Rekomendacje książkowe Krzysztofa Lubczyńskiego

0
203

Sezamie otwórz się, czyli spory w labiryntach tajemnic „Rękopisu znalezionego w Saragossie”

         Po pierwszej lekturze rewelacyjnego wstępu Michała Otorowskiego do tomu szkiców jego autorstwa, zdjąłem z półek domowej biblioteki trzy egzemplarze mojego ukochanego „Rękopisu znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego i ustawiłem je obok siebie. Wymienię je w kolejności edycji. Pierwszy to wydanie „Czytelnika” z 1950 roku, w trzech woluminach, z ilustracjami Antoniego Uniechowskiego. Wydanie było skromne, broszurowe, nabyłem je w antykwariacie, a po kilku latach znajomy introligator-artysta oprawił mi je w jeden wolumin, z pięknym skórzanym grzbietem imitującym księgę sprzed kilku wieków. Drugi to wytworne wydanie Państwowego Instytutu Wydawniczego z roku 1965, w pięknym opracowaniu graficznym Jerzego Jaworowskiego i ze znakomitym posłowiem Leszka Kukulskiego, pierwszym w polskim piśmiennictwie, który tak pięknie przybliżył podstawową problematykę i kształt artystyczny powieści Potockiego. I trzeci, wydany przez Wydawnictwo Literackie w Krakowie w roku 2015, w nowym przekładzie Anny Wasilewskiej, bez opracowania graficznego tekstu, ale z ciekawą, barwną okładką.

         We wstępie Michał Otorowski przypomina, że tom „Jak zagubiono „Rękopis znaleziony w Saragossie i czy warto go odnaleźć​?” złożony został z jego kilkunastu tekstów opublikowanych na łamach kilku specjalistycznych periodyków i nieco tylko na potrzeby publikacji zbioru zmodyfikowanych. „Z racji nielinearnej konstrukcji „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, każdy kto chce się pokusić o próbę prezentacji jego ideowej zawartości, musi liczyć się z zapętleniem wykładu, mówienie zaś o szczególe zawsze okazuje się mówieniem o całości. Natomiast wobec braku w dotychczasowej literaturze przedmiotu analitycznych opracowań owych szczegółów, nie można dokonać takiej sumarycznej prezentacji bez zidentyfikowania i rozwiązania wielu kwestii, wymagająca niekiedy bardzo specjalistycznego ujęcia tudzież sięgania do dyscyplin, do których badacze literatury zazwyczaj nie mają powodu się odwoływać. Innymi słowy, nie można inaczej udzielić odpowiedzi na proste jedynie z pozoru pytanie, o czym, a w rezultacie także czym jest utwór Jana Potockiego” – napisał Otorowski we wstępie.  W tle jego rozważań o „Rękopisie” i egzegezy jego poszczególnych części i cząstek: Kabała, masoneria, zagadki biblijnego „Potopu”, antyreligijni „philosophes” i jakobińskie dziedzictwo Wielkiej Rewolucji Francuskiej”.

Już ten krótki wstęp uświadamia czytelnikowi, jak labiryntowo skomplikowana jest problematyka „Rękopisu” i jego filiacje z różnymi wątkami kultury przełomu XVIII i XIX wieku, z ówcześnie modnymi doktrynami filozoficznymi, także z kabałą, wolnomularstwem dziedzictwem Oświecenia oraz z szeregiem postaci tamtego czasu, m.in. hrabiego Josepha de Maistre czy księdza Stanisława Chołoniewskiego , z którymi los zetknął hrabiego Jana Potockiego. Użył przy tym Otorowski określenia „potockologia”, choć wydaje się, że co najmniej równie trafnym terminem byłoby w tym przypadku określenie „rękopisologia”, jako że to „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest w centrum zainteresowania badaczy biografii Potockiego i egzegetów jego dzieła.

W eseju wstępnym zatytułowanym „Rękopis czy rękopisy?”, w pierwszym zdaniu Otorowski stwierdza: „Napisany po francusku przez Polaka z Ukrainy, odwołujący się do islamu oraz żydowskiej kabały, opowiadający o Hiszpanii pierwszej połowy XVIII wieku „Rękopis znaleziony w Saragossie” jest – czy nam się to podoba czy nie – powieścią rosyjską”. Czyli, szkic zaczyna się po hitchcockowsku od wybuchu bomby, a następnie napięcie rośnie. To nie pierwsze zaskoczenie jakie może wywołać w czytelniku lektura tego zbioru tekstów analitycznych poświęconych „Rękopisowi”. Czytamy dalej: „A jednak po bliższym rozeznaniu swoista rosyjskość utworu Jana Potockiego – tyleż uparcie, co mgliście kojarzona z Francją – wydaje się niepodważalna, uświadamiając nam jedynie, jak mało w gruncie rzeczy wiemy o świecie, z którego „Rękopis” faktycznie do nas dotarł. Bo co też właściwie wiemy o tym świecie, zasługującym raczej na miano Atlantydy aniżeli Ciemnogrodu, pod którym wyśmiewał go pokrętnie, więc już nieczytelnie Stanisław Kostka Potocki (…)?”. Ową rosyjskość „Rękopisu” wywodzi Otorowski z „Wieczorów petersburskich” Josepha de Maistre, przyjaciela i mistrza Jana Potockiego. „Znajomość zapoznanego świata petersburskich salonów początku XIX wieku  – azylu francuskich rojalistów, (…) miejsca katolickiej agitacji, ezoterycznych uniesień, masońskich kłótni, iście deribasowskich karier awanturników z całej Europy i „panoszenia się” polskich panów pod przewodem Adama Jerzego Czartoryskiego – jest absolutnie kluczowa dla zrozumienia arcydzieła,  nie mogącego, mimo upływu dwóch stuleci, znaleźć należnego miejsca w naszej tradycji narodowej. Nie pasującego ani do Sienkiewiczowskiej „ojczyzny”, ani do Gombrowiczowskiej „synczyzny”. Nie posiadającego „formy polskiej” czy choćby „antypolskiej”, też swoiście rodzimej. Lokowanego zaś protekcjonalnie wśród uroczych ramot w rodzaju „Wieczorów badeńskich” Józefa Ossolińskiego czy „Ja gorę” Henryka Rzewuskiego, zamiast obok Mickiewiczowskiego „Pana Tadeusza”, któremu co najmniej dorównuje narracyjnym kunsztem i epickim rozmachem, a przewyższa intelektualną głębią, tyle że radykalnie obcą (…). Lwia część wywodu Otorowskiego poświęcona jest polemice ze stanowiskiem François Rosseta, Dominika Triaire oraz translatorki Anny Wasilewskiej, którzy nowy przekład jej autorstwa „ukonstytuowali” jako „właściwą”, kanoniczną i ostateczną wersję arcydzieła. Otorowski podważa ich wersję. Jego zdaniem wersja uznana przez nich za kanoniczną i ostateczną jest jedynie „przejściowa”  i nie ma powodu, by detronizować klasyczny przekład Edmunda Chojeckiego. W tle jest też spór – nazwijmy go tak – światopoglądowy, żywy za życia Potockiego i obecny w tworzywie „Rękopisu”. To spór między ateistycznymi naturalistami a teologami. Między materialistami a teozofami. Między metafizykami a locke’istami. W niejakim uproszczeniu można rzec, że Rosset, Triaire i Wasilewska bliscy są tym pierwszym, a Otorowski tym drugim. Ci pierwsi widzą Potockiego jako nieodrodnego syna Oświecenia, ale i żydowskiej Kabały, Otorowski, śladem księdza Stanisława Chołoniewskiego, przyjaciela, który za życia Hrabiego starał się dbać o uratowanie jego chrześcijańskiej duszy, także, tyle że dwieście lat później, troszczy się o pośmiertne losy jego duszy, o jego zbawienie. Stara się też przekonać siebie i innych, że ostatecznie Potocki się nawrócił i wierzy, że jego dusza została zbawiona, pomimo samobójstwa hrabiego („krajczego”, jak nieco familiarnie nazywa go Otorowski), co jak wiadomo, jest w katolicyzmie grzechem śmiertelnym.

Zaczerpnąłem wody z Oceanu łyżeczką od cukiernicy, choć nie tej samej, z której pochodziła kulka, co posłużyła hrabiemu Potockiemu jako samobójczy nabój do pistoletu. W sporze między „naturalizmem” a „teizmem” jestem zdecydowanie bliżej tego pierwszego, czyli w tym przypadku Rosseta, Triaire’a i Wasilewskiej, choć nie pcham się „między ostrza potężnych szermierzy”, ale imponujące dzieło Michała Otorowskiego bezgranicznie podziwiam. Przez mniej więcej pół wieku, kilka razy przeczytałem „Rękopis” w całości, kilkanaście razy go przewertowałem, a dziesiątki razy okazjonalnie do niego zaglądałem. Wiele też razy oglądałem ekranizację Wojciecha Jerzego Hasa. Teraz, na czas lektury fascynującego tomu Otorowskiego, to on zastępuje mi „Rękopis”. Nie wszystko z jego egzegez i komentarzy rozumiem, a wiele zgoła nie pojmuję, ale te rozkosze łamania głowy i wędrowania po zawiłym Labiryncie, po przebogatym Sezamie „Rękopisu”, po jego Kosmosie, nawet jeśli bezowocne, są same w sobie fascynujące. Bo w Tajemnicy fascynujące jest także to, że się przed nią staje. Tak fascynujące, jak fascynująca jest niekończąca się historia rozszyfrowywania sensów i znaczeń tej Arcypowieści. A gdy przestudiuję, przemyślę i zrozumiem, ile zdołam, z egzegez i komentarzy Michała Otorowskiego, znów wrócę do „Rękopisu” i znów zacznę lekturę od tego  nieśmiertelnego zdania: „Hrabia Olavidez jeszcze nie był sprowadził osadników z gór Sierra Morena”.

Michał Otorowski – „Jak zagubiono „Rękopis znaleziony w Saragossie i czy warto go odnaleźć?”, Fundacja Evviva L’arte, Warszawa 2019, str. 658, ISBN 978-83-944747-8-2

Pułascy i Bar – piękne malowidło 

Ukazał się tom drugi powieści „Pułascy” Wojciecha Kudyby. Edytor cytuje na okładce uwagi po lekturze dwóch komentatorów, naukowców, do których to uwag się odniosę – z dozą polemiki.

Włodzimierz Bolecki, literaturoznawca stwierdza, że „konfederacja barska i ród Pułaskich – tematy niby znajome, a przecież nieistniejące w potocznej wiedzy o historii i w literaturze polskiej. Wojciech Kudyba, pisarz i znakomity badacz literatury współczesnej, snuje osobistą opowieść o rodzie Pułaskich tak, że nie można oderwać się od czytania”. Co do uwagi drugiej – choć może z tą niemożnością oderwania się od lektury to przesada, bo mam wiele mocniejszych z punktu widzenia czytelniczego doznań – to rzeczywiście, z literackiego punktu widzenia jego „Pułascy” warci są lektury. Kudyba ma pióro lekkie, soczyste, obrazowe, finezyjne, choć jego obraz historii jest jak na mój gust zbyt przeestetyzowany, zbyt „ujutny”, zbyt „anielski”, zbyt wyidealizowany, zbyt jednostronny (wyłącznie rodowy, szlachecki, „herbowy”), a przez to po części sfalsyfikowany. Co do uwagi o nieistnieniu tematu Konfederacji Barskiej w literaturze, to dziwię się literaturoznawcy, że zapomniał o „Księdzu Marku” Juliusza Słowackiego, a także o powieści „Listopad” Henryka Rzewuskiego, której akcja rozgrywa się w okresie Konfederacji Barskiej, a tytułowy „listopad”, to 3 listopada 1771 roku, czyli dzień (a raczej wieczór) porwania króla Stanisława Augusta Poniatowskiego przez konfederatów. Zapewne, utwory te nie przynależą, tak jak powieści Kraszewskiego czy Sienkiewicza, do „potocznej” wiedzy historycznej, nie mniej trudno ich nie zauważyć. Co zaś do klasycznej monografii „Konfederacja Barska” Władysława Konopczyńskiego, to istnieje ona w świadomości wielu, także niezawodowych miłośników historii. Poza tym, gdyby starannie poszperać w literaturze polskiej, zwłaszcza XIX wieku, to w niejednym tytule znalazłyby się wątki konfederackie czy nawiązania do konfederacji. W końcu przecież także powieść Kudyby nie jest epicką syntezą losów Konfederacji, lecz pokazuje ją wycinkowo, jedynie z punktu widzenia jednego rodu.

Maciej Nowak napisał, że „przedziwnie łączy się w tej książce epicki rozmach z nowelistyczną czułością. Empatyczny narrator Kudyby nie tylko widzi i opisuje, ale także stara się zrozumieć Pułaskich. Próbuje zbliżyć się do tych zwyczajnych, niezwyczajnych ludzi (…) Przedstawiony w książce splot frapujących biografii odsłania schematy ludzkich postaw i mechanizmy historii funkcjonujące również dziś. W ten sposób autor chwyta istotę polskiego losu, którego nowoczesny kształt rodzi się właśnie wtedy – w drugiej połowie XVIII wieku”.

Co do konstatacji o narodzinach nowoczesnego kształtu Polski w drugiej połowie XVIII wieku – zgoda. Czy jednak akurat utalentowany narrator i stylista Wojciech Kudyba celnie analizuje i ukazuje to zjawisko? Uzasadnione są tu daleko idące wątpliwości. Mój zarzut co do wymowy prozy Kudyby, do „Pułaskich” konkretnie, jest taki, jaki wyłożyłem po części wyżej. Jest to obraz wygładzony, estetyczny, a przy tym antyintelektualny. Pisarz kocha tę epokę, lubuje się w niej, to widać. Jednak o przyczynach, istocie i tle Konfederacji Barskiej znacznie więcej można dowiedzieć się z napisanego w 1845 roku „Listopada”, pomimo tego, że autor powieści Henryk Rzewuski był wyrazicielem konserwatyzmu szlacheckiego, reakcjonistą – by tak rzec –  w stanie czystym. Piękna stylistycznie opowieść Kudyby nie ma historiozofii, ale nie ma też realizmu, nie ma krwi, błota, wielkości i małości konfederacji, nie ma nawet śladu tła społecznego, klasowego, brak w niej refleksji intelektualnej. Kudybę pociąga wizja plastyczna epoki, ale nie myślenie o niej. Jego powieść nadaje na tworzywo do scenariusza malowniczego, filmowego romansu historycznego, zagranego w malowniczej sarmackiej scenerii przez piękne aktorki i przystojnych aktorów. Jednak lepiej zrozumieć istotny sens i konsekwencje Konfederacji Barskiej i losu Polski w drugiej połowie XVIII wieku,  dzięki tej lekturze – nie sposób.

Wojciech Kudyba – „Pułascy. Non alius regit”, tom II, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2021, str. 316, ISBN 978-83-8196-313-8

Andrzeja Madeja OMI„Choinka w łagrze”. Uwagi świeckiego czytelnika

         „Oczekiwania niezwykłej metafory, uniwersalności, wyrazistości, puenty, oryginalnych rozwiązań formalnych ustąpiły miejsca zachwytowi słowem prostym i niezwykle przez to pojemnym – napisała w posłowiu „Kto szuka, będzie odnaleziony” Anna Korecka-Zapadka – Jest harmonia między osobowością Autora, jego życiem, stosunkiem do ludzi, a jego wierszami. Kiedy po raz pierwszy otrzymałam karton zapisanych odręcznie kartek z wierszami, ich zalążkiem, nieraz ledwo zarysem – czułam, że przyszło mi uczestniczyć w czymś niezwykłym: w narodzinach wiersza. To absolutnie unikatowe doświadczenie, kiedy widzi się kolejną wersję tekstu, który wyłania się z niebytu i nabiera artystycznej formy. (…) Andrzej wierszy nie tworzy, on nimi oddycha. Są jego naturalnym sposobem komunikowania się ze światem, z ludźmi, z przeszłością i z teraźniejszością. On nimi i według nich żyje, a jak sam mówi: stara się żyć! Nie ma dystansu między nim, a człowiekiem dla którego pisze. Jest za to wspólnota doświadczeń, radości, wzlotów, upadków, mozolnego podnoszenia się i wzrastania (…) „Ważną rolę odgrywają w tym zbiorku odwołania do totalitarnej przeszłości byłego ZSRR. W krajobrazie postsovieticum (Ukraina, Turkmenistan) brat Andrzej mieszka już niemal 30 lat” – dodaje autorka posłowia.

Andrzej Madej jest zakonnikiem katolickim, a autorka posłowia odwołuje się w nim także do motywacji i wątków fideistycznych, katolickich, chrześcijańskich, a że akurat piszącemu te słowa są one obce, więc szukałem w tym tomie jedynie poezji jako takiej. Polecony przez autorkę na koniec posłowia, jako „credo życiowe i artystyczna wizja świata” Andrzeja Madeja, wiersz „CV-post scriptum” wydaje mi się jednak z tego punktu widzenia zbyt jednoznacznie fideistyczny, w pewnym fragmencie nawet fideizmem z lekka walecznym. Szukałem więc innego, który mógłby posłużyć jako „pars pro toto” poezji Andrzeja Madeja, bo tylko poeta Andrzej Madej, a nie ksiądz Andrzej Madej mnie interesuje. I kierując się, jako nominalny chrześcijanin, zasadą „szukajcie a znajdziecie” – szukałem pośród wierszy Madeja wiersza, który wydałby mi się najbardziej „świecki”- szukałem i znalazłem. Jest tych „świeckich” wierszy w tomie Madeja całkiem sporo, nie giną niezauważone pośród poezji religijnej. Takim świeckim wierszami są m.in. „Nad Morzem Bałtyckim” czy „Spacery po ruinach”. Ja jednak wybrałem do przywołania wiersz „Der Sorge” (Czytając Heideggera)”:

„Troska
takie imię dał filozof człowiekowi

przywilej myślących
znamię dostojeństwa

pytania
ważniejsze od odpowiedzi

sens życia
wielki jak samo istnienie

człowiek coś rozumie
zanim zacznie myśleć

a wszystko zaczyna się od słuchania”

A te wiersze, jako poezja, są naprawdę bardzo dobre. Mówię szczerze.

Andrzej Madej OMI – „Choinka w łagrze”, Wydawnictwo Unitas, Siedlce 2021, str. 121, ISBN 978-83-66175-39-6

Gorycz Marka Hłasko

         Gdybym miał wskazać słowo, które najtrafniej oddaje klimat prozy Marka Hłasko, wymieniłbym słowo „gorycz”. Przepaja ona jego prozę od polskich początków po późniejszą, z okresu emigracyjnego. Akcja nieobszernej powieści „Wszyscy byli odwróceni” (1964) rozgrywa się w Izraelu, co siłą rzeczy może wywoływać asocjacje biblijne, których zresztą jest w fakturze powieści sporo. Ta „biblijność” niektórych motywów powieści, obecna także w dialogach, konfrontowana jest z brutalnym, bezwzględnym, cynicznym światem. Bohaterowie powieści są wydrążeni. Pragną uczuć, miłości, sensu, wartości, przyszłości, ale nie są zdolni ani do ich tworzenia, ani do przyjmowania. Ich najbardziej dojmującym doświadczeniem jest samotność. Trawi ich rozgoryczenie i abnegacja, rozczarowanie i utrata złudzeń, poczucie życiowej przegranej i bytowania na marginesie egzystencji. Wszystko to rozgrywa się w scenerii nieprzyjaznej, spalonej słońcem, pustynnej natury Izraela. W surowości tego świata jest coś neorealizmu włoskiego, gorzkiego francuskiego realizmu lat trzydziestych, czarnego amerykańskiego kina lat pięćdziesiątych, z postaciami typu Humphreya Bogarta, ale też coś z klasycznego westernu, z jego połączeniem w  jednym pragnienia sprawiedliwości i dobra z gorzkim poczuciem jego nieosiągalności, z surową naturą w tle.

Akcja „Sowy, córki piekarza” (1968) rozgrywa się we Wrocławiu, w Polsce lat pięćdziesiątych. W tle smutnej, depresyjnej, wyzbytej nadziei historii miłosnej jest tu stalinowski terror, a narrator, co rzadkie u Hłaski, to zagubiony intelektualista, który powrócił do kraju z emigracji. Podobnie, jak w poprzedniej powieści, także w „Sowie, córce piekarza” świat wartości jest zdegradowany, uczucia wydrążone i pozorowane, miłość beznadziejna, iluzyjna, fałszywa. W obu przypadkach akcja rozgrywa się w środowisku szoferów, co z jednej strony jest elementem autobiograficznym tej prozy, a z drugiej wiąże się z atmosferą destabilizacji, tymczasowości, prowizorki, wyrwania z gleby, atrybutów typowych dla na nieco romantyczny sposób traktowanego przez Hłaskę zawodu profesjonalnego kierowcy. Styl Hłaski jest lakoniczny, rzeczowy, „męski”, jakby scenariuszowy, łączący w sobie brutalność, oschłość ze swoistym melodramatyzmem, delikatnie nasycony ironią, a także mocno naturalistycznym momentami naturalizmem. Ten, na pierwszy rzut oka, realizm,  ma jednak w sobie coś umownego, teatralnego. Ów odległy od nas, umowny świat odznacza się jednak czytelnicza atrakcyjnością, niepokojącą, tajemniczą, nieco oniryczną. Trzeba go tylko przyjąć z całym „dobrodziejstwem inwentarza”, odczytać jego kody i znaki umowne. Jest w tej prozie wszystko to, co odnajdujemy w warszawskich opowiadaniach, „Sonacie marymonckiej”, Pierwszym kroku w chmurach”, „Bazie Sokołowskiej, „Pętli, „Cmentarzach”, „Brudnych czynach”, „Nawróconym w Jaffie”, „Palcie ryż każdego dnia”. Kto raz polubi szorstki i gorzki styl Hłaski, ten nawet po latach z chęcią do niego powróci.

Marek Hłasko – „Wszyscy byli odwróceni”. Sowa, córka piekarza”, Iskry, Warszawa 2021, str. 402, ISBN 978-83-244-1094-1

Stanisław Lem – filozoficzny omnibus

Setna rocznica urodzin Stanisława Lema zaowocowała szeregiem poświęconych mu publikacji. Ukazała się n.p. biografia Lema autorstwa Agaty Gajewskiej, „Wypędzony z Wysokiego Zamku. Stanisław Lem”, a na łamach jednego z portali literacko-filozoficznych krytyk Andrzej Horubała opublikował tekst pod tytułem „Dlaczego Lem nie został wielkim pisarzem”, w którym przekonuje że ogromny potencjał intelektualny i sprawność literacka Lema nie wytworzyły wielkich dzieł artystycznych z powodu blokady, jaką był w jego strukturze psychicznej chłód emocjonalny i krańcowo wyrozumowany, konsekwentny racjonalizm i empiryzm, a sztuka, by być wielką, musi się jednak żywić także emocjami.

We wstępie do wydanego już pięć lat temu studium poświęconego Lemowi jako filozofowi, a nie beletryście, Paweł Okołowski zwraca uwagę, że Lem stał się filozofem mniej więcej „w połowie swojej twórczości”, wcześniej uprawiał wyłącznie beletrystykę. Za książkę, która niejako otworzyła Lemowi drogę na szlaki filozofii uważa on „Głos Pana”, stąd nawiązanie do tego tytułu w tytule omawianego tu studium. Okołowski cytuje profesora Bogusława Wolniewicza, który stwierdził, że „uniwersytecka filozofia staje się jałowa, podobnie jak w późnym średniowieczu scholastyka. Prawdziwa filozofia rodzi się poza uniwersytetami. Największym chyba filozofem polskim drugiej połowy XX wieku był Stanisław Lem (1921-2009), który przecież profesorem nie był”. Być może właśnie owo warunkowe słowo „chyba” skłoniło Okołowskiego nie tylko do prześledzenia filozoficznej przestrzeni pisarstwa Lema i zbadania czy był „chyba” czy też „na pewno” „największym polskim filozofem drugiej polowy XX wieku”, ale także  tego, jakie są źródła i jaka jest treść jego filozofii. Punktem wyjścia do rozważań autora jest konstatacja, że w pierwszym rzędzie Lem był spadkobiercą starożytnego, rzymskiego myśliciela Lukrecjusza, ojca epikureizmu, jednego z wczesnych protoplastów agnostycyzmu i ateizmu. Okołowski wręcz nazywa go neolukrecjanistą. Z tego wynikają jednak rozległe konsekwencje w postaci wielostronności, eklektyzmu filozoficznego Lema. I tak nazywa go Okołowski racjonalistycznym naturalistą, a sedno filozofii Lema upatruje w jego głębokim namyśle nad rozwojem i erozją cywilizacji naukowo-technicznej. Wydaje się, że pierwszym impulsem, by z roli prozaika-literata-beletrysty przejść do roli filozofa nauki było odkrycie w 1953 roku przez Watsona i Creeka struktury DNA. Okołowski prześledził światopogląd Lema, jego antropologię, dostrzegając w nim antropologiczny manicheizm, antropologiczny paulinizm, egzystencjalizm. Jako filozof odznaczał się Lem takimi postawami jak ascetyczny hedonizm, epikurejski izolacjonizm, mizantropię, pesymizm. Lem rozważał takie zagadnienia jak to, zawarte w pytaniu „czy świat jest maszyną”, atomistyczną przypadkowość tworzywa, fenomen przypadku („Filozofia przypadku”), a także wszelkie zagadnienia związane  z funkcjonowaniem człowieka z jego naturą w świecie technologicznym „Summa technologiae”. Lem badał ciało jako fundament rozumu, zagadnienie wolności i wolnej woli, badał wszystkie właściwie nurty filozoficzne, od platonizmu i arystotelizmu po marksizm, psychoanalizę i nowoczesne kierunki filozoficzne XX wieku, a także procesy myślenia, jak również teologię, demokrację. W swoim stosunku do religii potrafił połączyć w jedno antyklerykalizm i ateizm z szacunkiem dla  fenomenu religii oraz uznania dla jego wagi. Lem nie stworzył jednego spoistego kierunku filozoficznego. Odpowiedź na to pytanie tkwi być może w fenomenalnej żywości i nienasyceniu jego umysłu, który nie potrafił się samoograniczyć w swojej pasji poznania. Tym, którzy cenią twórczość Lema i do niej wracają, warto polecić lekturę studium „Głosu Pana Lema”. Jego proza czytana równolegle ze spoglądaniem w przestrzeń jego multifilozofii objawi się wtedy na pewno w zupełnie nowej perspektywie.

Paweł Okołowski – „Głos Pana Lema”, Universitas, Kraków 2016, str. 478, ISBN 978-83-242-3759-3

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko