Arkadiusz Olszewski – Artystka – opowiadanie

0
360

Ona tu od zawsze mieszkała. I znali ją wszyscy albo kojarzyli dobrze. Choćby dzięki tym jej strojom wymyślnym, kolorowym zawsze swetrom, które nosiła z nieskrywaną dumą i gracją. Szła chodnikiem zawsze po słonecznej stronie ulicy i zawsze pewna siebie, z rozwichrzonymi na wietrze siwymi już włosami. Albo kiedy w szlafroku, a jakżeby inaczej, równie kolorowym przyszła kiedyś do księgarni znajdującej się tuż za sklepem monopolowym parę ulic dalej. I kupiła wtedy powieść Zyty Rudzkiej „Tkanki miękkie” i album ze zdjęciami żółwi. Jej charyzma sprawiała, że wzbudzała wśród ludzi zainteresowanie. Kiedy wychodziła na zakupy, albo kupić nową książkę w księgarni znajdującej się nieopodal naszego bloku, albo po mleko do Żabki, wtedy zawsze każdemu mówiła „dzień dobry”. Czasami dodawała do tego

„jaki ładny dzień”,

albo

„ładna dzisiaj pogoda, prawda?”

I choć chyba każdy tutaj jej to „dzień dobry” mówił, to jednak nikt dobrze nie znał kobiety z siwymi włosami spod numeru 30 z trzeciego piętra. Nieco niepewni siebie i tego, czy nasza znajoma z bloku będzie chciała zamienić parę słów więcej  nie próbowaliśmy porozmawiać z nią dłużej. Patrzyliśmy wszyscy tylko jak chodzi po te swoje zakupy spokojnym krokiem, zawsze dumna i pewna siebie w tych swoich interesujących stylizacjach. I wyglądała raczej na osobę samotną. Nikt chyba ani z rodziny, ani ze znajomych nigdy jej tu nie odwiedzał.

A przecież była kiedyś znana. Lubiana i kojarzona przez wszystkich. Malowała te swoje obrazy w latach 70-tych i chociaż wielkiej artystycznej kariery nie zrobiła i jakoś niespecjalnie interesowało ją to całe ówczesne środowisko artystycznej bohemy, to na swoich dziełach udawało jej się zarabiać. I konkursy dla artystów wygrywała.  A swoje obrazy, malowane olejnymi i akrylowymi farbami na płótnie sprzedawała na Starym Mieście. Podobno czy ciepło, czy zimno, ładna pogoda, czy deszcz lub śnieg, to ona stała zwykle po te parę godzin dziennie i sprzedawała te obrazy na prowizorycznym stoisku tuż za pomnikiem Kilińskiego. To były odległe czasy, ale i tak wszyscy wiedzieliśmy, że jest artystką, malarką, która czasy artystycznej świetności ma wprawdzie już za sobą. Ale wciąż chodzi po ulicy z dumą.

W pewne zimowe późne popołudnie, kiedy fioletowa łuna wpadała już pomiędzy ciemnogranatowe chmury na szarzejącym powoli nad osiedlem niebie, wracałem spokojnym krokiem z biblioteki. Nagie, bezlistne gałęzie drzew kołysały się spokojnie na zimowym wietrze. Byłem tuż przy wejściu do klatki schodowej i wtedy ktoś otworzył mi drzwi.

-Proszę, otworzę panu – w drzwiach ujrzałem właśnie ją. I w tym momencie, kiedy już chciałem chwycić dłonią za uchwyt drzwi, jej torba z zakupami, którą trzymała w reku wypadła jej, a na ziemię wyleciały z reklamówki wszystkie produkty. Wyleciały cebule, sałata, dwa półlitrowe kartoniki mleka, pomidor i kilka jabłek.

-Ojej… przepraszam! Nie utrzymałam torby…

Nie pozostawało mi nic innego, jak pomóc wszystko to pozbierać.

-Spokojnie, pomogę pani! Pozbieram.

-Och, dziękuję – odpowiedziała mi.

Zacząłem zbierać produkty, które kupiła zapewne jak zwykle w osiedlowym sklepie spożywczym i wkładałem wszystko po kolei z powrotem do torby. Po chwili podałem jej torbę. Wzięła ją ode mnie i na jej pokrytej licznymi zmarszczkami twarzy zobaczyłem w tym momencie uśmiech.

-Dziękuję panu za pomoc. Człowiek starszy to już nie ten sam… – powiedziała cichym głosem.

-Ależ nie ma za co! – odpowiedziałem.

Szczerze mówiąc ucieszyłem się, że ją spotkałem. Zawsze chciałem poznać tę kobietę i może zamienić parę słów. Byłem ciekaw jaka jest. Podeszliśmy do windy i wcisnąłem guzik. Wychodziło na to, że wjedziemy windą razem. Nigdy jeszcze nie udało mi się spotkać jej i zamienić paru słów. Nadarzyła się wreszcie okazja. Po chwili drzwi windy otworzyły się i weszliśmy do środka.

-Które piętro? – zapytałem, chociaż dobrze wiedziałem, że trzecie.

-Trójka – odpowiedziała.

Wcisnąłem guzik na trzecie, a później na piąte. Drzwi zamknęły się i winda ruszyła. Niemal od razu spojrzała na mnie i zagadnęła:

-Pan taki miły, dziękuję jeszcze raz, że mi pan pomógł.

-Ależ naprawdę nie ma za co. Trzeba sobie czasem pomagać przecież – odpowiedziałem.

-Nie każdy jednak taki miły jest jak pan. Nie każdy…

Winda zatrzymała się po chwili na trzecim piętrze. Wychodząc popatrzyła na mnie jeszcze raz, uśmiechnęła się, po czym zapytała:

-A może napije się pan ze mną herbaty? I zje kawałek ciasta? – zaproponowała, po czym dodała:

-Pomógłby mi pan przy okazji tę moją torbę donieść do domu. Ciężkie to jak cholera.

-Oczywiście, nie ma problemu! – odpowiedziałem z nieskrywanym entuzjazmem w głosie.

-Świetnie. W takim razie zapraszam.

Wiedziałem, że nie będę mógł zbyt długo z naszą sąsiadką-artystką z trzeciego piętra pić tej herbatki. Ale moja ciekawość była silniejsza nawet i od tego, że obiecałem sobie przecież wysyłać kolejną partię listów motywacyjnych. Szukałem bowiem od kilku tygodni pracy, której znaleźć nie mogłem. Ale jej zaproszenie na herbatę i ciasto, pyszne prawdopodobnie ciasto drożdżowe, albo ciasto jogurtowe, albo zwyczajną szarlotkę, która sprawiłaby, że na moment oddalę się od przeszukiwania Internetu w poszukiwaniu zajęcia za pieniądze- wszystko to wydawało się w tej chwili znacznie bardziej atrakcyjną formą spędzenia czasu od poszukiwania roboty. Postanowiłem więc, że czemu nie? Tym bardziej, że oto nadarzyła się okazja, aby poznać lepiej naszą artystkę z bloku.

Wyszliśmy z windy i chwilę później, tuż po przejściu ciągnącego się korytarza klatki schodowej znaleźliśmy się pod drzwiami mieszkania numer 30. Przekręciła klucz i weszliśmy do środka. Ujrzałem w przedpokoju pomalowane na pastelowe kolory ściany. I kuchnię na której ścianach wisiało mnóstwo niewielkich obrazków.

-Proszę zdjąć kurtkę, powieszę – powiedziała.

Zdjąłem kurtkę i podałem jej.

-Niech pan sobie usiądzie, zagotuję wodę na herbatę. Pije pan z cytryną i z cukrem, czy bez? Mocną, czy słabszą?

-Poproszę z cukrem, jedna łyżeczka, bez cytryny. I raczej lekko zaparzona, jeśli mogę prosić – odpowiedziałem.

-Wspaniale!

Kiedy zniknęła za drzwiami kuchni usadowiłem się wtedy w pokoju. Wytapetowane na seledynowo ściany i wiszące i stojące niemal na każdej półce większe i mniejsze obrazy tworzyły w mieszkaniu niezwykłą atmosferę. Domyśliłem się, że to ona jest autorką wszystkich tych prac. Na obrazie wiszącym tuż przy oknie zauważyłem namalowanego faceta w wielkim kapeluszu. Przypominał kowboja. Niewyraźnie namalowany kształt jego sylwetki sprawiał, że obraz wyglądał dość futurystycznie.

Mijały minuty, a ja przez ten czas obejrzałem chyba wszystkie dzieła zdobiące seledynową ścianę pokoju. Obejrzałem namalowaną dziewczynę w bordowej sukience, która spoglądała na mnie z obrazu uśmiechając się przy tym, namalowane na płótnie lecące ptaki pośród lasu, pingwiny z Antarktydy na zaśnieżonej, lodowej powierzchni, rybaka z bujną brodą w łódce i talerz, okrągły biały talerz z owocami stojący na stole. Wszystko namalowane z niezwykłą precyzją.

Po chwili przyniosła herbatę i talerz z kawałkami ciasta.

-Proszę, herbata już gotowa i ciasto… ciasto też. Ale proszę się nie gniewać, bo nie upiekłam go sama. To z cukierni – uśmiechnęła się.

-Dziękuję – odpowiedziałem i nałożyłem sobie kawałek na niewielki talerz, który mi podała.

-A w ogóle to… nie przedstawiłam się! Niby człowiek się spotyka pod blokiem, a jednak tylu rzeczy o sobie nie wie. Nawet imion swoich nie znamy. Aleksandra. Nie Ola, nie Olga, tylko Aleksandra.

Wyciągnąłem dłoń i też się przedstawiłem.

-Arkady, bardzo mi miło.

Usiedliśmy przy tym cieście i przy herbacie, przy stole, który stał pod drugą ścianą pokoju.

-Oglądał pan obrazy zapewne…

-Tak, są świetne.

-Wszyscy oglądają.

Te słowa zabrzmiały w jej głosie nieco tajemniczo.

-Wszyscy?

-Tak, wszyscy – powtórzyła biorąc łyk herbaty z błękitnej filiżanki.

Ja to wiedziałem i ona to wiedziała, że nadszedł czas, abym zapytał. I chciałem zapytać bardzo, byłem bowiem tak ciekaw tego wszystkiego, tych jej prac namalowanych na płótnach i w ogóle jej historię chciałem poznać. Wziąłem łyk herbaty i kęs ciasta, przełknąłem, po czym zapytałem wreszcie:

-Wie pani, chyba cały blok wie, że pani maluje – zacząłem.

-Maluję… Nie, nie maluję. Już nie maluję. Malowałam – odpowiedziała, a jej głos przybrał nieco powagi.

Popatrzyłem na nią ze znakiem zapytania w swoim spojrzeniu nakładając sobie kolejny kawałek ciasta.

-Malowałam kiedyś… kiedyś, kiedy jeszcze człowiek inaczej patrzył na świat.

I kiedy to powiedziała jej twarz sprawiała teraz wrażenie nieco smutnej, pełnej rozgoryczenia.

-I dlaczego już pani nie maluje?

Nie chciałem powiedzieć niczego, co wprawiłoby ją w zakłopotanie. Ale chyba było już za późno.

-Malowanie było cudowne. Dawało mi radość, poczucie spełnienia, pełnię. Ale nie dawało pieniędzy. Po kilku latach zrezygnowałam z tego.

-Ale słyszałem, że podobno pani prace sprzedawały się dobrze.

-Gdzie pan to słyszał?

-Wie pani… nasz blok jest spory… I tu mieszkają osoby, w tym bloku… które podobno znają panią lepiej. I coś tam usłyszałem. I… no… Szczerze mówiąc, to po prostu ciekaw byłem i chciałem już nie raz panią zapytać o to kiedy się mijaliśmy pod sklepem, albo pod blokiem.

-O co?

-O te pani obrazy.

-Jest pan ciekawski – uśmiechnęła się znowu, a jej twarz nabrała blasku.

-Można tak powiedzieć.

-A więc o obrazy chciał pan zapytać… Tak, to prawda. Malowałam i sprzedawałam to wszystko na Starówce. Przez kilka lat. Ale wtedy były inne czasy, inna rzeczywistość. I ludzie inni. Chętniej oglądali sztukę. I chętniej ją kupowali.

-Ale teraz przecież… – zacząłem, ale nie pozwoliła mi dokończyć.

-Teraz jest inaczej. Proszę pić herbatę, bo stygnie.

I już nie była tak miła i uprzejma jak na samym początku naszego spotkania. Szczerze mówiąc zacząłem żałować, że w ogóle rozpocząłem tę rozmowę i wszedłem na temat obrazów. Mogłem powiedzieć coś o cieście, albo o herbacie. Albo, że tapety ładne.

-Smakuje panu ciasto? – zapytała, znów z uśmiechem na twarzy.

-Tak, jest pyszne, dziękuję.

-A pan? Czym pan się zajmuje? Co pan robi? Ja też jestem ciekawska.

Wziąłem kolejny kęs ciasta jogurtowego, które sprawiało, że zapomniałem zupełnie o wysyłaniu listów motywacyjnych i o tym, że oto trzeba przecież za moment stąd iść i wracać do swojej pracy.

-Aktualnie szukam pracy.

Spojrzała na mnie i miałem wrażenie jakby prześwietlała moje myśli.

-Długo już? – zapytała.

-Kilka tygodni.

-Gdzie pan ostatnio pracował?

-Byłem korektorem. W wydawnictwie.

-Zwolnili?

-Niestety tak. Nie tylko mnie. Wszystkie osoby z najniższym stażem.

-Rozumiem, wy teraz też tak łatwo nie macie.

-My?

-Tak, wy młodzi.

-To zależy… trzeba po prostu próbować i się starać. I w końcu się udaje.

-To też zależy. Bywa, że czasami samo staranie nie wystarczy. Potrzeba trochę szczęścia – uśmiechnęła się.

-To prawda – wziąłem kolejny łyk herbaty.

Seledynowa tapeta roztaczała w pokoju przyjemną aurę, a ze ścian spoglądały na nas namalowane na obrazach postacie ludzi i zwierząt. I nastała chwila ciszy, która przeciągnęła się o kilka minut. Poczułem przedziwny spokój. I chwilę później spojrzałem na nią i wiedziałem, że jednak zapytam. Człowiek bywa czasami ciekawy, bardzo ciekawy. Ale w sumie to ta ciekawość nie jest niczym nieodpowiednim przecież.

-Sprzeda mi pani jakiś swój obraz? – wydobyłem to z siebie z niepewnością. Nie wiedziałem już, czy zareaguje na to dobrze.

Popatrzyła na mnie chwilę, a w rym jej spojrzeniu zauważyłem pewne zdziwienie.

-Mówi pan poważnie?

-Jak najbardziej.

-I chce pan kupić ode mnie obraz chociaż nie ma pan pracy?

-Tak, chciałbym coś kupić.

-Niech pan nie żartuje.

-Nie żartuję, chciałbym kupić pani obraz.

Uśmiechnęła się, a później dodała:

-W porządku. Jak pan uważa. Może znajdę coś do sprzedania. Proszę poczekać. A pan niech lepiej zje jeszcze kawałek ciasta.

W tym momencie wstała i wyszła z pokoju. Wziąłem jeszcze kawałek tego pysznego jogurtowego ciasta i jadłem powoli, podziwiając dalej te jej wiszące na ścianach obrazy. Kot, który przechodził po wiejskim płocie, buldog biegnący za piłką, mężczyzna sprzedający owoce w szarych, drewnianych skrzynkach na straganie pełnym bananów, jabłek i pomarańczy, siedzący na drzewie gołąb. Wszystkie prace były pełne kolorów, miały w sobie to coś, co sprawiało, że kiedy patrzysz na takie dzieło zapominasz o wszystkim i już nie jesteś tu, tylko przenosisz się jakby gdzie indziej, do tego świata artysty, który on, swoim pędzlem wyczarował na płótnie stojąc przy sztaludze.

Przedziwny spokój panował w tym jej mieszkaniu pełnym artyzmu. Spokój, który wydobywał się z każdego zakamarka. I nawet zwykła komoda, która stała obok tworzyła przyjemną atmosferę. Wyglądała na mebel dość stary, taki co przetrwał sporo.

Chwilę później Pani Aleksandra weszła do pokoju trzymając w dłoni obraz.

-Proszę, niech pan spojrzy – powiedziała.

Wstałem i wziąłem go od niej. Obraz przedstawiał faceta o podłużnej nieco twarzy, w ciemnogranatowym płaszczu, stojącego za bujnie rozpościerającymi się za nim topolami. Ponad drzewami namalowane błękitną i granatową farbą niebo i chmury. I promienie słońca, które padały na wszystko. Namalowany facet w płaszczu trzymał w dłoni książkę i patrzył w dal. Paleta barw, którą zobaczyłem była jeszcze bardziej intensywna niż na innych obrazach, które obejrzałem tutaj do tej pory.

-Ten obraz… ten obraz jest świetny – powiedziałem nie mogąc się oprzeć wdziękowi dzieła, które trzymałem w dłoniach.

Pani Aleksandra spojrzała na mnie z uśmiechem, który w tym momencie rozjaśnił jakby cały pokój. I znów seledynowa tapeta w pokoju sprawiła, że poczułem jakby przypływ dobrej energii, radości pewnego rodzaju.

-To dla pana.

-Jest naprawdę niesamowity. Ile kosztuje? – zapytałem.

-Niech pan nie żartuje. Mówię, że to dla pana przecież! Proszę go wziąć, w prezencie.

Propozycja wydawała się bardzo kusząca, ale wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na to, aby po prostu wyjść od niej z obrazem. Miałem szacunek do jej twórczości, do jej pracy, do tych jej dni na Starówce kiedy stała na prowizorycznym stoisku po parę godzin dziennie próbując sprzedać swoje obrazy. I do poświęconego czasu, który spędzała przy sztaludze wyrzucając na płótno te wszystkie rzeczy ze swojej wyobraźni.

-Nie, dziękuję, chcę za niego zapłacić – odpowiedziałem stanowczo.

Westchnęła.

-W porządku, 50 złotych – odpowiedziała.

-Ten obraz jest wart więcej.

-W takim razie za ile chce go pan kupić? – popatrzyła na mnie badającym spojrzeniem, z pewną ironią jakby. Wiedziała, że nie zapłacę tyle, ile jest rzeczywiście wart, ale zdawała sobie sprawę, że bardzo mi na nim zależy.

-Mam 200 złotych – odpowiedziałem.

-100. Niech będzie 100 – usłyszałem.

-Kupuję.

Wyjąłem z portfela dwie pięćdziesiątki i podałem jej. Wzięła je ode mnie, popatrzyła na mnie i znowu uśmiechnęła się, wyraźnie zadowolona.

-I co pan teraz będzie jadł? – zapytała mnie.

-Jeszcze nie jest tak źle – odpowiedziałem, po czym dodałem – No i mam jutro rozmowę kwalifikacyjną.

Uśmiechnęła się. I w tym momencie obydwoje wiedzieliśmy, że i ją ucieszyło to, że sprzedała swój obraz, a mnie, że oto poznałem dziś artystkę, z którą napiłem się herbaty. I zjadłem trzy pyszne kawałki ciasta jogurtowego w towarzystwie kogoś z kim zapewne jeszcze nie raz porozmawiam kiedy miniemy się pod blokiem.

I nikt już nie będzie niepewny siebie i będzie można zawsze napić się razem herbaty i zjeść ciasto.

(Wszystkie osoby i wydarzenia opisane w tym opowiadaniu są fikcyjne, a ich ewentualna zbieżność z rzeczywistością- całkowicie przypadkowa).

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko