Paweł Jaszczuk – PO TEJ STRONIE KSIĘŻYCA (fragmenty powieści)

0
25

Profesor Klaudiusz Bartłomiej Kieraj czuł bolesny skręt jelit i ledwie chodził. Zaszedł tylko na chwilkę do sali telewizyjnej obejrzeć wiadomości, ale podzielony świat wprawił go w minorowy nastrój. Wrócił więc czym prędzej do swego pokoju i sięgnął do wiszącej na krześle marynarki. Wyjął z niej szwajcarski zegarek z dewizką, przywieziony przez ojca z robót w Trzeciej Rzeszy. Położył go na stoliku, by śledzić obracającą się wskazówkę sekundnika.

   Ceremonia, którą powtarzał od wielu lat, musiała się teraz spełnić, to było od niego silniejsze. Utwór Johna Cage’a zatytułowany 4’33’’, tkwił w jego głowie i wystarczyło go teraz uwolnić, jak się uwalnia zamknięte w klatce zwierzątko, by wydać się sobie lepszym. Lepszym od kogo? Od tego, który przez całe życie skrywał przed innymi swoje kompleksy?

   Profesor zdjął białe, bawełniane rękawiczki. Nie miał zamiaru dyrygować zmacerowanymi, pokrytymi łuszczycą dłońmi, tylko oswoić ciszę, jak to robił nieraz przy pomocy swojego złotego iPhone’a, roztrzaskanego w przypływie furii, gdy zerwał więzi ze światem, który mu obmierzł.

   Starzec wstrzymał oddech. Mała wskazówka szwajcarskiej Doxy, przesuwała się nieubłaganie wokół cyferblatu. Ile myśli może przelecieć przez głowę w ciągu dwustu siedemdziesięciu trzech sekund? Myśli nieśmiałych lub zadziornych, uniżonych lub niepokornych? Ile żyć można ocalić w tym czasie, a ile posłać do piachu?

   Klaudiusz Bartłomiej był z siebie dumny, a jednocześnie nie umiał się pogodzić z tym, że dopiero on i jego brat, wirtuoz fortepianu Krzysztof Adam Kieraj, który niedawno umarł na covid-19, stali się ludźmi, w pełnym tego słowa znaczeniu. Tylko oni dwaj z całej rodziny pochodzącej z dawnej wsi pańszczyźnianej zdobyli wyższe wykształcenie i tylko im udało się dogonić niesprawiedliwy świat i się z nim zrównać, a może nawet na swój sposób go przegonić. Obaj nie założyli rodzin i żyli samotnie, jakby wypadli z kukułczego gniazda.

   Ich pradziadek Józef odrabiał pańszczyznę u hrabiego we wsi Swory. Ich dziadek Bartłomiej, był już zwolniony dekretem carskim przez Aleksandra II, lecz nadal bezwolny pilnował z dubeltówką hrabiowskich stawów z karpiami, żeby ich nie wyżerały czaple, a jego ojciec Antoni walczył za dwie ojczyzny w trzech wojnach, jak mięso armatnie, i tylko cudem udało mu się przeżyć, a nawet zostać policjantem sanacyjnym, za co był prześladowany po wojnie przez komunistów.

   Klaudiusz Bartłomiej Kieraj był pewien, że gdyby sam się nie wyrwał ze wsi do miasta, jak nic pasłby dalej krowy, podrzucał świniom sparowane kartofle, koniowi obrok i zrywał len, z którego matka wyrabiałaby na krosnach tkackich obrzydliwe cepeliowskie kilimy.

   Dlaczego uparłem się sięgać tylko do męskich przodków? Dlatego, że kobiety w moim domu nie miały prawa głosu? Zapłakane, zahukane, pracujące dzień i noc, przędły len, piekły chleb, sprzedawały grzyby i jagody w mieście, by kupić dzieciom buty, a mężowi papierosy i koszule. Zaskakujące i wstydliwe, że miał tylko jedno zdjęcie pamiątkowe swojej matki. W jej oczach widać było bezgraniczny strach i poniżenie. Nikt jej chyba nie powiedział, że może się uśmiechać. Nawet on sam, bo myślał, że tak ma być. Rodzicielka nigdy nie nosiła żadnych korali, żadnej biżuterii. Nie robiła makijażu, jakby się go wstydziła. Czesała cię w ciasny kok, zawsze tak samo, wbijając we włosy spinkę szylkretową, jaką dostała od swojej babki, a ta wydębiła ją ponoć od jakiejś Cyganki za dwie osełki masła i mendel jaj. W tej samej czarnej sukience, w której matka chodziła do kościoła, złożono ją do trumny, gdy w wieku czterdziestu pięciu lat zmarła na raka macicy.

   Słuchając ciszy Cage’a, Kieraj przypomniał sobie, że w jego rodzinnej wsi na rozstaju dróg stał wielgachny kamienny krzyż ustawiony przez mieszkańców dla upamiętnienia wolności chłopskiej. Babka i matka kładły tam wiązanki kwiatów polnych, a on sam, ile razy przechodził obok tego krucyfiksu, żegnał się i przebiegały go ciarki na myśl, że karbowy uczył jego pradziadka posłuszeństwa skórzanym batogiem.

   „Bogu cześć, chwała i dzięki. Na pamiątkę uwolnienia nas od pańszczyzny”. Nikt już chyba dzisiaj o tym nie chce pamiętać, może nawet przestali kosić chwasty wokół kamiennego krzyża, pod którym spoczywała pogrzebana pańszczyzna. Na tej ziemi zroszonej krwią i potem wyrosły nie tylko chwasty, ale i wielka narodowa kultura, nawiązująca do wzorców antycznych, pomyślał z przekąsem. Krasiczyny, Lubartowy, Wilanowy… z dziesiątkami  oczek wodnych, altan, subtelnych rzeźb, obrazów, oglądanych przez panie w szeleszczących sukniach i panów w żupanach lub kontuszach. Główki kędzierzawych satyrów, wykute w marmurze, nieskazitelne Afrodyty, umięśnieni herosi gapili się kamiennym wzrokiem na plecy chłopskie zalane krwią i na świeżo poślubione żony wysyłane do dworów na pierwszą noc dla zdeflorowania. A ten feudalny, zbrodniczy porządek utrwalali z ambon księża, bo „Chytrze bydlą z pany kmiecie, Wiele się w jich siercu plecie[1], wyrecytował pod nosem profesor i splunął ze złością.

   Kim naprawdę jestem, zastawiał się, spoglądając na kręcący się wolno sekundnik. Potomkiem ostatnich polskich niewolników, którzy nie potrafili się podpisać pod aktem urodzin dziecka? Jestem ich wstydliwym zaprzeczeniem, a może dowodem na to, że każdy z moich przodków, gdyby tylko było mu dane, mógłby zdobywać świat, zamiast zginać kark przed miłościwym panem i okrutnym karbowym.

   Sekundnik nieubłaganie posuwał się wokół wytartego cyferblatu na szwajcarskim zegarku z dewizką, lecz cisza Johna Cage’a zamiast koić nerwy napawała profesora Kieraja lękiem. Wiedział, że niedługo skończy swój żywot w Szczęśliwej Przystani, a jego ostatnią wolą było, by jego skremowane zwłoki rozsypano na polach, tam gdzie jego przodkowie odrabiali pańszczyznę. Na ziemi, którą państwo polskie przejęło pod budowę węzła autostrady prowadzącej w kierunku Białorusi, rządzonej przez zamordystycznego kołchoźnika.

   Kieraj napisał już nawet króciutki testament, bez megalomanii. Nie miał za wiele do przekazania, ale zawsze. Każdy zostawia coś po sobie, nawet gdy odchodzi w milczeniu albo w krzyku, samotnie czy w otoczeniu krewnych, niecierpliwie czekających na spadek. On nie był gorszy. Chciał tylko zmieszać się z ziemią swoich przodków, jakkolwiek to brzmiało górnolotnie, a książki zgromadzone w swojej biblioteczce przekazać Szczęśliwej Przystani.
   Wskazówka sekundnika przekroczyła czas wyznaczony przez amerykańskiego kompozytora muzyki współczesnej. Cisza ulotna rozpłynęła się w przypadkowych dźwiękach. Zaskrzeczała sroka, odezwała się kosiarka obsługiwana przez Romea przy oczku wodnym, Malusi zaczął Mood indigo Duka Ellingtona, a krogulec, szybujący nad Przystanią, wzbił się pod chmury, znad których spoglądali na żywych wybatożeni przodkowie starego profesora.

   Kieraj siedział nieruchomo i nagle zgiął kark, jakby poczuł na plecach bat nadzorcy rozcinający mu skórę. Zamknął oczy, gdyż naszła go myśl, że filozofia, którą wykładał na uniwersytecie nadaje się na śmietnik.

*

 W pokoju dr Hanny Miller cicho tykał zegar ścienny, a w powietrzu unosił się zapach musującego wina, które gospodyni nalała do szklanych lampek.

   Z korytarza dobiegał usypiający odgłos czyichś kroków, gdy Hanna Miller dotknęła gładkich pleców Joanny Jędryk, czując dreszcze przebiegające pod palcami.

   Grzeszyły? Bzdura! Kobiety robiły to ze sobą od tysięcy lat, mając prawo zastąpić niezdecydowanych mężczyzn, a nawet robiły to bez tego prawa, bo tego chciała ich natura. Wojny nie miały tu nic do tego, pokój też nie. Potrzebowały kobiecego ciepła, bez pytania czy mają do tego prawo. Prawo? A kto, niby, miałby im je dać? Męskie, szowinistyczne sądy?

   Obie odważyły się na to, jakby od dawna dusiły w sobie brzemię tego występku i potrzebny był tylko subtelny impuls. Gdyby tego nie zrobiły, byłoby to o stokroć gorsze, niż niewielki wyrzut sumienia, który zadziałał na nie stymulująco.

   – Co sądzisz o przeszczepieniu ludzkiej osobowości maszynom? – zapytała Miller, pobudzając dłonią swoją młodszą koleżankę.
    – Boże, skąd ci to przyszło akurat teraz do głowy? – odparła, wyginając swoje ciało w łuk.
    – Nie myśl, że żyję tylko Szczęśliwą Przystanią. Wyobrażam sobie czasem, że moje „ja” zamknięto w stalowym ciele, które nigdy nie zazna pieszczot i nie dowie się, jak smakuje mała czarna z kremową bezą. Duszę się w tym ciele, gdy z nawyku mam zrobić makijaż, włożyć biustonosz albo pamiętać o podpaskach. Ciebie to nie męczy?

  W odpowiedzi usłyszała śmiech, lecz Hanna nie przestała fantazjować.
   – Za dwadzieścia, a może trzydzieści lat nie będziemy jeszcze aż tak stare, by nie brać udziału w tym nieuchronnym eksperymencie, o ile na to zasłużymy.

   – Chciałabyś tego spróbować? Naprawdę?

   Hanna kiwnęła głową.

   – Nawet gdyby nie pytali ciebie o zgodę?

   Hanna odetchnęła ciężko.

   – Chciałabyś, by twój umysł przeszczepiono maszynie, która wykona czyjeś polecenie? Nie wierzę! – nie ustępowała Jędryk.
   – Zaryzykowałabym – odpowiedziała Hanna, zamykając w swoich dłoniach nabrzmiałe piersi koleżanki, młodszej od niej o kilka lat. – Miałabym możliwość przeniesienia się do tego, na co nikt z Przystani by się nie zgodził. Nasi pensjonariusze mają już spisane testamenty. Przygotowane suknie z krepy, buty,  garnitury i różańce. Czekają na taki koniec, jakiego się spodziewają, więc może mój czas i mój wybór wymaga jedynie, bym do niego dojrzała psychicznie.
   – Dojrzeć do śmierci? Brrr!

   – To nie śmierć.

   – A co?

   – Wieczność, wybawienie… – zaśmiała się Miller parodiując głos młodego księdza Szafrańskiego i pocałowała swoją partnerkę w kark, czując wzbierające podniecenie. Rozsunęła nogi, czekając niecierpliwie na zadbaną dłoń koleżanki.

   Kiedy było po wszystkim, Hanna wydała dziki krzyk, zamykając usta ręką, a Jędryk podniosła się i zaczęła się ubierać.
    – Dlaczego to zrobiłaś?
    – Bo potrzebowałam twojego ciepła – odparła Hanna – i sądziłam, że ty również go potrzebujesz. Proszę nie zadawaj mi takich trudnych pytań.
    – Krępują cię?
    – Każdy ma swoje słabości, a jedną z nich jesteś ty. Po co to rozkminiać? Liczą się fakty!
    Jędryk podeszła do koleżanki, nachyliła się i namiętnie pocałowała ją w usta, a potem szybko się ubrała i wyszła bez słowa.

   Obie grały przed sobą. Testowały, jak daleko mogą się jeszcze posunąć. Hanna nie miała złudzeń: to nie był żaden trwały związek, raczej pojedyncza przygoda. Któraś z nich spróbuje być uległa, a któraś okaże się niecierpliwa, a może zazdrosna. Pojawi się rysa, która pęknie, aż w końcu zaczną się nienawidzić. Póki co obie chciały tego samego i zabiegały o swoje względy.


[1] staropolska satyra stanowa

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko