Janusz Termer, Kazimierz Ivosse – dwugłos recenzencki

0
184

Janusz Termer

Niestrudzony poszukiwacz literackiego Absolutu

     Romana Lisa poznałem w drugiej połowie lat 70. (ubiegłego wieku!) jako autora opowiadania nadesłanego do redakcji pisma literackiego młodych „Nowy Wyraz”, którego byłem redaktorem. Podobało mi się swą niekonwencjonalną oryginalnością (bywa bowiem, jak wiadomo, także i „konwencjonalna oryginalność”) w widzeniu świata i rzeczywistości (nie tylko tamtego czasu). Wyrażaną między innymi poprzez rozmaite odważne literackie poszukiwania; mniej lub bardziej zakamuflowane i odwołania i aluzje lekturowe, jak i często żartobliwie zdystansowane autoironiczne wtręty. A były to – pamiętajmy – czasy „wysypu” znakomitych dzieł literackich: oryginalnych polskich oraz tłumaczonych obficie wtedy na język polski z całego świata. Literatura polska wiele na tym zyskiwała, a czytelnicy oraz młodzi adepci zawodu mieli naprawdę w czym przebierać i wybierać odpowiadające im wzorce. Wówczas też, po publikacji prozy Romana Lisa odezwało się parę osób wróżących mu dużą karierę; a był wśród nich i pisarz nie byle jaki, bo sam Leopold Buczkowski (tak, tak, ten od Czarnego potoku czy Młodego poety w zamku – to do wiadomości co młodszych czytelników). Literackie sukcesy i „kariery” krętymi drogami jednak się toczą….

     Roman Lis, podpisujący się teraz z francuska Lis Le Roman, (pewnie echo tytułu francuskojęzycznej autobiografii Romana Polańskiego, nazywającej po prostu Roman, wykorzystującej grę francusko-polskich słówek), to pisarz mieszkający od z górą czterdziestu paru lat we Francji, dokąd przybył z rodzinnego Przemyśla. Postać tyleż od dawna intrygująca, co i zaskakująca nawet jego, nielicznych niestety, wiernych mu czytelników. Jego trudno dostępny, rozproszony w rękopisach dorobek prozatorski – mało przez to jest znany w tym naszym literackim grajdołku. A i jest rzeczywiście z wielu powodów niełatwy w odbiorze. I to na poziomie prób najprostszych nawet opisów, nie mówiąc już o szerszych planach interpretacji, ocenach wedle tzw. „normalnych”, czyli tradycyjnych, powszechnie funkcjonujących sposobów przyjętych przez czytelników oraz zajmujących się literaturą publicystów i krytyków.  Wyraźnie mało „pasujących”, trudno przydatnych ze względu na specyficzne – „niepodległe” z założenia, wymykające się utartym schematom, osobliwości tej prozy. Nic nie jest jednak nigdy zupełnie takie proste i oczywiste…

     Roman Lis, jak się rzekło, wyjechał był do Paryża „za chlebem” i zapewne pracował nań ciężko, jak wielu rodaków, ale pracował także sporo i literacko, bo nadsyłał do znajomych, między innymi i do mnie, począwszy od lat 90., próbki swojej prozy z prośbą o rekomendację dla prasy czy wydawców krajowych. Ale odzew ich był, z tego co wiem mówiąc delikatnie, niewielki. Bo najczęściej te  jego teksty – tak wręcz nieprawdopodobnie niekonwencjonalne, tak ostentacyjnie odległe i przekorne wobec większości  tamotecznych, nawet ówcześnie awangardowych, literackich „norm i form” – wywoływały w najlepszym razie wzruszenia ramion owych komercyjnie na ogół nastawionych nowych redaktorów i wydawców („przecież nikt tego teraz nie kupi”, „to jakieś awangardowe niezrozumialstwo nie do przełknięcia dla czytelników” itd. itp. wykręty). 

      Ale oto teraz wszyscy poznajemy pisarza nazywającego się Lis La Roman. Bo właśnie, w samym środku tego lata (3 VIII 2021), dociera do mnie z Francji pocztowa przesyłka podpisana tym nowym brzmieniem nazwiska autora: grubaśna, kilkuset stronicowa księga pod zaskakującym i intrygującym  już samą swoją domyślnie prowokującą ironiczną przewrotnością tytułem Instytut Hegemonii Człowieka. Wydawcą jest Podkarpacki Instytut Książki i Marketingu w Rzeszowie.

    Już pierwszy rzut oka na nią i jej wielorako złożoną zawartość – sygnalizowaną choćby samym paro stronicowym spisem zawartości – dać może pewne ogólne pojęcie o jej rzeczywiście „totalnie” negatywistycznym wobec narracyjnych tradycji literackich charakterze. O najogólniejszych zamysłach oraz niebywałych wręcz apetytach i ambicjach autorskich. Jego rozumieniu i stosunku do literatury pięknej w jej dotychczasowych wydaniach, jak i – szerzej jeszcze – wobec form kultury i sztuki współczesnej, tej z przełomu XX i XXI w. Można by powiedzieć najogólniej, że Lis La Roman wpisuje się chcąc nie chcąc w ten idący od paru dziesiątek lat nurt wielkiej „postmodernistycznej” (choć nie lubię samego tego słowa-worka) fali krytyki, olbrzymiej nieufności i głośnego otwartego sprzeciwu wobec dotychczasowych tradycji w tej domenie czasu teraźniejszego. To prawda, acz powiedzieć tyle, to właściwie niewiele powiedzieć. Podzielam bowiem przekonania zwolenników sądu, że najciekawsze i najważniejsze jest – szczególnie zwłaszcza w sztuce i literaturze – nie to co ogólne, nie owe napędzające tak ostro i krytycznie jej twórców przejawy „ducha czasu” i wszystkie inne równie ogólne intelektualno-teoretyczne próby syntetycznych ujęć głównych problemów naszej epoki (jak np. „literatura wyczerpania” – John Barth, „piekło to inni” – J.P. Sartre czy „era podejrzliwości” Natalie Sarraute), ile owa skromna pozornie Arystotelesowska z ducha kategoria – differentia specifica. Czyli konkretne przejawy, dokonania i realizacje twórcze; autorskie absolutnie niepowtarzalne sposoby przywoływania i odwoływania się do poszczególnych, najbardziej, jak to powiadał sam guru  Witkacy, „istotnych” problemów rzeczywistości ludzkiej egzystencji. Ukazywania materii bycia w świecie refleksyjnie przeżywanym. Pokazywania prób bodaj wstępnych czy prowizorycznych odniesień do tych najtrudniejszych spraw w ich zawsze kontradyktorycznym uwikłaniu; konkretnych, realnych i „namacalnych”, ale i z metafizycznym (czy nawet i mistyczno-religijnym, jak niekiedy u Romana Lisa bywa) zapleczem. Przetwarzanych i przekuwanych w literackie obrazy oraz na wszelkie możliwe strony „nicowanych” – w tych wielorakich kontekstach – przez wiodące postaci utworu. Poszukujących w owej „wielości rzeczywistości w sztuce” (o której pisał kiedyś Leon Chwistek) i niepowtarzalności zdarzeń czy przeżyć indywidualnych („ja”) pełniejszego zrozumienia otaczającego świata i miejsca w nim samego siebie…

    Za tę swoją odrębność, jak wielu buntowników przed nim – i zapewne po nim – poszukiwaczy literackiego Absolutu, Lis La Roman, bo tak też można określić tę jego estetyczno-literacką postawę, demonstrowaną właściwie już od czasu debiutu; za ten świadomy i trudny zapewne od strony psychologicznej wybór tej swojej tak odrębnej ścieżki twórczej, za tę własną osobność egzystencjalną, od początku płacić musiał bowiem wysoką cenę, właściwie najwyższą dla pisarza – niezrozumienie. Przez długie całe lata pierwszych i późniejszych prób jego praca literacka wywoływała bowiem mały raczej odzew. Jako słabo przez to obecna pośród tzw. opiniotwórczych środowisk literackich była niczym ów przysłowiowy kamień rzucany do studni – wywołujący tylko nikłe, słabo słyszalne echo. Mam nadzieję, że teraz taj jego Księga pozostawi nareszcie swój odrębny, wyraźny i niezatarty ślad obecności w prozie polskiej. Acz prawdopodobny jest u nas – jak to wielokrotnie bywało w historii literatury – stan „nijaki”, mniej lub bardziej oficjalnej obojętności, przemilczenia…

    Bo, powiedzmy to zupełnie otwarcie. Lis Le Roman jest autorem naprawdę niełatwym w odbiorze czytelniczym. Niczego swym potencjalnym odbiorcom nie chciał nigdy ułatwiać, w niczym pomagać; tak i w przypadku Instytutu Hegemonii Człowieka (tytuł może dla prozy nie najszczęśliwszy, mimo iż ma on swoje w kontekście całości uzasadnienie!). Już przeto widzę te uśmiechy prasowych „znawców”, owych „krytyków i recenzentów warszawskich” (którzy dopiec potrafili nawet mistrzowi Adamowi) czy te szydercze wręcz nawet gesty wybrzydzeń zawistnej, nie tylko środowiskowej, niechęci wobec tej prozy. Jest ona rzeczywiście bowiem niesłychanie złożona formalnie i treściowo „pogmatwana”. Ba, idąca najmocniej jak tylko można pod prąd „gustowi powszechnemu”. Taka, jak to nie przymierzając niegdyś bywało w literaturze od czasów, uwaga, uwaga, XVIII wiecznej „otwartej” koncepcji prozy, na przykład angielskiego prozaika  Laurence’a Sterna (Tristram Shandy) i szło dalej poprzez rozmaite realizacje, choćby owe „gesty poety” Lautreamonta,  (Pieśni Maldorora), buntu romantyków rozbijających klasyczne wzorce dramaturgiczne (z epilogiem w postaci owego sztubacko szyderczego Ubu króla Jarry’ego). A potem liczne gesty sprzeciwu wobec utartych XIXwiecznych sposobów opowiadania, widocznych w prozie tak między innymi dla literatury ważnych pisarzy jak James Joyce (Ulisses, Finnegan’s Wake) czy z innych powodów Thomas Pynchon (Gravity’s Rainbow) oraz poprzez rozmaite „antypowieściowe” francuskie dziełka (Claude Simon – Droga przez Flandrię czy A. Robbe-Grilleta Gumy), a również kiedyś i paru naszych autorów (młodopolska powieść Karola Irzykowskiego – Pałuba czy w latach 60. XX w. Wilhelm Mach – Góry nad norze czarnym).

    Poza samą ową wspólną dla nich wszystkich awangardową tendencją poszukiwania nowych form wyrazu, przywoływaną tu księgę Lis La Romana niewiele z nimi łączy, poza samą tendencją do nowatorstwa czy literackiego obrazoburstwa. Jawi się ona bowiem, w rzeczywiście nieco żmudnej i trudnej lekturze, oryginalną kompozycją literacko-prozatorską. Złożoną z setek bez mała (nie liczyłem) mniejszych lub większych całostek składowych, które autor w jednym z rozdziałków – Koniec świata już się zaczął – nazywa z przewrotnym grymasem bolesnej autoironii zapiskami „mającymi dla mnie głównie wartość pamiątki prywatnej”. Oby jednak czytelnik nie wziął tych jego wyznań nazbyt dosłownie! Bo tego typu liczne tutaj – i często sprzeczne – wypowiedzi quasi autorskie to są słowa „cytowane” przez niego z wielu, bardzo wielu, quasi narratorów (autorów) poszczególnych cząstek całości. Sam zresztą powiada: „Autorzy poszczególnych tekstów to moje pseudonimy. Czyli, że napisałem powieść w całości złożoną z utworów wymyślonych przez siebie postaci. Ale sprawa nie jest aż tak mechanicznie prosta” – sam też od razu zastrzega…

   I rzeczywiście. We wstępie Roman La Lis próbuje rozwikłać nieco (a może i zawikłać mocniej?) ten ogólniejszej natury problem sensu swojej literackiej roboty, gdy tak po swojemu rozważa psychologiczne zagadnienie pojęcia „ja” w cywilizacji europejskiej, zwracając się przy okazji ku autorce Zdążyć przed Panem Bogiem, Hannie Krall na jej spotkaniu autorskim w Instytucie Polskim w Paryżu z „prośbą” o sprywatyzowanie „ja” i rozpropagowanie tej idei pisząc. „W Instytucie Hegemonii Człowieka zaleca się nawet  [jego członkom] tworzyć dowolnie wielkie .>>wszechświaty prywatne<< , ale na początek wystarcza mały układ planetarny – i taki właśnie powołałem na własny [literacki] użytek”.  I właśnie z takich różnorodnej natury „cząstek” i innych  „małych układów” – próz jego z lat najdawniejszych i ostatnich – składa się ta obszerna Księga. Na jej kartach której spotykają się, czasami wzajem „oświetlają” i dopełniają, a najczęściej „kłócą”, bo rzadko wobec siebie pozostają „neutralni” poszczególni jej bohaterowie, jak i owe różnoimienne stylowo i  pznaczeniowo poszczególne jej fragmenty. Ja choćby proza wyznania osobistego, urywki z Dziennika z różnych lata, cytaty z innych autorów (najczęściej fikcyjnych, jak np. ten fragmencik pt. Wariacja androgyńska na tematy Weneckie), elementy czysto liryczne pojawiają się tutaj obok „regularnych” form narracji w tzw. „dobrym starym stylu”. Zawsze jednak z dystansującym autorskim przymrużeniem oka podawane. Jak choćby owe licznie tu rozsiane króciutkie kruchej poetyckiej urody „migawki”  obserwacji „uczestniczących” – mieszkańca podparyskiego suburbia czy wspominek dawnego Romana Lisa spod Przemyskich okolic się wywodzącego – obok przeróżnej maści i urody  cytatów czy kryptocytatów literackich z dzieł i dziełek też oczywiście przeróżnej zresztą rangi (i w różnych celach wybieranych) autorów polskich i światowych; a autentyczne niewątpliwie w punkcie wyjścia, choć specyficznie przetwarzane ad usum całości „dziennikowe” zapiski spotykają się z innymi – trudnymi nawet do identyfikacji formalnej –  i mało raczej oczekiwanymi fragmencikami „szkieletami większej całości”  – autorstwa owych wymyślonych opowiadaczy-narratorów (alter ego autorskich postaci o wymyślnych (witkacowskich czy leśmianowskich) imionach, np. Baydała Oszczecirski, Yan Golasa, Roman Cićkiewicz, gen. Pstrąg), aż po paro stronicowy (zapowiadany tylko pod koniec utworu) „początek powieści autobiograficznej” – Pusty horyzont. Jest też tutaj – dodajmy jeszcze – nawet autentyczna i publikowana wcześniej (na łamach strony pisarze.pl) odpowiedź Romana Lisa na literacką Ankietę dociekliwego polonisty z Uniwersytetu Śląskiego, Andrzeja Śnioszka, na temat jego związków z „młodą literaturą” lat 70.).  Ale i nie tylko tutaj, bo i w innych nieoczekiwanych nawet miejscach, pojawiają się także, na prawach quasi bohaterów utworu, postaci autentyczne; przywoływane wprost z imienia i nazwiska osoby kolegów pisarzy i znajomych autora – uczestników życia literackiego w Polsce różnych czasów…

      Jak więc czytać te księgę Lis La Romana? Nie podejmuję się sformułowania jednej jedynej i jednoznacznej jej wykładni – odpowiedzi na to pytanie. Bo takiej chyba nie ma i być pewnie nie może, gdyż Instytut Hegemonii Człowieka jako dzieło synkretycznie niejednorodne pod każdym względem, z założenia swego takiej odpowiedzi nie potrzebuje. A i jego autor się nie spodziewa, ani jej zapewne też nie potrzebuje. Każdy czytelnik może tu znaleźć takie elementy narracyjne, które zechce uznać za najważniejsze z tych wszystkich innych konstytuujących jej zawartość. Myślę jednakże, że to samo w sobie też może być bardzo interesującym i intelektualnie zapładniającym zajęciem czytelniczym oraz krytycznoliterackim. Ale też byłby to i nieco daremny trud, bo jeszcze inni czytelnicy – egzegeci znajdą takie fragmenty całości, które mogą podważyć wszystkie inne jej interpretacje. On sam (któryś z jego alter ego) określa swój utwór mianem literatury „zmyślonego faktu skrzyżowanego z autobiografią fantastyczną”. Co nie wyklucza oczywiście i innych prób całościowego na nią spojrzenia. Bardzo jestem ich ciekaw i bardzo też autorowi tego życzę. Aby jego dzieło – a na to w pełni ono zasługuje – stało się przedmiotem żywych dyskusji, poważnych i na serio całkiem prowadzonych sporów krytycznych i analitycznych, bo to zawsze jest widomym znakiem życia każdego ważnego utworu literackiego. Myślę, że książkę Lis La Romana można i trzeba czytać też tak, jak podpowiada to jeden z jej narratorów, gen. Pstrąg: „ja książkę czytam nie dla powodów wabiących, jaki ona posiada. To znaczy nie interesuje mnie to, czy jest to jakaś fabuła, czy coś…, dlatego mogę od końca, od początku, wszędzie zacząć. Bo mnie zupełnie coś innego interesuje. I prosto zmierzam do tego, jak to jest zrobione, że to może przyciągać”.

    I taka pierwsza interpretacyjna jaskółka już się pojawiła. Oto poeta Józef Kurylak w miesięczniku «Nasz Przemyśl» (sierpień 2021) podjął się takiej całościowego i w poważnej tonacji utrzymanego spojrzenia na Instytut Hegemonii Człowieka: „Romek Lis wreszcie po prawie dwudziestu latach milczenia ogłosił w formie literackiej swoje poglądy mistyczne. Dzieło jego życia. Duży tom, ponad pięćset stron – to trudne dzieło jego licznych ja, autobiografia jego intelektu. W książce tej informuje, że założył Partię Stworzycieli Nowego Boga: skomplikowana, osobista teologia, ale i wysoka literatura. Teologia ta jest jednak daleka od myśli Augustyna, Tomasza z Akwinu, czy tragicznego buntu Nietzschego. Świat według Romana Lisa składa się ze śników, czyli najmniejszych cząstek snu. Podobnie w «Burzy» Szekspira myślał Prospero: «Sen i my z jednych złożeni pierwiastków». Należy pamiętać, że według Romana Lisa teologia, filozofia, a zwłaszcza religia, nie mogą zrezygnować z fantazjotwórczego imaginizmu: świat jest obrazem i zaświat jest obrazem (…) Roman oznajmia, że obowiązkiem i prawem każdego człowieka jest stworzenie nowego Boga, prawdziwszego, potężniejszego, a proces ten będzie trwał w nieskończoność, bo człowiek tworząc Boga, udoskonala równocześnie siebie. To fundamentalna idea jego prozy (…)  Mnóstwo w tej książce szczegółów, wątków, oderwanych dowcipnych tekstów, cała galeria postaci – wszystko to tworzy gęstą strukturę znaczeń, np. znakomite futurologiczne spojrzenie na Hamleta, Poloniusza i Ofelię. Niektóre teksty Roman napisał w Przemyślu, wówczas gdy był młodym, utalentowanym dzikim lisem – pamiętam wszystko. Czytałem tę książkę z taką pasją, z jaką czytałem kiedyś Dos Passosa «Rok 1919», u którego zachwyciły mnie tam wstawki poetyckie pt. «W oku kamery», przypominające «Migawki» Romana Lisa. Ale Romek nie ma żadnych wzorów, jest oryginalny, jest tym n o w y m   w polskiej literaturze, język tej prozy realizuje definicję Norwida: «Odpowiednie dać rzeczy słowo» (czasem nieodpowiednie – świadomie na przekór). Ważną cechą tej książki jest filozoficzność połączona z realizmem codziennym, brak chronologii – czas przeszły, teraźniejszy i przyszły tworzą jedność. To nowatorstwo formy. Bardzo interesujący jest «Szkielet większej całości». Dostrzegam w nim faulknerowską ekshumację: wioska Krzeczkowa, Krasiczyn, ziemia rodzinna, cerkiew, cmentarze. Duża część książki dzieje się w Przemyślu. To ostatnie strony tej znakomitej książki”.  Ale – i to warto też zacytować – Józef Kurylak, znakomity poeta i przyjaciel Romana Lisa z czasów przemyskiej literackiej młodości, dodaje na koniec: „Nie wszystko w niej zrozumiałem – kiedyś zrozumiem”.

    I tego nam, wszystkim Czytelnikom prozy Lis La Romana bardzo życzę. Bo naprawdę jest o czym podumać – i to nie tylko na paryskim, ale i na warszawskim bruku!

 J.T.

Kazimierz Ivosse

ZMIENIAĆ SNY WYRWANE Z KLATKI CZASU

„Instytut Hegemonii Człowieka” – tytuł omawianej tu książki dość intrygujący, której autorem jest poeta i pisarz osiadły na emigracji od 1988 roku Roman Lis (Lis Le Roman). Wybrał Francje i Paryż, jeden z ogromnej fali uchodźców wezbranej rzeki zwanej solidarnościową, której źródło zaczęło bić po stanie wojennym. Trudno pisze się recenzje z literackich dzieł przyjaciół, zwłaszcza tych, których znało się i przyjaźniło z lat tej naszej zakichanej młodości. Nie wszystkim udało się zacząć nowe życie właśnie w Paryżu. Bruno Ferrero ostrzegał: Nie pytaj Wiatru, dlaczego znajdujesz się tam, gdzie jesteś. Nawet jeśli zostałeś przykryty warstwą cementu, rób wszystko, byś mógł zapuścić korzenie i żyć. Masz jakieś przeznaczenie…

Będąc jednym z takich uchodźców, interesowałem się tymi, którzy wybrali taki los. Także moim przyjacielem. Odnalazłem go w Paryżu i zrobiłem z nim wywiad. Był to 1999 rok. Jego tytuł: „Kukura riczati, Europa hudati”. Dziwny tytuł i Czytelnicy znajdą go na kartach książki. Podtytuł brzmi: K.I. rozmawia z komisarzem performance’u „Czarna Dziura” Romanem Y. Kukurą.

Roman urodził się w Przemyślu w 1947 roku zaś debiut poetycki miał w 1966 roku (wiersz „Modlitwa” w „Nowinach Rzeszowskich”. Potem jego prozatorskie utwory (opowiadania oraz większe fragmenty powieści „Krywe”) ukazywały się w czasopismach literackich oraz almanachach. W roku 1979 ukazał się w Krajowej Agencji Wydawniczej w Rzeszowie znakomity tomik poetycki „Opis walki za wstęp”, który był bardzo ciepło przyjęty przez krytykę nie tylko regionalną, ale krytykę ogólnopolskich czasopism literackich. W roku 1993 poeta i pisarz wystawił w Paryżu „zdarzenie artystyczne (performance) zatytułowane „Rywal Diabła”. Zdarzenie to w różnej formie artystycznej przetrwało do dziś pod różnymi oczywiście artystycznymi narracjami, związanymi z czasem nadającym głębię artystycznej formie. Także pod różnymi tytułami, a aktualnie dziś jako Instytut Hegemonii Człowieka i taki też tytuł nosi książka – (nazwałbym to dzieło, dziełem opasłym, liczącym 600 stron i według mnie są tylko dwie drogi, aby przebrnąć przez to dzieło bez bólu głowy: jedna to czytać tak, jakby w tej księdze nic nie było, co może nas zaskoczyć, druga droga to tak czytać, jakby zaskakiwało nas każde przeczytane tam słowo napisane przez pisarza.

Każda książka ma swój początek i swój koniec. Ja zawołałbym w stronę pisarza: pisz dalej, nie kończ! Porównałbym to dzieło do obrazu, który trzeba namalować albo do książki, którą trzeba napisać. Jest w tej książce kawał życia autora i jestem pewny, że pisał ją grubo ponad dziesięć lat. Nigdy nie zapytałem o to Romana. Zanim sięgnąłem po jego książkę, przeczytałem książkę Marty Zelwan „Miejsce na rzeczywistość”, wydanej w 2020 roku przez Państwowy Instytut Wydawniczy w Warszawie .To wspaniała podróż autorki właśnie z Romanem, jak się okazuje jej „wspólnikiem” z poziomu rzeczywistości tej z internetowej Czurnej Czhidry. Zatem z Kosmosu, życiem w nim na planetach, które można opisać tylko w mowie ciemnej w czasie szyfrowanym. Przechodzenie z jawy w sen tylko w układzie śnikowym. Prawda, że skomplikowane? Ale nie aż tak, po prostu tak robią to siewcy herezji.

Roman wyznał autorce (prowadzili też korespondencję listowną), „że ma nieodparte wrażenie, że jesteśmy czymś o wiele bardziej nieznanym niż się wydają ludzkości według wiedzy zgromadzonej w ciągu ostatnich pięciu tysiącleci”. Internauci sprawili, że kosmos „wdarł się do internetu” i dobrze. Porozumiewają się ze sobą na całym świecie krótkofalowcy na falach eteru, były wypuszczane kiedyś balony z informacjami, lepiej, bo do morza wrzucane były zalakowane butelki, szybowały po niebie pocztowe gołębie – to dlaczego nie miałby być żywotny w sieciach internet?

Wszyscy przebywają w wirtualnym świecie i na tym polu zapewne będą zdarzać się rzeczy dziś nieprzewidywalne. Oto tych dwoje poznało się ze sprawą londyńskiej sekcji rzeczywistości london.com. Mój Boże! Roman wyznał, że czarną dziurę zobaczył w starym asfalcie przed domem w Paryżu, idąc rano po chleb. „Ta dziura była stroma, głęboka jak wejście do podziemi. Ziemia narasta, dno dziury mogło być powierzchnią przed setkami lat. Teraz dziura została odkryta, aby tam można było położyć rurę kanalizacyjną!”.

I tu wynika cały sens twórczego działania pisarza Romana Lisa (Kukury), który uważa, iż wewnątrz kuli świata, wszystkie czasy i wydarzenia mieszczą się równoprawnie jako elementy jednego złożonego dzieła sztuki. Obaj znamy ten emigrancki świat, rzuceni na drugi brzeg, bliżej lub dalej od ojczyzny. To życie obcego pośród najbardziej obcych. Roman martwi się o takich uchodźców; poetów, śmieciarzach, pijaków, wariatów, świętych, kosmitów, ludzi bezdomnych i nieprzytomnych, żyjących w odmiennych światach świadomości. Pisze zatem swoją księgę i wysyła ją do czarnej dziury. Dla mnie jest jakby badaczem „zranionych tożsamości”. To zatem w literaturze może uchodzić za nowość, a że zrodziło się na emigracyjnym poletku dzięki właśnie Romanowi i paru innym, tym lepiej. Rodzimi pisarze w Polsce twardo siedzą w tym, co „tu i teraz”, właśnie bez świadomości kosmicznej (za wyjątkiem paru bardzo dobrych twórców S-F). A teatr naszej rzeczywistości jest szerszy, posiada forum to wewnętrzne, ale też zewnętrzne, gdzie występują postacie wyśnione i te nie zawsze jawne widzialnie.

Roman Lis, zresztą nie jest to moja ocena, zgromadził w swojej książce nic innego, jak swoje sny i pragnienia. Są w niej także jego wizje doznane w młodości. Wtedy ich nie rozumiał jako młody człowiek i lata całe nosił w sobie tę tajemnicę „na orbicie własnego ja” jak określił to inny twórca emigracyjny (Baydała Oszczecirski – pewnie to pseudonim). Książka zatem jest taką składanką złożoną z obszernych fragmentów powieści, opowiadań, dziennika, reportaży także poetyckich śnień, odnotowanych na gorąco rozmów i dysput, z garści płaczu i garści śmiechu poplątanie, ale złożone w całość, którą czyta się jednym tchem.

Na koniec radziłbym naszym czytelnikom zapoznać się z tymi dwoma książkami, Marty Zelwan i Lis Le Roman. Proza obojga jakby przeistaczała się w wielką sztukę, tak na żywo. Autorka mogła zaprosić do swej książki inne postacie, wybrała jedną, może właśnie najwłaściwszą, z bogatym wnętrzem, przez to i jej książka jest też pasjonująca. Dla mnie twórczość Romana Lisa jest miłym zaskoczeniem, bo nie znałem go takiego.

Gazeta Kulturalna

Nr 9(301) wrzesień 2021

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko