Jerzy Stasiewicz – Paweł Soroka… poeta baśniowo – realny

2
393

        Czekałem niecierpliwie na kolejną książkę poetycką Pawła Soroki. Od wydania poprzedniego tomu Wyzwalanie  wyobraźni. Wiersze najnowsze i wybrane (Warszawa 2010) minęło dziesięć lat. W tym też roku 24 kwietnia odwiedził moją Stasiewiczówkę. To długo. Choć u wielu znakomitych poetów okresy milczenia – przerywane publikacją zwięzłą  czy  pojedynczymi lirykami  drukowanymi w prasie literackiej, almanachach – były nawet dłuższe.

          Jest tak, że nagromadzony materiał myślowy  musi w człowieku okrzepnąć, przefermentować, dojrzeć, nabrać klarowności, poetyckiego widzenia… i jeszcze swoje odczekać w zaciszu szuflady. To dobrze. Bo Paweł Soroka to człowiek wielu pasji. I potrafi te pasje realizować. Wymienię tylko: lot  jako pasażer myśliwcem ponaddźwiękowym Mig-29UB wykonującym akrobację, rejs na Bałtyku okrętem podwodnym ORP „ Bielik”, skok na spadochronie w tandemie. To także wędrowiec przemierzający Polskę koleją żelazną, niejednokrotnie w kabinie maszynisty – mógłby o królowej transportu opowiadać godzinami – znający ogromne dworce i maleńkie stacyjki rozrzucone na obrzeżach miasteczek i osad. Wydawałoby się zapomnianych przez ludzi, nadgryzanych zębem czasu, zachłannością przyrody. A jednak trwają jak przydrożne kapliczki, wyznaczając szlak i dając podróżnym schronienie. Właśnie takim miejscom poeta poświęcił wiele wierszy. To sugestywne – niemal malarskie – obrazy, utrwalone jak na taśmie filmowej z dynamiką pracujących parowozów, ruchem semaforów, zgrzytem nastawni. Jest klimat tych miejsc. Jakbyśmy byli tam razem z poetą obecni. To wielka siła poezji Pawła Soroki wciągająca czytelnika w świat jego doznań i fascynacji, a wydawałoby się podana w prostym przekazie. Zrozumiała nawet dla nie obytego z liryką człowieka. Oddziaływująca podskórnie. Ale żeby to osiągnąć potrzeba ogromnej wiedzy. Wieloletniego terminowania przy księgach wielkich poprzedników, znajomość współczesnych. Bezustannej pracy nad sobą. Popartej doświadczeniem życiowym i wrodzonym talentem. Odnoszę się tylko do poezji, a w dorobku Pawła są przecież jeszcze książki naukowe, artykuły, publicystyka, prace plastyczne. Czyż to nie człowiek dwu wymiarów. Wiem, że urodził się w Gnieźnie. W jego utworach pobrzmiewają echa pierwszej stolicy. Patriotyzm wyniesiony z rodzinnego domu i duch Świętego Wojciecha prowadzący poetę do nie otwartych bram horyzontu. I popiół świętego dębu rozwiewany przez wiatr czasów znanych poecie w realu, z którego dla swojej twórczości czerpie pełnymi garściami „ rozmyślam o trzynastu piątoklasistach / którzy niedaleko stąd  / upalnego czerwca 1961 roku / utonęli w nurcie rzeki”. Ten opis wydawałoby  się reporterski? Przywołuje obraz Matki Polki powstaniowej, ukorzenionej w wizerunku Maryi opłakującej śmierć syna. Ból, którego nigdy nie ukoją mijające lata. Mitologia zawiłej, ale i zakłamanej historii czasów zaborów, którą poeta odbarwia i prostuje przemierzając miejsca święte dla Polaków jak pątnik. Nigdy nie widziałem Pawła Soroki strudzonego. Skarżącego się na głód i niewygody. Ważna była metafora wędrówki i fizyczne dotknięcie miejsc uświęconych. Zanurzenie się w krajobrazie polskim, w widnokręgu do którego zmierzał jak do utraconego Jeruzalem gościńcem wiodącym przez żniwne pola, gdzie dziadowie kosą na ścianę kładli żyto. Kobiety odkładały na garście a podrostki wiązały w snopki.  Przystawał przy skoszonym łanie i marzył by stawiać mendle „ na  odludziu / zbratany z naturą”. Widział w oddali kamienne ruiny własnej pustelni „ ponoć kiedyś żył tu samotny / myśliciel opętany nauką”. Jabłonie chylące konary w ukłonie, podmuchem wiatru zachęcały do zerwania jabłka wiecznej młodości – marzenie każdego naukowca – stać się nieśmiertelnym jak Faust. I żona ( Ewelina) uosobienie pory roku od przedwiośnia do przedzimia dała poecie wsparcie na resztę życia „(…) wrażliwością i wartościami / nadzieją na odmianę losu”. Tylko sokół lecący wysoko ponad lasami, może dostrzec w noc świętojańską  kwiat paproci. I poeta go dostrzegł. To ważne.

          Ciekawy zabieg  to oparcie tomu na trzech filarach. Filarze wsi: z jej ciężką pracą w  trudnych warunkach  polowych, pod gołym niebem, kiedy skwar, wiatr, deszcz smaga po twarzy, ziębi plecy, ale to cena zbiorów. Nie zawsze adekwatnych do włożonego wysiłku. Jest i tęsknota do wsi dzieciństwa, sielskiej, pełnej tajemnicy z opowieści wędrownych dziadów. Filar kobiety: ukochanej, przez lata wyśnionej, wyczekiwanej z każdym minionym rokiem. A gdy staje się realną, ludzka tęsknota w czasie parodniowej rozłąki. I strach czy uda się utrzymać ognisko domowe, gaszone różnicą charakterów, nawykami nabranymi przez lata egzystencji w pojedynkę. Mitycznymi wyobrażeniami.  Filar trzeci: życie w symbiozie z przyrodą. Czerpanie z soków drzew wrażliwości, sycenie się jej pięknem, ogromem, różnorodnością  i siłą. Krzyk Matki Ziemi zalewanej betonem, asfaltem budzi sprzeciw poety. I dlatego stając do nierównej walki mówi: „ ostrożnie stąpam po tafli lodu”.

Jerzy Stasiewicz

Paweł Soroka
Niebo spadających gwiazd
Oficyna Wydawnicza ASPRA – JR
Warszawa 2021  s. 40.

Reklama

2 KOMENTARZE

  1. recenzja Jurku zawsze wzbudza ciekawość nie tylko tomiku co samego autora . Klimat która i ja uwypuklam w swoich utworach. To jakby moja bratnia dusza. Recenzja to jak oprawa obrazu,. W którym dzieło staje się piękniejsze. Gratuluje obu panom i serdecznie pozdrawiam – bodzia

Pozostaw odpowiedź Łącznik Anuluj odpowiedź

Please enter your comment!
Proszę wprowadź nazwisko