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju.”

Za to ona dostała się na medycynę, gdy one poprzestały na byle jakim wykształceniu i spieszyły się z zamążpójściem. Obarczone rodziną, przygaszone, z trudem dały się rozpoznać na ulicy. Niektóre zdążyły się już rozwieść.  Jej to nie pasowało. Ale, czy jej się udało tak we wszystkim? Dotąd zawsze, gdy chciała i się dobrze postarała, musiało się udać.

Teraz zawzięła się, że  nauczy Pawła, jak być lubianym. Tylko on się wcale nie poddawał. I tak trwało to od miesięcy. Spotykali się tak raczej od przypadku, do przypadku, bo oboje byli zapracowani. W szpitalu, w przychodni. Do tego atmosfera ich spotkań nie zawsze była miła. Właściwie nigdy.

 Nie tak to sobie wyobrażała.

„Dlaczego  on  taki niereformowalny?”  – pytała w bezsenne noce, czy to podczas jazdy tramwajem do pracy, to jedząc obiad, pijąc samotnie kawę w dnie, gdy był obrażony. Za mało o nim wiedziała, a nie śmiała dociekać. Wymigiwał się od odpowiedzi. Zaprzeczał, żeby miał żonę czy dzieci, ale może kłamał? Odkąd zaczęto widywać ich razem w stołówce szpitalnej i, jak on odwozi ją czasem do domu, głupio było podpytywać o  niego innych.

Na pewno był cenionym ortopedą, ale nie dał się lubić. Ta jego twarz jakby zasznurowana, jak to sobie nazwała, bo nieujawniająca żadnych emocji, odstręczała ludzi od niego. W grupie  lekarzy  najpierw długo milczał, a jak już zabrał głos, mówił głośniej od innych, tonem kategorycznym, jakby wiedział wszystko lepiej, a ich zdanie miał za nic. Rzadko kto wdawał się z nim w dyskusję.  Ceniono go, ale  unikano. On zdawał się o to nie dbać. Nie mogła go rozgryźć. Wiele spraw skrywał, a czasem walił prosto z mostu rzeczy, jakich się nie mówi: że najlepiej wyjechać do jakiejś dziury, bo tak można  dobrze zarobić, czy że szef jest głupi…  Nie wiadomo  było, mówi tak serio, czy pokpiwa sobie. I stale kogoś poprawiał, ustawiał, narzekał, zżymał się, gniewał.  „Jest tak asertywny  – zastanawiała się – czy po prostu gbur?”

 Dopiero w bezsenne noce, gdy Paweł był daleko, zdawało się jej, że wie, jak z nim postępować, i  wychowa go.

Dlaczego się tak zawzięła? Przecież podobała się chłopakom. Ale wtedy jej włosy były jaśniejsze, a usta bardziej skore do śmiechu. Blond poszarzał, a twarz  stężała w powadze. Tylko, doskonaląc się w tym zawodzie, brakuje czasu na życie towarzyskie, gdzie można wybrać męża. Wprawdzie nie bije jej jeszcze ten ostatni dzwonek z przypowieści, ale doczekać tego nie chce.

Zaraz, jak to było? Młoda dziewczyna słyszy tylko wielki dzwon, nakazujący jej wybrać przyszłego: Bom, bom, bom, co znaczy: tylko ten, tylko ten. Ten najładniejszy, najmądrzejszy i nikt inny.

Ale, gdy panna posunie się nieco w latach, słyszy: Bim-bom, bim-bom… i już wie, że dzwon wskazuje: I ten i tamten. I ten i tamten…

A gdy się jeszcze bardziej posunie w latach, brzęczy jej w uszach już tylko nerwowa sygnaturka, zachęcając natarczywie: Bim, bim, bim, bim… Taki siaki, byle jaki, byle był!

Nie, nie. Ona ma jeszcze czas!

A wczoraj znowu nic  z  jej zamiarów nie wyszło. Paweł wywinął się z jej zakusów pedagogicznych półżartem, półserio. Jednak po raz pierwszy nie poddała się i nie pobiegła za nim, gdy obrażony odchodził powoli. Pozostała w pokoju. Po raz pierwszy nie próbowała załagodzić drobnej  różnicy zdań. Tak to sobie wcześniej postanowiła. I dlatego dziś siedzi sama. Ciocia za ścianą ogląda telewizję a potem wybiera się z sąsiadką  na nabożeństwo różańcowe. Odkąd Weronika u niej zamieszkała, jedna najczęściej siedzi w jednym pokoju, druga w drugim, żeby sobie nawzajem nie przeszkadzać, ale o zmierzchu przychodzi chwila, kiedy smutek staje się nie do zniesienia. Wtedy piją razem herbatę, próbują rozmawiać, ale to nie osłania ich żalu, że mąż cioci umarł, dzieci są daleko i rzadko ją odwiedzają, a Weronika nie ma nawet tego i woli siedzieć na dyżurze pośród chorych i umierających.

Powinna coś zmienić w swym życiu. Koniecznie. Praca, choćby najbardziej ambitna i kochana, to nie wszystko. Pozostaje jeszcze życie, a ona tego życia nie ma.

– – –

 Dziś, mając świadomość, że zawsze już będzie pić kawę wieczorem sama, bo przecież ciocia się nie liczy.  Nawet gotują, każda co innego, i tylko się nawzajem częstują, ale  obu smakuje co innego, inaczej przyrządzone, podane. Zresztą Weronika jada coś naprędce w przyszpitalnym barku. A wieczorami   bierze skwapliwie dyżury. Dzisiaj ciocia  wyszła na brydża albo nabożeństwo różańcowe zanim ona wróciła ze szpitala.

 Wstała teraz zrezygnowana, by odnieść pustą filiżankę do kuchni  i zrobić sobie jakąś kolację. Na nic nie miała  smaku. W kuchni dojrzała plastikową torbę z całym kilogramem ziemniaków, jakie dziś kupiła. Kiedy one je zje?!

Nagle stanął jej teraz przed oczami obraz, jak mama dawniej smażyła takie placki, a wszyscy tato, siostra i brat i ona, czekali przy stole, kuszeni zapachem ich ulubionego dania. Mama nie pozwalała sobie pomóc przy smażeniu. Sama  pragnęła ich uraczyć. Patrzyła na nich z miłością i uwijała się sprawnie, żeby jak najszybciej zaspokoić ich apetyty. Wreszcie  stawiała na stół pierwszy półmisek z plackami. Każdy nakładał sobie po jednym, posypywał  cukrem, cynamonem  i zajadał, dmuchając, żeby dało się gorące przełknąć. Ale czekać, aż ostygnie, nikt nie zamierzał. Nawet tatuś. Za chwilę na pusty już półmisek przybywała następna porcja i znowu się na nią rzucali. Jakże to wszystko było  urocze! Nawet nie smak placków kartoflanych, a to, co się działo!

Roześmiała się. Przyszedł jej apetyt na takie właśnie placki kartoflane!  I zarazem pomysł, by  zaprosić Pawła  na taką kolację.

  Miała pewność, że będzie mu smakować, jak ona to przyrządzi. Dziś nie miał dyżuru w szpitalu. Szybko wybrała jego numer telefonu.

Ucieszył się. Przyjedzie. Zaraz

Zabrała się szybko do obierania ziemniaków, cebuli, i odpędzała od siebie niepokój, co będzie, jeśli jemu placki nie posmakują?

Dlaczego on taki dziwny? Jak można pozwalać sobie na demonstrowanie własnych rogów?  Pewnie dlatego facet dobiegający czterdziestki jest samotny. Nigdy nawet nie śmiała spytać: kawaler czy rozwiedziony. On wprawdzie coś nawijał, że najpierw chciał rozwinąć się w swej specjalizacji, zrobić spokojnie doktorat i nie miał czasu na rodzinę. Ale kto go tam wie. Chociaż to prawdopodobne, bo żona by mu trochę rogów przytarła, a krnąbrny charakter złagodziły dzieci. Będąc sam, pozostał taki, jak chciał. Nieociosany.

      Ją rodzice wychowali inaczej. Miała być przede wszystkim dobra. Matka, według wzorów, jak ją kształtowano, nigdy jej nie chwaliła, nigdy nie powiedziała jej, że jest ładna. Weronika nawet nie miała pojęcia, że można inaczej. A już wcale, że jest ładna. Była tylko szarą blondynką. Nie to, co pyszne brunetki   ognistym spojrzeniu z kolorowych okładek czasopism. Jej koleżanki też wyrastały niechwalone. Nigdy potem nie uwierzyły, że są naprawdę ładne i mądre. Miały być tylko dobre, mądre i pracowite. Chłopcom pozwalano na dużo więcej. Takie to było staroświeckie wychowanie.

 Weronika dużo później sobie uświadomiła, dlaczego dawniej panowało przekonanie, że matkom nie wolno chwalić urody własnych córek. To  być może brało się z greckiego mitu, gdzie ziemska królowa, Nobie, chełpiła się, że ma ładniejsze dzieci niż bogini Artemida. Wtedy ta  zawrzała gniewem. Strzałami z łuku wszystkie dzieci Niobe  uśmierciła.  

 Jednakże dzięki tak surowemu  wychowaniu, Weronika  nie przesiadywała przed lustrem, tylko w książkach. Dostała się na medycynę i ją ukończyła. Potem robiła doktorat, specjalizację. Uganiała się sama ze szczurami przy eksperymentach do tych prac. Ciągle się uczyła, dokształcała, aż spostrzegła, że zapomniała pomyśleć o  wyjściu za mąż. Ma już coraz mniej szans na spotkanie najlepszego mężczyzny, w ogóle jakiegokolwiek mężczyzny. Wkrótce i na dzieci będzie za późno. Może już wszystko przegapiła. To cóż, że pacjenci ją chwalą.

– – –

Dzwonek do drzwi przerwał jej ucieranie ziemniaków na tarce. Przyszedł Paweł. O dziwo: uśmiechnięty!  I jakby onieśmielony. Może i on zatęsknił? Może coś zrozumiał.  Jest przecież niemłody i nie za bardzo ładny na buzi. Ale dość przystojny i męski. Do tego mądry, władczy. Taki jej imponował. Takiego potrzebowała.  

Usiadł w kuchni i zabawiał ją grzecznie rozmową, a ona już nalewała olej na patelnię i układała łyżką pierwszy placek, drugi… Zaraz nimi zapachniało.

A Paweł cały czas  coś opowiadał z wydarzeń w przychodni, potem ze szpitala.  Cieszyło ją to, że mówi, bo bywał milczkowaty i wtedy nie wiadomo było, jak do niego dotrzeć.   Czym go uraziła, rozgniewała? Ona, może nie ona?  Gdyby powiedział, o co chodzi, jakoś doszliby do porozumienia, a on zamykał się przed nią milczeniem. Znowu dokładnie zasznurowany.  A dziś był elokwentny, tylko do niej, skupionej na smażeniu placków, docierało z tego piąte przez dziesiąte. Ale nie milczał i to ją cieszyło.

Milczenie  potrafi być najcięższą bronią, myślała nieraz, bo mówiąc wygarniamy z siebie wszystko, a za milczeniem nie wiadomo co się kryje.

„Ciekawe, co Paweł powie na placki? – pytała w duchu. – Co ten trudny człowiek teraz wymyśli?” Nie obawiała się tego. Było jej w tej chwili tak lekko na duszy, że pragnęła, aby trwało to w nieskończoność.

Tak mogłoby być każdego dnia. Niechby nawet on tylko siedział przy stole i coś mówił, a ona przy piecu. Oprócz oczywiście dni dyżurów w szpitalu, wyjazdów na sympozja… Tu wzdrygnęła się, przypominając sobie, jak przykry był dla niej powrót do domu późnym  wieczorem pustą, nostalgiczną ulicą, pełnąrozświetlonych wystawsklepowych, odsłaniających ich puste wnętrza, One zdawały się drwić z jej  samotności.  Szła pospiesznie, powstrzymując  z trudem przeraźliwy stukot kroków, pełna lęku, ale też wstydu, że jest tu sama. Nikt po nią nie wyszedł na dworzec. Nikt nie czeka. Nikt jej nie zechciał.  I nie wiadomo, co było straszniejsze, czy to, że oprócz niej nie było tam żywego ducha, czy to, że ktoś się z zaułka wyłoni?  

Czy Paweł mógłby być tym, który będzie czekał na dworcu i się nią zaopiekuje? Postawiła przed nim talerzyk w kwiatki z ciocinego serwisu, a drugi – sobie.

– Paweł, opowiedz mi coś o sobie – rzuciła nieoczekiwanie, gdy na chwilę  zawiesił swą opowieść. – Coś o swej przeszłości.

On odwrócił się do okna, w stronę oświetlonych okien następnego bloku i milczał.

Zaniepokoiła się, aż posypując kolejną warstwę placków cukrem pudrem, rozsypała drżącą ręką białą smugę na stół. To do reszty zwarzyło jej nastrój. On też zmarkotniał. Wzdrygnęła się nieprzyjemnie. Co się stało?! Czyżby pytanie go uraziło? Nie będzie dziś lepiej?

Nie na darmo ciocia mówiła, że  jak dziewczyna nie jest szczęśliwa z kimś przed ślubem, to nie powinna za niego wychodzić, bo potem będzie jeszcze gorzej.  Weronika w to uwierzyła i dotąd o byle co zrywała kolejne znajomości. Tym razem  postanowiła pójść na kompromis, bojąc się, że to jej ostatnia szansa. Niepotrzebnie zadała  to pytanie. A przecież  powinna wiedzieć, na co może liczyć. Jeśli Paweł ma jednak jakieś zobowiązania, ma gdzieś żonę, dzieci, to taki jej niepotrzebny. Czemu nic nie mówi? Co skrywa?

– To zapraszam na placki – powiedziała nieswoim głosem, siląc się na radosny ton.

– Ja dziękuję.

– Dlaczego?!  Skosztuj.

– Nie lubię placków.

– Skosztuj choć jednego.

– Wiesz, ile taki ma kalorii? Ile cholesterolu?

– Czemu ty taki jesteś? Nie dbasz, żeby ludzie cię lubili.  

– Wystarczy być dobrym w zawodzie…A ludzie? Nie lubię skracać dystansu? Spoufaleni  próbują nas podszczypywać, bo znajomy nie może być od nich lepszy.   Zaraz węszą, jak by tu nas wykorzystać? Może coś bez kolejki?  Lepsze leki? A na co mi to?

Weronika spuściła głowę na pusty talerz. Pomiędzy nią, a Pawłem stał półmisek pełen brązowych placków kartoflanych, obsypanych  cukrem pudrem, a oni naprzeciw siebie  zastygli w milczeniu. Zapomniała o cynamonie, ale na co on teraz?

Placki stygły, aromat ich zanikał, biel pudru  topniała, a żadne z nich nie nałożyło sobie ani jednego na talerzyk. Taki ładny talerzyk w kwiatki.

Wreszcie Paweł wstał i ruszył zwolna po płaszcz.

Weronika wbiła oczy w talerz przed sobą, aby za nim nie patrzeć. Zaraz  wstanie rozwiązywać dalej jolkę. Przecież bardzo to lubi.  Nie słyszała szelestu zakładanego płaszcza ani otwieranych drzwi. Nagle dobiegło ją:

– To nie chcesz tych kwiatków?

Wzdrygnęła się. Zupełnie o nich zapomniała. Paweł przecież przyniósł fiołka alpejskiego, a ona kazała mu postawić doniczkę na podłodze, bo miała ręce zbrudzone ziemniakami.  Zerwała się z krzesła i zaraz z rozkoszą przytuliła  czerwone kwiaty do  twarzy.

– Cały czas się martwiłem, że  kwiaty powinny być cięte, nie w doniczce. Ja się na  damskich wymysłach  nie znam. Chciałem tylko, abyś miała je dłużej.

Spojrzeli sobie w oczy i już nie musieli nic mówić.

– To teraz  będę jadł te placki.  Z przyjemnością! Nawet zimne!

– Posypać je cynamonem?

Krystyna Habrat

27.5.22r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko