Bohdan Wrocławski – Jeden wiersz

1
128
Bohdan Wrocławski
Bohdan Wrocławski

Przed świtaniem

Nie każcie umierać przed świtaniem
dzień który nadejdzie będzie
jak małe dzieci zgromadzone wokół cyrkowej areny

Niepewne niczym kromka
zwiniętego do nagości chleba

Wędrują wtedy nad nami przypadkowe mgły
o zwiniętych skrzydłach
atakującego sokoła

Czujesz zapach horyzontu
upodlony drżący ze wstydu
niczym zgwałcona kobieta

W taki poranek na progach domów siadają starcy
prostują pogarbione światłem plecy

Podejdź do nich bliżej
w wyciągniętych dłoniach tańczą
ich posiwiałe włosy

Jesteście nazbyt blisko siebie

Tak właśnie można spłonąć
zanim noc zegnie się w kolanach a purpurowy świt
oddzieli nas swoim oddechem

Dlatego ciągle milczą w nas drogi
O nierozpoznawalnym smaku
Ze ściany spadają stare kalendarze
w jednym z nich jest twoja miłość

Zapewne przez zwykłe przeoczenie
nie zdążyłeś nadać jej imienia

Przed odejściem mroku umierają nocne
ptaki zabija je mój i twój szept

Odstawiam do kąta wystrzępione sandały
zaczynam pisać wiersz
gdzieś natrętnie gra trąbka
słyszę zachrypnięty głos Armstronga

I znów biegnę przez las kalecząc sobie stopy
jak wtedy
kiedy nie mogłem sam siebie dogonić

na tej ścieżce o której nikt mi nie powiedział
przed świtaniem

Reklama

1 KOMENTARZ

  1. Nic nie powiem. Niech ściele się cisza. Wyłączę neurony. Zgaszę serce. Usiądę w kącie.
    Stamtąd widać wiele. Nowy rok się skrada po ścianach. Barwy jak emocje
    Marzną tym statycznym umartwieniem tkanek zaplątanych pomimo wrzawy nocy,
    Która dopala się samotnie

    Jeszcze trochę życia, trochę zaśnięć i przebudzeń, szczypta wina we krwi, trochę tęsknoty.
    Jeszcze nie czas, a jednak czas dogania tych nieporadnych wędrowców i stawia mur,
    Zza którego spoglądam łapczywie na
    Inne światy

    Nie będzie już innych światów – woła głos zza światów – prócz tych wirtualnie ukazanych, oprócz fatamorgany istnienia gdzie oaza wspomnień uleczy duszę balsamując czas wyraźnie niedokonany, podzielony na warstwy łaknienia bez wody
    ta susza boli w takiej ciszy najbardziej

    Najbardziej też obawiam się kolejnej burzy, tej największej, tej z rozdziałów apokalipsy, tylko mało kto uwierzy
    W tę apokalipsę, bo jest ona kumulacją
    Szaleństw

    Jakaś taka zmurszała, niedzisiejsza panna, nierozwiązła, nie wiarę przynosi, a śmiech zabobonny i męczący

    To nic

    Niech ściele się cisza. Ten pokój. Ocalały z potopu. Wydaje się tratwą, ale jutro tu nastąpi,
    Bez wątpienia nadejdzie. Jak słowa modlitw. Jak słowa zaklęć. Jak słowa używane jeszcze
    Do komunikacji, którą ludzie ludziom czynią na niepokój stawiając wewnątrz cieni
    A potem biją między oczy obrazem szlachetnym, do złudzenia przypominającym
    Ukrzyżowanie

    Jeden wiersz. Jedna dusza. Jedna myśl. Jedna chwila
    Wszystko to, co najważniejsze
    W płomień świecy powracam, który otula moją miłość
    Jedyne świata ocalenie

    Siedzę w kącie. Stamtąd widać wiele. O wiele więcej,
    ale to już będzie
    innym
    razem

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko