Franciszek Czekierda – ARESZTOWANIE BRONIEWSKIEGO I WATA WE LWOWIE w 1940 r.

0
134


            W radio wybrzmiały początkowe dźwięki poloneza A-dur sygnalizujące pełną godzinę. „Tu Polskie Radio, program pierwszy. Minęła godzina osiemnasta, jest piąty czerwca 1935 roku, nadajemy wiadomości…” – oznajmił spiker. Paulina Watowa, zwana Olą, krzątała się w kuchni, gdy w drzwiach pojawił się mąż, Aleksander.
            – Spóźniłem się… – spojrzał na kieszonkowy zegarek – …całą minutę – uśmiechnął się.
            – Kolacja gotowa.
            – Jestem głodny, jak wilk.
            – Przecież Sokoliczowa zawsze częstowała gości, dzisiaj nic wam nie podała? – zdziwiła się Ola.
            – Pani Antonina jak zwykle zrobiła trochę kanapek, ale prawie wszystkie pożarł Mietek.
            – Coś mi o nim kiedyś mówiłeś…
            – Przezabawny, wszędobylski Papkin.
            – Kto jeszcze był?
            – Olek Rajchman, matematyk, znasz go.
            Ola postawiła na stole jedzenie, rozłożyła talerzyki i nalała herbaty. Usiedli przy małym kuchennym stole naprzeciw siebie.
            – No i jak spotkanie?
            – Wiało nudą, ale gdy wyszliśmy Miecio zdradził mi pewien sekret. Wiesz, on mnie lubi… Wyobraź sobie, że widział ulotkę dostarczoną z Moskwy z nazwiskami dwójkarzy i prowokatorów policyjnych w KPP. Mówiąc to był bardzo podekscytowany.
            – Interesujące… – skomentowała Watowa.
            – Spośród kilku nazwisk najważniejsze to Halina Krahelska…
            – Ta od spraw pracy i praw człowieka?
            – Tak. Ale teraz słuchaj uważnie i trzymaj się krzesła – Wat budował napięcie. – Druga osoba na ulotce to nasz dobry znajomy, Władek Daszewski.
            – Nie wierzę. To chyba jakieś nieporozumienie – zdumiała się Ola.
            – Wiadomość ta też zwaliła mnie z nóg.
            – On miałby być informatorem „Dwójki”? To zatwardziały komunista.
            – Mietkowi powiedziałem, żeby nie rozpowiadał o Władku niesprawdzonych historii. Ale jadąc teraz tramwajem miałem sporo czasu na myślenie. Przypomniałem sobie niedawną rozmowę z nim w „Ziemiańskiej”. Mieliśmy purnonsensowe pogaduszki, ja coś powiedziałem, on coś bąknął, śmialiśmy się jak studenci, właściwie bez powodu. W pewnym momencie na jakieś moje pytanie odpowiedział: „Wracam z pogrzebu matki, a teraz idę na wódkę”. Pomyślałem, że to jest jego kolejny purnonsens. Po chwili zreflektowałem się, że mówił poważnie. Naprawdę wracał z pogrzebu matki.
            – Przykre – podsumowała Ola.
            – Gdyśmy się rozeszli, pomyślałem sobie po pewnym czasie – bo wiesz, że ja z opóźnieniem zbieram myśli – że to zimny człowiek, że nic go nie obchodzi.
            – Cyniczny.
            – I drugie moje przypomnienie w tramwaju. Spotkałem się z nim po jego powrocie ze Związku Sowieckiego, gdy był tam z teatrem. Mówił mi, jak spotkał się w Moskwie z Wandurskim, który prosił go o pomoc w wyjeździe do Polski, bo już nie mógł tam wytrzymać. Władek poszedł więc do znajomego attaché wojskowego w polskiej ambasadzie, pułkownika Kowalewskiego. I skontaktował z nim Wandurskiego.
            – Jednak ma kontakty z „Dwójką”.
            – Mówię ci, co słyszałem od niego.
            – Może pogadaj z Broniewskim, on zna go lepiej.
            Wat poskrobał się po wystającej szczęce w geście zakłopotania.
            – Olu, oni są wiernymi przyjaciółmi, wypili morze wódki. Gdybym pokazał mu nawet tę ulotkę, nie uwierzyłby, a może nawet rzuciłby się na mnie z pięściami. Znasz go.

            Po przegranej z Niemcami kampanii wrześniowej w 1939 roku wielu Polaków uciekło  na wschód, głównie do Lwowa. Wśród nich znajdowała się duża liczba poetów i pisarzy. Po 17 września, gdy tereny wschodniej Polski zajęły wojska sowieckie, literaci zostali w mieście myśląc, że okupacja radziecka będzie łagodniejsza od hitlerowskiej. Większość z nich przybyła ze stolicy, wśród nich m.in.: Maria Dąbrowska, Władysław Broniewski, Tadeusz Boy-Żeleński, Tadeusz Peiper, Aleksander Wat, Anatol Stern, Julian Przyboś, Adam Ważyk, Mieczysław Jastrun, Halina Górska, Leon Pasternak, Bruno Winawer, Adolf Rudnicki, Stanisław Jerzy Lec, Leopold Lewin, Lucjan Szenwald, Beata Obertyńska, Herminia Naglerowa, Marian Czuchnowski, Wiktor Grosz, Włodzimierz Słobodnik, Debora Vogel, Leo Lipski, Pesach Stark (Julian Stryjkowski). Niektórzy przyjechali z innych miejsc, jak np.: Jalu Kurek z Krakowa, Jerzy Putrament z Wilna, czy Zuzanna Ginczanka z Równego. Mieszkańcami Lwowa sprzed wojny byli m.in.: Ostap Ortwin, przewodniczący miejscowego Związku Zawodowego Literatów Polskich, jego zastępca, Teodor Parnicki, Anna Kowalska, Karol Kuryluk, Stanisław Salzman, Aleksander Dan czy Tadeusz Hollender. Mieszkali tam również młodzi adepci literatury, którzy zaczęli publikować dopiero po wojnie: Gustaw Herling-Grudziński, Józef Nacht (później Prutkowski), czy najmłodszy z nich, wówczas uczeń szkoły średniej, Zbigniew Herbert.
Maria Dąbrowska, przebywająca gościnnie w mieszkaniu Stanisławy i Izydora Blumenfeldów, świadomie nie uczestniczyła w nowo tworzonym życiu literackim pod auspicjami okupanta sowieckiego, podobnie jak Anna Kowalska i Ostap Ortwin. Ten ostatni kontestował nowy związek przyjmując ostentacyjnie interesantów w siedzibie przedwojennego ZZLP. Zdecydowana większość ludzi pióra zgłosiła akces do nowego związku, aby uczestniczyć w życiu kulturalnym radzieckiej Zachodniej Ukrainy – jedni z entuzjazmem, inni mniej ochoczo, pozostali przymuszeni okupacyjnymi okolicznościami. Maria Dąbrowska nie zamierzała pozostać we Lwowie, kilkakrotnie (ze Stanisławem Stempowskim) próbowała bezskutecznie przedostać się przez zieloną granicę do Warszawy. Wreszcie w czerwcu 1940 roku oboje otrzymali od władz radzieckich przepustki i powrócili do Warszawy.

            Okres lwowski pod panowaniem sowieckim od 17 września 1939 do 22 czerwca 1941 był dla polskiej inteligencji czasem strachu, udawania i upokorzenia. Twórcy na każdym kroku mierzyli się z sytuacjami naruszającymi ich godność. Władza stosując wypróbowane metody, łamała pisarzom sumienia i prostowała kręgosłupy moralne według obowiązującej sztancy ideologicznej. Duża część literatów przymuszana była do dokonywania wyborów wbrew własnym przekonaniom. Obowiązywał urzędowy entuzjazm. Zastraszeni literaci tchórzyli w obawie przed aresztowaniem. Aleksander Wat w rozmowie z Czesławem Miłoszem (Mój wiek, 1977) zwierzył się: „Kłamałem. Udawałem, że znowu uwierzyłem. (…) Trząsłem się ze strachu o los Oli, o los własny”.
Polacy przebywający we Lwowie, zarówno miejscowi, jak i uciekinierzy (tzw. bieżeńcy), którzy nie mieli okazji lepiej poznać państwa radzieckiego przed 17 września, po tym dniu przekonali się dobitnie, jak wyglądało jego zbrojne ramię, szczególnie jeśli chodzi o wrażenia estetyczne. Z pewnością nie były one decydujące, jednak pierwsze zetknięcie się z Armią Czerwoną było dojmujące. Otóż gdy zajęła ona te tereny, zobaczono sołdatów często o azjatyckich rysach w szmatławych mundurach, z mongolskimi hełmami ze szmacianymi pikami, z karabinami na sznurkach i w butach wysmarowanych dziegciem. Widok ten wzmocniony był smrodem potu i zaduchem machorki skręconej z marnego tytoniu. Jak napisał po latach w Potędze smaku Zbigniew Herbert, który z bliska widział „chłopców o twarzach ziemniaczanych [i] bardzo brzydkie dziewczyny o czerwonych rękach”, była to sprawa smaku.

            Jesienią 1939 roku władze sowieckie zorganizowały zebranie ludzi pióra: uciekinierów i stałych mieszkańców Lwowa. Najwięcej przybyło Polaków, trochę Ukraińców i kilku pisarzy żydowskich.
Chwilę przed rozpoczęciem zebrania spotkali się przed gmachem komitetu organizacyjnego, czyli obkomu  (organizacjonnyj komitiet), Wat i Broniewski.
– Wejdziesz do zarządu? – Aleksander zapytał poetę.
– Jak mnie wybiorą, to chyba tak. A ty?
– Mnie już wybrali – odrzekł ironicznie.
– To ma być żart? – zdziwił się Broniewski.
– Wiesz, że najwięcej do powiedzenia w sprawach literackich ma tu Kornijczuk.
– I Pawlenko, którego przysłali z Moskwy. Decydują jednak Rosjanie, nie Ukraińcy.
– Ale Rosjanie nie chcą się jawnie wtrącać, działają przez towarzyszy ukraińskich. Przedwczoraj Alek Dan zaprowadził mnie do Kornijczuka, który przyjął nas nad wyraz uprzejmie. Powiedział, że bardzo by się cieszył, gdybym wszedł do zarządu.
– A więc wszystko zostało z góry ustalone – stwierdził Władysław z rezygnacją w głosie. – Rozumiem, że wybiorą cię też na przewodniczącego zebrania.
– Niestety. To prawdopodobne.
– Jesteś na fali… – uśmiechnął się z przekąsem Broniewski.
– Tak samo jak i ty. Posługują się nami, bo jeszcze się nie orientują, jak się mają sprawy. No i na razie nie mają lepszych.
– Obaj jesteśmy dla nich złem koniecznym. Wanda gdzieś się zapodziała…
– Borejszy też nie widać.
– O nim nic nie mów, bo to karierowicz i donosiciel – Władysław zdenerwował się.
– Boję się takich. I wciąż drżę o rodzinę, o siebie. A po zlikwidowaniu w Moskwie wszystkich z redakcji mojego „Miesięcznika Literackiego” zostałem sam – Aleksander ściszył głos. – W każdej chwili mogą mnie wsadzić.
– Chyba nas nie ruszą? – Broniewski poprawił nerwowym gestem rozwichrzoną czuprynę.
– Ciebie na pewno nie. Pozwalają ci spotkać się z czytelnikami.
– Swoją drogą krew mnie zalewa, gdy kastrują mi w druku wiersze.
– A na spotkaniach?
– Recytuję je w całości. Chyba mnie za to nie zabiją?
– Myślisz, że zapomnieli ci Legiony i rok dwudziesty? – Wat ściszył głos.
– Nie boję się. Wojna jest wojną, każdy to rozumie. Sowieccy komuniści nie mogą  zrobić krzywdy szczeremu polskiemu komuniście i rewolucyjnemu poecie.
– Władek, nie bądź naiwny. Zapomniałeś już o tych z KPP zlikwidowanych w trzydziestym ósmym?
– Na szczęście nie należałem do partii – stwierdził z ulgą Broniewski. – Teraz mamy inną sytuację. Zobacz, organizują nam nowe życie literackie – uśmiechnął się na pół ironicznie. – Chyba dla pucu tego nie robią?
– Słyszałem, że mają tłumaczyć cię na rosyjski – dodał z uznaniem Wat.
– Obiecują nawet rubelki. Ale jak będzie? Bóg i partia raczą wiedzieć.
– Ideologicznie jesteś dla nich do strawienia.
– Poza tym, że pod Drohiczynem dałem łupnia paru czerwonoarmistom, jestem czysty jak kropla wódki – zaśmiał się głośno.
– Ty jesteś z ducha żołnierz, a ja lękliwy cywil – stwierdził Wat. – Na początku chciałem zaszyć się gdzieś na prowincji, schować do mysiej dziury, jak Dąbrowska. Ale nie mogłem, rozumiesz. Muszę pokazywać się wszędzie, gdzie się da, bo szukam żony, którą w Łucku straciłem z oczu. Może ktoś, kto mnie widział powie jej, gdzie jestem – mówił usprawiedliwiającym się tonem.
– Nie musisz się tłumaczyć, znam to. Moja Marysia została w Warszawie i nie mam pojęcia, jak ją ściągnąć – rzekł ze zrozumieniem Broniewski.
– Mam przeczucie, że odnajdziemy swoje połówki.
Do stojących literatów powoli zbliżał się poeta Aleksander Dan.
– Powiedz mi – Władysław zauważył go – co on tak się do ciebie przykleił? –  ściszył głos.
– To strachliwy, ale szczery chłop. Jest w trudnej sytuacji osobistej. Przypuszczam, że przydzielili go do mnie… – Wat dał do zrozumienia, że opiekuje się nim służbowo. – Jako stary komunista siedzący przed wojną w Brygidkach ma pełne zaufanie sowietów i Kornijczuka.

            Przedstawiciele literatów polskich, ukraińskich i żydowskich zasiadali za stołem prezydialnym. Poza najbardziej znanymi Polakami, Boyem i Broniewskim, reszta to byli literaci mniej popularni, jak Ważyk, Wat, Piach, Szerer, Grubiński, Wasylewski, Putrament, Rudnicki, Pasternak, Parnicki, Przyboś, Lec, Szemplińska, Dan, czy Borwicz. Zgodnie z przewidywaniem Broniewskiego, przewodniczącym zebrania został wybrany Aleksander Wat. Obaj znaleźli się w zarządzie wspólnie z Tadeuszem Boyem-Żeleńskim i Aleksandrem Danem. Ze strony ukraińskiej weszli do zarządu pisarz Ołeksandr Kornijczuk, reżyser filmowy Ołeksandr Dowżenko i poeta Pawło Tyczyna. Wybrano także dwóch literatów żydowskich. Po zakończeniu formalności organizacyjnych głos zabrał radziecki pisarz i scenarzysta Piotr Pawlenko. Zapewniał, że wszyscy twórcy, czy to bieżeńcy, czy mieszkający od lat na tych terenach literaci, mają pełną swobodę pracy, zaś Polacy powinni kontynuować tradycyjne w swojej literaturze tematy i style. Natomiast co się tyczy spraw ideologicznych, a marksizmu i leninizmu w szczególności, mogą liczyć na pomoc pisarzy radzieckich. Po Pawlence przemówił Kornijczuk:
            – Wiem i rozumiem, że możecie nie mieć do nas zaufania i z góry nie wymagamy go od was. Mamy czas na lepsze poznanie się, przyglądajcie się nam rok, dwa. Spodoba się wam, to bardzo dobrze. Nie spodoba się – trudno. Wasza sprawa. Jednak wierzę, że wam się spodoba. Dajemy wam dobre warunki bytowe, abyście mogli żyć i tworzyć. Nie będziemy was naciskać, nie będzie nachalnej propagandy. Sami wyrobicie sobie sąd. Nie spieszcie się, nawet nie należy się spieszyć.
            „Nie podoba mi się ta retoryka. Mocne akcentowanie braku nacisków i podkreślanie, żeby się nie spieszyć jest podejrzane – myślał zaniepokojony Wat obserwując jego mimikę i gesty, które nie współgrały z treścią wypowiedzi. – Dookoła widzę enkawudzistów i tajniaków, a on peroruje jak zachodni demokrata. Słowa zalatujące fałszem” – zakończył refleksję i w tym momencie złamał ze zdenerwowania rysik ołówka, którym kreślił na papierze esy-floresy.
Podczas obrad poinformowano zebranych (co wcześniej ustalono zakulisowo), że utworzenie związku literatów nastąpi w terminie późniejszym. Kandydaci na członków będą podlegać procedurze weryfikacyjnej polegającej na tym, że każdy przedstawi życiorys, na podstawie którego komisja będzie zadawała szczegółowe pytania. Zakomunikowano także, że siedzibą komitetu organizacyjnego (komorg), a później związku literatów, będzie pałac hrabiego Bielskiego przy ulicy Kopernika. Zebranie przebiegało bezproblemowo poza jednym incydentem spowodowanym przez Piacha, pisarza dla dzieci. Powiedział, że na sali znajduje się prowokator, Teodor Parnicki, który przyczynił się do zamknięcia Leona Pasternaka w Berezie Kartuskiej. Parnicki stojący przy drzwiach pobladł. Wezwany do zabrania głosu Pasternak nie potwierdził tego, wypowiadał się niejasno, wręcz bełkotliwie. Wat podenerwowany niesłusznym oskarżeniem Parnickiego zabrał głos i przypomniał sprawę Pasternaka, który został skazany za nienawistny antypolski wiersz mówiący o tym, że będzie uprawiana haniebna polityka rasowa. Na skutek jego wyjaśnień oskarżenie Piacha upadło. „Co się dzieje w głowach tych ludzi – myślał z niesmakiem Wat. – Drżąc o własne dupy chcą się czymś wykazać przed nową władzą za cenę wkopania innych. Wstyd”.
            Podczas obrad Wat i Broniewski umówili się po zebraniu na wódkę w Klubie Inteligencji. Gdy Wat wychodził, niespodziewanie podszedł do niego Boy-Żeleński i długo mu coś tłumaczył. Broniewski widział ich, lecz nie chcąc im przeszkadzać cierpliwie czekał w pewnej odległości. Gdy Boy pożegnał się z Watem, Władysław podszedł do niego.
– Co on ci tak z przejęciem gadał? – zaciekawił się Broniewski.
– To był tragiczny monolog. Mówił mi, że właściwie już umarł, a to co się dzieje, jest jakby po jego śmierci; że nie ma żadnej nadziei na wolną Polskę i niczego się nie spodziewa; że jest nieszczęśliwy z powodu wybrania go do zarządu, bo może się to odbić na jego rodzinie w Warszawie. Jednak na końcu powiedział, że może dadzą mu tu spokojnie żyć i pracować. W jego oczach widziałem przerażenie.
– Szkoda mi go, ale co możemy zrobić? – Broniewski rozłożył bezradnie ręce. – Prawdę mówiąc nie mam ochoty zastanawiać się nad jego losem w sytuacji, gdy wszyscy jedziemy na tym samym wózku.
– Chodźmy wreszcie do klubu, bo jest późno.
Klub Inteligencji posiadał kilka pomieszczeń klubowych i konsumpcyjnych. Poeci usiedli przy wolnym stoliku w kącie dużej sali restauracyjnej. Wat wciąż przeżywał zebranie pisarzy.
– Nienawidzę ustawiania wyborów – mówił zły.
– Obaj wchodzimy do zarządu, a zewsząd słychać o aresztowaniach inteligencji i osadników – stwierdził z niesmakiem Broniewski.
– Mamy inne wyjście? Pójdziemy do komitetu partii protestować? – mówił zrezygnowany Wat.
– Możesz pójść… Złapią cię za żopę i wsadzą do tiurmy – rzekł pół żartem pół serio.
– Gdyby była Wasilewska, mogłaby spróbować…
– Na pewno się pojawi, ale czy będzie upominać się o naszych przeciw swoim sowietom? – uśmiechnął się ironicznie Broniewski.
– Znasz ją dosyć dobrze. Ona cię lubi.
– Ona? No, może… Pepeesówka, która stała się dawno temu komunistką internacjonalistyczną. A ja byłem i jestem komunista polski. Jednak dla nich – Władysław skierował głowę na wschód – zbyt nacjonalistyczny.
– A propos… zauważyłeś, że na sali było dużo nienawidzących nas nacjonalistów ukraińskich, jawnych sympatyków Hitlera.
– Przyjdzie czas, że Ruscy ich utemperują. Na razie pozwalają im podskakiwać, bo nie mają innego wyjścia.
– Racja. Przecież są przyjaciółmi Szkopów.

            W listopadzie 1939 roku władze przygotowały deklarację pt.: Pisarze polscy witają zjednoczenie Ukrainy. Przed publikacją w „Czerwonym Sztandarze” należało ją podpisać. Poza Leonem Pasternakiem, Aleksandrem Danem i innymi mniej znaczącymi literatami, nie było chętnych do złożenia podpisów. Co prawda Kornijczuk stwierdził, że podpisanie jej jest dobrowolne, ale wszyscy wiedzieli, że odmowa będzie równoznaczna z aresztem, albo czyś znacznie gorszym. Pasternak na zebraniu redakcyjnym tłumaczył niezdecydowanym, że za brak podpisu mogą być poważne konsekwencje. Większość dziennikarzy i literatów sygnowała deklarację, wśród nich Boy i Wat, zaś Władysław Broniewski nie. Po wydrukowaniu jej okazało się, że jego nazwisko widniało jednak pod dokumentem. Najprawdopodobniej ktoś uczynił to za niego, co było wówczas stosowaną praktyką.

            Gdy późną jesienią odnalazła się Wanda Wasilewska, zapisano ją niezwłocznie do zarządu komitetu organizacyjnego związku literatów. W mieście pojawił się też Jerzy Borejsza, który dzięki sprytowi i tajemniczym koneksjom został w listopadzie 1939 roku dyrektorem Ossolineum. Wcześniej, gdy stanowisko nie było obsadzone, Wasilewska protegowała na nie Szymona Natansona, swojego doradcę, uczciwego komunistę. Jednak Borejsza miał wówczas lepsze wpływy (co prawda trwały one krótko, bo już w lutym następnego roku zdjęto go z tego stanowiska). Prawdopodobnie od tego czasu zostali wrogami. Wasilewska rosła w siłę mając całkowite zaufanie władz radzieckich, a przede wszystkim samego Stalina. Borejsza był skłócony nie tylko z nią, ale i z Władysławem Broniewskim. Gdy w Ossolineum zorganizował wystawę, na której m.in. prezentowano na planszach wiersze, nie było żadnego utworu Broniewskiego, najpopularniejszego poety. Natomiast wystawiony został ohydny wiersz Elżbiety Szemplińskiej Prawdziwa ojczyzna („W naszej prawdziwej ojczyźnie – inaczej / – w ojczyźnie, / gdzie sierp i młot. / Jak więc teraz mamy płakać po Warszawie”). Utwór powstał w grudniu 1939 roku, gdy stolica leżała w gruzach po zbombardowaniu przez Niemców. Polacy czytali wiersz z zażenowaniem.

            Dzięki karteczkom o treści „Aleksander Wat szuka żony, adres itp.” rozkładanym we Lwowie w miejscach publicznych, Ola błąkająca się po kresach z ośmioletnim synem Andrzejem, odszukała męża jesienią 1939 roku.
Pewnej styczniowej mroźnej niedzieli następnego roku znajomy poeta Adam Ważyk odwiedził Watów na ul. Nabielaka mieszkających u prawnuczki generała Dembińskiego. Ola podała gościowi słomkową gruzińską herbatę i drożdżowe ciasto z kruszonką.
– Jak ci się udało je zdobyć? – zapytał Ważyk trzymając w palcach gruby plaster ciasta.
– Pani Dembińska ma jeszcze zapasy mąki, dała mi pół kilo. No i upiekłam…
– Takim samym ciastem poczęstowała nas Janka Broniewska bodaj w trzydziestym czwartym – zauważył Aleksander. – Tylko ciasto Oli jest o niebo lepsze – pocałował ją w policzek. Watowa uśmiechnęła się zadowolona.
– Wtedy oni byli jeszcze razem? – zapytał Ważyk.
– Tak. Chociaż Władek permanentnie ją zdradzał, ona jednak wybaczała mu. Ostatecznie wyprowadziła się od niego na wiosnę trzydziestego ósmego.
– Bywałeś u nich? – zaciekawił się Ważyk.
– Głównie w sprawach redakcyjnych. Wiesz, że podczas takich spotkań kwestie służbowe i towarzyskie splatają się, jak powrósło. Któregoś dnia do Władka przyjechał Putrament, który planował założyć pismo „Warszawa-Wilno”. Broniewski miał doświadczenie jako sekretarz redakcji w „Wiadomościach…”.
– Ty z kolei robiłeś „Miesięcznik…”.
– Dlatego mnie zaprosił, żeby pomóc gościowi z Wilna.
– Zauważyłeś, że on zaczyna się tu rozpychać łokciami – zaniepokoił się Adam.
– A ja, głupi, wskazałem go na swoje miejsce w związku literatów.
– Wiem – rzekł Ważyk.
– Że jestem głupi… – zaśmiał się głośno Wat.
– Nie żartuj. Wiem, że dałeś mu swój stołek. A to, czy zrobiłeś dobrze, czy źle, czas pokaże.
– Między nami… to marny talencik, a charakter ma, delikatnie mówiąc, kanciasty. Rozmawiałem z nim, jak tylko tu się pojawił. Strasznie się bał.
– Czego? Przecież jest lojalny wobec władzy, a nawet gorliwy – dziwił się Ważyk.
– Jego ojciec, oficer Korpusu Ochrony Pogranicza, był w Wilnie prezesem Związku Osadników. Właściwie on nie tyle się bał, co był przerażony, że lada dzień go zamkną.
– Jakoś go nie zamknęli – zauważyła Ola.
– Poradziłem mu, żeby poszedł do Borejszy i wszystko mu powiedział. I chyba tak zrobił. Borejsza wtedy był wszechpotężny.
– Przed odnalezieniem się Wandy. To było chyba w listopadzie… Pamiętam dobrze, jak ważni radzieccy literaci w mundurach, Demian Biedny i Wiktor Szkłowski, szukali jej nerwowo: „Gdie wasza Wasilewskaja?” – Ważyk cytował ich z dobrym rosyjskim akcentem. – Od nich usłyszałem, że sam Stalin kazał ją znaleźć. Gdy się pojawiła, Borejsza jeszcze rządził życiem kulturalnym i naukowym. Był pierwszym zaufanym u sekretarza partii Słoneckiego.
– Ale musiał uznać wyższość Wandy, gdy się okazało, że ma poparcie samego Stalina – stwierdził Aleksander.
– Dla mnie to zagadka – Ważyk poprawił okulary.
– Moja hipoteza jest taka, że generalissimus dużo czytał powieści, może czytał bez składu i ładu, ale jej książki przypadły mu do gustu. Uważał ją za znakomitą pisarkę.
– W trzydziestym szóstym była w Moskwie. Ponoć spotkali się. Może mu się spodobała? – uśmiechnął się dwuznacznie Ważyk.
– Bez przesady… – wątpił Wat. – Najważniejsze jest zaufanie. Stalin ufał jej.
Gdy kończyli pić herbatę, ktoś zastukał do drzwi. Ku zaskoczeniu obecnych w progu pojawił się Władysław Daszewski, scenograf teatralny, zastępca dyrektora lwowskiego Teatru Polskiego. Ola Watowa częstując go herbatą i ciastem zauważyła, że był podenerwowany, lecz gdy zaczął mówić, niepokój zniknął z jego twarzy. Był jak zwykle czarujący.
– Słuchaj, Olek – zaczął niepewnie Daszewski – do Klubu Inteligencji na środę spraszam trochę ludzi… Będzie dobre jedzenie, trochę picia.
– A co? Obchodzisz urodziny? – zaciekawił się Wat.
– Wszystko jedno… Nie powiem… – rzekł tajemniczo.
– Władek, my nigdzie nie wychodzimy, a zwłaszcza wieczorami. Widzisz co się dzieje dookoła…
– Mają przyjechać dwaj ludzie, jeden pisarz, drugi filmowiec z Moskwy. Chcieliby poznać polskich literatów. Proszono, czy byś nie przyszedł? Musisz koniecznie przyjść – nalegał.
Wat spojrzał na Olę, która wydawała się być rada z zaproszenia. Ważyk nic nie mówiąc jadł w milczeniu ciasto.
– Może… – wahał się Wat.
– Nie: może, przyjdź na pewno – prosił Daszewski.
– Ale z żoną?
– Jak najbardziej z żoną. Na pewno będzie Władek Broniewski z Marysią. I jeszcze chciałbym Peipera… Nie wiesz, jak go sprowadzić?
– A co Peiper ma wspólnego z nami? – zdziwił się Aleksander. – On w niczym się nie orientuje, nie zna nawet rosyjskiego.
– Słyszałem, że napisał ciekawą sztukę i chcę z nim o niej pogadać – odrzekł Daszewski. – Ściągnij go.
– Zobaczę…
– Tego samego dnia po południu odbędzie się w związku literatów spotkanie autorskie. Nie pamiętam wszystkich poetów, ale na pewno będą Pasternak i Lec…
– Wiem – Wat przerwał mu. – Mam zaproszenie od Staszka Leca.
– To się dobrze składa. Ja też będę. Po wieczorku pojedziemy prosto do klubu.
– Raczej pójdziemy. Klub jest blisko.

            Władysław Broniewski znalazł się we Lwowie w nietypowy sposób. Po napaści Niemiec na Polskę czekał na przydział mobilizacyjny, jako kapitan rezerwy. Nie doczekawszy się, siódmego września założył stary mundur i wyruszył rowerem w kierunku Tarnopola w poszukiwaniu swojej jednostki wojskowej. Po pokonaniu pół tysiąca kilometrów (czasem ktoś go podwiózł ciężarówką) odnalazł swój pułk w Zbarażu. Owszem otrzymał przydział, lecz już nie wziął udziału w walkach, ponieważ kilka dni później ziemie te zostały zajęte przez sowiecką armię, która – według moskiewskiej propagandy – wyzwoliła je spod okupacji burżuazyjnej Polski przyłączając do zachodniej Ukrainy i Białorusi. W drugiej połowie września przybył do Lwowa.
            Po uruchomieniu przez radzieckie władze dziennika „Czerwony Sztandar” Broniewski był namawiany przez redaktora naczelnego Józefa Mańkowskiego i Jerzego Borejszę do współpracy, lecz jej nie podjął. Odpowiadał oględnie, że poczeka. W rzeczywistości nie zamierzał pisać artykułów i wierszy pod dyktando sowieckiej propagandy. Był co prawda komunistą, jednak przede wszystkim czuł się wolnym człowiekiem. Poza tym uważał władzę radziecką za czerwony imperializm, o czym doniesiono Borejszy. W publikacjach cenzura wycinała z jego wierszy niewygodne treści, on jednak nie zrażony tym recytował je w całości w kawiarniach, na spotkaniach autorskich i podczas wizyt u znajomych. Oczywiście szpicle i donosiciele informowali o tym NKWD. Wśród wielu patriotycznych utworów, jak Bagnet na broń, Żołnierz polski czy Syn podbitego narodu, na prywatnych spotkaniach recytował także fraszki:

Byłby Grunwald i Płowce,
gdyby nie te bombowce
i gdyby nie te czołgi,
które przyszły znad Wołgi.

            Mimo, że pisał wiersze, z których jasno wynikało, że pragnął Polski komunistycznej („by na gruzach Warszawy rósł żelbetonem socjalizm, a Hejnał Mariacki szumiał czerwonym sztandarem”) to jednak „literaturoznawcy” z NKWD uważali jego utwory za nacjonalistyczne i szowinistyczne.
            Maria Zarębińska, partnerka Broniewskiego, wciąż pozostawała z córką w Warszawie. Jedyną osobą, która mogła pomóc poecie w sprowadzeniu ich do Lwowa była Wanda Wasilewska. Dzięki jej wpływom (i przypadkowi) 12 grudnia 1939 roku Zarębińska z dziewięcioletnią córką Marysią, zwaną także Mają, pojawiła się we Lwowie. Władysław załatwił dla niej, przez Daszewskiego, pracę w Teatrze Polskim. Maria, która była aktorką zagrała w nim co najmniej jedną rolę. 
            Na sylwestra 1939 roku został zorganizowany bal dla dzieci. Wśród innych poetów wiersze miał recytować także Broniewski. Petro Pancz znając jego najnowszą twórczość zapowiedział mu, aby nie czytał patriotycznych wierszy, ponieważ – tego już nie dodał – w Związek Radziecki był sojusznikiem hitlerowskiej Rzeszy. Mimo zakazu Władysław recytował je, m.in. Żołnierza polskiego („Ze spuszczoną głową, powoli idzie żołnierz z niemieckiej niewoli…”). Na znak protestu Pancz opuścił salę.
            Kilka tygodni później na noworoczne spotkanie w związku literatów Broniewski przygotował nowy wiersz Lotniczka. Napisał go dla Mai, aby zaprezentowała go przed publicznością. Jego treścią był lot samolotem, podczas którego dziewczynka-lotniczka leciała nad różnymi krajami. Miała także ujrzeć najdroższe jej miasto, Warszawę i żoliborski dom Broniewskiego. Niestety zamiast domu zobaczyła gruzy. Ten niewinny wierszyk okazał się nie do przyjęcia dla organizatorów choinki z powodu przypomnienia zburzonej stolicy Polski przez Niemców. Nakazano poecie usunąć fragment o Warszawie. Broniewski odmówił. Marysia wyszła na scenę, lecz nie powiedziała słowa, po czym z powodu napięcia wybuchnęła płaczem.
            Te dwie sytuacje obrazowały atmosferę panującą we Lwowie; nawet najdrobniejsza dziedzina życia społecznego była poddana totalnej kontroli władzy.

            Gdy stosunki z pisarzami ukraińskimi stały się już nie do zniesienia (m.in. żądali, aby polskich literatów z okupowanych przez Niemców ziem uznać za uciekinierów, na co Polacy nie mogli się zgodzić) Broniewski i Wat postanowili interweniować u Pawlenki. Idąc do niego do hotelu, gdzie mieszkał, poeci prowadzili nerwową rozmowę.
– Od pewnego czasu mam przeczucie, że mnie śledzą – powiedział zafrasowany Wat.
– Chyba masz manię prześladowczą – odparł nieprzyjemnie Broniewski.
– Myślałem, że ty też czujesz na plecach wzrok agentów.
– Powiem ci, że nic mnie to nie obchodzi. Nawet, gdyby jacyś szpicle łazili za mną, to mam ich w… wiesz, gdzie? Trochę przejmowałem się tym w Warszawie, a tutaj mimo, że jesteśmy bez pełnej wolności, czuję się na swój sposób wolny.             Paradoks, ale tak jest.
– Władek, mówię poważnie. Zauważam różne znaki. Niektórzy boją się ze mną rozmawiać, na przykład Stark. Po samokrytyce, którą złożyłem w „Czerwonym Sztandarze”…
– Dobrowolnie złożyłeś samokrytykę?! – wykrzyknął zdumiony Władysław. – Chociażby mnie wbijali na pal, ja bym nie złożył… – zapewniał.
– Nie dobrowolnie. Sytuacja mnie zmusiła, rozumiesz, Ola, dziecko… Wewnętrznie się rozszczepiłem, zagrałem jak aktor. Do redakcji przyszło troje inkwizytorów z NKWD, wśród nich jedna piękna ruda, mniejsza o nią… Zagrałem znakomicie na nutę, że wszyscy boją się Związku Radzieckiego…, że strach…, terror…, ale to nieprawda – przekonywałem. Gadałem jak natchniony, że na początku byłem w błędzie, ale później zrozumiałem mądrość polityczną przywódców radzieckich i nie może być mowy o żadnym strachu, bo na co dzień spotykamy się ze szczerymi sowieckimi ludźmi. Samokrytyka została przyjęta znakomicie. Ta trójka była zadowolona. Tylko na końcu ktoś z naszych rzucił: „Owszem, owszem, samokrytyka przekonywająca, ale zapomnieliście o jednym, że przyjaźniliście się ze Stawarem…
– Krytyk stalinizmu. Tu cię złapał. Grzech niewybaczalny – skonstatował Władysław.
– Otóż to. Samokrytyka wspaniała, ale co z tego… Masz za uszami wrednego Stawara. I to jest jeden z tych sygnałów, że mają mnie na oku.
– Nie masz się czym martwić, Olek. Przecież nie byłeś członkiem KPP, pracujesz w czerwonej redakcji, wyznałeś grzechy, a Putramentowi oddałeś nawet swoje miejsce w zarządzie. Same dobre uczynki. Kiedyś zaprocentują.
– Możesz tak mówić, bo w razie czego wybroni cię Wanda. A mnie Putrament na pewno nie będzie bronił. Bardziej mogę liczyć na Dana, mojego opiekuna i informatora NKWD – zaśmiał się gorzko.
– Co do naszego opiekuna, Pawlenki, chciałbym, żebyś ty z nim gadał, bo jak ja zacznę, a on się sprzeciwi, poniosą mnie nerwy, rozumiesz? – zaproponował Broniewski.
            W obszernym hotelowym pokoju Piotr Andriejewicz Pawlenko przyjął ich serdecznie. Wat zarysował aktualną sytuację mówiąc, że we Lwowie znajduje się duża grupa polskiej inteligencji nie tylko przybyłej z terenów okupowanych przez Niemcy, ale też tutejszych, więc nie można wszystkich Polaków uznać za bieżeńców, jak chcą Ukraińcy.
            – Z naszymi pisarzami, poetami i uczonymi możemy zrobić polski Piemont kulturalny przeciwko Niemcom – mówił z pasją Aleksander Wat.
            Pawlenko słuchał uważnie, po czym zwrócił się do nich po ojcowsku.
            – Ja wam z serca radzę, rzućcie wy ten Lwów, który jest dla was niebezpieczny. I jedźcie do Moskwy. Jeżeli się zgodzicie, mogę to wam ułatwić.
            Broniewski i Wat patrzyli na radzieckiego pisarza, jak na człowieka, który niczego nie rozumie. „My tu walczymy o właściwy status inteligencji polskiej, a ten gada o ucieczce do Moskwy. Unika rozwiązania problemu” – myślał poirytowany Wat. W rzeczywistości Pawlenko wszystko rozumiał. Widząc naiwność poetów chciał im pomóc, bo wiedział, że za kilka tygodni może im się przydarzyć coś złego… Mimo, iż był starym czekistą, który kiedyś doniósł na Mandelsztama za wiersz o Stalinie.

            Pewnego styczniowego wieczoru 1940 roku Władysław Daszewski odwiedził w garderobie teatralnej  Marię Zarębińską.
            – Marysiu, przyjdź z Władkiem we środę do klubu, napijemy się dobrego francuskiego wina.
            – Nie wiem, nie wiem… – starała się delikatnie odmówić.
            – Nalegam. Poradzicie mi, jak mógłbym sprowadzić z Warszawy Ewę. Macie już doświadczenie, ty przetarłaś ten szlak.
            – Władku, każda taka sprawa jest inna. Nam pomógł cudowny przypadek, mówiłam ci o tym.
            – Nie pamiętam, albo w całym tym zamieszaniu zapomniałem – wyglądał na zakłopotanego. 
            – Na pewno ci mówiłam, mniejsza o to. Wanda załatwiła dla swojej rodziny w Warszawie przepustki uprawniające do przekroczenia granicy. Okazało się, że jej matka i szwagier uparli się i pozostali na miejscu. Żeby przepustki się nie zmarnowały, siostra Wandy przekazała je mnie i mojej córeczce. Oczywiście za jej zgodą.
            – Ona wszystko zrobi dla Władka. – Po sekundzie zreflektował się, że słowa te źle zabrzmiały i natychmiast się poprawił. – To nie pretensja, Wanda po prostu go lubi.
            – Bardziej ceni – obruszyła się.
            – Masz rację – zgodził się. Nie chciał wdawać się w spór o drobiazg, bowiem zależało mu, aby skorzystali z zaproszenia. – To jak, Marysiu, przyjdziecie dwudziestego czwartego? Zależy mi…
            – Porozmawiam z Władkiem.

            Aleksander Wat i Aleksander Dan mieli nocny dyżur w redakcji „Czerwonego Sztandaru”. Tego dnia Dan pełnił funkcje redaktora dyżurnego. Mając dużo wolnego czasu  pisał artykuł. Wat robił korektę dziennika. Po całym dniu pracy był zmęczony. Mimo, że kleiły mu się oczy musiał uważnie czytać każde zdanie, żeby nie przeoczyć błędu, jak to się stało kiedyś ze słowem „Stalin” – ktoś mu opowiadał – gdy korektor pomylił „t” z „r” i wydrukowano „Sralin”. Oczywiście korektor przypłacił błąd poważnymi konsekwencjami. Wat nie mógł się całkowicie skupić nad pracą nie tylko z powodu zmęczenia, ale także ze względu na dręczące go od początku pobytu we Lwowie niepokoje. Ostatnio odczuwał strach przed aresztowaniem. Niepokoje te równoważył przyjemnymi wspomnieniami z czasów przedwojennego Lwowa, który był dla niego kolorowym i pełnym radości miastem w duchu wiedeńskim. Owe przyjemne myśli były wypierane przez aktualne brzydkie widoki. „Po wejściu Sowietów wszystko stało się szare, zabłocone, brudne, ubogie… – myślał ze wstrętem. – Na ulicach widzę ludzi w szmacianych ubraniach o smutnych twarzach. Piękne kobiety zniknęły. Czy pochowały się w mieszkaniach, czy może zbrzydły od ohydy tego wszystkiego? Zewsząd przytłacza mnie azjatycka szkaradność”.
            Niespodziewanie podszedł do niego Dan, który zrobił sobie przerwę.
            – Idziesz jutro na wieczorek poetycki? – zapytał.
            – Pójdę z Olą, posłuchamy. Później skoczymy do klubu, coś zjemy, wypijemy. Chcę, żeby ona też miała coś z życia, bo cały czas siedzi w domu z synem – rzekł Wat z troską w głosie.
            – Jakaś okazja?… – dopytywał.
            – Prawdę mówiąc nie wiem. Wiem tylko, że mają być goście z Moskwy, którzy chcą poznać polskich pisarzy. Daszewski nas zaprosił, więc czemu nie skorzystać?
            – Może zastanów się nad pójściem na ten bankiet?
            – To nie będzie bankiet, tylko zwykłe towarzyskie spotkanie – Wat nie wyczuł ostrzeżenia ze strony swojego opiekuna.
            – Proszę cię, Aleksandrze, nie idź tam.
            – Z początku nawet nie chciałem, ale Władek przekonał mnie i Olę. Wydaje mi się, że powinniśmy utrzymywać dobre stosunki z twórcami radzieckimi. A przy bufecie robi się to najlepiej.
           
            Na wieczorze poetyckim Pasternaka i Leca było sporo ludzi, wśród nich Tadeusz Peiper, Aleksander Wat z żoną Ryszardą Hanin, Adam Ważyk, Władysław Daszewski, Aleksander Dan, Maria Zarębińska i Elżbieta Szemplińska z mężem, Zygmuntem Sobolewskim. Po jego zakończeniu odbyła się krótka dyskusja, a po niej literaci mający zaproszenie od Daszewskiego szykowali się do wyjścia do klubu przy ulicy Jagiellońskiej. Ważyk nie miał zaproszenia, więc zbierał się do domu, jednak Wat przekonał go, aby poszedł z nimi. W zamieszaniu, gdy wszyscy opuszczali salę, z oczu Aleksandra zniknęła jego żona. Rozpytując o nią Pasternak powiedział Watowi, że Daszewski samochodem zabrał ją, Marysię Zarębińska i Peipera. Ola zdążyła jeszcze przekazać prośbę, aby mąż do niej dołączył. „Po co ich zabierał limuzyną? – myślał poirytowany Wat. – Przecież na Jagiellońską jest nie więcej niż dziesięć minut drogi piechotą. Może chciał mieć pewność, żebym koniecznie przyszedł”. Gdy Wat jako jeden z ostatnich zabierał płaszcz z szatni, podszedł do niego Dan.
            – Proszę cię, Aleksandrze, nie idź do klubu – złapał go za rękę.
            – Nie rozumiem, o co ci chodzi – Wat popatrzył z wyrzutem na Dana i zauważył, że był blady. – Ola już tam pojechała, poza tym obiecałem, a nie lubię robić z gęby cholewy.
            Dan spojrzał na niego współczująco i odszedł.
            „O co mu chodzi? – pomyślał podenerwowany Wat. – Opiekuje się mną, więc może zależy mu, bym miał u władz dobrą opinię? Ale dlaczego, do cholery, zależy mu na mnie? – zachodził w głowę. – Bo się podkochuje w Oli… – odpowiedział sobie. – Tylko co to ma do rzeczy? Nic nie kapuję”.
            Gdy w klubie na Jagiellońskiej pojawili się Pasternak z żoną, Wat, Ważyk i Szemplińska z mężem, w głównej sali restauracyjnej byli już filmowcy, wśród nich Anatol Stern. Natomiast w zarezerwowanej salce, tak zwanym gabinecie, przy suto zastawionym dużym stole siedzieli Daszewski, Broniewski, Ola Watowa, Tadeusz Peiper, Wojciech Skuza, aktor Juliusz Balicki i plastyczka Olga Siemaszkowa. Pasternak z żoną, Wat, Ważyk i Szemplińska z mężem dosiedli się do nich. W tym samym pomieszczeniu znajdował się w rogu mały stolik, przy którym nieco później usiadł łysy Rosjanin z ładną blondynką, polską aktorką (o której mówiono, że puszcza się z Rosjanami). Władysław Daszewski, krążył dookoła stołu pytając wszystkich, czy coś jeszcze sobie życzą. Był nienaturalnie podekscytowany.
            – Władek, powiedz mi, z jakiej okazji ta uczta? – zapytał go Wat, gdy Daszewski pojawił się blisko niego.
            – Zobaczysz, zobaczysz… – odpowiedział tajemniczo.
            Po pewnym czasie Daszewski podszedł do łysego Rosjanina siedzącego w rogu gabinetu. Zamienił z nim kilka słów i wrócił do swoich gości.
            – Słuchajcie, tu obok – obrócił głowę w stronę Rosjanina i aktorki – siedzi historyk sztuki z Leningradu. Bardzo interesuje się naszą literaturą. Czy pozwolicie, żeby przyłączył się do naszego towarzystwa?
– Naturalnie – wszyscy zawołali chórem.
            Wysoki, kostyczny leningradczyk w niedopasowanym ubraniu, usiadł przy końcu stołu mając za plecami drzwi zasłonięte kotarą. Po jego lewej ręce usiadała towarzysząca mu aktoreczka, po prawej Skuza. Blisko nich był Broniewski. Minęło kilka chwil, gdy ku zaskoczeniu gości aktorka poskarżyła się głośno, że Rosjanin szczypie ją w łydkę. W jej obronie wystąpił trochę zawiany Broniewski.
– Zaraz, spokojnie, zaraz, zaraz, trzeba to rozstrzygnąć, o co tu idzie – zwrócił się do sowieckiego gościa.
– Nu, nicziewo, ja nie uszczipał. Ona wriet – głośno zaprzeczył.
Broniewski powiedział coś przez zaciśnięte zęby, lecz nikt go w gwarze nie usłyszał.
Wojciech Skuza nachylił się do aktorki przez Rosjanina, który ich rozdzielał, chcąc ją o coś zapytać.
– Paszoł won, durak – warknął „historyk sztuki” i uderzył Skuzę pięścią w szczękę.
Po uderzeniu poety natychmiast zza kotary wyskoczyli, jak z katapulty, dwaj dobrze zbudowani, o kwadratowych twarzach, agenci w cywilnych ubraniach. Ich ruchy były lekkie, niemal taneczne. Jeden z nich ściągnął obrus z zastawą, która z trzaskiem tłuczonego szkła zwaliła się na podłogę, drugi przewrócił stół. Następnie dwaj Rosjanie zaczęli bić mężczyzn. Wat pierwszy otrzymał potężny cios w twarz i od razu upadł straciwszy przytomność. Wysportowany Sobolewski próbował się bronić, lecz także zainkasował kilka fachowo wyprowadzonych uderzeń, po czym upadł. Kobiety krzyczały z przerażenia. Na chwilę zgasło światło. Powstał harmider. Paulina Watowa przyniosła trochę wody, by ocucić męża. Dwaj bojówkarze po wykonaniu przewidzianej roboty niespodziewanie legli na podłodze udając, że są pijani, i niby spali pochrapując. Kostyczny leningradczyk ulotnił się. W zamieszaniu Oli udało się dostrzec wychodzącego pośpiesznie Daszewskiego. Pobiegła za nim, dogoniła go przy szatni.
– Władku, co się tu dzieje? – zapytała przerażona.
            Daszewski nie odwrócił się. W milczeniu wziął płaszcz od szatniarza, który już miał go na ręku (wcześniej musiał otrzymać informację, że należy przygotować jego okrycie). Nie pożegnawszy się, wyszedł przepuszczony przez mundurowych. Wszystkie drzwi wyjściowe i schody zostały błyskawicznie obstawione przez funkcjonariuszy. Ola była zszokowana zachowaniem przyjaciela męża. Adam Ważyk pożegnał się i kierował się do wyjścia, lecz Ola poprosiła go, by pomógł jej przy Olku. Razem wrócili na salę, w której kręcił się tajniak, chudy enkawudzista zajmujący się literaturą i artystami, znany z widzenia Ważykowi (kiedyś jego znajoma, aktorka Irena Parecka, pokazała mu go na ulicy). Gdy Wat został ocucony i poczuł się lepiej, chudy tajniak kazał im wyjść. Idąc we trójkę do drzwi wyjściowych Ola zrelacjonowała mężowi ucieczkę Daszewskiego. Wat nie chciał wierzyć jej słowom.
– Tak było – potwierdził Adam. – W czasie bijatyki, gdy leżałeś nieprzytomny, podszedł do mnie i powiedział: „No, Adam, mnie się to nie podoba. Trzeba stąd uciekać”.
            Po kilku chwilach dotarło do Wata, że Daszewski ich wystawił. W jego pamięci, niczym w przyspieszonym filmie, przewijały się obrazy z przeszłości. Najpierw ujrzał Mietka Kwiatkowskiego opowiadającego mu przed wojną o moskiewskiej ulotce z nazwiskiem Daszewskiego. Po chwili zarysowała mu się wyraziście scena rozmowy z nim w SIM-ie, w sierpniu trzydziestego dziewiątego roku, po podpisaniu paktu Ribbentrop-Mołotow. Gdy Wat tłumaczył Daszewskiemu, że szykowany jest kolejny rozbiór Polski oraz na czym polega imperialistyczna polityka Moskwy, ten w ogóle nie przejął się jego słowami. Wat przypomniał sobie także jego cyniczne zachowanie po pogrzebie matki oraz o kontaktach w Moskwie z Kowalewskim, pułkownikiem polskiego kontrwywiadu. A przecież w tejże Moskwie równocześnie kontaktował się z komunistami radzieckimi. Aleksandrowi wyświetliła się kolejna retrospekcja; w latach trzydziestych w „Ziemiańskiej” Daszewski chwalił się dobrą znajomością z Władysławem Korsakiem, wiceministrem spraw wewnętrznych. „Zaraz, zaraz – w obolałej głowie Aleksandra buzowały myśli, których przedtem nie kojarzył – był komunistą i przyjaźnił się z wysokim urzędnikiem rządu wsadzającym komunistów do więzienia. Musiał więc działać na dwie strony. Przecież to człowiek posiadający moral insanity, całkowicie cyniczny – skonkludował. – Poza tym zapraszając mnie mówił, że pisarz i filmowiec z Moskwy, chcą się z nami poznać, a tuż przed awanturą zaprosił do naszego stołu historyka sztuki z Leningradu. Widocznie NKWD zmieniło mu bajeczkę, albo sam się pogubił…”.
Cynizm Daszewskiego potwierdza również takie oto zdarzenie: w przedwojennej krypto komunistycznej Lidze Obrony Praw Człowieka i Obywatela sekretarką była ładna dziewczyna, jedna z jego przyjaciółek. Jesienią trzydziestego dziewiątego roku znalazła się we Lwowie. Dziewczyna była niewygodna dla niego z przyczyn jemu tylko wiadomych. Chciał się jej pozbyć. Spowodował więc, że tej nocy, gdy aresztowano Polaków w Klubie Inteligencji, zaaresztowano także ją. Na szczęście ktoś się za nią wstawił u Wasilewskiej, która zainterweniowała gdzie trzeba i wypuszczono ją z więzienia.
            „Jaki ja byłem durny – wciąż myślał Wat idąc z żoną i Ważykiem do wyjścia. – To była czysta prowokacja, o której wiedzieli dobrze poinformowani. Alek Dan dwukrotnie mnie ostrzegał: „Nie idź tam”. Musiał wiedzieć o planowanej akcji. A ja nie rozumiałem, o co mu chodziło. Władek zorganizował biesiadę na żądanie sowietów, którzy posłużyli się nim, jako narzędziem. Hańba”.
Doszli do drzwi wyjściowych. Enkawudzista z wąsami legitymował osoby opuszczające restaurację. Pisarka Elżbieta Szemplińska i jej mąż, Sobolewski, pokazali dokumenty.
– Towariszcz Szemplińskaja, możecie iść do domu – mówił łamaną polszczyzną. – A wy? – przyjrzał się Sobolewskiemu. – Wy niet. Znacie etich liudi, zostaniecie jako świadek do stwierdzenia identyczności uczestników awantury.
Ważyk i Wat z żoną stanęli przed funkcjonariuszem. Po dokładnym przestudiowaniu legitymacji Wata, zawyrokował:
– Wy pójdziecie do tego pokoju – wskazał ręką na drzwi po lewej stronie. Po czym zwrócił się do Watowej zerkając na jej dokument tożsamości. – Wy możecie wyjść. – Ola nie posłuchała go i została z mężem. Oboje weszli do małego pokoju, w którym stał przy drzwiach mundurowy.
Przed wąsaczem stanął Adam Ważyk pokazując mu legitymację pracownika „Czerwonego Sztandaru”.
– Towariszcz Ważyk, wy znajetie etich liudi, prawda? Wy poczekacie dwie godziny, a potem pójdziecie spokojnie damoj. A tiepier idźcie to tej komnaty – wskazał mu dłonią drzwi.
Po nich podeszli do enkawudzisty Ryszarda Hanin i Leon Pasternak. Milicjant spojrzał na jego twarz i legitymację z „Czerwonego Sztandaru”.
– Towarzysz Pasternak? – upewnił się.
– Z żoną – uzupełnił poeta.
– Proszę wyjść – rzekł uprzejmie.
Oboje opuścili klub zerkając na zatrzymanych kolegów. Po pewnym czasie wypuszczono filmowców z wyjątkiem Anatola Sterna.
Adam Ważyk wszedł do wskazanego pomieszczenia, od razu zobaczył siedzącego w kącie na krześle Broniewskiego, którego pilnował żołnierz z karabinem. W trakcie awantury, gdy panował największy chaos, w pierwszej kolejności enkawudziści zajęli się poetą, bowiem on był głównym celem ich akcji. Szybko wyprowadzili go do pokoju stawiając przy nim żołnierza NKWD.
            – Adam! – Broniewski ucieszył się jego widokiem. – Słuchaj, Adam, wytłumacz mu, że ja jestem Broniewski. Co to jest takiego, żeby mnie zatrzymywać! To jakieś nieporozumienie.
            Ważyk spojrzał na niego z politowaniem. „Naiwny – pomyślał współczująco. – Jeżeli go zatrzymali, to dobrze wiedzieli kim jest”.
            – Dobra – odpowiedział bez wiary w powodzenie misji. „Jeśli prosi, wstawię się za nim. On na to zasługuje” – pomyślał.
             Ważyk podszedł do żołnierza.
            – Towarzyszu, to jest Władysław Broniewski, znany poeta rewolucyjny, komunista – rzekł z przekonaniem.
            Enkawudzista z karabinem miał niewzruszoną minę, mogłoby się wydawać, że będzie milczał. Jednak przemówił.
            – Ja wiem, ja wiem. Wszystko się wyjaśni, spokojno, wsje budiet jasno – wyrecytował formułkę.
            Do pokoju wszedł Sobolewski. Żołnierz kazał mu czekać i obiecał wypuścić, jak wszystkich wylegitymują. Gdy do żołnierza podszedł jakiś enkawudzista w cywilu i coś mu szepnął do ucha, żołnierz zmienił zdanie.
            – Wy pobili naszego cziełowieka, wy zostaniecie – rzekł Sobolewskiemu.
Po kilku godzinach funkcjonariusze NKWD zakończyli sprawdzanie zatrzymanych Polaków. Osoby przeznaczone do aresztowania były kierowane na indywidualne przesłuchania, pozostałych wypuszczono.
Aleksandra Wata zaprowadzono na pierwsze piętro do gabinetu Aronsona, właściciela Klubu Inteligencji. Za wielkim biurkiem siedział kapitan NKWD. Poecie kazał wyjąć wszystkie rzeczy z kieszeni. Wat położył przed nim zakrwawioną chusteczkę do nosa (którą Ola tamowała mu krew z przeciętej wargi po uderzeniu pięścią), zaproszenie na wieczorek poetycki, klucze i nie nowy, lecz wciąż dobrze wyglądający skórzany portfel. Na jego widok kapitanowi zaświeciły się oczy. Wyjął z niego pieniądze i papierowe świstki, które związał sznurkiem. Następnie wyciągnął z wewnętrznej kieszeni munduru swój szmatławy płócienny pugilares. Przełożył z niego ruble i jakieś drobiazgi do skórzanego portfela, po czym, nie spoglądając na jego właściciela, włożył go, zadowolony, do kieszeni.
– Podpiszcie protokół – powiedział kapitan do Wata podsuwając mu maszynopis. Jego treść stanowiła, że niżej podpisany był uczestnikiem pijackiej burdy, podczas której dokonano zniszczeń w lokalu, m.in. wybito szyby, zniszczono zastawę stołową i połamano krzesła.
Wat zapoznał się z dokumentem.
– Odmawiam podpisania. Nie byłem uczestnikiem burdy, ale jej ofiarą – powiedział stanowczo. W duchu zdziwił się sobie, że mimo oszołomienia po uderzeniu i bólu z powodu chwiejącego się zęba, był nieustępliwy.
Kapitan jeszcze dwukrotnie namawiał go do złożenia podpisu „dla własnego dobra”, lecz po stanowczej odmowie zatrzymanego, ustąpił.
– Haroszo, nie chcecie podpisać, to nie. Nie zmuszamy was, my rabotajem kulturno.
Schodząc po schodach w asyście kapitana Wat usłyszał głos Broniewskiego, którego enkawudzista z karabinem wyprowadził z pokoju. Spotkali się przy drzwiach wyjściowych. Gdy milicjant otworzył je, ujrzeli na ulicy czarne limuzyny i funkcjonariuszy NKWD. Na chodniku stały zapłakane kobiety czekające na swoich mężów i partnerów. Wśród nich była Ola Watowa, Maria Zarębińska i przyjaciółka Peipera. Kobiety patrzyły przerażone na swoich mężczyzn prowadzonych przez enkawudzistów. Broniewski ogarnął wszystkich wzrokiem. „Nic się nie zmieniło od czasów, gdy car wywoził Polaków na Sybir – pomyślał wściekły. – Zmaltretowani zesłańcy, kobiety żegnające ich płaczem i żandarmi z karabinami gotowymi do strzału. Z jednym wyjątkiem, konne kibitki zastąpiono autami”. Literatów wepchnięto do samochodów, które odjechały do więzienia w dzielnicy Zamarstynów. W nocy funkcjonariusze NKWD aresztowali jeszcze z domów między innymi Teodora Parnickiego, Wacława Grubińskiego i Halinę Pilichowską. Niecałe trzy miesiące później z 13 na 14 kwietnia zabrano z domów żony aresztowanych i wywieziono je w głąb ZSRR.           
Nazajutrz po prowokacji Ważyk i Pasternak interweniowali u Józefa Mańkowskiego, redaktora naczelnego „Czerwonego Sztandaru” oraz u Aleksandra Desniaka, sekretarza komitetu obwodowego partii. Obaj urzędnicy udawali, że chcą pomóc, lecz w rzeczywistości mówili to, co im wcześniej nakazała partia.
– Towarzysze, nie denerwujcie się. Wszystko się wyjaśni, cierpliwości, sprawą zajęli się dobrzy pracownicy.
Dobrzy to oni byli, ale dla sowieckiej władzy.
Aleksandra Wata osadzono w celi wielkości niespełna dwunastu metrów kwadratowych, w której znajdowało się dwunastu więźniów. Niedługo potem dołożono im szesnastu.
            Kilka dni po aresztowaniu polskich literatów dziennik „Czerwony Sztandar” opublikował artykuł Zgnieść gadzinę nacjonalistyczną! Witold Kolski, autor i zarazem zastępca redaktora naczelnego, oskarżał Broniewskiego, Wata i pozostałych literatów, że nie wyrzekli się nikczemnych dążeń kontrrewolucyjnych, zaś pod maską sympatii dla komunizmu szkodzili budowie socjalizmu na terenach wyzwolonych spod okupacji szlacheckiej i burżuazyjnej Polski. W tym samym czasie Jerzy Putrament wezwał do związku literatów kilkoro pisarzy, między innymi Ważyka, Szemplińską i Piacha. Zaproponował im wspólne napisanie deklaracji potępiającej aresztowanych prowokatorów i zdrajców. Szemplińska i Ważyk sprzeciwili się temu pomysłowi (choć ten ostatni trząsł się ze strachu, jednak wykazał się odwagą cywilną). Putrament wrzasnął na nich skrzeczącym głosem, że pójdą w ślady za uwięzionymi zdrajcami. Po zebraniu Szemplińska z Ważykiem natychmiast udali się do Wasilewskiej, która – po wysłuchaniu ich – zablokowała inicjatywę Putramenta.
            – Zobacz, Elu – rzekł Ważyk do koleżanki po piórze, gdy oboje wyszli od Wasilewskiej – Olek pomógł mu, a ten…, ech, szkoda słów.
            – To zimny karierowicz – podsumowała Szemplińska.

            W pierwszym tygodniu pobytu w celi, Wat stojąc przy drzwiach usłyszał na korytarzu głos Broniewskiego, którego strażnik prowadził na przesłuchanie. Gdy wracał, Wat zawołał przez drzwi:
            – Władek, masz jakieś wiadomości o rodzinie?
            – Olek, jutro pogadamy – odpowiedział.
            Następnego dnia Broniewskiego ponownie prowadzono korytarzem. Wat przypomniał mu się przez drzwi celi.
            – Władek! – zawołał.
            – Znajdziesz karteczkę przy rączce klozetowej, trzecia od wejścia – powiedział szybko.
Współwięźniowie z celi słyszeli ich dialog. Wat istotnie znalazł w klozecie karteczkę przylepioną chlebem do spłuczki. Był na niej alfabet więzienny. Wieczorem prowadzili już rozmowę stukając przez ścianę. W technice stukania pomógł Aleksandrowi niejaki Kmiciński, młody elektrotechnik, biegły w więziennym alfabecie. Niestety Władysław nie miał żadnych nowych wiadomości. W trakcie ich dialogu wszedł do celi dyżurny, aby policzyć więźniów. Wówczas obłąkany współwięzień, Majtełes, zakrzyknął histerycznie do dyżurnego: „On stuka, on ma bumażkę”. Wat natychmiast zjadł karteczkę. Majtełes wskazał na Kmicińskiego, który przerażony przerzucił winę na Wata. Ten nie przyznał się. Po dwóch dniach został wezwany przez naczelnika, który wymusił na nim przyznanie się. Wat opowiedział o rozmowie z Broniewskim. Obu skazano na pięć dni karceru. Cela Wata była lodowata, mieściła się w niej tylko prycza, klozet i kubeł z wodą. Bez ciepłego odzienia każdy aresztant po jednej nocy mógłby zamarznąć. Dzięki temu, że Aleksander miał stare futro na watolinie, przeżył.
            W sąsiednim karcerze siedział Władysław Broniewski. Przez cienką ścianę słyszeli własne kroki, więc mogli rozmawiać.
            – Władek, przepraszam, że w przesłuchaniu powiedziałem twoje nazwisko – sumitował się Wat.
            – Nie chcę z tobą gadać – odpowiedział wściekły.
            – Proszę cię, muszę ci wyjaśnić…
            – Gardzę tobą! – przerwał mu Broniewski. – Wsypałeś mnie, jak szpicel. Ja do niczego się nie przyznałem – odrzekł stanowczym głosem.
            – Władek, proszę, wysłuchaj mnie… – błagał go Wat.
            – Stul pysk i nie przeszkadzaj mi – warknął nieprzyjemnie i zaczął śpiewać legionowe piosenki.
            Aleksander Wat podziwiał Broniewskiego nie tylko za nie przyznanie się do winy, ale także za postawę w karcerze. Władysław przez pięć dni śpiewał żołnierskie piosenki, do których wybijał rytmicznie takt chodząc po celi miarowym krokiem. Wat w duchu gardził sobą jeszcze bardziej, niż gardził nim Broniewski. W ostatnim dniu kary układał w myślach list do żony, który obiecał sobie napisać i wysłać do niej po wyjściu z karceru. „Kochana Olu, Władzio jest niesłychanie dzielny, ma w sobie ogromną siłę, to jakieś orlątko. Nie przez przypadek w Legionach nosił pseudonim «Orlik». Szczerze go podziwiam. Ja chodzę po mokrym betonie inteligenckim krokiem, czasem biegam w kółko, żeby nie zamarznąć (nie wiem, czy jest tu dziesięć stopni). On maszeruje żołnierskim krokiem wyśpiewując patriotyczne pieśni. Przez cały pobyt w karcerze nieprzerwanie śpiewa. Niepojęte. Zazdroszczę mu. Władek jest pełnym człowiekiem, ja przy nim czuję się robakiem, właściwie wszą. Co za godne zachowanie”.
            Po latach Aleksander Wat powiedział Czesławowi Miłoszowi: „Nie widziałem lepszej, godniejszej postawy niż ta, którą miał wtedy Broniewski. Tym straszliwszy jest komunizm, że z tak wspaniałego człowieka potrafił w ostatnich latach jego życia zrobić szmatę”.

Franciszek Czekierda

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko