Michał Piętniewicz – Droga do źródła

0
86

     Mam tyle wspomnień różnych. Z Kątów Rybackich i nie tylko. Regularnie czytam i publikuję ostatnio wyłącznie moje pogadanki na Pisarze.pl. To moje ulubione, internetowe pismo literackie, innych zresztą w Internecie nie znam i poznawać nie mam chęci.

     Literatura jest jak przeczytane życie: powoduje bezbrzeżny i okrutny dystans do wszystkiego
    Mój spór z prof. Ligęzą powinien nabrać charakteru publicznego, bo jest to de facto spór o imponderabilia. On broni swojej racji badacza wątków japońskiego łucznictwa u Wata, ja stoję na stanowisku, że nikomu do niczego to niepotrzebne, ale może z drugiej strony stanowić pewną, osobliwą frajdę poznawczą, jak podziwianie skamielin czy owadów zatopionych w bursztynie. W skrócie duże dzieci intelektualne mogą się bawić tym smoczkiem, ot tak, dla zabawy, jak zjedzenie smacznej gałki lodów, ale przecież lody nie mogą stanowić głównego dania. To jedynie deser, Ligęza to pisarz intelektualnego deseru, czekamy na danie główne Panie Profesorze.

    Na Pisarze.pl lubię czytać Andrzeja Waltera, ostatni jego tekst o Różewiczu, sowicie okraszony wierszami tego genialnego poety, jest dobry, może nawet bardzo dobry, gdyż stanowi swego rodzaju zagadkę, otwarcie pytania, co dalej z kulturą słowa pisanego. Rzeczywiście nastąpił chyba zdecydowany zwrot ku kulturze oralnej. A w gruncie rzeczy to do końca nie wiadomo ku czemu nastąpił zwrot. Ludzie są za bardzo zajęci swoimi prywatnymi mikrokosmosami, mikroskopijnymi wspólnotami, które tworzą w rozmaitych przestrzeniach i wyspach społecznych, aby zauważyć choćby tak istotny fakt, jak koniec świata, Paruzję, czy przyjście Zbawiciela. Mógłby Zbawiciel przyjść, ale nie zauważy Go prawie nikt, jedynie garstka nikomu niepotrzebnych nieudaczników życiowych oraz obłąkańców. Ten oficjalny świat stał się niebywale przewidywalny, płaski, w gruncie rzeczy nijaki, dlatego to, co najciekawsze, rozgrywa się teraz w „chudej warstewce nieoficjalności”, delikatnej jak dusza poety. Ale tłum zawsze przedkładał huczne igrzyska nad subtelną frazę Petroniusza, tak było zawsze i to się nigdy nie zmieni.

   Fenomen Ojca Szustaka ukazuje zjawisko niebywale dynamicznej myśli religijnej, która jest w stanie porwać tłumy, to niesamowite, tak gruntowne i dogłębne odnowienie języka religijnego. Z drugiej strony egalitaryzm zawsze walczył z elitaryzmem i tak naprawdę nie wiadomo, co gorsze… Mądrość nie jest ani elitarna ani egalitarna, jest po prostu mądrością, która łączy się z pokorą, dobrocią i delikatnością. I można z niej zrobić genialne przedstawienie, na które przyjdą tłumy.

To się chyba nazywa prawdziwe zwycięstwo, czyż nie? Chyba każdy człowiek ma pewien pogląd na świat, oprócz dozgonnych naukowców, których interesuje wyłącznie własna dziedzina wiedzy, pielęgnowana dla dobra ludzkości oraz jednostkowego przetrwania w społecznym systemie. A ten pogląd wyraża się w sposobie ubioru, jedzenia potraw, uśmiechu, prowadzenia rozmowy. Odnoszę wrażenie pewnej uniformizacji tych sposobów bycia, ale może się mylę, w końcu nie tak często znowu wychodzę z domu, a jeśli wychodzę, to do miejsc, które stanowią mojego domu niejako przedłużenie, więc nie mam tak naprawdę żadnego prawie oglądu świata. Powinienem iść do wulgarnego klubu albo na wulgarną dyskotekę, żeby się przekonać, czym jest „prawdziwy” świat i „prawdziwe” życie, jak to kiedyś robiłem. Zapewne zostałbym bardzo zawstydzony w moich oczekiwaniach, że spotkam chamów i tępaków. Zapewne spotkałbym bardzo wrażliwych i mądrych ludzi, którzy po prostu nie mają wyjścia i których życie zmusiło. Do harowania najpierw, a potem do zabawy. A czym jest życie intelektualne, jeśli nie nieustającą grą i zabawą, która nikomu żadnych korzyści ani pożytku nie przynosi, prócz samych bawiących się? Widziałem listę czasopism naukowych, punktowanych, humanistyki de facto w niej nie ma, same dziedziny praktyczne; inżynieria, biomedycyna, architektura, urbanistyka. Czy komuś Cioran uratował życie? Myślę, że bardzo wielu ludziom mógłby, ale świat zapomniał już o takim ratunku. Pozornie jedynie, bo gdzieś, podziemnie, podskórnie, to wszystko żyje, tętni, pulsuje i odnawia się, mam takie wrażenie i kiedyś wybuchnie świeżym źródłem, tak myślę. Najpierw jednak trzeba dogłębnie poznać stare źródło, bez którego nie zaistnieje nigdy źródło nowe, i to jest, jak mi się zdaje, główny problem tych czasów:  ignorancja. Do źródła, choćby nie wiem jak bardzo świeżego i odnawiającego, nigdy nie powinno iść się na skróty.

Stare języki mogą nieco nużyć po zbyt długim czasie przebywania w ich obrębie, ale to konieczne. Nowy język wyrasta bowiem organicznie ze starego.

Kiedy wyrośnie z niczego, jest bełkotem albo obłędem, dlatego szanujmy stare języki.
Tym świeższe stanie się wtedy dotknięcie źródła, czymkolwiek ono jest bądź wydaje się.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko