Wiesław Łuka pisze o prezydencie i prezydentach

0
226

Żaden z innych prezydentów  Stanów Zjednoczonych Ameryki nie zostawił takiej „pamiątki” literackiej własnego autorstwa po zakończonych rządach – a Barack Obama, 44 lokator Białego Domu jest chyba pierwszym, który zostawił. Tym się z całą pewnością wyróżnił,  choć po  żadnym  z nich nie pisano  – wyłącznie „och, ach…”, jakim był największym z wielkich przywódców.

       Obama we wstępie do swojej  Ziemi obiecanej*  wyznaje z pokorą: „… Mimo wszystko po dotarciu do mety naszej części wyścigu czerpaliśmy otuchę z tego, że daliśmy z siebie wszystko – i chociaż nie byłem idealnym prezydentem i nie wszystkie przedsięwzięcia udało mi się zrealizować, pozostawiłem kraj w lepszej formie, niż go zastałem…” .

*

Dość zaskakujący  tytuł opasłego tomu (prawie 900 stron).      Ziemia obiecana Ameryki  – a historia zostawiła inny kawałek naszego świata tak nazwany: ziemia Abrahama,  Mojżesza  i Jezusa. Oni, rzeczywiści czy legendarni, przed wiekami wołali do tłumów – ziemia szczególna, święta, obiecana przez Stwórcę. Gdy jednak zamykali oczy i na wieczność udawali się w przestworza, zostawiali  ją  w dużym nieładzie. W żadnym innym skrawku świata nie przelano ( i dalej się przelewa)  tyle ludzkiej krwi, co tam.

     A cóż dopiero ma mówić na odchodne z urzędu pierwszy ciemnoskóry przywódca wielkiego kraju?

     Zanim skreślę zarysy jego książkowej, autograficznej  sylwetki, przypomnę po kilka rozproszonych myśli jedenastu, powojennych, amerykańskich  poprzedników.  Stworzę Obamie coś w rodzaju tła poczynając od pierwszych lat po II Wojnie Światowej.

*

Harry Truman ( kadencje:1945-1953) prosił  dziennikarzy podczas pierwszej konferencji prasowej: „… Chłopcy, jeśli kiedykolwiek się modlicie, to módlcie się i teraz. Czuję się jak księżyc, gwiazdy i  wszystkie planety zwaliły się na mnie… Każdy człowiek jest dobry o ile będzie uczciwy i nie jest czarnuchem albo żółtkiem. Bóg stworzył białych z prochu, czarnych z błota, wymieszał resztki i powstał Chińczyk… Kiedykolwiek spotkamy sprawy rząd, to jest dyktatura… ” W jednym  z przemówień, w rocznicę zakończenia wojny Truman powiedział: „…Uważam, że Żydzi są bardzo egoistyczni. Nie obchodzi ich, ilu Estończyków,  Łotyszów, Finów, Polaków było dręczonych i zamordowanych…”!  

Dwight Eisenhower  (generał; kadencje: 1953-1961) w rozmowie z dziennikarzem  uspokajał: „… Broni jądrowej można użyć jak każdej innej… Nienawidzę wojny tak, jak nienawidzić może tylko żołnierz, który poznał jej okrucieństwo i głupotę…”  W przemówieniu inaugurującym  rządy Eisenhower filozofował: „…To nie jest sposób na życie,  strasząc wojną przybijamy ludzkość do krzyża z żelaza…”  Wspominał także wojnę do oficera podczas jedynej wizyty w Polsce, gdy usłyszał od niego (1955), że podczas Powstania Warszewskiego armia sowiecka zatrzymała się  po praskiej stronie stolicy: „… Co za idealny – wzdychał – przyczółek do natarcia na lewy  brzeg Wisły…”

John F. Kennedy (śmiertelny zamach w trakcie kadencji: 1961-1963) przekonywał tłum podczas wizyty w Berlinie Zachodnim : „… Ludzkość musi położyć kres wojnie, bo inaczej wojna położy kres ludzkości… Ten mur jest najbardziej oczywistą i widoczną demonstracją fiaska systemu komunistycznego… Jeżeli po wojnie zostanie dwoje Amerykanów i jeden Rosjanin, to wygraliśmy. Trzeba będzie jednak jeszcze sprawdzić, czy tych dwoje – to mężczyzna i kobieta…”  W życzeniach przedświątecznych  Kennedy radził: „… Nie módlcie się o łatwe życie, módlcie się, żebyście byli silniejszymi ludźmi… Nie pytajcie, co kraj może zrobić dla was,  pytajcie, co wy możecie zrobić dla kraju…”

Lyndon Johnson ( kadencja: 1963-1969) w przemówieniu do Kongresu: „… Martwi mnie drastyczny regres gospodarczy, inflacja i spadek rezerw złota… Należy wstrzymać bombardowania Wietnamu Północnego, bo i tak wygramy tę wojnę …” Prezydent przestrzegał  doradców wojennych na jednej  z kolejnych  narad: „… Przed zrzuceniem atomu na Wietnam pomyślcie o Chinach…”  Parę lat później czytaliśmy w jego pamiętniku: „… Męczyła i męczy mnie myśl, że przegraliśmy wojnę w Wietnamie i z komunistami.  A plan budowy Wielkiego Społeczeństwa poniósł fiasko. To razem jest najgorsze ze wszystkiego… ”

Richard Nixon ( kadencja: 1969-1974). Wyznał  po wykryciu tak zwanej Afery  Watergate  i ustąpił  ze stanowiska: „…Nie jestem oszustem… Nie należy się wspinać na szczyt, jeśli się nie wie, co jest po drugiej stronie…”  Przywołuję prezydencką ocenę europejskiej sytuacji wyrażoną na początku kadencji: „… Uruchomienie Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa było największym sukcesem w ideologicznej  zimnej wojnie Zachodu ze Wschodem.

Gerald Ford (kadencja:1974-1077) wyznał ku naszemu zaskoczeniu do dziennikarza: „… Nie uwierzę, aby Polacy uważali się za będących pod domeną Związku Radzieckiego. Każdy z krajów Europy Wschodniej jest niezależny i autonomiczny …”  Były prezydent, Johnson  nazwał swego  następcę po fachu i władzy: „… Ford, to taki tuman, który nie potrafi żuć gumy i równocześnie puścić bąka…”

Jimmy Carter (kadencja: 1977-1981) zapewniał Kongres: „…Uporaliśmy się z recesją  i kryzysem energetycznym…” W pamiętnikach ujawnił: „… Ułaskawiłem tych, co nie chcieli wojować w Wietnamie…” Napisał kilka książek dla dzieci  i tomików poetyckich.  

Ronald Reagan  (Kadencje: 1981-1989). On w ocenie politologów po latach swego aktorstwa został władcą o wielu twarzach i twórcą skutecznej filozofii walki ze Związkiem Sowieckim jako „imperium zła”.  Przekonywał Kongres i  media, że polski stan wojenny, to efekt działań płynących z „imperium zła”. Wspomagał finansowo polską Solidarność.  Przekonywał rozmówców: „…O człowieku  można powiedzieć wiele po tym, jak się zaobserwuje jego sposób zjadania dropsów owocowych…”  Rozbawił  kongresmenów ogłoszeniem: „… Rodacy – miło mi oznajmić, że podpisałem ustawę na zawsze delegalizującą istnienie Związku Sowieckiego… Za pięć minut rozpoczynamy jego bombardowanie…”

Georg H.W. Busch (kadencja:1989 – 1993) wyraził poparcie dla Polskiego Okrągłego Stołu. Wstrzymał sprzedaż broni do Chin Ludowych. Był zaskoczony informacją, że w Brazylii mieszkają potomkowie dawnych afro-niewolników. Ogłosił  półżartem – półserio: „… Wiem, że istoty ludzkie i ryby mogą koegzystować w pokoju…”  Na posiedzeniu Kongresu  zapewniał: „… Nasz naród został jest wybrany przez Boga i wyznaczony przez historię , aby być wzorem dla świata…”  W kolejnym westchnieniu do Nieba zapewniał rodaków: „… Bóg was kocha i ja was kocham, więc możecie liczyć na nas dwóch…”

Bill Clinton  (kadencje: 1993-2001) zapewniał, że zdoła dorobić się majątku osobistego w wysokości  55 mln. dolarów. Nie trwonił majątku jako hazardzista, choć w jego DNA były rodzinne tego ślady  po ojcu hazardziście, alkoholiku i damskim bokserze w znęcaniu się na matce. Clinton po prawie publicznym akcie zdrady żony przysięgał również publicznie przed kamerami telewizji, że nie powtórzy  „swego najcięższego grzechu”. My, Polacy powinniśmy mu dziękować za nasze wstąpienie do NATO.

Georg W. Bush, junior (kadencje: 2001-2009). Dziennikarze  wykryli dokument, który określił  „najniższy stopień inteligencji” przyszłego prezydenta; 25 %!. Po zniszczeniu dwóch wież World Trade Center Nowym Jorku Bush ostro zaangażował się w walkę z terroryzmem  w Afganistanie i oraz Iraku. Ale sukcesów nie osiągnął. Chciał przyłączyć do NATO Ukrainę i Gruzję, jednak i to  się nie udało.  Podczas wizyty w Warszawie z wielką  ochotą usłyszał orkiestrę braci Golców i podziękował za jej występ westchnieniem do Nieba w nowej bibliotece uniwersyteckiej: „… Boże błogosław Polskę…”   Uwierzył rodakom w ich szczerość: „… Ludzie mnie ufają , cały czas przychodzą do mnie i mówią – nie zawiedź  nas  znowu…  Wyznał skromnie i samokrytycznie: „…Nie jestem zbyt analityczny, nie spędzam wiele czasu na myśleniu o sobie i o tym, dlaczego robię pewne rzeczy…”

Koniec wyznań i opinii poprzedników Obamy. 

*

Wracam do autora i bohatera książki autobiograficznej, ważącej ponad kilogram.

Jak tradycja każe – zaczynam od przywołania motta dzieła:

„… Nie lekceważ naszych mocy;/Sięgnęliśmy/Po nieskończoność…”  (to wersy wybitnego poety, Roberta Frosta, przypominającego  Kitty Hawk – miejsce startu pierwszego samolotu  skonstruowanego w USA w 1903 roku przez braci Wilbura i Orvilla Wrightów).

   Zatem – bracia, konstruktorzy, technicy, producenci rowerów   sięgnęli przestworzy. Barack Obama (ur. 1961), polityk, prezydent i literat marzy zapewne o tym samym. Nietrudno przewidzieć, że książka Ziemia obiecana  nie jest jego jedynym dziełem prozatorskim. Poprzedzają ją przecież dwa inne tomy, a każdy z nich jest okrzyknięty w mediach jako „bestseller”. Jest w tej „księdze” ( literaturze faktu, czyli reportażu, dziele non-fiction) budowanie i kreowanie własnej sylwetki.  Jednak autor nieustannie przywołuje  swoich historycznych poprzedników na urzędzie  i ich prezydenckie sukcesy oraz porażki. Ten mega reportaż jest mega opowieścią o Ameryce. Jak na reportaż przystało  –  stroni on od literackiej fikcji. Mamy oczywiście świadomość, że obraz wielkiego kraju widzi autor swoimi oczami  i wypełnia go swoimi myślami i emocjami. Wiele pierwszych akapitów  poświęca  dziadkom i  matce (ojciec wcześnie ich zostawił po rozwodzie ).  Przywołuje reportersko z młodzieńczych lat tylko te zdania i rady rodziny,  które w swojej społecznej,  politycznej  i  – szczytowo –  prezydenckiej  działalności wcielał w życie. To są między innymi  zdania matki:  „… Świat, to skomplikowane miejsce, dlatego jest taki interesujący… Są na tym świecie tacy, którzy myślą tylko o sobie. Nie obchodzi ich los innych ludzi, póki dostają, czego chcą. Poniżają innych, żeby poczuć się ważni”.   Te myśli „zadźwięczały  w głowie młodego”  i  do dziś mu (już byłemu prezydentowi),  „dźwięczą”. Z całą pewnością także dlatego, że łatwo je przyswoiła  i powtarza  mężowi  – małżonka, pierwsza dama  prezydenta, Michelle.  Powtarzają to także córki Malia i Sasha. Obama wspomina z  czasów młodzieńczych, że jedna  z dziewczyn  w liceum, zauważyła, że „Brack nie jest podobny do innych czarnych”. A sam młodzieniec  zastanawiał się wtedy, dlaczego najwięksi amerykańscy mistrzowie rozmaitych dyscyplin sportowych, to  „czarni”,  a trudno wśród nich znaleźć  trenerów.

*

     Zaledwie kilka lat później „te problemy  rasowe zaczęły blednąć zwłaszcza w północnych i środkowych stanach potężnego kraju ”.  Prezydent  pamiętał, że pierwsza poprawka ( 1789 rok) do konstytucji amerykańskiej zabraniała ograniczania wolności słowa, prasy, religii i zgromadzeń.  Gdy sam składał prezydencką przysięgę  przed Kongresem rękę położył  na dwóch egzemplarzach Pisma Świętego – jeden  z nich, to Biblia  używana przez prezydenta, Abrahama Lincolna (zginął w zamachu), a drugi egzemplarz  należał do  ciemnoskórego  Martina  Luthera  Kinga.  Jednak  dopiero   prezydentura  Obamy dodała siły milionom Amerykanów  na rozpoczęcie nowej, antyrasistowskiej ery. On przyrzekł sobie podczas pierwszej kampanii do prezydentury, że będzie  przestrzegał  nie tylko nakazów  Dekalogu, ale również świeckich zasad człowieczeństwa: „… Nie istnieje Ameryka czarnych, Ameryka białych, Ameryka Latynosów czy Ameryka Azjatów. Istnieją  Stany Zjednoczone Ameryki…”. Zaskakująco nie omieszkał połechtać  chicagowskich i w ogóle amerykańskich Polonusów jako potencjalnych wyborców: „… W niektórych dziedzinach i w jakimś sensie jestem częścią Polski, bo pochodzę z Chicago. Mieszkam w Chicago, a tam w pewnym sensie każdy musi być  Polakiem – chyba, że coś z nim jest nie tak…”   

Na drugi, na trzeci dzień po tym wystąpieniu  ktoś z najbliższego otoczenia doradców  przestrzegał  Obamę ,  już od kilku lat senatora w Kongresie: „ … Bar, wyluzuj, bo głową murów nie przebijesz… Wchodzisz do wielkiej, światowej polityki  i dlatego nie możesz dać się jej pochłonąć…”  Tę przestrogę  pamiętał, ale robił swoje – nie mógł darować prezydentowi Richardowi Nixonowi „podszczuwania”  białych przeciwko kolorowym oraz „upaprania się” aferą Watergate.  Natomiast prezydentowi, Georgowi Bushowi, juniorowi  wytykał wmanewrowanie kraju  w „beznadziejną wojnę”  w Iraku. W książce przypomina   również rodzinne, trudne  momenty.  Kiedyś wysłuchał  ukochaną żonę Michelle,  która z łezką w oku pytała, ale bez pukania się w czoło: „… Czy ty musisz zostać prezydentem?… Dlaczego tego tak chcesz?…” A siostra  Auma przestrzegała brata przed wyborami: „Bar – ty chorobliwie, niebezpiecznie schudłeś…”  Nie  odpowiedział na te rodzinne pytanka i przestrogi, więc „robił swoje”.  Mówił  o przedefiniowaniu polityki dwóch swoich poprzedników, których cenił wysoko – Ronalda Reagana za to, że zreformował  „relacje miedzy narodem a rządem”, zaś Billa Clintona za  to, że wziął pod obronę kraje wschodniej Europy otwierając im bramę do NATO. A co zrobił dla Amerykanów podczas pierwszej kadencji? – zapewnił najbiedniejszym rodakom łatwiejszy, bo tańszy dostęp do niezwykle kosztownej, amerykańskiej  opieki medycznej. Wiele różnych rzeczy zmienił na lepsze, skoro rodacy  „ ani razu na niego nie splunęli”.  A co robił dla świata? – Odniósł też zwycięstwo i w innym, ważnym obszarze – nie przeżył ani razu zamachu na siebie, co nierzadko przeżywali prezydenci od początku historii  „kraju, ostoi demokracji”.  W książce przyznał , że nie było mu, wrażliwcowi,  łatwo zrozumieć i  cieszyć się obrazkami, kiedy widział, co robią jego ochroniarze. Oni zasłaniali od wewnątrz okna siłowni, na czas sprawnościowych, gimnastycznych jego ćwiczeń „szefa”, zapobiec  groźbie  zamachu.  Ciągle bolał nad śmiertelnym strzałem sprzed kilkudziesięciu lat do prezydenta Johna Kennedy’ego. Natomiast do dziś nie zrezygnował z własnych ćwiczeń cielesnych, sprawnościowych  co widać w  telewizyjnych „kawałkach” już „byłego władcy”.  Jak na ironię losu jego pierwszy następca, Donald Trump wielokrotnie bagatelizował  i kpiąco wytykał mu błędy podczas kadencji. Teraz można wyczytać w  Ziemi.. podsumowanie autobiografii „polityka, prezydenta, reportażysty” : najgłośniej dźwięczą mu w uszach życiowe rady dochodzące z różnych stron: „…Barack, przestań walić głową w mur…”  Na szczęście – powiada – nikt mu kpiąco nie wytyka, że w najtrudniejszych chwilach  walki o miejsce w amerykańskim senacie, a później już jako lokatorowi prezydenckiego Białego Domu, nie przestał zachowywać się wzorowo jako mąż i ojciec „swoich  kobiet”. Córki lubił rozśmieszać, łachocąc je w podeszwy. Chyba nikt z jego poprzedników  nie zabrał ze sobą w polityczną podróż własnych dzieci. On zabrał  kilkunastoletnią  wówczas  córkę , Malię, by się  nią „pochwalić” w murach moskiewskiego Kremla. Oto  w Ziemi… przepiękne zdjęcie: na czerwonym dywanie  prawie maszerują  ojciec,  panienka i rosły oficer  z gospodarskiej ekipy Władimira Putina; za nimi kroczy Michelle; wszyscy z szerokimi uśmiechami.

*

Rozpoczęcie  drugiej kadencji (2013). Już „pokojowy” Noblista za rok 2009,  mówił do kilku setek tysięcy słuchaczy: „… Odpowiedzmy na wezwanie historii i wnieśmy w niepewną przyszłość światło wolności…” . Natomiast  podczas pierwszej kadencji uwolnił świat od jego najgroźniejszego wówczas zabójcy, Osamy bin Ladena. Amerykańscy żołnierze specjalni SEAL-DEVGRU dopadli  go  w pakistańskiej  rezydencji w Abbotlabadzie , w operacji Włócznia Neptuna. (Tu krótka dygresja: jeden z moich warszawskich kolegów, wcale nie miłośnik Donalda  Trumpa,  nazwał go komunistą. Czyli normalka – od początku świata i do jego końca „jeszcze się taki nie narodził , co by wszystkim dogodził”. WŁ).

*

Niech więc przemawia  amerykański  „komunista”. „… Żyjemy w trudnych czasach, dlatego bardzo łatwo jest nam popaść w zwątpienie. Świat aż wrze od konfliktów, a w  polityce przybywa cyników. Trzeba zatem zdobyć się na pewną zuchwałość, by dojrzeć światełko nadziei w tunelu… Musimy podjąć nieustanny  wysiłek wzajemnego wysłuchiwania się, uczenia się od sobie nawzajem tego, co dobre…”

     Jako członek partii Demokratów musiał w książce „przyłożyć” Republikanom. Zrobił to zgrabną opowiastką metaforyczną, jak przystało na literata: „… Oni wjechali do rowu samochodem zwanym Ameryką. Wpadli w błoto. Pomagaliśmy im wygrzebać się  i  postawiliśmy auto z powrotem na drodze. Teraz chcą, żebyśmy oddali im kluczyki. Nie oddamy. Nie ma mowy. Nie umiecie prowadzić…”  

     Dodam od siebie : następca . Donald Trump  jest  klasycznym i najświeższym tego przykładem.  

     Książka  Obamy, jak na klasyczny,  mega reportaż przystało, przemawia do czytelnika wszystkimi  gatunkami  dziennikarskiej wypowiedzi  literatury faktu . Ona Łączy w sobie  obiektywizm  i niewymyśloną fikcję  z subiektywnym ich przekazem  w treści, kompozycji  a także odczuć. Oto  na ostatniej stronie  reporterski opis  autora, prezydenta – literata: „…Ogarnął mnie nastrój  wyciszenia,  kiedy patrzyłem przez okno  na łagodny pejzaż Maryland  i  schludne osiedla, a później lśniącą w  promieniach zachodu  rzekę Potomak. Helikopter  pochylił się delikatnie w skręcie na północ  i przelecieliśmy nad  błoniami National Mall.  Nagle po jednej stronie  zobaczyłem pomnik Waszyngtona tak blisko, że mógłbym go chyba dotknąć, a  po drugiej postać Lincolna spowitą cieniem kolumn  mauzoleum.  Marine One zadrżał w sposób, który już dobrze znałem, co zwiastowało  podejście do lądowania na  Południowym Trawniku ogrodu Białego  Domu…”

    Czegóż więcej  mieliby się spodziewać i  wymagać czytelnicy  „Światowego Bestselleru – poruszającej, osobistej relacji z czasów prezydentury”?  

*Ziemia obiecana (A Promised Land), Warszawa, wyd, Agora, 2021, tłumacz: Dariusz Żukowski

Reklama

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko