Krystyna Konecka – ANDRZEJA SAJA POEZJA, I OBOK

0
244
Fot. Krzysztof Saj

     Dwie książki poetyckie jednego autora obok siebie. Dwa tomy – nie żadne tam tomiki, jak powszechnie określa się zbiory wierszy (deklasując, deprecjonując często ich usytuowanie w hierarchii gatunków literackich), co w przypadku TEJ poezji – obrażałoby ją. Zatem – dwa tomy wierszy autorstwa Andrzeja Saja, wrocławskiego poety (i nie tylko, o czym dalej).

     Wydane rok po roku („Oprawa światła” – 2020, „Stare zwyczaje Młode nawyki” – 2021), a przecież dające wyobrażenie o drodze twórczej autora – na przestrzeni czterech dekad, jako że pierwsza z książek, z dedykacją „Dla syna”, złożona została z wierszy, które powstawały w latach 1982-1987, wcześniej nie publikowanych. W posłowiu – eseju do niej, sugestywnie zatytułowanym „Poezja niemożliwa” Urszula M. Benka podkreśla, że „Oprawa światła” jest (…) notacją dialogu z samym sobą, uwolniona od premedytowanych form, jakie nadaliśmy refleksji nad światem, światłem, sensem sztuki, sensem zła, nad miłością (…). Saj jest bodaj pierwszym poetą zajętym blaskiem i światłem – a nie poezją. Ale nieco w opozycji do tego stwierdzenia Stefan Jurkowski podkreślił w swojej recenzji na portalu Pisarze.pl: …wiersze autora „Oprawy światła” wywołują pewne asocjacje, tworzą określony klimat, przekazują swoje przesłania w sposób (…) ponadsłowny. Dialog z tymi utworami odbywa się na innym, wyższym poziomie. Nie znaczy to jednak, że poetyckie słowo nie jest tu ważne, przeciwnie.

     Bo czymże innym, jeśli nie słowem poetyckim jest to mozolne dopasowywanie przez autora myśli i refleksji, z których kreuje misterne konstrukcje tego indywidualnego języka opisującego światy realne, intymne, domowe, ale i te zaledwie domyślne, z nieogarnionego obszaru metafizyki niepochwytną obecność duchowości. I duszy. Którym to słowem potrafi nazwać inaczej niż inni, odkrywczo to, co jest dostępne poznaniu każdego piszącego w sposób identyczny, lub podobny. Jedną z najcelniejszych poetyckich definicji w tym tomie (przy okazji – zamiast tytułów są gwiazdki, co nie ułatwia wskazywania wierszy, a przy cytowaniu wymaga przytoczenia incipitu) jest ten oto:

przypuśćmy że trwanie jest formą istnienia
materii lecz kto wymyślił światło i blask
kto dopuścił się grzechu zawodności w systemie
ciał poruszających się niezmiennie od wieków

między materią a światłem przestrzeń dopisana
wyobraźnią twórcy i w wyobraźni unicestwiająca
wszelkie dowody na jej istnienie – więc nie ma
przestrzeni nie ma materii i światła a trwanie
jest formą poetyckiej wyobraźni
wolną od istnienia

     Zatem niech wszystko dzieje się w obrębie „wyobraźni wolnej od istnienia”, i wtedy wszystko będzie możliwe, dostępne i prostsze w interpretacji. Wtedy, kiedy wiersze z „Oprawy światła” powstawały, ich podmiot ma „prawie czterdzieści lat”, i już wie:

to co do nas dociera
w kształtach świata
barwą dźwiękiem i pojęciem
jest tylko metaforą?

jest cytatem z życia
dziejącego się poza nami

     I tego, które działo się na długo przed nami, i bez którego także teraz nie dzieje się nic:

pijesz kawę dla pobudzenia
serca
pijesz żar słońca i tętno ognia
pijesz przeszłość dla rozpalenia
przyszłości

     Celebrowane właśnie 100-lecie urodzin pisarza i filozofa Stanisława Lema podpowiada jedną z jego cennych konstatacji, iż przekład poezji na życie codzienne (tu – na recepcję czytelniczą) nie bardzo wychodzi. I koresponduje to stwierdzenie z, o wieki wcześniejszym, Owidiuszowskim: Nikt nie wie, co kryje w sobie wiersz. Dlatego każdy czego innego w nim szuka. Tym bardziej celowym, niewątpliwie, dopowiedzeniem meritum „Oprawy światła” jest jej strona tytułowa, dająca wspierającą możliwość interpretacji książki.
     Oto skromna, niewielka, bo w oryginale mniejsza od rozmiarów okładki, ilustracja autorstwa innego wrocławskiego poety, malarza i rysownika Krzysztofa Chary: akryl na papierze zatytułowany „Może”. Może więc wyraża on niewyobrażalny do końca przestwór z jego tajemnicą mroku i światła jednocześnie, blasku, który coś (ktoś) zsyła nam i porusza uśpioną duszę. Może otwiera morze, ocean domniemań wylewający się daleko poza nieistniejące passe-partout, nie ograniczające wyobraźni. Morze, ocean, przestwór z niedocieczoną głębią i zwodniczymi refleksami na powierzchni, i blaskiem, i światłem idącym poprzez nienasyconą wiedzy świadomość, i tak naprawdę – nie dającym się oprawić w żadne ramy…

     Postać i twórczość Andrzeja Saja objawiły mi się przed dekadą poprzez przedziwne asocjacje. Oto jesienią roku 2011 znalazłam opis wystawy „Serenissima” bliskiego mi „starego malarza i poety” Wojciecha Weissa w drugim wtedy zaledwie numerze magazynu „Artysta i sztuka”. Lektura całości pozwoliła zwrócić uwagę m.in. na tak intrygujące informacje jak Festiwal Wysokich Temperatur – dotychczas kontynuowaną międzynarodową imprezę organizowaną przez „studentów, absolwentów i dydaktyków Akademii Sztuk Pięknych we Wrocławiu” czy prezentację twórczości bardzo obiecującej artystki Zofii Błażko, laureatki w roku 2010 nagrody czasopisma artystycznego „Format”. Dalej poprowadził mnie internet, żeby – wstyd powiedzieć – zapoznać się chociaż powierzchownie z osobą redaktora naczelnego i twórcy „Formatu”, wydawanego podówczas już od lat dwudziestu periodyku, który niedawno obchodził swoje trzydziestolecie.

     …Więc z tym większą uwagą po latach zatrzymałam się na „macierzystej” stronie Pisarze.pl przy „wierszach tygodnia” Andrzeja Saja, z których część dialoguje z ważnymi dziełami literatury (jak „Czyściec” z „Boskiej komedii” Dantego), a część to ekfrazy do tak istotnych prac jak „Cud nad Wisłą” Jerzego Kossaka czy „Krzyk” Edvarda Muncha. Ekfrazy, których autora określiłam komuś niedawno jako świetnego marszanda rynku sztuki znakomicie zorientowanego w metaforycznym charakterze owych dzieł, a w których interpretacji osiągnął skończoną perfekcję.

     …Więc z nie mniejszą uwagą zapoznałam się – w niezawodnym i niezbywalnym dzisiaj internecie – z relacją, również lipcowej, uroczystości wrocławskiej, gdzie w Roku Tadeusza Różewicza i w ramach 42. Wrocławskiej Księgi Pamięci grono twórców pióra i pędzla (w tym – dr Andrzej Saj) odbierało, przyznane przez prezydenta miasta medale „Zasłużony dla Wrocławia – Merito di Wratislavia” i statuetki Super Diamentów. Z tej relacji cytuję fragment wizytówki twórczej autora „Oprawy światła”): „Poeta, wydawca, recenzent, pedagog. Absolwent Politechniki Wrocławskiej, gdzie uzyskał doktorat z metodologii postępu techniki i prowadził badania w zakresie związków sztuki z techniką”. Od lat 70. związany z wrocławską Akademią Sztuk Pięknych „specjalizował się w zakresie historii i teorii designu i architektury wnętrz”. Prace redaktorskie, krytykę sztuki i fotografii łączył od lat 70. z publikacjami poetyckimi, zdobywając nagrody, wreszcie w 1977 r. wydał zbiór wierszy pt. „Inny przechodzący”, po czym dopiero w roku 2010 przypomniał o sobie jako poecie „Gestem Orfeusza”, na który złożyły się eseje i teksty poetyckie. Przed „Oprawą światła” znalazło się (w 2015) dwadzieścia wierszy na łamach „Dyskursu”, a po – już w roku 2021 – Akademia Sztuk Pięknych im. Eugeniusza Gepperta wydała tom Andrzeja Saja „Stare zwyczaje Młode nawyki”.

     Zajrzyjmy do tej pięknej książki, graficznie uzasadnionej na okładce i wewnątrz pracami nieżyjącego już Eugeniusza Get-Stankiewicza (Jego charakterystyczny – to z notki biograficznej – autoportretowy „łeb”, stał się swoistym znakiem rozpoznawczym tej twórczości).  Książki sklamrowanej autorskim Wstępem do „starego poety” i, na końcu – posłowiem Rogera Piaskowskiego (które wraz z puentującym „Oprawę światła” tekstem Urszuli M. Benki, zaświadczają, że nośność artystyczna i semantyczna TAKIEJ poezji zainspirowały oboje autorów do wykreowania na jej bazie osobnych, błyskotliwych form literackich).
    
     W żadnej z obydwu książek poeta nie rości sobie prawa do traktowania odbiorcy z pozycji wszystkowiedzącego dydaktyka. Bo wie o czym innym. To, co w sposób zauważalny określa tę poezję, to poczucie niemożności ogarnięcia zmysłowego tajemnicy ludzkiej egzystencji i jej doraźności, uzależnionej od upływającego zbyt szybko czasu. Niepokój, a nawet ukrywany strach, błądzący pomiędzy wersami, z powodu braku „narzędzi” do ogarnięcia Majestatu świata, możliwości rozwikłania jego zagadek językiem poezji. Gdy ten świat, wraz z całą swoją złożonością i hermetycznością, puszcza do nas oko….
    
Poezja czas trawi chciwie
pożera i chwile i godziny
ani się spostrzeżesz gdy lata
przemkną za parawanami słów

     A poezję czas trawi… Co począć? Jak to ogarnąć? Może mimo wszystko:

…słowo…
…będzie też dobrym spoiwem dla tych
co przyjdą – z tymi co już stąd odeszli,
zostawiając po sobie znaki, rzeczy, gesty,
przyjazne ślady wspólnej przeszłości.

     Andrzej Saj podjął zatem próbę posłużenia się wspierającą, i od dawna zadomowioną w literaturze, kategorią „starego poety”, jego doświadczenia i wiedzy, kategorią należącą od wielu lat do licznych fascynacji tego erudyty i znawcy wszelkich dziedzin sztuki. Przemyślenia zawarte w znakomitym Wstępie do „starego poety” odnajdujemy w jednym z licznych artykułów pt. „Kontekst chwili – kontekst starości” na łamach „Sztuki i dokumentacji” (nr 5/2011). Tutaj autor nawiązywał z kolei do m.in. swojego wystąpienia podczas panelu dyskusyjnego na Festiwalu performance w Sokołowsku, gdzie odniósł się do kontekstu doświadczenia twórczego seniora Jana Świdzińskiego, twórcy kontekstualizmu, i już wtedy – przed dekadą (!) – przywoływał kategorię pojęciową „starego poety”.
      Tym bardziej, otwierając czytelnikowi drzwi do trzech kolejnych cykli wierszy, zwłaszcza – do środkowego „Serenitas vitae”, mającego charakter lirycznego traktatu –  kładzie nacisk na właściwe zrozumienie owej kategorii, bowiem „Stary poeta” jest wstępem do ciągle „młodej” poezji, która czeka na swego użytkownika. Wszyscy poeci są „starzy” – bo poezja ma swoją starą historię, wieki dokonań.

     Dla jednych, jak sądzę, będzie to kwestia intensywnie nagromadzonego doświadczenia na długo przed uświadomieniem sobie nadejścia „smugi cienia”, dla innych – przekroczenie tej „smugi”, cezura wiekowa. Podobne, bo wszakże wynikające ze wspólnoty twórczego dorobku w czasie, refleksje odnajdziemy w wierszu pt. „Stary człowiek pisze wiersze” zmarłego niedawno Janusza Kryszaka, czy w zaskakującej wielu twórczości poetyckiej „cesarza reportażu” i fotografa Ryszarda Kapuścińskiego, któremu zawdzięczamy definicję, iż w poezji i fotografii mamy błysk, eksplozję, nieprawdopodobne zagęszczenie odczuć. Czy też w twórczości poetyckiej matuzalema polskich artystów, zmarłego w ub. roku Andrzeja Strumiłły (AS – ta wieloznaczna identyczność inicjałów z należącymi do bohatera tekstu…), zwłaszcza w tomie „Powidoki”, złożonym z wierszy pisanych głównie w dziewiątej i dziesiątej dekadzie życia…

     Tom Andrzeja Saja „Stare zwyczaje Młode nawyki”, którego lektura przenosi czytelnika w niezwykłe, nie do końca uświadamiane przestrzenie, podsumowują refleksje Posłowia Rogera Piaskowskiego: Robota pamięci, to kręgosłup poezji, z niej wysnuwa się enigmatyczny algorytm piękna. Otóż. Ale domknięciem książki niech będzie fraza z ostatniego wiersza, poświęconego autorowi ilustracji tego tomu:

Teraz rytuje w matrycy wieczności
znane kształty a jednak mylące jak
jego rebusy powierzone naszej pamięci

     Czytelnikom pozostaje rozszyfrowywanie „rebusów powierzonych naszej pamięci” przez Andrzeja Saja…

Krystyna Konecka

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko