Krystyna Habrat – DZIEŃ, KIEDY NIE MUSI SIĘ NIC ROBIĆ

0
58

Przed Świętami nie zdołałam wymyślić  żadnego felietonu, a tym bardziej opowiadania, bo ono zawsze pisze mi się długo, tygodniami, i często nie kończy.

Żadnego felietonu nie wymyśliłam odkąd wojna na Ukrainie zdominowała na tyle nasze życie, że lekki ton, związany z nadchodzącą wiosną i nowymi nadziejami, wydał mi się niestosowny. Ja nie czułam się jeszcze uprawniona do podjęcia tematu poważnego w zgodnym chórze głosów przeciw okropieństwom wojny i potrzebie pomocy krzywdzonym Ukraińcom.

A potem brakło mi czasu na wszelkie pisanie, nawet czytanie, bo uległam tradycji przedświątecznych porządków, pieczenia oraz gotowania, kończąc na malowaniu pisanek.  Potem Święta z bliskimi, ucztowanie, rozmowy…

I dziś nastał pierwszy dzień po świętach, a ja odetchnęłam z ulgą w poczuciu wolności od wszelkich konieczności świętowania, a tym bardziej robót. No kurz na meblach – ten najpospolitszy dokucznik kobiety – znów się pojawił matowymi obłoczkami, więc należy z nim powalczyć. Za to mam jeszcze bigos na obiad, i to na niejeden dzień, mam tez coś do bigosu oraz sernik i kruszon, co upiekłam. A wiec dziś sobie odpocznę. Może sprawdzę, czy w parku kwitną już magnolie i żonkile. Powycieram tylko kurz, podgrzeję, co potrzeba i wreszcie napiszę poświąteczny felieton. Muszę napisać go dziś, choć termin składania materiałów do naszego pisma Pisarze.pl to jeszcze co najmniej 10 dni. Ale  mnie przyszedł pomysł już dziś przy porannej kawie, a jak go odłożę, stracę wenę, temat wyda mi się banalny i przestanie mnie nęcić do napisania. Tak już bywało. Trzeba więc się do niego zabrać póki gorący. No to zaczynam.

Już od lat szkolnych bardzo lubię ten pierwszy dzień po świętach. Odkąd pamiętam pomagałam mamie w przygotowaniach do świąt jak mogłam. Miałam zawsze przypisane obowiązki na mój wiek. Potem było radosne świętowanie, zawsze byli u nas goście lub nasza rodzina u nich, ucztowaliśmy, śpiewali. A zaraz w pierwszy dzień po świętach w domu nastawała cisza. Nawet mama nie ponaglała mnie do nauki. Mogłam zatem beztrosko robić cały dzień to, co lubię. Czyli czytać książki. Nawet spotkania z koleżankami odkładałam na późniejsze dni ferii. A tego dnia swobodnie zagłębiałam się w książki i to te inne, nie ze spisu lektur.

Dwie czytane w taki właśnie dzień wbiły mi się mocno w pamięć, bo łączy je pewien okrutny obyczaj dawnych czasów, co w dniach obecnej wojny na Ukrainie często przychodzi mi na myśl. O tym za chwilę.

 Chyba w szóstej klasie w taki dzień poświąteczny czytałam sobie „Ogniem i mieczem”. Przyjemność popsuła mi tylko okrutna scena wbijania Azji na pal. Później, w liceum, w taki sam dzień po Wielkanocy, czytałam sobie „Uskoki” Józefa Korzeniowskiego, gdzie też był motyw wbijania człowieka na pal. To znalazłam też po latach w pięknej powieści „Most na Drinie” Ivo Andric’a.

Korzeniowski o pseudonimie „Jeż” jest już raczej zapomniany, ale mnie przypomina się ze względu na tę okrutną scenę, gdy widzę teraz okrucieństwa  obecnej wojny. Mnie jeszcze ten autor kojarzy się z innym Korzeniowskim, o pseudonimie Conrad – moim ulubionym od dawna autorem, do którego  wciąż powracam od czasów liceum, a wszystkie jego 27 tomów stoi mi na półce.

A więc dziś znowu zatopię się beztrosko w lekturze. Już czeka: Jeff Goins „Poznaj siebie i znajdź własną drogę”. Lubię takie książki, choć nie kształtuję już tak bardzo swego charakteru, ale lubię wiedzieć, po co i jak to robić? Może ta książka mnie bardziej przekona, bo tym czytanym o autyzmie wciąż nie dowierzam. Coś w tym jest, ale wydaje mi się zanadto rozdmuchane. Co gorsza, ja – niby fachowiec w tym względzie – niezbyt cenię sobie kilka innych, modnych teorii, które zwykły egoizm nazywają pożądanym indywidualizmem i bardzo mu schlebiają. Albo proste chamstwo tłumaczą asertywnością. Stop! Należy to wszystko precyzyjnie rozróżniać.

Kilka dni temu, wieczorem, był film w TVP o Szwecji, gdzie wprowadzono ogólnospołeczną ideę  indywidualizmu, czyli życia  wyłącznie dla siebie samego/samej, dla własnej satysfakcji i wygody. Zgodnie z tą ideą zerwane zostały więzi rodzinne, a nawet kontakty z rodzicami oraz własnymi dziećmi, bo każdy ma żyć sobie sam. Rodzina czy małżeństwo jest “be”. Dzieci mogą być, ale ze sztucznego zabiegu, bez romantycznej miłości czy ślubu. Ot. zamawia się w internecie ampułkę z nasieniem… Rodzice nic nie wiedzą o swych dorosłych dzieciach. Co robią? Gdzie? Jak im się żyje? Te dzieci nie wiedzą nic o rodzicach. Nie interesują się nawzajem, bo tak ich wyedukowano. Tak przymus.

 W końcu czegoś tym ludziom jednak brak. Czują nudę niewypełnionej   niczym pustki. Na filmie pokazano, jak ratują się, łącząc np. w grupy poszukiwaczy zaginionych ludzi w lesie. Szukają tak tydzień po tygodniu. Pełni zapału do tej bezsensownej zabawy. Czy znajdują kogoś? Nie wiadomo. To wydaje się być czymś z serii czekania na Godota. Wydaje mi się, że raczej szukają sposobu na zabicie pustki życiowej, bo na pewno im czegoś brak, gdy rodzinę zastąpiły organizacje społeczne ze swoimi surowymi zasadami, co komu wolno, a co nie.  Tak, ci ludzie szukają chyba sensu życia w ich sytuacji.

Jakie szczęście, że my Polacy mamy jeszcze rodziny i podporę w życiu rodzinnym.  Bywa różne, są też ludzie samotni, ale nie jest to na skalę masową, że wszyscy i już, bo tak musi być. W Szwecji niejeden obywatel czuje taką pustkę, że popada w depresję i nikogo z sąsiadów nie interesuje (bo tak ma być), że zza czyichś drzwi od wielu dni sączy się zły zapach. Wreszcie odnajdują tam trupa, nieraz samobójcę. Daremne bywają poszukiwanie jego bliskich, bo kontakty dawno zerwane. Nie wiadomo  komu przekazać pokaźny spadek. A zmarły opłacił nawet należności urzędowe za wykonanie spadku. Nikogo to nie interesuje, bo tak są wychowani. Ale w Szwecji już widzą, że poszli w złą stronę. Ta idea zawiodła. Tylko nazwa tej filozofii życiowej wydaje mi się nieadekwatna. Indywidualizm, to przecież tylko paskudny egoizm!

Mam nadzieję, że książka, jaką dziś mam czytać nie będzie mnie razić podobnymi rewelacjami o odrzuceniu rodziny w imię własnej wygody, czy innymi nienaturalnymi pomysłami.

Byleby dziś starczyło mi na to czasu! Mam przecież tak bogaty program, a ja jeszcze nie przygrzałam nawet bigosu na obiad. Kurz zetrę później, z miejsc, gdzie najbardziej razi. Tak trochę po łebkach. Byle jak. Nie tak, jak mama nauczyła. Jak uczą poradniki i kobiece czasopisma. Brak czasu na wszystko, co się musi i się chce to rzeczywistość chyba większości  kobiet.  Większość z nas ma stale jakieś zaległości oraz poczucie, że z pośpiechu robi wszystko po łebkach.

Bo jakże tu zdążyć ze wszystkim, gdy wraca się z pracy, jak ja kiedyś, o szesnastej piętnaście, a jak tramwaj nawalił, to później? Mąż zabiera dziecko z przedszkola, a kobieta nie wie w co w domu ręce włożyć? Od czego zacząć? Gotować obiad czy wyjść z dzieckiem na spacer? Pilnować odrabiania lekcji starszego czy pozwolić mu pograć w piłkę? A tu okna należałoby umyć. Brr, taka szara rzeczywistość. I jak my kobiety mamy dokonywać wielkich czynów, gdy tyle drobiazgów mamy od rana do wykonania! I jeszcze być zadbaną, uśmiechniętą.

A co najbardziej mnie denerwuje, to pokazywanie wszędzie kucharzy, głownie mężczyzn, którzy całymi godzinami pichcą wymyślne dania, kombinują, zmieniają, cudaczą. Które kobieta ma na takie zbytki czas?! Trzeba propagować proste rozwiązania kulinarne i wszelakie ułatwienia. Wyczytałam kiedyś w biografii Marii Skłodowskiej Curie, że gotowała dla rodziny sama, ale preferowała dania, które robiło się bardzo szybko. A jeśli wymagały długiego gotowania, to przynajmniej bez pilnowania ich przy piecu, żeby nie wykipiały, nie przypaliły się. I to jest słuszne! 

Kiedyś napisałam już na ten temat felieton, przejęta, że nagle w moim bliskim gronie zostało czterem niestarych jeszcze  wdowców. A młodsze żony, tak wspaniale troszczące się o rodzinę i dom, tak zawsze zapracowane, poumierały. Ale naczelny kręcił nosem na taki felieton i to był jedyny tekst, jaki przez te 11 lat mi nie przyjął. Mogłam go trochę przerobić, ale zapał mój wygasł. Teraz wracam do tematu o potrzebie jednego dnia w roku (może dwóch, bo po  Bożym Narodzeniu i Wielkanocy) na odpoczynek dla kobiety, aby miała taki dzień na robienie tego, co lubi. Ja dziś piszę felieton. Lubię pisać felietony. Jeszcze bardziej opowiadania, tylko te pisze się o wiele trudniej, a czytuje tylko smakosz literacki.

 Och, jak przyjemnie jest cały dzień nic nie robić! Albo choć czasem tylko to, co się lubi!

Zaraz, nic?!  Nic nie robiłam, a brakło mi czasu na spacer, na przejrzenie starych czasopism, przeczytanie nowych, niw sprawdziłam, czy kwitną magnolie,  a książki jeszcze nie otworzyłam…

Nie zaproponuję jednak, aby dzień poświąteczny zrobić dla pań dniem wolnym od pracy. Kto z mężczyzn, by to zrozumiał?

Krystyna Habrat.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko