Andrzej Poleski – Głośne milczenie

0
136

Co różni bestseller od wartościowej książki? Chyba to że bestseller zwyczajnie się czyta, potem odkłada na półkę i zapomina, zaś wartościowa książka zadaje pytania, skłania do intensywnego myślenia, a odłożona wciąż prowokuje. Słuszność tej oceny potwierdza lektura nowej powieści Jana Adama Borzęckiego pt. „Mężczyzna który milczy”.  Biorąc bowiem pod uwagę powyższe kryterium z góry zakładam, że wspomniana powieść bestsellerem raczej nie będzie, co dla mnie jest konstatacją pozytywną. Bo chociaż intelektualna posucha na czytelniczym placu pozostawiła najbardziej zaawansowanych wielbicieli słowa pisanego, spora ich część przedkłada lektury tematycznie i formalnie łatwiejsze. Recenzowana powieść z głębokim wątkiem psychologicznym wymaga rozległej refleksji i wyobraźni, a przede wszystkim uruchomienia głębokiej wrażliwości. Zaskakująca jest już sama koncepcja powieści znamionująca zarówno dużą twórczą odwagę autora, jak i przekonanie, że potrafi sprostać tak ambitnemu zadaniu.

Powieść „Mężczyzna który milczy” najkrócej można byłoby nazwać rozmową o milczeniu, a może raczej milczeniem o rozmowie. To polemika na temat zalet i szkodliwości słów oraz pozytywnych stron mądrej ciszy. To psychologiczne studium będące rozwinięciem znanej maksymy o złocie milczenia i srebrze mowy. Niewątpliwą zaletą tej książki jest umiejętność zarażenia nastrojem oraz skłonienia czytelnika do udziału w tej starej jak świat dyskusji.

Bohaterem powieści jest doświadczony, zbliżający się do emerytalnej granicy, prowincjonalny adwokat, który na skutek wypadku drogowego utracił mowę i słuch. I chociaż jest człowiekiem psychicznie mocnym, sytuacja ta doprowadza go na skraj depresji. Jest  zdezorientowany, czuje się wyrzucony poza społeczny nawias i przekonany, że życie bez podstawowych zmysłów jest wręcz niemożliwe. Stroni od ludzi, wspomina, idealizuje przeszłość i  z nadzieją czeka na powrót fonicznej i językowej sprawności. Z czasem odkrywa jednak, iż nowy wymiar przynosi także korzyści w postaci pełniejszego poznania życiowych problemów, identyfikację z tymi, których dotąd nie widział, a może raczej starał się ich nie dostrzegać; że żyjemy wśród ludzi, których problemów nie znamy i które osobom zdrowym są zupełnie obce. Z czasem zaczyna dostrzegać pozytywy nowej sytuacji: możliwość wyciszenia się, spokojnej, wartościującej kontemplacji i przybór sympatii do świata. Brak słuchu i mowy skutecznie eliminuje przykre prowokacje i konieczność przekazywania bliźnim tego, czego nie chcieliby słyszeć sprzyjając zbilansowaniu dotychczasowego żywota oraz umożliwiając wyciągnięcie wniosków na przyszłość. Analizując dotychczasowy żywot – znakomite, emocjonalnie sugestywne opisy zdarzeń, ludzi i krajobrazów – powieściowy bohater dochodzi do wniosku, że przyczyną większości niepowodzeń były nierozważne, wypowiadane w gniewie słowa oraz nieumiejętność słuchania i uwzględnienia racji innych. Wady te najbardziej uwidaczniały się w życiu rodzinnym, prowadząc do małżeńskiego kryzysu z realną groźbą rozwodu włącznie. Spowodowane utratą mowy i słuchu wyciszenie  umożliwiło bohaterowi zrozumienia własnych błędów, przybór życzliwości oraz uzdrowienie małżeństwa. Pozytywna akceptacja takiego stanu rzeczy jest tak głęboka, iż kiedy pojawiają się symptomy powrotu słuchu i mowy, bohater nie jest pewien, czy come beck do świata dźwięku będzie dlań korzystny; czy powrót na gwarne targowisko pustosłowia, próżności i egoizmu nie zwichnie nabytej w świecie ciszy bezpiecznej równowagi, nie zepchnie logiki na niepewny grunt słownej emocji gdzie prawda przegrywa z prymitywną demagogią.

Lektura tej powieści uświadamia powszechną banalizację pozornej mądrości słów, które bezmyślnie powtarzane stają się puste i nie wywołują pożądanych refleksji. Przykładem procesu takiego jałowienia może być powszechnie znana maksyma o złocie milczenia i srebrze mowy. Rzecz w tym, że jeśli milczenie wciąż zachowało względną wartość najszlachetniejszego kruszcu, srebro mowy zastąpiły pośledniejsze metale, a coraz częściej plastik. Zaletą powieści Jan A. Borzęckiego jest sprowadzenie tej przysłowiowej, wręcz technologicznie i obyczajowo zmarginalizowanej prawdy do prawdziwie humanistycznego wymiaru subiektywnego doświadczenia. W powieści dyskusja o wyższości milczenia nad byle jakim słowem nie jest zbanalizowaną ludową mądrością lecz jednym z podstawowych narzędzi międzyludzkiego porozumienia i środkiem naprawy coraz bardziej ułomnego humanizmu. Przynajmniej dla tych, którzy słuchając monologów, dialogów i publicznych dysput potrafią ocenić dewaluację słowa, a nade wszystko poddać krytyce własne językowe dokonania.

Czytając powyższe wywody można posądzić pisarza o wygłaszanie poważnego wykładu na temat języka i meandrów międzyludzkiej komunikacji. Nic bardziej mylnego bo wszystkie te mądrości stanowią puentę opowiadania opartego na kanwie  życiorysu powieściowego bohatera. Może raczej wielu opowiadań bo zaletą tej powieści jest wielowątkowość i narracyjna zmienność. Gdyby nie łącząca je fabuła poszczególne części można byłoby potraktować jako wsparty elementami eseju, zbiór opowiadań o różnych aspektach ludzkiego żywota i wspaniałomyślności pamięci pozwalającej na zagęszczenie coraz mniej optymistycznej przyszłości. A że autor jest uważnym obserwatorem i znakomitym gawędziarzem, droga do sedna jest nader interesująca i urozmaicona. Zaskakuje umiejętność łączenia pozornie odległych wątków z ich psychologiczną analizą, zdumiewa łatwość wywoływania nastroju oraz uszlachetniania sentymentu. Przez swoją życiorysową zwyczajność powieść ta ma także niebagatelną zaletę przypominania czytelnikowi jego własnej biografii, która także okazuje się być godną literatury. Okazuje się bowiem, że z czasowego dystansu istotne stają się osoby i sprawy, którym wcześniej odmawialiśmy znaczenia; że w konfrontacji z innymi, nasza przeszłość staje się wręcz jedynym dowodem tożsamości.

Na podkreślenie zasługuje także uroda języka, o której nie trzeba przekonywać czytelników wcześniejszych książek tego autora. Na tle współczesnej – także literackiej – nowomowy, język używany przez Jana A. Borzęckiego jawi się jak uporządkowana półka w przeładowanym, zabałaganionym markecie.

Być może wynika to z dystansu z jakim pisarz traktuje zmieniającą się rzeczywistość szukając problemów uniwersalnych w świecie zdominowanym przez wszechogarniający intelektualny zamęt, w którym naukę, mądrość i autorytety zapędzono do ciemnego kąta. Jeśli więc inni tropią zmieniające się trendy, mody i gusta, opisują scenograficzną, obyczajową i konsumpcyjną dynamiczność, Borzęcki świadomie wybiera status pisarza szukającego wartości bez których człowiek przestaje być człowiekiem myślącym, ewoluując w kierunku bezwolnego pionka i istoty kierowanej za pomocą pilota. W tym miejscu pozwolę sobie na przytoczenie cytatu z wywiadu opublikowanego na okładce zbioru opowiadań „Miasto jak konfesjonał”: Interesują mnie ludzkie przeżycia, ale nie w wymiarze dostrzegalnym na pierwszy rzut oka, lecz sprawy niewidoczne, raczej wyczuwalne. Takie uwierające drzazgi, których nie da się usunąć z powodu trudność w ich lokalizacji”. Analizując pisarstwo J.A. Borzęckiego łatwo zauważyć, że tym co go wyróżnia jest głębokie zainteresowanie człowiekiem i jego szeroko pojętymi problemami egzystencjalnymi. Bo niezależnie od zmiany scenografii miłość pozostaje miłością, żal żalem, współczucie współczuciem, a wzajemna życzliwość była, jest i miejmy nadzieje pozostanie miarą humanizmu. Jest to pisarstwo próbą zwrócenia uwagi na wartości bez których inny człowiek staje się jedynie konkurentem na drodze do przysłowiowego koryta, obiektem zawiści, a nawet istotą uprzedmiotowioną i nie zasługującą na uwagę. W owym świadomym zwolnieniu akcji autor reprezentuje stateczność pogardzanej dziś prowincji, która mimo coraz dolegliwszego kłucia ostrogami współczesności, stara się ocalać wartości, które w intelektualnym  bezhołowiu poddawane są w wątpliwość lub wręcz odrzucane jako kulturowy balast. W tym względzie symptomatyczny jest fragment powieści opisujący stosunek ludzi zdrowych do niepełnosprawnych z przesłaniem, że jeśli nie poddamy ocenie naszej mentalności, niebawem, niezależnie od sprawności fizycznej i umysłowej, traktować będziemy się jak wybrakowani. Nie będąc konserwatystą pisarz usilnie stara się nas przekonać, że wartości te nie stoją na drodze naszym aspiracjom lecz służą łagodzeniu ambicjonalnej bezwzględności i oswajają zawirowania hurtowo zasobnej współczesności. Głównym przesłaniem tej powieści jest jednak zwrócenie uwagi na niebezpieczeństwo zgubienia się w lesie spraw pozornie ważnych, egoistycznego traktowania obecności innych oraz zmarginalizowania wartości grożących samotnością w świecie opanowanym przez ignorancję i próżność. Więc róbmy coś póki stać nas na rozróżnienie mądrości od głupoty, taktu od chamstwa i życzliwości od interesownej uprzejmości; skoro jeszcze potrafimy zdobyć się na wyciągnięcie wniosków z  przeszłości i wybór miejsca wśród narzucających nam jedynie słuszne poglądy. Sprzeciwiajmy się  humanistycznej anarchii, w której myślenie i mądrość skazane zostaną na życie w rezerwacie. Wierzącym w wygraną rozsądku i mądrości dedykuję końcowy wers powieści: „Więc może kiedyś usłyszę i przemówię, ale jedynie wtedy, kiedy nauczę się słyszeć i mówić to, co naprawdę ważne. Bo milczenie też może być miłością

Przykro mi ale nie podzielając wiary autora w powszechny rozsądek, niniejszą recenzję zmuszony jestem zakończyć wnioskiem przykrym i stojącym w poprzek intencjom pisarza. Oceniając rzeczywistość z narastającym intelektualnym  bałaganem oraz owczy pęd do banalnych świecidełek, trudno uwierzyć w skuteczność przesłania autora i jego wiary w humanistycznej ideały. Bo chociaż ponoć wszystko zaczęło się od słowa, historia i własne doświadczenia dowodzą, że każda epoka ma swój słownik, w którym pisane tymi samymi literami słowa znaczą zupełnie co innego, a milczenie przestaje być symbolem mądrości czego symptomatycznym znakiem jest ciągła zmiana giełdowej wartości złota.

Andrzej Poleski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko