Jan Strękowski – CUD

0
264
Ryszard Tomczyk

            Napis na całą ścianę, czerwone jak (robotnicza)  krew namalowane sprayem litery, uderzał po oczach od razu od wejścia. DAJEMY SOBIE RADĘ I POSUWAMY SIĘ DO PRZODU – odczytał na głos pan Sławek. Właściciel i napisu, i lokalu.

Portret stał pod napisem i wymalowane na transparencie litery układały się ponad nim w swoistą aureolę. Kwiaty ustawiono po jednej i drugiej stronie. Żona pana Sławka, pani Marzenka zamówiła specjalnie białe i czerwone goździki, dziś prawdziwy rarytas prawie nie do dostania. Do tego paprotkę, czyli nieodzowny w tamtych czasach asparagus z delikatnymi zielonymi igiełkami, po który specjalnie jeździła gdzieś na drugi koniec Polski.

Pachniało to wszystko, tłumiąc intensywny zapach chmielu z porozlewanego tu i ówdzie piwa. Ale pan Sławek starał się tam nie patrzeć. Przenosił wzrok to na górujący nad frontową ścianą napis, to na siedzących przy stolikach gości. Stał za bufetem, przecierając od niechcenia jakieś szkło, przetarte już wcześniej wiele razy, przestawiał na półkach ustawione tam według ustalonego porządku butelki z alkoholami, drapał się za uchem, czasem wzdychał ciężko. Znów coś poprawiał i przestawiał za kontuarem. Przebiegał wzrokiem wywieszone na bocznej ściance szafki menu, choć także znał je na pamięć. Poprawiał wywieszki: „Alkohol podaje się od godz. 13.00”, „Alkohol tylko do konsumpcji”, „Kawałki mięsa dodajemy tylko za zgodą klientów”, „Zachowaj czystość i porządek”, „Nie śmiecić”, „Nie pluć na chodnik”, „Piję z umiarem”, „Kierowco, wódka twój wróg”… Wszystko z epoki. Choć poza wywieszką o kawałkach mięsa, przyniesioną przez Marczakową, byłą sklepową, same podróbki..

Wbrew temu, co głosiło hasło, nie dawali sobie rady i nigdzie się nie posuwali. Ani on, ani tłumnie przybyli do jego lokalu goście.

– Jeśli już, to w jasną przyszłość tyłem – pomyślał Marek, który czuł się bezpośrednim sprawcą całego zamieszania, czyli tego, co tu się od paru godzin rozgrywało.

Siedział w kącie, tak jakby chciał zejść z oczu reszcie zebranych. Sączył powoli postawione przez pana Sławka wszystkim przybyłym na otwarcie lokalu piwo (Perła chmielowa to nasza królowa), czasem zerkał po sali, słabo oświetlonej żółtym mdłym światłem gołych żarówek czterdziestek, które dla zmylenia Unii sprzedawano w supermarkecie jako specjalne żarówki odporne na wstrząsy, na innych gości, niektórych znał dobrze, innych z widzenia lub wcale (niektórzy na wieść o zdarzeniu, zdążyli dojechać nawet z odległych miejscowości), po raz setny odczytywał umieszczone na ścianach hasła: ŻEBY POLSKA ROSŁA W SIŁĘ A LUDZIE ŻYLI DOSTATNIEJ czy ZBUDUJEMY POLSKĘ NASZYCH MARZEŃ I AMBICJI. Elementy starannie przez pana Sławka zaplanowanego wystroju lokalu, którego otwarcie świętowali dziś w południe. Lokalu w klimacie oldskulowym, jak powiedział nauczyciel Stelmaszyk, który lubił się popisywać znajomością trudnych do przetłumaczenia zwrotów. Przypominającym czasy młodości wielu z tych, którzy dzisiaj tu przybyli. Co wzmacniał dobiegający z głośników porozmieszczanych pod sufitem znajomy, ciepły, męski głos, nieznany młodszym, ale starszych przyprawiający o szybsze bicie serca:

„Rozmów Polaków z Polakami o sprawach ojczyzny nigdy i nikt już nie zakłóci”.

„Możecie być towarzysze przekonani, że my, tak samo jak wy, jesteśmy ulepieni z jednej gliny.”

„Idzie o wielką sprawę – o to, aby w obrębie życia jednego pokolenia zbudować drugą Polskę.”

 „Jeśli nam pomożecie, to sądzę, że ten cel uda nam się wspólnie osiągnąć… Jak? Pomożecie?”

1.

– A może jakieś pieśni? Jak to się wtedy śpiewało? – rzucił po dłuższym namyśle pan Sławek.

Sala nagle ożyła.

– Ja mogę „Naprzód młodzieży świata”.

Pierwszy wyrwał się do przodu stary Kacprzyk, w pewnym sensie także sprawca tego, co się tu dziś działo. I zaintonował nieco skrzekliwie, bo głosu, to on nie posiadał:

„Naprzód młodzieży świata,

dziś braterski połączył nas trud…”

Kiedyś w fabryce kierownik zmiany, członek PZPR, potem Solidarności. W młodości był w ZMP i pojechał nawet do Warszawy na festiwal młodzieży postępowej. Gdzie, jak głosiła legenda, zrobił dziecko jednej bardzo postępowej Angielce. Dziecko było kolorowe, bo Angielka pochodziła z byłych kolonii, i Kacprzyk długo nie przyznawał się do jego posiadania. Dopiero w wolnej Polsce wyciągnął małe zdjątko jakiegoś brzdąca i kazał małemu Felkowi sąsiadów, który miał komputer i dryg do tych rzeczy, je powiększyć, a potem oprawił i zawiesił na honorowym miejscu, tak by nie umknęło uwagi nikogo, kto do niego wpadnie.

Daleko jednak nie zajechał. Kilka razy powtórzył „trud”, „trud”… Ale w końcu się poddał. Zaczął szukać w pamięci innych pieśni.

Uprzedził go nauczyciel Stelmaszyk, niby matematyk, ale łeb miał historyka.

„Ukochany kraj, umiłowany kraj,

Ukochane i miasta i wioski.

Ukochany kraj, umiłowany kraj,

Ukochany jedyny nasz polski…”

To się spodobało wszystkim. Nawet któryś głośno wyraził swoją opinię o piosence. Niestety, Stelmaszyk pamiętał tylko tę jedną zwrotkę. Ze wstydem przyznał, że pamięć nieużywana rdzewieje. Człowiek nie pomyślał, że takie coś, jeszcze się kiedyś może przydać.

„Nie zna granic ni kordonów

pieśni zew,

pieśni zew,

pieśni zew…”

–  zaśpiewali bracia Winiarek. Czaruś i Krzychu, obecnie poważne persony, panowie Cezary & Krzysztof, właściciele popularnego w mieście lombardu.

Tyle zostało im w głowach po członkostwie w ZSMW, czyli Związku Socjalistycznym Młodzieży Wiejskiej.

Ktoś zanucił. Nie wiadomo, czy dla żartu, czy poważnie:

„Merci, że jesteś ze mną…”

Mocno już przechodzony refren z telewizyjnej reklamy nie znalazł jednak uznania.

– To chyba nie to… – odezwał się nauczyciel Stelmaszyk.

Spod ściany, gdzie siedziała młodzież, dobiegło chóralne:

Donald,

matole

Twój rząd

obalą

Kibole!

– Młodzież w stanie nietrzeźwym może spowodować potomstwo – powiedział ni w pięć ni w dziewięć Stelmaszyk, chyba do siebie bardziej niż do sali. Wszyscy znali to powiedzenie na pamięć, bo niejeden słyszał je na wywiadówkach, jeśli nieopatrznie poszedł posłuchać opinii nauczycieli na temat postępów swojej latorośli.

Potem, jak podpis pod wywrzeszczaną przed chwilą deklaracją, zabrzmiało:

Polska, białoczerwoni!

Polska, białoczerwoni!

Ciepło, ciepło… Niektórym wydawało się, że jest już bliżej. Ale nikt nie był w pełni zadowolony.

– Jak Matka Boska… no, tam w Lublinie czy gdzieś, kiedyś płakała, to chodziło o co? – zapytał nauczyciel Stelmaszyk i zanim ktokolwiek zdążył się wtrącić, sam sobie odpowiedział.

– Nad ludzkim zepsuciem płakała, nad upadkiem Polski płakała. Łzy lała nad biedą, nędzą, złodziejstwem, pazernością ludzką, nad losem Kościoła gnębionego przez komunę płakała.

Skończył i popatrzył po sali. Prawie każdy na zasiłku albo już i bez, niektórzy chwilowo w domu, bo cały czas na saksach, w Londynie, Dublinie, Manchesterze, część żyje z emerytury lub renty dziadka albo babci, niektórzy trudnią się zbieraniem złomu czy zwykłym podkradaniem tego, co się nawinie, jest paru, co przeszło na szkło i puszki po piwie. Byli pegeerowcy w ubraniach z pomocy społecznej śmierdzących detergentami, bezrobotni już prawie od zawsze, bo kto pamięta dawne czasy świetności i młodzież miejscowa, której marzeniem jest napić się i poprawić trawką, chwytająca się śmieciowych umów, niedających perspektyw nawet na najmniejszą emeryturę na stare lata. Nic tylko płakać. I nauczycielowi Stelmaszykowi zrobiło się tak jakoś… do płaczu.

Dużo było więc sensu w tym co powiedział, jednak nie wszystkim przemówiła do głowy jego argumentacja.

– On ma lać łzy nad losem Kościoła? To wy teraz w szkole tego dzieciaki uczycie? Toż on niewierzący był. Ateista i bezbożnik – nie wytrzymał Walkowiak, kiedyś komendant MO, ateista i bezbożnik więc znał się na rzeczy, choć teraz co roku ołtarz na Boże Ciało ustawia, sam zresztą też ustawiony nieźle na stołku szefa miejskiej spółki. I popatrzył na umajony kwiatami portret.

– Prezesie, prezesie… – przywołał go delikatnie do porządku pan Sławek. – Daj człowiekowi się wysłowić. Mów, Kaziu.

Nauczyciel Stelmaszyk, przyzwyczajony do przepychanek w szkole, nie dał się zbić z tropu.

– Myślę, że trzeba zaśpiewać…  jakąś poważną pieśń, wielką, narodową. No, taką, co to się śpiewa z dużej litery!

– Jaką pieśń śpiewa się z dużej litery? – zapytali na raz wszyscy goście. I ci spod bufetu, oparci o blat, stojący obok wysokich stołków barowych, przypominających rumaki, gotowe do dosiadania, delektujący się pitym z gwinta winem marki wino, ze specjalnie przez żonę pana Sławka namalowanymi etykietami „Czar pegeeru” (to także serwowano dziś gratis), i ci siedzący przy laminowanych, jak to bywało w tamtych czasach, stolikach na krzywych metalowych nóżkach (pan Sławek – esteta, specjalnie prosił miejscowego ślusarza pana Wicia o ich wygięcie tak, by stoliki chwiejąc się nabrały autentyzmu epoki), delektujący się napojami mniej wyskokowymi, czyli najgorszym gatunkiem piwa z supermarketu, jednak z etykietą: „Piwo jasne pełne”. Też z tamtych czasów.

– Merci, że jesteś ze mną…

Teraz go rozpoznali, to znowu odezwał się Darek, czyli młody Michalski, zwany Daru, też w pewnym sensie sprawca zajścia. Mocno podcięty, siedział niedbale wyciągając nogi przy stoliku pod ścianą, nad baterią pustych butelek po piwie marki Rysy, o mocy większej niż moc najpotężniejszego jabola, które na specjalne życzenie przyniósł mu z zaplecza pan Sławek i sprawiał wrażenie takiego, co na Rysach był, a teraz zaczyna schodzenie.

– Zamknij dziób Daru. Bo jak przyjebię… – nie wytrzymał Stelmaszyk.

I wystartował do Darka, który jeszcze niedawno był jego uczniem. Sytuacja niezbyt zręczna. Tym bardziej, że Daru po uwolnieniu tylu piw z butelek nie nadawał się na przeciwnika.

– Panie Stelmaszyk, weź pan na wstrzymanie. Przy portrecie chcesz pan się bić? Ogarnij się jeden z drugim! – zawołali wszyscy, kto tylko jeszcze miał siłę i co nieco kontaktował po spożyciu fundowanych gratis napojów.

I Stelmaszyk zrezygnował. Ale kijki do nordic walking (on jedyny uprawiał tę dyscyplinę sportu, która wszystkich w miasteczku śmieszyła, bo co to za narciarz bez nart, to jak ułan bez konia!) trzymał oparte o krzesło w pogotowiu.

 Sytuacja wymagała odśpiewania jakiejś pieśni. Co do tego zgadzali się wszyscy. Problem był tylko z repertuarem. Bo gdyby na portrecie była Matka Boska, gdyby jakiś inny święty, nawet wątpliwy, któremu odebrano prawo do aureoli, nie byłoby problemu. Każdy wiedziałby co robić, co śpiewać, jakie modlitwy odmówić. Ale tu…

– No. A w kościele… – odezwał się ktoś nieśmiało. – Co się śpiewa?

Podchwycili ten pomysł.

– No… różne pieśni – powiedział Stachu, Marka kolega z pracy sprzed lat. Też współsprawca. Przed upadkiem komuny był spawaczem. W wolnej Polsce zbierał złom, ciął i sprzedawał, czyli, jak to sarkastycznie komentował, przydały się nabyte w PRLu umiejętności.

Tym razem jednak strzelił jak kulą w płot:

Słuchaj Jezu,

jak cię błaga lud.

Słuchaj, słuchaj,

uczyń z nami cud…

– „Jezu…” Jezu…”!  Ty puknięty jesteś? Do niego „Jezu”?  Z czym do gościa? – wykrzyknęli.

– Zrób reset Stachu, za długo żeś chyba budował drugą Irlandię – odezwał się inny kolega od złomu. – To pono superkatolicki kraj, to się i na ciebie rzuciło…

Znów zamilkli. Wszyscy czekali na ekstrapomysł odpowiadający szczególnej sytuacji.

2.

Kiedy pan Sławek postanowił zbudować nową knajpę nikt nie przewidywał komplikacji. Knajp w mieście było kilka i obsługiwały, zdawałoby się, wszystkich chętnych, ale nie wiadomo, czy ktoś mu to podsunął, czy miał sygnał od Boga, pan Sławek uznał, że kolejna knajpa w miasteczku nie zawadzi. Tym bardziej, że knajpa to będzie wyjątkowa. Chodziło o patrona, którego wybrał dla swego lokalu. Utrzymywał to w tajemnicy, nawet swojej ślubnej nie chciał nic zdradzić, tylko uśmiechał się znacząco i powtarzał:

– Zobaczysz. Będzie klient, trzeba mieć tylko łeb i go używać…

Pan Sławek mówił prawdę. Był jednym z nielicznych w miasteczku, któremu się udało nie tylko przeżyć wszystkie przemiany i zakręty dziejowe, ale przy tym coś osiągnąć. I choć naokoło bieda, alkohol, wypadki, złodziejstwo, kłusownictwo i ogólny rozpieprz – jemu się wiodło. Jak lubił powtarzać: Jak człowiek chce, to i na pustyni sobie poradzi.

Z tą pustynią nie było przesady, miasteczko, kiedyś kwitnące, teraz przypominało nawiedzone przez tsunami. Nawet jeśli tylko tsunami historii, to prawie wszystkich przewiało. Prócz pana Sławka. Pan Sławek miał zawsze dobre pomysły. Kiedy tylko Unia otworzyła granice, on już myk – do Irlandii. A kiedy zaczynał się kryzys, on był już z powrotem, z potężną pono kasą, której najbardziej mu zazdrościli ci, którzy pojechali bez grosza, a wrócili goli.

Pan Sławek wszystko robił metodycznie i najmniejszym kosztem. Tak i tutaj. Najtańsza była cegła z opuszczonych zakładów prefabrykatów budowlanych o dumnej niegdyś nazwie Wizdom, co trzeba sobie tłumaczyć jako wizję domu, którą każdy mógł zobaczyć, jeśli przebiegł swoje życie do przodu, a raczej, jak myśleli tutaj niektórzy, do tyłu. Najtańsza, bo bezpańska. Tyle kosztów, co odzysk. A stawki były naprawdę niskie. I tak, od sztuki, gdyby chciał kupić cegłę gdzieś w markecie, płaciłby pan Sławek kilka złotych, a od kolegów, którzy czekali na jakąkolwiek robotę, miał lepszą i tylko za jedną czwartą, nawet jedną piątą ceny.

Marek, jego kumpel serdeczny Stachu, do tego fachura od wszystkiego stary Kacprzyk, wszyscy trzej byli pracownicy tego zakładu, którzy znali tu każdy kąt, i osiłek od czarnej roboty, Młody zwany Daru, którego stosunek do tego typu zajęć wyrażał napis na koszulce: „Wolę brzuch od piwa niż garb od roboty”, u których to pan Sławek zamówił cegłę, żyli z niszczenia tego, co kiedyś zbudowano. Choć sami woleli mówić o odzyskiwaniu. Cegieł, metalu, pustaków, drewna, nawet szkła, bo fabryka w części zbudowana została w latach 70. wieku XX, gdy modne były luksfery, czyli przeszklone ściany ze zbrojonego szkła, teraz bardzo poszukiwane. Niejeden już relikt minionego ustroju i planowej gospodarki mieli na sumieniu. Aby przeżyć, chwytali się każdej roboty, więc sprawy ruszyły z kopyta. A kiedy już stały mury, wymyślonej przez pana Sławka budowli, zajęli się odzyskiwaniem przeróżnych, jak to określił ich chwilowy pryncypał, gadżetów z dawnych czasów. Jakieś szafki, niegdyś przeszklone, dziś ziejące wybitą szybą, połamane krzesła, czy taborety, które pójdą do renowacji, książki, broszury, tablice, na których kiedyś pisano o osiągnięciach epoki i osiągnięciach samego zakładu.

Fabryka nie przypominała już fabryki. Sterczał tylko komin, a raczej jego jedna trzecia, bo reszta wyleciała w powietrze, kiedy Anglicy kręcili tu film dokumentalny o zbombardowaniu Drezna. Wszędzie były gruzy, kikuty ścian. I mur, prawie nietknięty. Zbudowany był z solidnych betonowych płyt i pewnie za dużo fatygi wymagałoby jego rozbijanie.

Stał też sąsiadujący z ruinami biurowiec. Nie było chętnego na sypiące się pustaki z gazobetonu, z których wymurowano ściany. I to tam wybrali się na łowy przedmiotów zamówionych przez pana Sławka. Snuli się po zawalonym śmieciami korytarzu i gapili przez wybitą szybę na namazane na murze białą, ściekającą aż na sam dół farbą, hasło: „Życie jest piękne, ale trzeba żyć”. Powstało w momencie, gdy fabryka pozostawiona bez opieki przez ostatniego właściciela, co to kupił ją za złotówkę, a potem wywiózł gdzieś maszyny i znikł, zaczęła swój ostatni etap, którego finałem było to, co robili.

Marek potarł dłonią o ścianę, z której gdzieniegdzie odpadł tynk, pokazując budulec, gazobetonowe pustaki.

– Z tego się budowało drugą Polskę – przypomniał zamierzchłe hasło  – Gazobeton, bloczki, płyty… 

– Człowiek był pan, a jest dziad. – westchnął Kasprzyk.

Mimo upału w czapce w kolorze feldgrau na głowie. Jako jedyny, odpowiedni wiek, załapał się na statystę z volkssturmu w tym bombardowanym przez Anglików Dreźnie. I teraz nie rozstawał się z nobilitującym go w oczach tych, co się nie załapali, nakryciem. Przysiadł na połamanym biurowym krześle. Wyciągnął termos z herbatą. Pociągnął łyka i podał kolegom.

Martwe wnętrze niegdyś żyjącego biurowca, nieme i milczące pomieszczenia socjalne, stołówka, szatnie, toalety, prysznice. Wszystko zaniedbane, gdzieniegdzie z ubytkiem w oknie, ale z pamięcią o tym, co tu było. Zaśmiecone, pełne gruzu i strzępków dokumentów pomieszczenie socjalne. Tu kiedyś mieściła się komisja zakładowa związków zawodowych, najpierw komunistycznych, później solidarnościowych.

– Tu się w przerwie wpadało na papierosa, pogadać, zjeść kanapki… A jak w sierpniu zrobiliśmy strajk, to tutaj była pierwsza masówka, niewiele osób przyszło, bali się. No i tak żem został przewodniczącym, choć byłem najmłodszy, osiemnastoletni szczyl, na trzymiesięcznym stażu. A potem to już poszło… Solidarność, stan wojenny…, internat… – powiedział Marek do kolegów, jakby był przewodnikiem, oprowadzającym wycieczkę po swojej przeszłości.

– Trochę szkoda tak rozwalać – powiedział Stachu, który wtedy, jak wszyscy, zapisał się do nowo tworzonej „Solidarności”. – Było nie było kawał życia. A ile to kosztowało, niejeden w łeb dostał. Trzeba było wtedy pomyśleć, a tak …  zarobiło się parę siniaków…

– Było się kiedyś młodym…. – powiedział Marek.

Popatrzyli na Młodego, który bez zainteresowania grzebał na rozwalającym się regale z jakąś zamierzchłą literaturą. Notatnik lektora, 21 postulatów, Tezy na któryś zjazd partii… Przerzucał i odkładał bez zainteresowania. Ożywił się dopiero, kiedy zza regału wydobył transparent:  W 1981 roku wykonamy 120 procent planu… Ale nie transparent go zainteresował, lecz zachowane świetnie, w suchym pełnym pyłu klimacie, drzewce. Przymierzył fachowo, spróbował wygiąć. Jesion albo dąb. Tego szukał. Widać to było po jego minie. Oni, stare repy, wciąż sięgali do przeszłości, on patrzył w przyszłość. Pojechał na Euro, na mecz z Ruskimi, nockę zarwał, bo wyjechali o drugiej w nocy, a normalnie kijem o dziesiątej trzeba go z wyra zganiać… I ile się przygotowywał. Sprzęt na akcję, siłownia… Nawet się po rusku coś tam uczył… swołocz, job twoju mać…

Teraz przygotowywał się na kolejną demonstrację.

– Spadnie wam z oczu łuska, jak was Tusk wytuska… –  wyrecytował treść hasła, które zamierzał umieścić na transparencie.

– Młody znalazł kij na Donaldowy ryj… – powiedział sarkastycznie Stachu.

– Kiedy jedziesz?

– Za tydzień.

– Za tydzień Młody obali rząd…

– Raczej flaszkę… albo parę flaszek…

– Jak przyjedzie sto tysięcy narodu z całej Polski, to wpuszczą nas nie tylko do sejmu…

Wrócili do poszukiwań. Robota niby lekka, ale ciążyła mocniej niż praca przy rozbiórce, od kiedy dowiedzieli się po co panu Sławkowi te poszukiwane rekwizyty. I poza Młodym, któremu wszystko było gance gal, jak wyraził się stary Kacprzyk, czuli się jakoś nieswojo.

Pan Sławek długo pary z gęby nie puszczał. Rozbieramy, żeby budować – mówił tylko tajemniczo. Przelatywało to mimo uszu, wiadomo, że przeważnie się coś rozbiera, po to, żeby z tego albo na tym powstało coś nowego. Pan Sławek przyjeżdżał codziennie i jak prawdziwy gospodarz doglądał postępu robót. Tu, gdzie przygotowywano materiał na budowę i u siebie na działce, gdzie majstrzy zwijali się jak w ukropie, by zdążyć z otwarciem na 22 lipca, co już dawno powinno było dać im do myślenia. Pamiętali przecież coroczny obłęd towarzyszący obchodom tego, tak zwanego lipcowego święta w czasach komuny. Ten 22 lipca to była idee fix pana Sławka. I wszystkich poganiał, jakby chodziło o wykonanie zobowiązania. A tym, którzy nie kojarzyli daty, tłumaczył: – Święto Odrodzenia, 22 lipca dawniej E.Wedel. Dla zachęty obiecywał coś ekstra, a przede wszystkim darmowe piwo przez cały dzień, jeśli tylko będzie to Dzień Odrodzenia, a nie zwykły czarnoroboczy (nawet i niedziela).

Usłyszeli go z daleka, a raczej jego ustawione na full radio:

Sprzedałem szafę i klarnet zięcia

Bo to kosztowne są przedsięwzięcia…

Pan Sławek, patriota, preferował rodzimą muzykę.

– Słońce świeci, ptaszę kwili, może byśmy się napili?

Ledwie podjechał wypasionym mercedesem kupionym u Niemca, już wyciągnął ze schowka piersiówkę.

Pora była mocno popołudniowa, ale pan Sławek widać czuł się jak Młody, zwany Daru, kiedy przy robocie podśpiewywał:

– Najmilsza chwila poranka, piwo i marihuanka…

Przepili po łyku, ale gorąc był potworny i nie szło im. Pan Sławek nie pił, kierowca, choć wiedzieli, że jakby i zapił, to nikt by mu złego słowa nie powiedział, bo pan Sławek tu rządził. Zresztą, co tu gadać, tu wszyscy pili, kierowca nie kierowca. Wsiadali po drinku i jechali, czasem ze zbytnią fantazją, co niektórych kosztowało życie, które tu miało niską cenę. Jednak pan Sławek miał plan i życie u niego było więcej warte niż u innych. I kiedy się odezwał, w jego głosie czuło się ten entuzjazm, którego oni byli pozbawieni.

– 22 lipca! Zapamiętajcie tę datę! 22 lipca otwieramy lokal „Jak za Gierka”! Będzie mała akademia, przemówienia, te rzeczy… Nasz proboszcz zgodził się poświęcić, trochę kręcił nosem, ale proboszczulo jest rozsądny gość, powiedział, że patron nie patron, ale lepiej jak pan Bóg będzie miał na wszystko oko. Czujcie się zaproszeni.

Potem obejrzał znalezione w biurowcu gadżety. Niby z zadowoleniem, ale czegoś mu brakowało. No, bo broszury się ustawi, gazety (specjalnie skserowane Trybuny Ludu) wyłoży jak w czytelni, niech się naród uświadamia, hasła wymaluje, powiesi transparenty, wywieszki, produkty też są już w przygotowaniu, szynka jak za gierka, salceson cwaniaczek, co to jedyny został, kiedy wszystkie wędliny uciekły za granicę, kiełbasa też jak za Gierka, piwo marki piwo i słynna perła, którą niektórzy pamiętali z poprzedniego wcielenia. Do tego wino marki wino, wódka z czerwoną kartką, angielska gorzka podbarwiona herbatą, żeby przypominała tamto świństwo… Drugie dania też z epoki. Zakąski: śledzik w śmietanie, w occie, ogóreczki konserwowe, przechodni kotlecik do konsumpcji, także przechodni tatar z żółtkiem na wierzchu, zwany od tego żółtka meduzą. Wszystko jak za Gierka, to będzie dewiza mojego lokalu. Nawet będzie pachniało jak za Gierka.

Pamiętał o wszystkim, widać było, że długo przygotowywał to wejście smoka i miał wszystko przemyślane w szczegółach. A jednak nie do końca był zadowolony z wyników ich poszukiwań.

– Przydałby się jakiś mocny akcent – powiedział. – Coś trzeba postawić w centralnym miejscu, taki ołtarzyk, jak w kościele… Żeby było na czym oko zawiesić… Czy ja wiem, popiersie, portret?

Gdyby Marek się wtedy nie przyznał, że jest w posiadaniu czegoś takiego, nie byłoby dziś problemów.

Znalazł portret prawie na samym początku rozbiórki. Wiosna była zimna, w przerwach na herbatę wpadali więc do biurowca, który dawał jaką taką osłonę przed wiatrem i deszczem. Marek starał się nie pamiętać, że z tym budynkiem wiążą go jakieś wspomnienia, że dobrze zna te pokoje, bywał w nich wiele razy, ba, nawet „urzędował” przez pewien czas w jednym z nich. Tutaj zaczęło się jego prawdziwe życie, tu święcił największe triumfy i tu zaczęły się jego porażki, pech, który prześladował nie tylko jego, ale wielu z jego kolegów, którzy wtedy, tak jak on, rzucili się z głową w dół naprawiać świat. Koledzy, na szczęście, zdawali się także nie pamiętać o tamtych chwilach, choć wcześniej nie raz wypominali mu, że dał się uwieść większym od niego cwaniakom, a na dodatek uwiódł innych.

Kiedy powstał portret był w szkole przyzakładowej. Cały tydzień przygotowywali się na przyjazd gościa. Sprzątali, malowali przysłowiową trawę na zielono. Potem sekretarz Zakładowej Organizacji Partyjnej zgromadził całą załogę na masówce i ćwiczył:

– Ty Władek krzyczysz: – Niech żyje pierwszy sekretarz…

Ty, Stasiu, ty, i ty, stoicie tam, tam i tam i jak on swoje powie wołacie: Niech żyje! i zaczynacie bić brawo. Potem dołącza się reszta.

A ty, Małolat, jak towarzysz I sekretarz zapyta: No i jak się pracuje? -odpowiadasz: Idzie robota, towarzyszu pierwszy sekretarzu…

To było do niego. Nie pamięta, czy na pewno odpowiedział, jak go uczono. Zbyt był zdenerwowany. Ale został uwieczniony przez reportera miejscowej odmiany „Trybuny Ludu” i wylądował na pierwszej stronie razem z tym, który był tu najważniejszy. Kiedy w 1980r. zakładał „Solidarność”, trochę wstydził się tego zdjęcia. Potem o nim zapomniał. Nie wiedział, że dyrekcja kazała je powiększyć i oprawić. Na portrecie, który znalazł, był jednak tylko gość. Jego, na szczęście, wycięto.

Pan Sławek aż zagwizdał z podziwu i szczęścia na ten widok, i popędził kończyć przygotowania, czyli zamknąć wszystko mocnym akcentem, który trzymał pod pachą.

3

Uroczystość przebiegała zgodnie z planem. Pan Sławek na tę okazję przygotował sobie listę osiągnięć patrona otwieranego lokalu, którą skonsultował z miejscowym kołem postkomunistycznych radnych, noszącym dla niepoznaki zachęcające miano: Nasza gmina, nasz powiat. Zresztą jego przedstawiciele znajdowali się na sali, a z nimi młody narybek sprowadzony aż z miejsca urodzenia patrona lokalu, którzy przyjechali propagować ideę stworzenia pomnika swego idola.

Lista sukcesów była długa jak wykaz grzechów, który kiedyś pan Sławek przygotował przed pierwszą w życiu spowiedzią. Powiedział o boomie cywilizacyjnym, którego wtedy dokonała Polska. Wyliczył osiągnięcia: Huta Katowice, Rafineria Gdańska, najdłuższy w Polsce most w Kieżmarku, Gierkówka, zagłębie miedziowe, elektrownia w Kozienicach, Porąbce, Police, Port Północny, magistrala kolejowa, Trasa Łazienkowska, Zamek Królewski, Dworzec Centralny, Fiat 125, 126, coca-cola, pepsi… Nie zapomniał nawet o lotach w Kosmos, czyli naszym jedynym kosmonaucie, Hermaszewskim… Jako urodzony właśnie w tamtej dekadzie, nie mógł też nie wspomnieć o gumie balonówie i papierkach z komiksem, opowiadającym o przygodach kaczora Donalda, za którymi szalały wszystkie dzieci.

Strzał był w dziesiątkę. Prawie wszyscy mieli patronowi lokalu coś do zawdzięczenia, jeden eternit na dach, drugi pracę, trzeci mieszkanie, czwarty pierwszy w życiu kolorowy telewizor, co z tego, że ruski, ale mówił po polsku…

Niektórzy zabrali się do porównywania obecnej Polski z tamtą i porównanie to wypadło zdecydowanie na korzyść dawnych czasów. Nawet województw było 49. A ile teraz? 16. I tak ze wszystkim! – potakiwali. – A chłop, rolnik, ten to miał raj. Tylko z władzą dobrze żyć, nie podskakiwać… i miało się wszystko.

Potem przeszli do obyczajów, które także wtedy były inne. Chciałeś kupić pralkę, lodówkę… To dawali cynk, pomagali ściągnąć, załatwiali. Jak człowiek miał wejścia, to był pan!  Wspomnieli o zatrudnieniu, porównali z dzisiejszym bezrobociem. Przypomnieli, że prócz pensji każdy bokiem brał dwa razy więcej… Niektórzy pamiętali nawet radość, jaką przynosiły wieści o płynących do Polski statkach z cytrusami. A teraz idziesz do sklepu i masz, cytryny, pomarańcze, banany… tylko cię nie stać.

– Produkowaliśmy samochody, motory, statki … Było się 10 potęgą na świecie…  A polska oranżada z kapslem była sto razy lepsza od tej całej coli. Polska mogła mieć nawet atom.       Robota człowieka szukała. Płatna jak płatna, ale była… Teraz o pracę ciężej niż o kokainę. Ludzie dostawali mieszkania, na ten przykład młode małżeństwa. Jeździło się na wczasy do Bułgarii, do NRD. A teraz… ani wczasów, ani NRD…

– Ci, co dzisiaj go krytykują, to mieszkają w domach, które on zbudował. Za darmo kończyli szkoły, które on postawił. Do dziś żyję w domu, co go dziadki wtedy postawili. A z emerytur, co to je dał, niejedna rodzina tu do dziś żyje.

– Armia nasza liczyła 470 tys. żołnierzy, a dziś 75 tys., z czego z 15 nadaje się do walki. Nawet w piłkę nasi lepiej grali.

W ogólnym wychwalaniu, zastał Polskę drewnianą a zostawił murowaną, zagłuszone zostały głosy wiecznych malkontentów, którzy wspominali o ścieżkach zdrowia w Radomiu, o propagandzie sukcesu, długach, które trzeba spłacać, czy o ogólnym złodziejstwie i marnotrawstwie. Nawet wieczna przyjaźń ze Związkiem Radzieckim wpisana do konstytucji nie wzbudziła oburzenia.

– No i co z tego, że wpisał? Masz ZSRR? Nie masz? To i jaka tam wieczna przyjaźń! Może i nie było wolności, ale co nam dzisiaj z niej. Człowiek mógł dostać od milicjanta wpierdol, ale wiedział i unikał. Realny socjalizm. Obym dożył!

– Jak był u nas, to co powiedział? „Traktujcie moją obecność jako początek naszych kontaktów. Będę się starał was częściej odwiedzać i poznawać bliżej wasze problemy.”

– No i co przyjechał?

– A jak miał k… przyjechać, jakieśta go z tym Bolkiem obaliły?

– Polska mogła zostać mocarstwem, jakby nie podkopywali.

– Kto, Solidarność?

– Ty matole, Solidarność i Jaruzelskie i Kanie. Brutalnie go zdjęli we wrześniu i chłop nie mógł dokończyć, co zaczął. Jak sowiecki namiestnik generał zaczął rządy, to wszystko przebimbał.

– A sam to mieszkał jak każdy, dwa pokoje z kuchnią. Inne kradli, a było na niego. A on jeździł maluszkiem, żył z renty z Belgii za pracę na kopalni. Tak mu się Polska Ludowa odwdzięczyła.

– Na jego czasy przypada złoty wiek Polski Ludowej. Już dawno powinien mieć place, ulice czy szkoły swojego imienia za to, co zrobił dla Polski.

– Nogi mu umyję i tę wodę wypiję.

– Wykopać kości i rozdać jako relikwie! – zakończyli i wypili.

Cieszył się pan Sławek, że trafił z pomysłem w samą dziesiątkę. Będzie klient, będzie obrót. Zresztą zadbał o to. Na otwarciu oprócz proboszcza, który poświecił lokal, była miejscowa prasa, internetowa telewizja, nawet żona pana Sławka latała ze smartfonem i filmowała, żeby wieczorem wpuścić do sieci.

Tym bardziej, że nie wszyscy mieli pojęcie, o kim mowa. Małolata Nikola, wnuczka Stelmaszyka, pytała czy on był prezydentem, czy może premierem. Młody był zdania, że pochodził z Katangi. Ktoś tam przypomniał sobie wierszyk: Chcesz cukierka, idź do Gierka, Gierek ma to ci da…

Ktoś inny dodał złośliwie: Kopa w dupę i papapa!

Wszystko to utonęło w ogólnym rozgardiaszu. Każdy cieszył się, niektórzy wspominali dobre czasy, inni zalewali złe wspomnienia.

4.

Pacierza i wódki nigdy nie odmawiam…   Przy odrobinie wyobraźni i samą zagrychą można się urżnąć… Dobra wódka pita w miarę nie szkodzi nawet w największych ilościach…  Piję dużo, ale za to często… Wykształcenie nie piwo – nie musi być pełne…  No to cyk powiedział budzik do zegara…

Marek studiował te pochodzące z epoki zachęty do sięgnięcia po kielicha, ale to była tylko ucieczka od tego, co zdarzyło się tutaj.

Mimo że wnętrze lokalu było pełne, stoliki zajęte, przy barku też full, wszyscy wyglądali tak, jakby na coś czekali. Przypominało to scenę z bajki. Jakiś zły czarodziej unieruchomił wszystkich w tym samym momencie. Jedynie pan Sławek stał obok portretu i po raz już któryś z kolei deliberował z kelnerem Waldeczkiem.

– Może to jednak woda? – zapytał, jakby miał nadzieję, że to wszystko to tylko sen, który minie.

Na policzku I sekretarza błyszczały krople. Przesuwały się powoli w dół, spływając na kołnierz jesionki w jodełkę i po ramie skapując na zielone listki badziewia, którymi udekorowano obraz.

Nikt nie wiedział, co robić.

Wszyscy patrzyli na pana Sławka, jakby to on miał znaleźć wyjście z tej niecodziennej sytuacji. Ale on rozglądał się po sali, a jego wzrok wyrażał bezgraniczną bezradność.

Przełamała to milczenie, siedząca razem z młodymi, ta mała od Kołatków. W chałupie nie usiedzi, wszędzie jej pełno, cały tydzień za friko pomagała robić wystrój knajpy, choć nikt jej o to nie prosił. Ale tu miała pomysł. Super.

– No, jak jest taka super… sprawa… to musi być coś super… No nie?

– Ba, ale co jest super?   – zapytali.

Małolata od Kołatków popatrzyła z politowaniem na zebranych.

– Ja mam wam mówić, co jest super?

– Popatrzyli na dziewczynę. Faktycznie. Tu trzeba było sięgnąć do doświadczenia i pamięci.

– Jak ma być super… to może … hymn? „Jeszcze Polska nie zginęła…”

– Blisko, blisko …  – powiedziała mała od Kołatków. – Ale nie to. Hymn to się śpiewa na uroczystej akademii, co nie? To musi być coś takiego… pomiędzy… Pomiędzy pieśnią kościelną, a państwową – wytłumaczyła.

– Co może być „pomiędzy”? –  zastanawiali się wszyscy.

Aż niezastąpiony Stelmaszyk przypomniał nieśmiało:

– „Boże coś Polskę”…

„Boże coś Polskę”?

– No. A co śpiewałeś tłuku w stanie wojennym na mszy za ojczyznę? – powiedział już pewniej.

– On nie śpiewał, to jemu śpiewali „Aaa kotki dwa…” – roześmiał się Kacprzyk.

Ale pomysł spodobał się wszystkim. Na znak pana Sławka zerwali się na baczność jak do hymnu. Tylko jeden Michalszczak, czyli Młody, czyli Daru po tych swoich Rysach nie był w stanie.

I zaśpiewali. Jak śpiewało się za komuny, choć już od dwudziestu paru lat komuny nie było:

„Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie…”

Pan Sławek zrozumiał, że ma do czynienia z nadzwyczajnym wydarzeniem, którego zwykłym piwem nie oblecisz, i zarządził wódeczkę na koszt lokalu. W tym całym pośpiechu okazało się, że szafka (było nie było z epoki), w której stały kieliszki do wódki, nie daje się za cholerę otworzyć i przepili z gwinta, licząc na Zdrowaś Mario łaskiś pełna, co dawało po jakiejś pięćdziesiątce na łeb…

Dopiero potem pan Sławek podszedł do ołtarzyka, wyciągnął z kieszeni chusteczkę i delikatnie przetarł twarz tego, który był adresatem zgodnego (co przyszło mu natychmiast do głowy) narodowego wołania.

                                                           Jan Strękowski

Opowiadanie zostało opublikowane w kwartalniku literackim  „Wyspa” nr 1(33) w maju 2015 r.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko