Bohdan Wrocławski – Jeden wiersz

0
210
Bohdan Wrocławski
Bohdan Wrocławski

NA SCHODACH RZYMSKIEGO SENATU

Karolkowi

 Odkąd zmyto krew ze schodów rzymskiego senatu

Brutus stał się nieśmiertelny
cywilizacja bogatsza
nikt nie przypuszczał że w życiu
może być coś ważniejszego niż republika rzymska

świat nadal odwiedzali uzurpatorzy
umierała miliony razy miłość 
atakowali Germanowie

budowali nową cywilizację – każdy chciał
być wodzem najnowszej demokracji
i wygrać wojnę w imię pokoju

tymczasem wieśniacy 
niespokojnie spoglądali w niebo
kruszyli suchą ziemię w palcach
i kłaniali się niżej niż zachodzące słońce

to w ich zgiętych plecach poeci odnajdowali natchnienie
a filozofowie spokój ciągle umykającego czasu

któregoś roku zbyt wcześnie opadły liście kasztanów
wszystkim wydawało się 
że to umiera niespokojna Europa

nikt wtedy nie odgadł drogi do nowego lądu
nikt nie zbudował wieży w zamku fromborskim
z której Kopernik o twarzy ascetycznego anioła
patrzył w krążące dookoła słońca planety

i chociaż wieki mijają wolniej 
niż stygnący na mrozie Syberii kubek gorącej wody
lub marznąca w tym samym czasie
krew zastrzelonego

to nam tworzącym siebie odejścia wydają się zbyt szybkie
a śmierć bardziej spragniona niż nagrzane w południe
piaski Sahary

dlatego przyspieszamy nasze kroki 
biegnąc w zdumieniu ogromnym zaczynamy gubić szczegóły
ktoś z głębi poza nami podpowiada nam odgaduje
kolory naszych myśli

dziwne coraz częściej
godzimy się na to niechętni obolali i wiemy 
znów
zakwitną akacje niebem przelecą klucze kormoranów
ich cień prześliźnie się po ziemi 
nie do odtworzenia

zapamiętaj tam jest twój dom twoje codzienne wzruszenie
dzieci biegające z krzykiem mew w cieniu krzewów
skrzypiąca huśtawka autobus przejeżdżający przez
środek drzemiącej Europy pusty bez pasażerów
którzy dawno opuścili już szlaki odkrywców
słychać równomierny rytm jego serca – wtedy
na krańcach Sycylii trwa sjesta wieśniacy opadają
w głębokie krzesła w dłoniach trzymają kapelusze
chroniące przed słońcem ale i ono płaskie jak naleśnik
przylepiony do niebiańskiej patelni stanęło w miejscu

przeminęły już dynastie
kto miał umrzeć ten umarł a kto ma się urodzić
ten czeka ściśnięty w tłumnym niepokoju poczekalni
i palcami ślepca błądzi po nakłutych kartkach papieru
jutro będzie twoim synem w najczystsze popołudnie
dorośnie

sczerwienieją norweskie fiordy jak błękitna krew
w czasie rewolucji francuskiej

morze stanie się zbyt chłodne i zachłanne
wtedy staniesz z nim na łodzi
będziecie wyławiać wędką skaczące do nieba łososie

historia wyda się zbyt odległą
a napływający mróz będzie ważniejszy
niż pełne trwogi łupieżcze wyprawy Wikingów

wydawać się to może dziwnym nikt bowiem
nie powraca z bladego świtu miejskich bibliotek
są one snem wiecznym ich nienawiść jest bardziej zaraźliwa
niż wszelkie mijające dżumy świata
a miliardy literek nigdy nie zatracają spokoju

w tym wnętrzu czujesz puls liczysz go jest wolniejszy
i odleglejszy niż światła pędzącego w nocy pociągu
dlatego pełen chęci zdumiony nawiedzającą cię odwagą
wysiadasz na pierwszej z brzegu stacji
zaspanymi oczami czytasz nic nie mówiącą ci nazwę
potem wykrzykujesz ją prosto w mrok
jest nadzwyczaj próżna i pusta aby zechciało powtórzyć ją echo

przypadkowy mężczyzna opowiada ci o cmentarzu bohaterów
którzy ułożyli ciała wzdłuż podmiejskiej promenady

trwa zbyt duży wiatr abyś mógł zrozumieć jego słowa

pełen gorączki próbujesz ucieczki na odległe łąki
w śnie widzisz na niej wszystkie kwiaty dzieciństwa
ktoś dorosły w tobie zabrania je zrywać
nie chcesz się z tym zgodzić 
obawiasz się swego buntu
zatem spisujesz ich nazwy starannie rysujesz
pośrodku kartki własne pragnienia

być może rozniosą je chmury
jesiennego krajobrazu a być może na zupełnym progu wiosny
umrą ucięte przypadkowym nocnym przymrozkiem

tak umierają w poddaszowych pracowniach kaszlący
artyści
i ich odwieczny strach przed niepamięcią

ale inni tańczą wzdłuż Półwyspu Iberyjskiego muzyka
wrze jak krew spragnionego radości życia torreadora
krok taneczny jest zbyt hardy i śmiesznie mały

dlatego najodleglejsze oceany zamykają się w dłoniach
wciąż żywych i wiecznie spragnionych
tej samej miłości

jest noc przez najsmutniejsze zakamarki jej ciała
słychać niezbyt odległą kanonadę na Kaukazie
i na Bliskim Wschodzie

twoje dzieci śpią wśród rozrzuconych krasnali
i pluszowych misi

kiedy się obudzą
zaczniesz opowiadać im o schodach rzymskiego senatu

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko