Adam Lizakowski – C.K. Nowid w Nowym Yorku. Na 200 rocznicę urodzin poety Cypriana Kamila Norwida. Część 1

4
219

Podróż

Adam Lizakowski
Adam Lizakowski

Cyprian Kamil Norwid (1821-1883).  Czwarty polski poeta doby romantyzmu, ale nie poeta romantyczny, tylko romantyk-symbolista a nawet modernista w Ameryce to brzmi bardzo interesująco, bo niewielu ludzi wie, czy pamięta, że ten wspaniały poeta, nowator, który zastaną poezję rymowanek i wzruszeń odrzucił, bo chciał „przerobić” na poezję myślącą.  Poetycka wypowiedz Norwida to kwestia przemyśleń, głębokich znaczeń, a nie wyszukiwanie rymujących się słów. Źródłami jego poezji była kultura antyczna, refleksja filozoficzna, bogactwo Biblii, czyli chrześcijaństwo oraz niełatwe, często dramatyczne życie, czyli własna biografia.

Opuszczając Warszawę młody poeta nawet nie zdawał sobie sprawę z tego, że na emigracji będzie musiał stanąć „twarzą w twarz” z największymi ówczesnymi poetami Adamem Mickiewiczem i Juliuszem Słowackim do których dzieł „przywykła” już czytająca publiczność. Gdyby został w Polsce prawdopodobnie nie miałby żadnego problemu pisać, tworzyć w „ich duchu”,  zostałby „szanowany i zrozumiałym poetą drugiego pokolenia romantyków”, ale emigracja, pobyt w Paryżu stworzyła „nowego Norwida”, którego korzenie sięgały romantyzmu, ale owoc wydany był już inny, nieznany, gorzki i tak nie smakował jak te utwory pisarze w pierwszej połowie XIX w. Norwid wybrał własną drogę odrzucając funkcjonujące wielkich romantyków konwencje literackie. Ta „własna droga” stała się „drogą krzyżową”, poeta na niej rzucił wezwanie czytelnikowi, który go odrzucił, tłumacząc, że  pisze niezrozumiale, bo jego eksperymenty językowe to nic innego niż dziwactwa. Słowo, które posiada więcej niż trzy znaczenia, praca na tkance słownej, czyli docieranie do jej najgłębszych sensów, tworzenie neologizmów powoduje, że mało wymagający czytelnik traci sens tego czego szuka w poezji a ona samo przestaje „być’ przyjemna w odbiorze, staje się „łamaniem mózgu”, zagadką typu co poeta miał na myśli…

Norwid to także malarz, rzeźbiarz, słowem artysta też w Ameryce szukał szczęścia, którego nigdy chyba nie zgubił, bo go nie miał, więc jak można szukać czegoś, czego się nie zgubiło. Norwid nie przybył do Ameryki, jako emigrant polityczny, jakim był w Europie, ale jako emigrant ekonomiczny wypędzony przez nędzę, po części z powodów prywatnych i finansowych. Słowo „uciekał za ocean” jest za mocne, ale oddaje stan ducha artysty, jego samopoczucie psychiczne, chwile, w których zdecydował się opuścił Paryż i Europę. Zanim załatwił wszystkie formalności paszportowe, na pewno otrzymał jakąś małą skromną wyprawkę finansową od rządu francuskiego, (na drogę do Ameryki, aby w niej po tygodniu nie umarł już z głodu), który na pewno liczył na to, że będzie jednego mniej emigranta z Polski we Francji.

Podróż przez Atlantyk, wtedy przeważnie trwała 2-3 tygodnie – Norwid wybrał niefortunnie zimę i jego „wyprawa” z powodu niesprzyjającej pogody trwała dwa miesiące. Przez ten czas był wśród ludzi takich jak on, zdany na łaskę i niełaskę żywiołu, ludzi przestraszonych i modlących się o własne życie od rana do wieczora pod mrocznym i cuchnącym pokładem żaglowca.  Poeta, jednak nie tylko spędzał czas na modlitwie, także pisał i rysował, myślał nad tym, w jakiej znalazł się sytuacji i co będzie dalej, gdy postawi nogę w porcie

*(Jak zauważył prof. K. Braun w liście do mnie o Norwidzie.).

nowojorskim. Niestety trzydzieści lat później jego rysunki i myśli spisane podczas podróży morskiej prawdopodobnie zostały po jego śmierci wraz z wieloma innymi rzeczami wyrzucone na śmietnik.

Co poeta wiedział o Ameryce zanim do niej dotarł? Artysta znał ją zapewnie z opowiadań ludzi, a także z prasy i książek rodowitych Amerykanów jak i tych, co się z nią zetknęli i powrócili do Europy; Ameryką jest egoistyczna, dolara stawia wyżej niż Boga, że prostactwo i prostota obyczajów rzuca się w oczy już zaraz po zejściu ze statku na ląd. Konieczność ciężkiej pracy jest jakby wpisana w DNA emigranta lub przyszłych kandydatów na obywateli amerykańskich. Praca po 12-16 godzin dziennie nie jest niczym nadzwyczajnym, a ona jeszcze nie gwarantuje sukcesu, wciąż większość emigrantów żyje na granicy nędzy i ubóstwa.

Nie wiemy jak wyobrażał sobie swój pobyt w Ameryce – czy zdawał sobie sprawę z tego, że przed swoim pechem, prześmiewcami i szydercami nie ucieknie, bo oni już bardzo mocno wkradli się w jego życie, umysł i serce i on nawet będzie tęsknił za nimi, bo on Norwid zabrał ich ze sobą do Nowego Świata. Jak większość emigrantów poeta był bardzo naiwny wierzył, że jego życie w Ameryce będzie inne niż w Europie. Otóż nie było, ono było wierną kopią życia w Europie. Tak potrafił zażartować sobie los z niego i tysiąca innych, którym się wydawało, że podróż statkiem kiedyś, czy dzisiaj samolotem przez ocean zmieni ich w innych ludzi, jak jakaś czarodziejska rożka. Norwid chodzący po Nowym Jorku był tym samym Norwidem chodzącym po Paryżu: nieszczęśliwy, głodny, żyjący swoimi marzeniami o wielkim sukcesie artysty, przed którym drzwi salonów europejskich stoją otworem. Wciąż myślał o towarzystwie francuskim; panów we frakach a pań we brokatowych sukniach, wieczorowych tańcach, na których wyborne towarzystwo je owoce morza, różnego rodzaju mięsa, drób hodowlany i dziki, pije wyszukane napoje chłodzące i alkoholowe, je przepyszne ciastka i deserowe lody. W Ameryce nie było salonów literackich i arystokracji, tego wszystkiego, z czym poeta zżył się w Paryżu, ale bieda, niezaradność życiowa, brak przystosowania do nowych warunków były takie same, znane poecie aż za dobrze.

Norwid, jako człowiek był bardzo skomplikowaną osobą, to, że nie był doskonały, tego nie trzeba pisać, bo nikt z nas nie jest doskonały, posiadał wiele wad, jedną z nich był egocentryzm i altruizm, emocjonalne rozchwianie i bardzo brutalne/ostre oceniał innych np. A. Mickiewicza czy J. Słowackiego, czy rdzenną amerykańską ludność, tzw. czerwonoskórych. Mając taki charakter, a nie inny, nie było mu łatwiej w młodej Ameryce niż w starej Europie, gdzie ponad dziesięciu lat był emigrantem i znał smak chleba na obcej ziemi. Poeta jak większość nowo przybyłych emigrantów zabrał ze sobą wszystkie swoje problemy, zmartwienia, choroby i one towarzyszyły mu na każdym skrawu amerykańskiej rzeczywistości. Ameryka miała być miejscem nowych możliwości dla utalentowanego – ale jak na Amerykę – już niemłodego człowieka miała być miejscem, na którym dorośli i już ukształtowani ludzie rodzą się na nowo. Malarz Norwid nie nadawał się do karczowania lasów, orania ziemi, osuszania błot, siania i koszenia, czy stawiania domów. Wielka, wspaniała Ameryka parła na zachód na tak nazywane  Równiny Prerii, ciągnące się od granicy z Kanadą aż po granicę z Meksykiem. Każda para rąk była potrzebna, a ziemia czekała na śmiałków. Poeta podejmuje fizyczną pracę i przegrywa, bo nienauczony do ciężkiej pracy jeszcze bardziej choruje niż w Europie, słaba psychika też daje znać o sobie

Pierwsze dni w Ameryce

Autor wiersza Do obywatela Johna Brown  przypłynął do Nowego Jorku na żaglowcu handlowym o nazwie “Margaret Evans” dnia, 14 lutego 1853 roku. W tym roku Ameryka była już od Atlantyku po Pacyfik i potrzebowała jak najwięcej rąk do pracy i jak najwięcej obywateli, aby zasiedlali tereny odbierane Indianom. Jak każdy przybysz zza oceanu do Ameryki, na pewno przez pierwsze dwa tygodnie odsypiał podróż i prawdopodobnie miał problemy z jedzeniem, chodzeniem i spaniem, bo zmiana czasu z europejskiego na amerykański, też miała duży wpływ na jego psychikę. Trudno jest też wyobrazić sobie Norwida, jako człowieka zaradnego, który jak większość Polaków po wylądowaniu na Ziemi Waszyngtona biegnie do kiosku kupić gazetę z ogłoszeniami o pracę, albo biegnie do polskiego księdza (poeta był bardzo religijnym człowiekiem) – bo ksiądz na emigracji najważniejszy – na Mszę świętą, aby „po kościele” zasięgnąć języka, gdzie tu, jaka praca jest. Nie było Polski, i nie było opieki państwa polskiego nad swoimi obywatelami, a w czasach Norwida i wiele dekad później jedynie polskimi inteligentami, a jeśli to słowo jest „za duże”, to osobami umiejącymi pisać i czytać, których, na co dzień spotykały polskie masy chłopstwa byli księża. Oni nie tylko zaspakajali potrzeby duchowe, ale także dnia codziennego tzw. poza religijne.

Norwid opisuje Europę

W kwietniu roku 1853, czyli po dwóch miesiącach pobytu w Nowym Yorku poeta pisze do swojej powierniczki serca Marii Trębackiej bardzo ciekawy, dramatyczny wiersz-list, któremu nie nadaje tytułu.  Nie będziemy go tutaj omawiać ani analizować, warto jednak wspomnieć, że niektóre wersy są jedenastozgłoskowe a inne dwunastozgłoskowe. Wiersz ma trzynaście zwrotek o różniej długości i ilości wersów.  List rozpoczyna wers [PIERWSZY LIST, CO MNIE DOSZEDŁ Z EUROPY… podpowiada czytelnikowi, o czym może być ten utwór, ale w rzeczywistości tak nie jest, bo to Norwid pisze pierwszy list z Ameryki do Europy, a w nim opisuje swoją podróż do Ameryki w dramatycznych słowach; Dnie były głodu, pragnienia i inne, /Dnie moru, dzieci konały niewinne. W liście tym podaje też powód, dlaczego opuścił Europę;

Musiałem rzucić się za ten Ocean,
Nie abym szukał Ameryki – ale
Ażebym nie był tam… O! wierz mi, Pani,
Że dla zabawki nie szuka się grobu
Na półokręgu przeciwległym globu.

 Doszedł jednak do wniosku, że on po prostu nie znalazł żadnych sojuszników emigrantów z Polski ani też wśród Francuzów, dlatego płynie do Ameryki, można się domyślać. Jego sojusznikami nie mogli być ani arystokraci ani literaci, on był inny, w sumie ich krytykował, bo go nie rozumieli. W dziesiątej zwrotce poeta przeczuwa swoje dalsze perypetie po śmierci; Aż pękło serce jak organ zepsuty. / To – któż wie?… również będzie z grobem moim… List kończy najdłuższa zwrotka, trzynasta, w której poeta zwraca się do swoich nieprzyjaciół pozostawionych w Europie;

A wy? O! moi, wy, nieprzyjaciele,
Którzy począwszy od pełności serca
Aż do ziarn piasku pod stopami mymi
Wszystko mi wzięliście, mówiąc: “Nie słyszy,
Nie wie – nie widzi – nie zna…” Wam ja z góry
Samego siebie ruin mówię tylko,
Że z głębi serca błogosławić chciałbym,
Chciałbym… to tyle mogę… resztę nie ja,
Bo ja tam kończę się, gdzie możność moja.

W zwrotce tej poeta wyraźnie sugeruje, że on, jako człowiek niewiele może, poza tym, że może pobłogosławić tych, co mu utrudniają życie, ale tak naprawdę, to wszystko jest w rękach Pana Boga, czyli wszystko pozostawia Bożej opatrzności, na która i on sam się zdaje, bo jako człowiek też jest ograniczony.

Nowy York Norwida

Nowy Jork „za czasów Norwida” wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj, czego nie można powiedzieć o wielu miastach europejskich, które od czasów średniowiecza wyglądają bardzo podobnie. Miasto przede wszystkim było niskie, nie wynaleziono jeszcze wind, ani konstrukcji stalowych, nie było elektryczności ani latarni ulicznych takich jak w Europie. Miasto, było przeludnione, chociaż nie miało nawet miliona mieszkańców, masowy napływ biedoty niemieckiej był tak wielki, że język niemiecki był drugim językiem miasta.   Po ulicach oprócz ludzi chodziły kury i świnie i inne zwierzęta domowe.  Tego nie trzeba głośno mówić, bo wszyscy wiedzą, warto jednak przypomnieć, że ulice tonęły w brudzie, nieczystościach i smrodzie. Nieczystości gospodarskie, ludzkie, zwierząt domowych i końskie wraz z moczem, „walały się po ulicach”.  Bardzo popularne dorożki konne dostarczały tysiące ton nawozu końskiego dziennie.  To była pierwsza rzecz, jaka „rzucała się w oczy i nosy” przybyszom, bo miejscowi do tego smrodu i widoku dawno już przywykli. Małe drewniane domki często się paliły i straż pożarna zawsze miała ręce pełne roboty, a poza językiem angielskim wszędzie dominował język niemiecki, którym prawdopodobnie więcej mieszkańców mówiło, na co dzień niż angielskim.

W takimi miejscu, mieście i wśród ludzi zwykłych, nieważnych, przeciętnych przyszło żyć poecie. On na pewno uważał się siebie za artystę, bo nim był i przebywanie wśród takich tłumów z całego świata, przecież nie tylko mieszkali i żyli tam analfabeci z polskich ziem, było dla poety myślą nieprzyjemną. Poeta był ponad tłumem i ulokował siebie samego na jego peryferiach, co oznaczało po raz kolejny izolację a tym samym samotność. Trzeba też pamięć o tym, że i on uległ pewnej „propagandzie złoto ustnych naganiacze” w podobnym stopniu jak małorolni dziewiętnasto-wieczni chłopi, którym obiecywano, że przepustką do sukcesu i własnego gospodarstwa jest ciężka praca, której polskie chłopstwo się nie bało oraz, aby osłodzić im podróż przez ocean, opowiadali im, że w Ameryce będą obsługiwani przez czarne małpy pod warunkiem, że pozbędą się swoich baranich kożuchów, sukman, chłopskich ubrań koszuli i spodni ze zgrzebnego płótna i będą wyglądać jak każdy „normalny człowiek” w Ameryce.  Agentom także przeszkadzały polskie nazwiska chłopów, którzy często zmieniali je na angielskie czy niemieckie, które były łatwiejsze do wypowiedzenia, a także gwarantowały szybsze znalezienie pracy, nawet lepszej, bo Słowianie, ogólnie mówiąc byli traktowani, jako ludzie drugiej kategorii.

 Norwid i praca

Te piętnaście miesięcy na Ziemi Waszyngtona znawcy i badacze twórczości poety nazywają „epizodem amerykańskim Norwida”. Zaledwie nieco ponad rok jak na Amerykę to stanowczo za mało, większość emigrantów dopiero po siedmiu latach staje tutaj i to tylko na jednej nodze. Ameryka potrzebuje rzemieślników, ludzi z fachem w rękach: cieśli, krawców, murarzy, stolarzy, ślusarzy, młodych i silnych, zdrowych i cierpliwych, umiejących znosić upokorzenia.  W tym miejscu można się zastanowić nad tym czy polski szlachcić potrafił fizycznie pracować? Czy poeta nadawał się do pracy fizycznej, czy urodzeni na dworach tzw. herbowi, potrafili używać rąk do pracy? Jak podają źródła na samym początku pobytu poety w Nowym York pierwszą jego pracą było rąbanie drzewa na opał. (Inne źródła podają, że był cieślą, ale to jest mało prawdopodobne, bo gdzie miał się nauczyć zawodu tego).  Przy tej czynności skaleczył się tak paskudnie za sprawą drzazgi, że nawet zakażenie się wdało. Można chyba stwierdzić, że nienauczony był do tych rzeczy, ale umiał malować, rzeźbić, rysować, mógł zarobkować ołówkiem, pędzlem, rylcem  i był natchnionym artystą.

Nie nadawał się do dźwigania ciężkich pak w porcie nowojorskim, ani czyszczeniem butów gości hotelowych, bo nawet i do tej roboty się nie nadawał, bo był za stary, to praca dla „wyrostków”.  Problematyczne dla współczesnych jest myślenie Norwida o pracy, czyli zarabianiu na siebie samego i zaspokajaniu swoich codziennych potrzeb i obojętne czy jest to praca fizyczna czy umysłowa, najważniejsze jest to, aby nie być głodnym i nie prosić innych o jałmużnę.  Jeszcze o innej pracy mówił poeta, umysłowej, twórczej i pracy nad sobą samym, swoim wnętrzem w doskonaleniu się, co wcale nie oznacza, że praca ciężka, fizyczna nie może być tą pracą, która pomoże nam w samodoskonaleniu siebie.

Dla poety znad Wisły praca to było myślenie o prawdzie, Bogu, chrześcijaństwie, o relacjach człowiek Bóg, kulturze antycznej. Dla niego sztuka była kościołem pracy, on rozumiał pracę, jako tworzenie, dzieło myśli, całe dnie spędzał na myśleniu o pracy ale nie pracy w zwykłego człowieka zrozumieniu.  Na dalszy plan schodzi wysiłek fizyczny, ważniejszy jest spokój ducha, sumienia i umysłu. Gdyby mu płacono za myślenie o pracy, byłby zamożnym człowiekiem, ale niestety tak nie było. Zresztą Norwid miał bardzo specyficzne myślenie o pracy, generalnie ją chwalił, twierdził, że jest przeznaczeniem człowieka, wiele pięknych myśli i słów o niej napisał, także napomina Amerykanów, aby nie próbowali się na swojej pracy bogacić lub wzbogacić, bo to już według niego nie jest godne człowieka. Ostrzegał też artystów, aby nie dali się manipulować przez tych, co mają pieniądze mówiąc im, nawet dyktując, co mają rzeźbić i jak pisać czy malować. Przeciwstawił się sile pieniądza, widział w nim moc niszczycielską, ale jak każdy z nas potrzebował z „czegoś żyć”.  Chętnie skorzystał z pomocy tych, co się na pracy wzbogacili, pisał listy z prośbami o pomoc, obrażał się, gdy mu odmawiano lub dawano nie tyle o ile prosił, gdy nie dzielono się z nim „owocami pracy”, stąd ta Norwidowska złożoność myślenia o pracy. Przez całe życie żył na granicy nędzy i ubóstwa, chociaż jak zostało już powiedziane pracę bardzo wysoko sobie cenił i ją podziwiał.

Dzisiaj Nowy York jest trudnym miastem do życia tak jak był sto pięćdziesiąt lat temu; tysiące emigrantów, artystów, niewiedzących, co zrobić ze swoim życiem z całego świata przybywa do niego tylko z pustymi kieszeniami w jednym celu: poprawić swoje życie, coś w nim zmienić na lepszego, wzbogacić się, osiągnąć sukces, bo w Ameryce jest to łatwiej zrobić niż gdziekolwiek indziej. Te tysiące marzycieli, amatorów na bułkę z masłem i szynką, są gotowi na wszystko, na każdą pracę, nawet najpodlejszą, najmniej płatną, która tylko dawałaby szanse przeżyć, nawet skórka chleba jest lepsza niż głód, nawet miejsce w kącie, gdzieś na podłodze obok śpiących pięciu zupełnie obcych sobie osób jest lepsze niż noc spędzona pod mostem czy w parku pod drzewem. Ameryka dużo daje, ale i dużo wymaga poświęcenia.

Norwida zatrudniono do pracy po raz pierwszy w życiu, tak na poważnie, gdy miał trzydzieści dwa lata, szczęście się do niego uśmiechnęło, znalazł zatrudnienie, jako artysta. Ameryka uśmiecha się do niego, podaje rękę, trzeba to doceniać, ale poeta tego niedocenia, ani po skończonej pracy, ani w żaden sposób tego szczęścia nie wykorzysta. Jak podają źródła dzięki znajomościom jeszcze z Warszawy i rekomendacjom, otrzymał  do­brą po­sa­dę ry­sow­ni­ka w pra­cow­ni gra­ficz­nej De­ople­ra, gdzie trwa­ły pra­ce nad al­bu­mem Wy­sta­wy Świa­to­wej. Pra­co­wał tam do wrze­śnia 1853 roku.  Mówiąc językiem dzisiejszym trafiła mu się fucha, a po niej jeszcze jedna i pomalował kajutę kapitańską na statku Black Warrior, pływającego pomiędzy Nowym Jorkiem a Hawaną. Dorabiał też, jako rzeźbiarz, tworzy płaskorzeźby, wykonuje krucyfiks dla jakiegoś amerykańskiego obrotnego rzeźbiarza, który coś mu tam płaci, chyba niewiele, a mógłby nic nie zapłacić, – bo tak robiło i robi wielu – gdy się dowie, że ma do czynienia z nowoprzybyłym emigrantem, artystą, poetą, czyli z „ofermą życiową”. Zresztą, oszukiwanie i okradanie nowych emigrantów przez starych emigrantów z dłuższym stażem jest na porządku dziennym, nic nowego pod słońcem jak mówi Eklezjasta.

Praca, work, work, work to tak samo ważne słowo w Ameryce jak love and dolar and God We Trust. Trudno jest powiedzieć, czy poeta był zdolny do jakiejkolwiek pracy fizycznej, czy traktował ją tylko, jako pojęcie abstrakcyjne, może karę za grzech pierworodny, nie w sensie pracy, która jest źródłem dochodów materialnych czy ekonomicznych. Można założyć, że dla artysty, który podporządkował całe swoje życie swojej twórczość praca mogła być rozumiana, jako droga duchowego rozwoju i doskonalenia samego siebie, jako przypodobaniu się Bogu.

W 1864 roku w arcyciekawym wierszu pt. Praca, ( do wiersza w dalszej części tego artykułu raz jeszcze wrócimy) składającym się z czterech części a każda część wymaga interpretacji osobno, czego tutaj nie będziemy robić, poeta bardzo wyraźnie mówi o pracy w pierwszej zwrotce:

 „Pracować musisz” – głos ogromny woła – 
Nie z potem dłoni lub twojego grzbietu
(Iż prac-początek, doprawdy, że nie tu),
Pracować musisz z potem twego czoła!
Bądź sobie, jak tam chcesz? – realnym człekiem:
Nic nie poradzisz!… każde twoje dzieło,
Choćby się z trudów herkulejskich wszczęło,
Niedopełnionem będzie i kalekiem…
Pokąd pojęcia-pracy korzeń jeden
Nie trwa? – dopóty wszystkie tracą zgoła;
Głos grzmi nad tobą: „Postradałeś Eden!”
Grzmi dookoła: „Pracuj! z potem czoła!” 

Norwid pisał o pracy twórczej, „z potem czoła”,  a nie o pracy fizycznej „ w pocie czoła” , on preferował wysiłek umysłowy, myślowy i wyżej go stawiał niż wysiłek fizyczny.

Cdn

Adam Lizakowski
Świdnica 10 września, 2021r.

Reklama

4 KOMENTARZE

  1. Powiem tak zwyczajnie: Norwid to moje zauroczenie, odkąd mając 15 lat przeczytałam jego wiersz: “Wstążkę mi dałaś błękitną…”. Może dlatego, że ten pierwszy trafił w moje piętnastoletnie “dziewczeństwo” tą wstążką i to błękitną i tak pięknie ukazane niespełnione uczucie mężczyzny, które w tym wieku porywa wyobraźnię. Potem przyszły te bardziej filozoficzne. Nie czytywałam ich bez przerwy, ale od święta. Nie każdy jego wiersz mnie brał, tzn. oczarowywał, bo czasem bywały za trudne. Nie czytywałam ich w dużych ilościach, ale po trochu i z uroczystym oczekiwaniem. Muszę zaraz wyjąć z półki któryś tomik.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko