Jan Belcik – Mistyczne iluminacje wulkanów Jerzego Fąfary

0
15

               Zawsze zadziwia mnie osobliwa żarliwość liryczna u autorów, którzy jedli już chleb z niejednego pieca. Zadziwia w sensie pozytywnym, bo mogłoby się wydawać, że czas ekscytacji lirycznych to domena ludzi młodych. W tym sensie Jerzy Fąfara jest takim właśnie młodym człowiekiem, ale mimo to posiadającym ogromny dorobek liryczny i prozatorski. To autor książek biograficznych (m.in. o Józefie Szajnie, Franciszku Chrapkiewiczu-Chapevill’u, Stanisławie Szpunarze), słuchowisk radiowych, czterech tomików poetyckich, a także scenarzysta i wydawca.

                 W ostatnim zbiorze wierszy Jerzego Fąfary, zatytułowanym Wspólnota wulkanów,oprócz ładunku liryki uwagę zwraca wspomniana żarliwość. Z jednej strony jest ona miarą poetyckości samą w sobie, a z drugiej elementem poszerzającym wszystkie tęcze wyobraźni, które było nam dotychczas poznać…

            Wypełnia ten tom gorąca lawa dzieciństwa i młodości, a sprzęgnięta z doświadczeniem życiowym poety daje barwny konglomerat zaszłości wpisanej w cykliczność tego, co wiecznotrwałe. Penetruje on obszary z jednej strony bliskie, z Nadwisłocza. Ale jednocześnie, z drugiej strony przywołuje wraz z nimi krąg kultury śródziemnomorskiej, jak choćby w wierszu Twarze barbarzyńców:

Na Piazza Duomo w Katanii
czytaliśmy wiersze o podkarpackich wulkanach
budowanych z piasku i wody nad brzegami Wisłoka
Były gładkie i groźne jak wyobraźnia chłopców
biegających po piasku.
Starzy mężczyźni siedzący na schodach fontanny
[…]
Mieli zaciśnięte twarze i pogodne oczy mężczyzn
wiedzących o wulkanach wszystko, tak jak wszystko
wiedzą starzy mężczyźni o namiętności.

Kreacje przenikających się światów, czasów, ludzi – także tych żyjących w cieniu Etny, mają niespodziewany epilog:

Spojrzałem wzdłuż ulicy Via Etna
Wulkaniczny słoń przestąpił z nogi na nogę.
Mężczyźni roześmiali się rubasznie.
Licealistki naciągnęły
przykrótkie T-shirty na dżinsy
zakrywając nagie brzuchy, z oczkami kolczyków
nad pępkiem.
[…]
Zakonnice zatrzasnęły wieko habitów
nad swoją grzeszną kobiecością.

Jest jakiś żar tropików w tej poezji, namiętności wytryskującej jak lawa z każdego wersu, z każdego otarcia słowa o słowo. Zmysłowość w tej liryce wnika w przestrzeń sensualistyczną, w ból egzystencjalny, tworząc mapę filozoficznych znaków naszej epoki.

            Jest też ten tom dedykowany nieżyjącym już rodzicom poety, więc pojawiają się w nim również wątki funeralne, eschatologiczne. W wierszu Kora podmiot liryczny wyjawia: „Ojciec już nie mówił./ Mówiły jego oczy:/ – Jestem korą drzewa,/ nie opukuj mnie synu”. Tak pojmowany akt niewerbalnej komunikacji możemy uznać za swoisty zapis przejmującej rozmowy ojca z synem. Słowa: „– Nie opukuj mnie./ – Odpadnę” sugerują, że obopólne przywiązanie między nimi jest o wiele większe niż zazwyczaj ma to miejsce w odbiegających od ideału relacjach rodzinnych. A owo metafizyczne oddzielenie rodzi nadzieję, że bohater zdaje sobie sprawę z wagi tego przywiązania, pomimo „zgrubień na korze”, bo wie, jak szybko każdy z nas „staje się drzewem”, żegna się z kruchym, przemijającym życiem. Podobną strukturę posiada wiersz Czarne okna, dedykowany Matce. Poeta opisuje ją taką, jaką zapamiętał ją w swej młodości, co nie przeszkadza mu we wpleceniu jej życia w obejmujący ją już wtedy w cień przemijania:

i jeszcze jeden trzepot
a właściwie jego cień
i zdziwienie
że w cieniu usłyszeć można jej głos
gdy była jeszcze młoda
i wystarczało rozczesywać jasne włosy
na parapecie okna
i śpiewać albo uciekać przed
śladami własnych stóp na piasku…
I że tylko tyle po niej zostało
Wiatr 

            To niezwykły wiatr i cień, w których rzeczywistość nie tylko rozpływa się w niepamięć, ale wręcz odwrotnie: przywołuje pamięć, natężając ją wyraziście w odtworzonej kliszy lustra czasu. Można powiedzieć, że nic nie ginie w przyrodzie. Jednak tylko wtedy, gdy ma się do czynienia z wyjątkową czułością zmysłów poety. A w tym przypadku niewątpliwie obcujemy z taką czułością.

            W wierszu Galicyjskie dworcowe ławeczki podmiot liryczny relacjonuje: „– Spóźniłeś się synu – ojciec oparł obie dłonie/ o laskę jak ktoś kto patrzy za horyzont/ – Spóźniłeś się – powiedziała matka/ […] – Jak mały chłopiec – powtórzył”, ale my mamy wręcz pewność, że poeta zdążył, że nie umknęło mu to, co najważniejsze, że jego chłopięca wrażliwość przywróciła przestrzeń, w której rozmowa z najbliższymi staje się możliwa.

            Jest też poeta niezwykłym kronikarzem Rzeszowa, a jego tytułowy wiersz Wspólnota wulkanów, w którym czytamy: „Najwspanialsze wulkany powstawały/ nad Wisłokiem – rzeką wędrującą przez miasto/ na wylot jak igła z nicią przez palec/[…] Góra wpierw dymiła, później strzelała ogniem./ Bóg był z nami, a my byliśmy Bogiem,/ Wulkan wulkanem, a reszta w nas”, jest jego afirmacją. Widząc ten obraz, zaczynamy żałować, że nie znaleźliśmy się właśnie tam – w tamtym czasie z poetą, aby doświadczyć podobnego uniesienia i jednocześnie zdać sobie sprawę z tego, że owa wspólnota wulkanów ma swe źródła w literaturze światowej. Bo oto po czterdziestu latach od budowania owych wulkanów z piasku podmiot liryczny zauważył, że wybitny włoski poeta Roberto Salvadori także to uczynił w swoim wierszu, wspominając: „to wspaniale budować o zachodzie wulkany na piasku”. Tak, to inicjacyjna podróż do wulkanów, do młodości, pomimo że „Czasem pieką pod powiekami,/ mimo że wiatr już nie zdmuchuje z ich stoków ziaren”.

            Każdy z wierszy w tym tomie jest ważny, są tu w Synach wieloryba nawiązania do pięknej pogańskiej baśniowości – do dnia najdłuższej czerwcowej nocy w dniu św. Jana, gdy bohater liryków stwierdza: „Nigdy nie zdążyliśmy dogonić kobiet z naszej ulicy […] Widzieliśmy tylko białe stopy, / srebrne pięty siostry księżyca / łuki paznokci w grzbietach karpi […] Wracały do domów brzemienne”.  W wierszu Przewoźnik deszczu pojawia się metaforyczna podróż ku drugiej stronie otaczającej nas rzeczywistości:

 na przekór rewolucjom
 lękowi rodziców i udom tęczy rozwartej między brzegami Wisłoka

z odniesieniami do krypy (legendarnego Nitki z Rzeszowa?), ale też Hadesu, bo to może właśnie tam „przewoźnik czeka na nas nieochrzczonych/ po drugiej stronie tęczy”.
            Podmiot liryczny pozostawia nam także wiele tropów literackich, jakimi są np. śmierć Bohumila Hrabala i Zuzanny Ginczanki, zło w kontekście doświadczeń Józefa Szajny czy przemijanie przywołane za sprawą znaków Starego cmentarza w Rzeszowie w odpowiedzi na wiersz poetki i tłumaczki Krystyny Rodowskiej.

         Lubię czytać poezję Janusza Fąfary. Jest w niej wręcz somnambuliczna chęć dotarcia do granic, w których życie rozsypuje się jak ziarenka piasku wulkanicznego Fidżi znad Wisłoka.
A jednocześnie – na tej samej granicy, każde ziarnko owego piasku ma strukturę iluminacji, składającą się na nową opowieść, nową historię, żar rozbudzonej wyobraźni.

Jan Belcik

Jerzy J. Fąfara, Wspólnota wulkanów, Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu w Rzeszowie, Rzeszów 2020.

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko