EFEKT CIEPRALRNIANY
nie wiem co z sobą począć
przecież za moim przyzwoleniem
ludzie wciąż skaczą sobie do gardła
budują hermetyczne imperia serc
głuche na lament zwierząt roślin
kamieni sterczących z tkanki ziemi
jak bielma nieczułe i bezużyteczne
tak chciałoby się wznosić nowe piramidy
lecz fale już kroczą nieuniknionego oceanu
nie wiadomo czy zdąży się zbudować
nową arkę kto ma zdążyć po co ma się starać
gdy i tak runiemy gdzieś w swoim czasie
w otchłań zwaną nicością przypadkiem
szczeliną w przestrzeni
gdyby dawno zapomniana miłość wypowiedziała słowo
to efekt cieplarniany znalazłby swoją przyczynę
co uśmierzyłoby lęk przed nieznanym
perspektywa wyparowania stąd do
tamtąd okazałaby się kusząca
być może zbawienna
TO JA
To jak zabicie arcyksięcia w Sarajewie
potrzebny jakiś pretekst by się potoczyło
kto jednak tym razem pociągnął ten cyngiel
by ruszyła czarna sotnia coronavirusa
Teraz rozpaczliwie szukam w sobie winy
moje życie naprędce przewija się przewierca
czasem stop-klatki zatykają mi oddech
łapię się za głowę – czy to naprawdę ja?
Tak, to ja naruszałem osnowę tego świata
i to nie raz – zawsze usprawiedliwiony
bo przecież nie mogło być inaczej
drobne oszustwa zdrady zdrajcy niewinnego
Byle czuć się czystym choćby za mną pożar
nie będę tego wyliczał bo lista przydługa
z cuchnącego jaja nie daj Bóg, wyklułby się
sznur kuszący jak owoc w niebieskim ogrodzie
Bywało że czułem się panem własnej znikomości
która rosła niczym góra niepodzielnej władzy
JA JA JA – ponad wszystko – odrębny szlachetny
wara wam ode mnie – JA – wiem co należy
Będąc tuż u źródła poiłem się sieczką
podniecał mnie chłód kolby mimochodem
pociągałem za spust naiwnie sadząc że to
kolejna metafora…
Ale ten pocisk wciąż pędzi
czy ktoś go zatrzyma?
GWIAZDKA MENELA
zgubiłem dzisiaj klucze do mieszkania
to wspaniałe że nie mam się gdzie podziać
wszyscy patrzą na mnie podejrzliwie
gdy bez celu wałęsam się ulicami
nawet kobiety traktują mnie z lekceważeniem
bez klucza przy duszy nie jestem zbyt męski
przez dziurawe kieszenie pobrzękują monety mojego życia
moje sny i pułapki które zastawiałem na siebie
chodzę i chodzę zarastam brudem bo wszystkie miejskie łaźnie
wynajęto szubrawcom ze szmalem
kiedy idę spać do zsypu w jednym z dziesięciopiętrowych bloków
smród bijący z mojego ciała unosi się nad dachami przypominając
bliźnim o konieczności rozkładu wszystkiego co żyje A kiedy rano
budzę się i wlokę do pękatych pojemników na śmieci znajduję tam
i przeżuwam wszystko co potrzebne do przeżycia dla obywateli
pod specjalnym nadzorem osobistego smrodu którzy zgubili
klucze do mieszkania rozwiedli się pożarli własne dzieci koty psy
przegryzając strzępami zapomnianego dawno nieba
O JANKU KTÓRY ZAPADŁ W PAMIĘĆ
Cóż mogę napisać o Tobie Janku
przynosiłeś nam jajka z własnego kurnika
wystarczyło zadzwonić zawsze uśmiechnięty
wnosiłeś je po schodach z przechwałką w głosie
– jajca jak się patrzy, kury mam nie od parady
a ja płaciłem za pół kopy i byłem wdzięczny
za ten dar doskonały od Twoich czubatek
Czasem rozmawialiśmy z Basią o Tobie pochyleni
nad jajecznicą o smaku dzieciństwa i nagrzanej trawy
ze wspomnieniem droczących się kur u sąsiada
i piania koguta o czwartej nad ranem
Tamtego popołudnia zadzwoniłem do Ciebie
powiedziałeś – jutro nie dam rady
jestem w szpitalu… covid… ale…
– co się odwlecze nie uciecze – odpowiedziałem
trzymaj się Janku, czekamy na Ciebie
Za jakiś czas zadzwoniłem nie tylko po jajka…
Dzwoniłem jeszcze wiele razy i tak dzwonię
co pewien czas w nadziei że znowu usłyszę
– Jutro przywiozę przecież
kury mam nie od parady
OJCU
Bogusławowi
To ta szczególna chwila
odmawiam w niej modlitwę
do boga którego nie ma
który był moim ojcem
chodziłem z nim na ryby
pamiętam jeszcze dotyk
jego szorstkiej dłoni
szmer rzeki i szuwarów
pocałunek na czole
osuszył wiatr
świeży zapach ryb
zestarzał się i skonał
stoję tutaj na brzegu
wpatrzony w przezroczystość powietrza
jakiś ptak uniesiony w przestrzeni
nad bielejącym grzbietem rzeki
jakby szukał dla kogoś pokarmu
zupełnie jak mój ojciec
zupełnie jak mój bóg
DLA CHLEBA
dopóki świeży jestem
przywieziony z piekarni
budzę pożądanie
rąk
języka
wnętrza
tak mówi chleb wrzucony do kosza pośród innych ciał
dopóki świeże jestem
budzę pożądanie
rąk
języka
wnętrza
tak mówi ciało porzucone przez duszę pośród innych ułomków chleba
pleśń śpiewa o wieczności
bakterie zgnilizny głoszą apoteozę
trwania
ideałem jest wiecznie zadowolony z siebie
proch
CZAS SIĘ WESELIĆ
Chciałbym pisać wesołe wiersze
przecież świat toczy się i ja się toczę
nie przeszkadzamy sobie raczej współpracujemy z sobą
czasem staję się kłębkiem nerwów zwijam się rozwijam
w zależności od pogody stłukę mimochodem jakieś szkło
przydaje się trochę adrenaliny gdy trzasnąć piąchą w stół
na pohybel smutasom czas pisać wesołe wiersze.
Świat zasługuje na chichot zanoszący się różnymi odcieniami
to może być ryk rżenie przeciągłe falowanie śmiechu
zdarza się posikać jak przepona dopadnie pęcherza
jedna pani krzyknęła ojojku zniknęła w toalecie
śmiech ma w sobie coś z bomby z przedwczesnym
zapłonem wydzielające się płyny to czysta poezja
wiersze pisze się ze śmiechu i ze strachu
PUENTA
Będąc dzieckiem
pochowałem wróbla
powrócił po latach z kolorową
wstążeczką w dziobku
Nieco później
przyszedł do mnie ojciec
rozerwał skrzydła metalowej trumny
podał mi rękę
Moje marzenia
rozskrzeczały się żądne świecidełek
ni stąd ni zowąd wyfrunęły spod ziemi
A Pan Bóg zagadnął znienacka
— jesteś czy cię nie ma?
Odpowiedziałem że kto jak kto
ale On powinien wiedzieć
że przecież jestem
DOKĄD
Joannie Salamon
dokąd prowadzi mnie świat
dokąd ja świat prowadzę
czy dowiem się o moim wpływie
na losy kosmosu
czy moje słowa giną
jak rośliny bez wody
czy pozostają współtworząc coś
z czego mógłbym być dumny
zbyt wiele niedomówień
lęku o nicość
słów wypowiadanych
na wszelki wypadek
by nie umrzeć w pustce
tak wiele pustych gestów
spotkań co się rozminęły
jak wytłumaczyć to nieugaszone pragnienie
czy coś we mnie czego nie pojmuję
wierzy w źródło?
popękanymi ustami dotykam czaszek
moich ukochanych zmarłych
sam już nie wiem czy proch jest tylko prochem
skoro w ciemności świeci i przywołuje mnie do życia
ISKRA
Basieńce, która jest
Wyobraziłem sobie świat
bez ciebie wydał mi się nierealny
przecież Iskra w twoich oczach zapala
codziennie słońce pozwala księżycowi szczycić się
pożyczonym światłem
Dzięki niej ryczy lew a mysz popiskuje
wiciokrzew pnie się po balustradzie winogron
napełnia nas radością daje schronienie jeżykom
pająkom mocarnym ślimakom dźwigającym domek
z godnym podziwu uporem
Gdyby nie twoje oczy
ten świata zapadłby się pod ziemię
ale jakże mógłby się zapaść przecież ziemi
też by nie było ani gwiazd drogi mlecznej kojących traw
drzew cienistych w naszym rajskim ogrodzie gdzie twoje stopy
odciskają tak niestrudzenie codzienną pieczęć
istnienia
WARTO ŻYĆ
żółty kosa dziób
na tle
granatowego nieba
jego trele
zakotwiczają sens
w przestrzeni
Wiersze z tomu „Czas się weselić”, który ukaże się niebawem.
Dobre wiersze, Szczęsny.
Gratulacje
Zdzisław